o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze

wspomnienia (studium psychozy)

wtorek, 05 marca 2019

Złożyłem dziś mojemu ojcu powinszowanie z okazji 64-tych urodzin. Matko, to już prawie półmetek do siedemdziesiątki. Oczywiście starałem się być względem niego najbardziej uszczypliwy jak tylko mogłem. Wspominając o ostatnich 365 dniach do emerytury, porównując go z jego matką, z którą dziś trzeba biegać trzy razy w tygodniu do lekarzy, wreszcie pożegnałem się z nim mówiąc mu, że od teraz to już uprawnione by nazywać go dziadkiem. Zasłużył sobie całe życie na to…

Ale w ostatnim roku mój drogi nieobecny ojciec stał się jakby bardziej obecny niż kiedykolwiek. Ma interes do zrobienia – to potrzebuje całej rodziny. Co wyszło wiosną zeszłego roku – wystąpił do sądu o rozwód ze swoją druga żoną. Ale żony fizycznie nie ma. Miała dość podwójnego życia mojego ojca i zabrawszy moją przyrodnią siostrę wyjechała na Wyspy, tak przynajmniej przypuszcza mój sprawca. Ale nie ma pewności. Rodzice owej żony zmarli wiele lat temu, a jej jedyny brat od kilku lat – nie zasiadał z nią przy wspólnym stole – z nieznanych mi przyczyn. Tą tajemniczą emigrację uznał mój ojciec za okazję do rozwodu bez orzekania winy, albo jeszcze lepiej z orzeczeniem winy żony.

Prawda jest nieistotna – bo czy bywa kiedykolwiek? Nie! Liczy się tylko moja prawda – wizja Świata nagiętego do realiów, w jakich chcę się obracać! Tak, wystąpił mój ojciec o rozwód i wpadł na pomysł, że jego sędziwa matka i ja będziemy świadczyć na jego korzyść. W pewnym sensie wszystko zostałoby sformalizowane. Konkubina – ze stażem równym obecnej żonie, a w zasadzie na dziś już dłuższym, miałaby szansę zostać prawowitą żoną – tak to wymyślił mój ojciec, który poczuł, że dopada go starość i trzeba stan faktyczny zalegalizować. Ale problemem okazały się zeznania i wielka dociekliwość sądów – które raczej nie są w stanie uwierzyć plączącej fakty i czasy staruszce… 

Ale nasz pokojowy okres trwa, do czasu… Niejedno z tym człowiekiem przeżyłem! Nie mniej, przyznaję szczerze, robi się powoli dziadkiem!     

 

środa, 30 maja 2018

Dzień Matki, bez matki – to były pierwsze dwa wersy banalnego wierszyka, który napisałem bodaj w 2004 roku na alkoholowy konkurs poetycki w grupie Trans-Taras, w której pokazywałem moje wczesne i ostatnie teksty w okresie młodzieńczego-prymitywizmu. Był to tekst wyróżniony – za jakąś tam liryczność – kielichem wódki, ale był to zapis mojej nie-relacji z matką.

Dekadę temu zamieściłem go na łamach tego bloga w dniu dwudziestej rocznicy zgonu mojej rodzicielki. Dziś mija trzydzieści lat od tego mrocznego dnia roku 1988. Dalej nie mam matki, dalej nie umiem odnaleźć ani iskierki jej motywacji (aby poświęcić życie za życie), i dalej zdarza mi się przerabiać ten motyw – jak wyglądałoby moje życie gdyby żyła? Jak inne byłyby moje relacje z bratem (którego nie ma w moim życiu), z siostrą mamy (która jest trochę jak kukułka w starym zegarze – pojawia się kilka razy do roku i nigdy nie wiadomo dlaczego, bo nic z tego potem i tak nie wynika, choć strasznie ją lubię)? Wreszcie kim by był mój ojciec, który obecnie toczy wojnę rozwodową ze swoją drugą żoną, którą permanentnie zdradzał przez cały okres małżeństwa z planowaną trzecią małżonką? Według legendy przy mojej matce działał jak w zegarku. Podobno to była bardzo zasadnicza kobieta, starsza od mojego ojca i matkująca mu po prostu. Kolejne wybranki jego serca nie dorównywały autorytetem mojej matce. Czy byłby tak pogubiony w latach dziewięćdziesiątych i tak zniszczony alkoholem w latach zerowych, kiedy w pewnym sensie stracił cały dorobek życia? Śmierć tej kobiety wpędziła go w dwadzieścia lat totalnych błędów aż to upadku, który nastąpiłby dużo wcześniej gdyby nie to, że mieliśmy wówczas jeszcze dużą rodzinę, która nie bała się reanimować tego wraka ludzkiego. Dopiero teraz wrócił do życia – dlatego mimo lat i perypetii tak często jeździ do niej na grób. Nie wiem co wówczas myśli? Może tęskni? Może w głębi duszy wyje? Poznał ją na praktykach w technikum, to była chyba jego najprawdziwsza młodzieńcza miłość i musiał mieć wtedy coś czym zwrócił uwagę kobiety z pozycją i dobrą pracą – taki szczeniak – który jeszcze nic nie miał w życiu. A potem żyli ze sobą w nieformalnej  relacji – moja matka zawsze potrafiła go trzymać na odpowiedniej smyczy. Bardzo tego potrzebował. Tydzień przed jej śmiercią zawarli cywilny związek, abym ja nie nosił nazwiska po jej pierwszym mężu.

To wszystko znam z opowieści z Legendarnych Dziejów Praszczurów Koffiego Jamesa. Ale o matce z ojcem nie zamieniłem nigdy ani jednego słowa. (On nie potrafi o niczym rozmawiać). A kiedy go pytałem on dostawał jakiejś głupawki i prześmiewczo mówił, że dostałem po niej charakterek. Od ciotki – słyszałem z kolei tylko pochwalne peany na cześć jej siostry – obraz pomnikowy i fałszywy. Najukochańsza opowiadała zawsze, że miała z moją matką na pieńku, nie kochały się i bardzo drażniło to Najukochańszą jak moja matka podobno sterowała moim ojcem i nastawiała go wrogo wobec niej. Mój brat nigdy nic nie opowiadał, ale widywaliśmy się tak rzadko, że czasem wydaje się, że był on nierealny. Moja ciotka L’ siostra Najukochańszej opowiadała, że moja matka miała złe korzenie – że pochodziła ze Wschodu, a tam żyją „złe ludzie Ukraińcy i Kaukazi” – zawsze mnie to niepokoiło, ale potem skojarzyłem jej ksenofobiczne teksty z moim niestosownym zachowaniem, kiedy jeździłem do matecznika dzikusów ze strony Najukochańszej i bawiłem się w latanie dookoła kamiennej chaty pokrytej słomianą strzechą z rozpalonymi w piecu gałązkami – niczym małą pochodnią. Tym bardziej szaleńczo biegałem im ciotka bardziej darła się w niebogłosy abym się opanował i stłumił ogień. Nic nie spaliłem – słowo!

A moje wspomnienie? Jest pewnie wymysłem świadomości, sugestią kogoś z rodziny, bo chyba nie pamiętam matki i trudno mi powiedzieć czy nie byłbym dla niej największym rozczarowaniem, jakie przyniosła na ten Świat. Ale jeśli już mam prawo do wspomnień to też zawarłem je w tym wierszyku sprzed lat:   

ty jak obrazek

w podomce w kwiatki

co przerobiliśmy ją na zmywaki

w czarnych włosach stoisz   

Taki tkwi we mnie obraz, a podomka rzeczywiście jakoś trafiła potem do mojego właściwego domu, gdzie Najukochańsza każdą przydatną rzecz wykorzystała wielokrotnie. Często się zastanawiałem – czy nie wycieram talerzy i brudu z podłogi fragmentem jedynego materialnego śladu po kobiecie, która przyniosła mnie na świat? Stała tam tak w tym korytarzu między kuchnią, a dużym pokojem. Światło padało z obu stron, a jej chude ciało zatopione było w tym lekkim i zwiewnym okryciu. Jej włosy falowały aż do ramion… Albo tak mi się wydawało?

Dziś ją odwiedziłem. Straszny upał. Ciotka zrobiła kilka lat temu nowy nagrobek, piękny szary marmur po latach lastryko. Ktoś był, paliły się lampki, kwiatki zdychały ukrzyżowane w wazonikach. Odkryłem, że piękna płyta jest nierówno położna i lekko drga – tak jakby ktoś zaglądał do wnętrza grobowca. Może nie wszystek umieramy?  

 

poniedziałek, 05 marca 2018

Staram się regularnie pilnować tego cyklu, choć przetrząsając poprzednie lata, nie zawsze mi wychodzi w tym dniu coś napisać. Moje relacje z ojcem są i były zawsze pełne dość chłodnych emocji. Zupełna nijakość i brak pewności czy jakiekolwiek gesty, znaczą cokolwiek więcej…

Dziś rano dowiedziałem się, że umarł ojciec mojego znajomego. Mieliśmy iść na kawę, a tymczasem będzie miał on pogrzeb. Z opowieści wiedziałem, że ów ojciec darzony był bardzo chłodnymi uczuciami przez swojego syna. A ja poczułem cień, ale jednak uczucia, które nie było mi obce i z którym już raz się zetknąłem – kiedy w 2010 czy 2011 roku zmarł ojciec innego z ówczesnych moich znajomych. Wtedy to była silna zazdrość i zdaje się, że wyimaginowane uczucie ulgi. Coś w stylu „uff, wreszcie spadł mu kamień z serca”, w odniesieniu do syna owego pierwszego ojca. Żywot skończony i ulga, że cały dramat jaki ze sobą niósł ów śmiertelnik już się skończył… Dziś poczułem tylko cień tej zazdrości. Ale jednak.

Motyw tej makabrycznej zazdrości przejawia się wokół wszystkich umierających ojców, o których się dowiem. A z drugiej strony w swojej totalnej nijakości, moje relacje z ojcem przez ostatnie lata stały się poprawne. Pomógł mi w opiece nad swoją matką, teraz podczas mojej wyprawy na Islandię. Wyjazd był niedługi, ale ani pomoc ojca nie jest czymś oczywistym, ani nigdy nie można mieć pewności, że na umówiony termin się zjawi. Ale się zjawił, był współpracujący i chyba nawet odpowiedzialny. Zaskoczyło mnie to. To dobry prognostyk na przyszłość. A rok 2018 mamy dość ambitnie rozplanowany podróżniczo z I’. Najukochańsza, jako praktycznie całkowicie niewidoma, potrzebuje codziennego wsparcia w prozaicznych czynnościach. Pierwszy raz od lat nie rozczarowałem się swoim ojcem.

Z drugiej strony postępy, jakie zrobił ojciec I’ w ciągu ostatniego roku, przyćmiewają mojego ojca całkowicie. Ojciec I’ po latach braku kontaktu z nami - jako parą dwóch facetów, z których jeden to jego syn – zamienił się w rodzinnego tatuśka z kolacyjkami i spotkaniami rodzinnymi. Mój od blisko dekady – choć zna mnie i I’ od początku naszej relacji – a sam w swoim życiu zaliczył co najmniej dwudziestoletni związek poliamoryczny, w którym uciekał się do wszelkich technik i forteli, aby kobiety z którymi żył, nigdy nie poznały prawdy – nie potrafi przełamać bariery powierzchowności (wstydu czy akceptacji) w relacjach z nami  – naszpikowanych docinkami i zwykłym prostactwem.

Niemniej, nie mam żadnych oczekiwań od mojego upośledzonego społecznie ojca. To człowiek tkwiący w swoim świecie, knujący swoje kolejne poczynania. Mam wrażenie, że ma wszystko doskonale skalkulowane na osiągnięcie doraźnych korzyści…

Sto lat z okazji twoich 63 urodzin!   

poniedziałek, 04 grudnia 2017

Stokrotka 2001-2017

Przychodzi Śmierć. Bo ile patrzenia na cierpienie można znieść? Całe podłogi w mieszkaniu we krwi. Prześcieradła i szmaty, na których leżała po jednej nocy całe zaplamione we krwi i potworny smród, rozkładającego się ciała i zębów. Ile można pozwolić na takie cierpienie?

Trzy tygodnie temu u naszej ukochanej suki Stokroty wykryto nowotwór szczęki. Zaalarmował nas okrutny odór, który pojawił się z dnia na dzień. Stary pies, nie pachnie zwykle pięknie, szczególnie kiedy dożywa 16 lat. Ale psi smrodek zamienił się w odór nie do wytrzymania.

Polecieliśmy do weta, tam okazało się, że ma guza. Po badaniach wyszło, że wyrasta bezpośrednio ze szczęki. Stokrota miała niewielki guzek na żuchwie od kilku lat, ale wet uznał, że nie ma sensu wtedy już starego psa maltretować. Podskórna narośl nie sprawiała zwierzęciu dyskomfortu. Zapewne wiosną lub latem tego roku ten stan diametralnie się zmienił.

Potworna zmiana zaczęła się dynamicznie rozrastać w kierunku pyska. Zniszczyła psu ząb i stąd smród. Zabieg przyniósł krótkotrwałą poprawę kondycji naszej suki. Usunięto jej zniszczone chorobą zęby, resztę wyczyszczono, guz jednak okazał się być nieusuwalny. Został z nami aż do dziś.

Weterynarz zachęcił nas do próby farmakoterapii, antybiotyki, leki przeciwbólowe, jakiś steryd by zobaczyć czy guz się zmniejszy. Suka była na tyle stara, że i tak ta śmierć wisiała w powietrzu. Wierzyliśmy, że doczekamy razem jeszcze tej jednej wiosny w 2018 roku. Nie udało się…

Po zabiegu u psa rozpoczęły się krwawe ślinotoki na przemian z krwotokami. Ale o dziwo pies nie tylko cudem przeżył zabieg, ale miał ochotę na żarcie. Z powodu zębów pies nie mógł jeść twardej karmy. Gotowaliśmy i dostawaliśmy jedzenie od naszej ciotki, nawet Najukochańsza zrobiła resztką sił krupnik, którym dzieliła się z psem.

Terapia zdała się osiągać rezultaty. Guz, który po zabiegu wyszedł na zewnątrz pyska, zdawał się obumierać i usychać. Czekaliśmy na wyniki histopatologii pobranego wycinka. Biegaliśmy do weta kilka razy w tygodniu. Kolejne zastrzyki i próby leczenia. Niestety po kilku dniach, kiedy zdawało się, że idzie ku lepszemu, krwawe ślinotoki i smród rozkładających się zębów powrócił.

Od soboty Stokrota całkowicie nam osłabła – przestała jeść. Całe mieszkanie tonęło od krwawych śladów. Utraciła siłę, nie mogła utrzymać się na łapach podczas czynności fizjologicznych. Ile patrzenia na cierpienie można znieść? Poszliśmy z nią dziś do weta ostatni raz. Kompletnie nie wiedząc, co z nią zrobić. Pies się poddał. Wyniki histopatologii były zatrważające – złośliwy nowotwór z rodziny czerniakowatych, prawdopodobnie z przerzutami do innych organów. Psu być może zostałby tydzień na silnych lekach przeciwbólowych.

Decyzja okrutna, ale jedyna humanitarna. Eutanazja. Stokrota nie broniła się przed niczym – my byliśmy zdruzgotani. Chyba wygłaskałem jej całą sierść z wychudzonych łap i zadu, nawet nie zadrżała. Zasnęła. Położyła się na boczku. Trzymałem potem jej łeb. Weterynarz wstrzyknął po krótkiej chwili zastrzyk śmierci. I’ trzymał rękę na jej kończącym bieg sercu, a ja gładziłem ją po jej czarnym i przytulnym łebku. Patrzyliśmy na ostatnie głębokie oddechy i ślady pary z jej pyska – które odbijały się na czarnym weterynaryjnym stole… A potem ostygła – szybciutko…

Z chwilą śmierci obnażyła kły i olbrzymia zmiana, którą nosiła w pysku wypłynęła na zewnątrz. Widok był koszmarny. W ciągu trzech tygodni to kurestwo rozrosło się do ogromnych rozmiarów, zabierając miejsce pod język. Nasza decyzja był jedynym humanitarnym gestem, jaki w tej ostatniej godzinie mogliśmy zrobić dla naszego psa. Wraz z ostatnim jej oddechem poczułem ulgę – Stokrota przestała cierpieć. Obaj jesteśmy psychicznie wypruci…

I’ znalazł Stokrotę na klatce schodowej, jako niewielkiego, młodziutkiego – może kilkumiesięcznego psiaka – na początku 2002 roku. Trudno powiedzieć, jakie musiała mieć przejścia w pierwszym okresie życia. Na pewno były straszne – pies był zastraszony i nigdy psychicznie nie udało się go naprostować. Ja poznałem Stokrotkę jako 7-letnią odchowaną sukę, suczycę jak ją zwykłem nazywać. Nigdy nie stałem się jej pełnowartościowym panem – bo jak to by było możliwe – kiedy była ona oddana tylko w nieskończonej psiej miłości do I’. A jednak udało nam się znaleźć nić porozumienia i akceptacji. Przeszliśmy z nią kilka chorób, w tym dwa nowotwory – które w swej psiej doskonałości pokonała. Przeszliśmy jej suczycowe zmiany hormonalne i stawialiśmy czoła jej fobiom – jak choćby (czasem paniczny) strach przed autobusami. Wreszcie w tym roku jeszcze do początków listopada wybieraliśmy się z nią na długie kilkukilometrowe spacery po parkach i miejskich lasach. To wreszcie jej szukaliśmy w naszego pierwszego z I’ Sylwestra 2008/09, kiedy wystraszona petardy – uciekła matce I’. A to był nasz Sylwester we dwoje, były świece, wino, było mieszkanie udostępnione przez naszą przyjaciółkę tylko dla nas, miało się tyle wydarzyć w tę noc… Do czwartej nad ranem biegaliśmy po ulicach między zapijaczonymi imprezowiczami – by znaleźć naszą kochaną Stokrotkę…

Pamięci Stokrotki (2001-2017) naszej suczycy…         

 

czwartek, 09 listopada 2017

Jesień. Zrobiło się już chłodniej niż w październiku, coraz mniej liści wisi na drzewach. Ostatnio dużo chodzę, wszędzie gdzie się da. Stąd może moje odczucie chłodu jest bardziej intensywne. Skóra cierpnie! Ale wszystko wynagradza ten zapach – wypalanych liści. Ma w sobie jakiś urok ten czas. Czuję, że wypływają z mojego wnętrza sentymentalne pokłady wspomnień. Tyle tych rocznic na tym moim blogu w 2017 roku. A ja od 10 lat jestem już szczęśliwie wyzwolony! Wtedy był taki sam listopad – jak tego roku. Tory tramwajowe podobnie jak teraz, nie były remontowane od dekad, ulice były dziurawe, chodniki krzywe, a drzewa powyginane, nawet bariery oddzielające park od ulicy były wybite w tym samym miejscu, w którym wybite są do dziś. Choć zmieniło się tak wiele, wciąż nie zaszły wielkie zmiany.

Wolny od swoich demonów, jechałem po tych krzywych torach i biegłem zawinięty w kusą kurteczkę z futerkiem na spotkanie nowych ludzi, o których tyle lat myślałem, że nigdy ich nie spotkam. Byłem jak motyl wyzwolony z kokonu, jak nocny owad trzepoczący się przy rozgrzanej żarówce. Wszyscy widzieli ile gubię pyłku ze skrzydeł w tym rozpaczliwym szaleństwie. Ale byłem wówczas jak królewna – której udało się zbiec z wieży. Smok okazał się być fikcją, a inne schizy były chwilowo wytłumione, a przynajmniej podskórnie schowane. Do owego roku 2007 myślałem, że moje życie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Miałem być ascetą żyjącym w kłamstwie. Ale pewien cykl zdarzeń zaczynając od pierwszego dnia stycznia owego pamiętnego roku oraz bardzo złej passy mojej rodziny z wcześniejszych 365 dni 2006 roku – stały się impulsem do wyzwolenia. Do uzmysłowienia sobie, że to już czas na bycie sobą, bo czasu jest bardzo mało.

W roku 2006 zaliczyłem trzy zgony, chciałbym powiedzieć pogrzeby, ale nie na wszystkich mogłem być. Zmarła najstarsza siostra Najukochańszej. Zdarzenia z jej pogrzebu zapowiadały kolejny pogrzeb. Zmarła najmłodsza bratowa Najukochańszej. A pod koniec tego złego roku zmarł niespodziewanie najbliższy brat Najukochańszej. Człowiek dla mnie bardzo nieodgadniony (dla jego córek zresztą też), z jednej strony despotyczny brutal, z drugiej strony wykształcony, obyty i troskliwy brat dla Najukochańszej. Od dzieciństwa nienawidziłem tego człowieka i jego sposobu bycia oraz poglądów. A jednak im robił się starszy, tym bardziej potrafiłem stawić mu opór, postawić na swoim, ale również spróbować go zrozumieć, a nawet dogadać się z nim. Jednak lęk przed ujawnieniem swojej tożsamości przed tym podłym człowiekiem pewnie trwałby dalej – trzymając mnie w czeluściach szafy. Umierając, ów wyzwolił mnie z lęków. W styczniu 2007 roku samobójstwo popełnił mój kumpel – mając do licha ledwo 21 lat. Powinien się wstydzić swojego czynu wielu by chciało mieć jego życie! Staram się zawsze zajrzeć na jego mogiłę, kiedy jedziemy na grób dziadka I’. Wtedy zawsze się czaję za drzewkami, aby u Ł’ nie spotkać jego rodziny. Nie lubię takich spotkań, ale starzy chłopaka praktycznie oszaleli ze smutku, utracili ukochanego syna w najpiękniejszym momencie jego życia – dlatego nie dziwię się, że przepiękne kwiaty na jego grobie niezależnie od pory roku są zawsze świeże. Czas leczy rany, ale czasem bardzo powoli.

Ten ostatni zgon rozbił mnie psychicznie. Kropla wydrążyła skałę. Ł’ udało się w życiu wszystko (przynajmniej z perspektywy nas, jego rówieśników), poza kilkoma drobiazgami (dla chłopaka to były dramaty przekreślające sens życia) i zdobył się na tak dramatyczny krok. Ja zakładałem, że nie uda mi się nic w życiu i będę żył w kanałach jak wygnaniec, aby przypodobać się większości. Miały kolejne miesiące 2007 roku, a wszystko było inaczej niż przez ostatnie 10 lat, dzieciństwo się skończyło. Relacje rodzinne wymarły. Przyjaciele nie mogli się odnaleźć po samobójstwie kolegi, znajomości sprzed lat zaczęły pękać. Wreszcie pierwsza praca, która miała otworzyć mi drogę do ostatniego szczeniackiego marzenia – które nigdy się nie zrealizowało – wielkiej podróży po Azji… Niestety zamiast podróży, rozpadła się moja kolejna relacja przyjacielska. Wtedy też – wiosną będąc już na trzecim roku ongiś wymarzonych studiów, przeszedłem kryzys uczelniany – nie mogłem uciec od pytania: co ja tutaj robię, co ja tu, kurwa, robię? Uznałem, że moje dotychczasowe wybory były podszyte głupotą i tchórzostwem oraz, że były po prostu błędem, nierokującym żadnej przyszłości. Zrozumiałem, że ciągle tkwię w farsie, jaką sam stworzyłem – poprawność ukrycia! Została mi praca, niechciane studia i samotność. Nagle odkryłem w jak głębokiej żyłem fikcji. Zdałem sobie sprawę, że podświadomie skręcałem sobie linę. I doznałem objawienia – muszę zostać sobą – tylko wyjście z szafy uratuje mi życie.

Przez cały wrzesień i październik – dokonałem wyzwolenia. Zorganizowałem serię spotkań z bliskimi i wyznałem im, kim jestem. Tak, dokładnie – ten mały homofob i faszysta – jest pedałem. Kamień spadł mi z serca. Reakcje były na ogół pozytywne. Wszyscy przyjęli dobrą minę do złej gry, dopiero po latach wyszło kto był szczery, a kto z podręcznika obsługi społecznych zachowań wyczytał zdanie, że jeśli bliski potrzebuje pomocy, musisz go wysłuchać, a następnie poklepać po plecach.

Kiedy uporałem się z wychodzeniem z szafy odkryłem, że listopad – jest pierwszym miesiącem wiosny w moim życiu, i była to najpiękniejsza, choć najbardziej chłodna wiosna jaką przeżyłem. W listopadowe wieczory wreszcie zaczynałem uciekać na moje prawdziwe nocne życie – nie to udawane z kumplami na murku, ganiając się z SM. Chodziłem wreszcie tańczyć i śpiewać, spotykać ludzi i uciekać przed nimi. Ale przede wszystkim nie mogłem się napatrzeć na tych innych ludzi. Jakbym zobaczył wreszcie wybieg dla małp, które są podobne do mnie. Wcześniej jedynie przypuszczałem, że żyje ich znacznie więcej niż myślę. W te mroczne wieczory listopada 2007 roku zaczęło się moje życie od nowa.

Dziś, po dziesięciu latach aż trudno uwierzyć, że ten epizod miał naprawdę miejsce. Nie jestem już głupiutkim 22-latkiem, który z nerda przemienił się w całkiem zgrabną i powabną ciotkę. Dziś wrócił nerd, moje życie jest mocno ustabilizowane i zdecydowanie spokojne. Tylko sentymenty grają, uszy słyszą spieszne kroki tup-tup-tup, ciało czuje ciepło sztucznego futerka, a włosy pamiętają – fryzur szał. Ciało pamięta niewinną młodość, a umysł tęskni za tym niezwykłym efektem – poczucia prawdziwego wyzwolenia z kajdanów, szczególnie po ostatnim z zaplanowanych spotkań w ramach oficjalnego wychodzenia z szafy. Byłem wtedy na samym czubku endorfinowego haju – po latach kłamstw wreszcie – zostałem sobą!     

niedziela, 05 marca 2017

Przed rokiem dziwiłem się, że udało mi się zbudować pomost w relacjach z moim ojcem. Ten pomost jest jak się okazało mocno niezagospodarowanym miejscem, bardziej nawet ścieżką w niekoszonym od dekad ogrodzie. Jeśli się jej nie wydeptuje intensywnie zaczyna zanikać, do tego stopnia, że wiemy gdzieś w głębi naszej świadomości, że ścieżka istnieje, ale nie widać jej gołym okiem.

I taki to był właśnie rok moich relacji z ojcem. Nijakość i jałowa pustka królowała w naszych stosunkach. Nie trafiła się nam w tym czasie żadna rodzino-twórcza stypa ani inna tragedia, więc ograniczyliśmy nasze relacje do marginesu minimum. Wciąż patrzę na mojego ojca jak na mrukliwego nastolatka, zamkniętego w ciele sześćdziesięcioletniego dziada. Choć mój ojciec nie wygląda mimo swojego wieku na dziada w zupełności! Ale to określenie ma w sobie tą siłę – wyobrażenia, które widzę – kiedy spotykam ojca. Albo jeszcze mocniej, kiedy oglądam go na fotografiach z lat 70-tych, kiedy kończył wiek nastoletni. Odizolowany odludek. Myślę czasem, że on ma jakiś rodzaj autyzmu. To by go usprawiedliwiało, ale przecież nie ma.

Ostatnio zmarł ojciec mojego dalekiego znajomego. Jestem straszny, ale temu kumplowi (chyba) zazdroszczę. Ta myśl mnie przeszła jak piorun, kiedy ów wspomniał o tragedii, która go spotkała. Pomyślałem o ile byłoby mi lżej z tą świadomością, że to już po wszystkim. Dziś mojego ojca praktycznie nie ma. Kiedyś był tylko w tych najgorszych sytuacjach. Dziś utrzymujemy względnie kurtuazyjny stosunek, całkowitej obojętności, ale co będzie jutro? Przez głowę przebiegają mi najgorsze wspomnienia i relacje o tym, co robił w mieszkaniu mojej mamy po jej śmierci – czego świadkiem był mój, wtedy 15-letni przyrodni, brat. On do dziś nie chce mnie znać z powodu ojca. Co robił swojej drugiej żonie i ich córce – kiedy wydzwaniała do nich wieloletnia konkubina ojca – to ja oczywiście byłem winny. Totalne paranoje. Pamiętam alkoholowe załamanie ojca sprzed dekady, kiedy jego choroba i podwójne życie zaczęło się sypać, był w stanie tragicznego upodlenia. Ale dziś jest już tylko wielkim nieobecnym, od niedawna szczęśliwym rozwodnikiem (tak przynajmniej przypuszczam z opowieści rodzinnych). W ciągu ostatnich dwóch lat poznałem jego konkubinę – która jest nawet w porządku. Mimo to nie mam pewności, co przyniesie przyszłość? Jakie czekają mnie jeszcze przygody? Mój ojciec to zupełnie nieobliczalny facet. Stąd to uczucie zazdrości. Nie łączą nas żadne więzi, tylko biologia.

Nie mniej nie czuję się potworem, życzącym własnemu ojcu najgorszego. W zupełności mu tego nie życzę. Fakt on nie robi się młodszy, nie ma siły na dawne gierki, bardzo dużo pracuje, mocno ograniczył lub jak twierdzą niektórzy odstawił napoje wyskokowe. Chciałbym, aby był choć przez chwilę szczęśliwy.

Sto lat z okazji twoich 62 urodzin!     

 

sobota, 05 marca 2016

To dziwne, ale przez ostatni rok, a w sumie przez ostatnie pięć miesięcy, zupełnie niespodziewanie udało mi się wybudować, bardzo chwiejny, pomost w relacjach z moim ojcem.

Dziś obchodzi on swoje 61 urodziny. Spojrzałem, co napisałem o nim rok temu i wcześniej, (kiedy zdarzyło mi się o nim wspominać kiedykolwiek na tym blogu), i zobaczyłem pewną prostą z tendencją do minimalnego pozytywnego wzrostu. Tak, jest lepiej. Normalizacja. Zdarza nam się rozmawiać. Czyli jednak odkrył drogę do boga? Albo przeraził go ten wiek? Czas na normalizację?

Przy okazji styp, które przypadły mi w udziale w ostatnim półroczu, miałem okazję spotkać mojego ojca twarzą w twarz na dłużej, oraz jego wybrankę, której dawne kaprysy względem mojej macochy, kończyły się tym, że mój ojciec wszystkie jej wyskoki zrzucał na mnie. To niby ja byłem tym złym – który chciał rozbić małżeństwo mojego ojca, nasyłając jakąś moją głupią koleżankę, która dzwoniła do żony mojego ojca i podszywała się pod jego niby alternatywną partnerkę.

O dziwo ta zła kobieta – na odwagę zaprezentowania której – mój ojciec zbierał się przez ostatnie 20 lat, okazała się zaskakująco normalna. A ja byłem dla niej zadziwiająco wyrozumiały i empatyczny (tak jak nie ja). A przecież to ona była jedną z przyczyn, różnych dramatów rodzinnych i późniejszych dziwacznych historii, w których to mnie przyprawiano najgorszą opinię. I tego mojemu ojcu nie mogę nigdy wybaczyć – że byłem dla niego pionkiem w jego pogmatwanym życiu.

A pomimo wszystkich tych zaszłości i nieukrywanej niechęci, jaką okazywałem mojemu ojcu od lat, coś nieznacznie drgnęło w naszych relacjach. Jestem tym zaskoczony. Nie wiem czy to mnie cieszy? Może to moja słabość, może to on się zestarzał, (chociaż wygląda o niebo lepiej niż przed dekadą, kiedy przeżywał swój największy upadek, kiedy zdawało się, że to już definitywny koniec)? Nie wiem też zupełnie, czy ta chwilowa odwilż w naszych relacjach przetrwa…? Nic nie wiem!        

czwartek, 28 stycznia 2016

Śmierć nie ma ochoty odpuścić.

Styczeń był dla mnie trudnym miesiącem, posępnym i smutnym. Śmierć bawiła się za dobrze na rollerkosterze życia, z szału radości odbierała żywot, co rusz największym gwiazdom i tym znacznie mniejszym – w bardzo dużym natężeniu. Wreszcie znów dotknęła mojej rodziny.

Wczoraj odszedł mój wuj A’, traktowany przeze mnie bardziej jak starszy kuzyn, ledwo trzynaście lat starszy ode mnie. Był synem M’, najmłodszego brata Najukochańszej. Urodził się niestety z pewnym rozwojowym opóźnieniem, na pierwszy rzut oka, był normalny, fizjonomia nie odbiegała od standardów, jednak, gdy zaczynało się z nim rozmawiać szybko opadała maska, a spod pokrywy dorosłego człowieka wychodziło dziecko, czasem nastolatek, ale najczęściej chłopiec w wieku około lat dziesięciu. Dla rodziny – zwłaszcza dla jego ojca, był to dramat i temat do wstydu. Ta odnoga mojej rodziny po Wojnie uciekając ze wsi poszła w zawody medyczne, ojciec chirurg, matka kardiolog, teściowa i córka stomatolodzy z doktoratami itd. Dla reszty rodziny z roku na rok stawały się to za wysokie progi, bariera wstydu z powodu parszywego rodowodu była wprost nieznośna, a balast nie dość światowej familii możliwie niwelowany za pomocą eliminowania niewygodnych członków ze świadomości, wujostwo M’ pielęgnowało budowę barier z należytą uwagą. I wtedy urodził się ich syn A’, pasmo sukcesów nagle przerwał dramat. Ale choroba nie wyszła od razu, stąd po roku pojawiła się jego siostra, najzupełniej zdrowa. Ale jaki padł strach, kiedy wyszło, że jej braciszek jest ułomny, zwłaszcza, kiedy zbliżał się czas – jej kolejnych stadiów rozwoju: raczkowanie, pierwsze słowa itd. Przestrach był na tyle silny, że wujostwo M’, postarało się o mechaniczne rozwiązanie, aby nigdy więcej nie urodziło im się żadne dziecko.

Życie płynęło. Lekarski klan wciągnął swoje dzieci do wykonywania zawodów ze zbioru rodziców, córka poszła w ślady macierzystej babki, a „kuzyn” z racji swoich problemów został przeszkolony na masażystę i pracował w zakładzie chronionym. Jednak przeznaczeniem A’ nie była praca masażysty, bardziej ciągnęły go sztalugi. Przełamując barierę wstydu, rodzice znaleźli mu nauczyciela i pracownię, i tak mój „kuzyn” zaczął malować, a nawet dorobił się kilku wystaw (nie tylko w kraju), oraz wyrobił sobie nazwisko pośród artystów stylu, w którym się odnalazł.

Ja pamiętam mojego niewiele starszego wuja z licznych wspólnych wakacji, kiedy pomagał ojcu na działce, przy budowie domku. Pamiętam, że nie zawsze byłem względem niego fair, byłem po prostu złośliwym dzieckiem. Tak głupim i czasem okrutnym jak wszystkie dzieci. Ale „kuzyn” zawsze dawał sobie radę, mimo różnych przeciwności i podłości życia. Stworzył finalnie swój własny świat, w którym odnalazł swoją drogę i chyba jakąś formę szczęścia…

A’ uwielbiał przyrodę, na równi z samotnym zapuszczaniem się na długie piesze wędrówki po mieście. Przyroda go zabiła. Nie potrafił zawiadomić rodziców, że pogryzł go kleszcz, pewnie zerwał go wystraszony obcym ciałem na skórze. Kiedy wykryto u niego późną postać boreliozy na leczenie było za późno. Od trzech lat, po porażeniu neurologicznym przykuty był do łóżka, przestał mówić i poznawać ludzi. Wczoraj zmarł…     

A' 1973-2016

[']

niedziela, 08 listopada 2015

Dziś przychodzi nam do pożegnania. Tak szybko, przekreślam dzieciństwo, tak szybko odchodzi w niepamięć obecność drugiego człowieka. Pustka ogarnia mnie – zero myśli, w oczach szkło. Pamiętam te lata i zimy, kiedy wtulony spałem w twoje ramię – druga matko (po tej drugiej prawdziwej), kiedy na wsi paliłaś w piecu, kiedy wyjmowałaś cukierki z zimnej spiżarni na drugie śniadanie i kiedy po kryjomu dawałaś mi rower, abym sam mógł jechać wśród śniegów lub pośród wysokich zbóż do Tomczyc lub Plecki po zakupy. Kupowałem wtedy lody w wafelku, którymi nauczyłaś mnie dzielić się z tobą.

Pamiętam jak robiłaś korytarze w malinach, w które uciekałem by schować się przed światem, albo siedziałem w dzikim ogrodzie, kiedy ty kochana pracowałaś w polu. A przecież wcale nie musiałaś, zwyczajnie to była miłość do pracy, a niewdzięczni – którzy nawet nie potrafili zadzwonić w dniach twojej choroby, przez długie lata z chęcią wyciągali ręce, po owoce twojego spracowanego ciała. Śliwki, jabłka, wiśnie, mirabelki, maliny, truskawki, pomidory, ogórki, papryka, fasola, moc innych warzyw i owoców, ile tego było. Przywoziłaś całe wiadra ze wsi do miasta, hobby, które kosztuje tyle zdrowia, tobie dawało go więcej i więcej. Nawet kiedy zmarła twoja siostra, dla której jeździłaś w tą dzicz kilka razy w roku, aby jej pomóc przetrwać w tych spartańskich warunkach – nawet wtedy nie zaprzestałaś tam pracować. W mieście ludzie rwali włosy, że stara kobita sama siedzi na odludziu bez psa obronnego z sąsiadem, do którego po jakąkolwiek pomoc trzeba iść kawał drogi. Ty trwałaś w swoich postanowieniach.

Pamiętam jak jeździliśmy do ciebie, kiedy byłaś w mieście na niedzielne obiadki, pamiętam jak opowiadałaś o swoim życiu o Niemcu, o dworze, o swoich wszystkich siostrach i braciach, o ojcu, którego zawsze nazywałaś tatusiem, o ciężkiej pracy w PRL-owskiej rzeczywistości, o córci, która była twoim oczkiem w głowie i o moim ojcu – którego przez bliskość pokrewieństwa traktowałaś jak syna, którego chciałaś mieć bardziej nawet niż córkę. Ile było w tobie troski i humoru, ciepła i dobra. We mnie tych cech nie ma!

Pamiętam jak opowiadałaś historie o duchach, jak po śmierci twojego ojca młocarnia w stodole, w której spałaś z siostrami, zaczęła sama się obracać, a po śmierci mamy, na klepisku w izbie, było słychać odgłosy jej bosych stóp, kiedy nocą wstawała na wiadro. Albo jak po wojnie mieszkałaś już w mieście – kiedy szłaś jesienną porą na bardzo wczesną godzinę do pracy, nagle gdzieś na odludnej, spowitej mgłą, robotniczej ulicy, minęła cię ubrana balowo kobieta w czerni – a kiedy się za nią obróciłaś, ulica była pusta i ani żywego ducha. Te wszystkie legendy z pewnością muszą być prawdziwe – wierzę w ich prawdziwość.

Pamiętam twoją miłość do psów, w twoim domu te zwierzaki były traktowane po królewsku. Pamiętam że bałaś się śmiertelnie burzy. Kiedy przychodziła ona na wsi, szykowałaś wszystkich na ucieczkę, gdyby piorun trafił w topól zagiętą nad dachem w miejscu izby mieszkalnej. Kiedy burza przychodziła w mieście, gasiłaś radio i telewizor, nawet wtedy kiedy puszczali twój ulubiony serial. Z burzami nigdy nie było żartów.

Pamiętam ostatnie piętnaście lat, kiedy dopadła cię już starość – ale była to dziarska starość, spędziliśmy kilka sezonów rodzinnie u wuja nad morzem – tam nigdy nie odmawiałaś dobrej napitki i wspominałaś wieś gdy jeszcze żyła twoja siostra, która jedyna została na gospodarstwie, robiłaś dla niej śniadania, obiady i kolacje, a twoje kolacje uwielbiałem. Po owych kolacjach oglądaliśmy jakiś film na malusieńkim czarnobiałym telewizorku, z którym twoja wiejska siostra zawsze się witała i żegnała, a potem szło się spać na wysokie posłanie, byle jak najwyżej od wilgoci klepiska i jak najwyżej do ciepła gromadzącego się pod sufitem. W latach wakacji nad morzem, u twojego brata – pamiętam, że wreszcie miałaś zupełny luz. Wychodziłaś tam na werandę domu i opalałaś się w kapeluszu z rondem i w szlafroku zakrywającym żylaki na nogach, dla których słońce nie było wskazane – był to niezwykle zabawny widok.

Mam tyle wspomnień – już tylko wspomnień, czuję wciąż specyficzny posmak twoich dań i powideł, słyszę gdzieś w oddali twój chropowaty, lekko skrzeczący głos i czuję miłość, jaką mi dawałaś, choć czasem byliśmy w konflikcie. I obezwładnia mnie myśl, że to już wszystko, to już przeszłość. Została tylko urna z prochem…

Pamiętam wreszcie ostatnie pięć lat, kiedy zmagałaś się niedołężnością spowodowaną udarem i postępującą po nim błyskawiczną demencją. W tamtą wigilijną noc 2010 roku, byłem totalnie przerażony, wizją twojej śmierci. Ledwo się widzieliśmy w tygodniu, coś szykowałaś dla mojej Najukochańszej, odbieraliśmy to coś z I’ od ciebie, a potem wiadomość, że udar, że paraliż jednej strony ciała, ale że mówisz i że rozumiesz. Widok na oiomie był przerażający. Wtedy coś przeważyło szalę, wiek i ta choroba, przyspieszyły tikanie zegara. Nie udało ci się już nigdy odzyskać sprawności, już nigdy nie ugotowałaś nic dla córci, a tak bardzo tego pragnęłaś i tyle razy obiecywałaś i wierzyłaś, że staniesz na nogi. Twój optymizm był iście utopijny! Pierwsze dwa lata wydawały się rokujące, ale od 2013 roku wszystko zaczęło się totalnie sypać, twój duch odszedł gdzieś w głąb powłoki, ciało zostało bezwolne, targane różnymi przymusami, sporadycznie udawało się przywołać tą prawdziwą świadomość, gdzieś z czeluści otchłani i wspomnień sprzed wielu dekad, które teraz stały się twoim światem. Straszne, jak szybko zapomniałaś o bliskich, którzy cię otaczali, straszne, jak bardzo jesteśmy krusi i zniszczalni. Po odejściu ducha, odpuściło ciało – po prostu zgasło.

Tak zgaśniemy wszyscy bez wyjątku. A choć tobie, udało się wyciągnąć tak dużo z życia – choć mamy świadomość końca – to nigdy na ów nie ma zgody, zawsze wyrywa nam serce i skacze po nim jak oszalały z nienawiści wariat. Nigdy nie dość życia, zwłaszcza, jeśli dało się tyle miłości i wciąż pozostali ci, którzy mają dług wdzięczności. Niespłacony... 

5.11.2015

 

czwartek, 29 października 2015

Dziś odeszła ostatnia siostra mojej Najukochańszej, Lucy jak nazywał ją Niemiec, który zajął polski dwór nad Bzurą w którym w trakcie wojny służyła. Ile wspomnień mam, ile w pamięci. Nie mam dziś siły nic już pisać. Ale wobec ostatnich okoliczności - cholerne życie - czasem słońce, czasem deszcz.

 
1 , 2 , 3 , 4