o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze

koffieculture

piątek, 08 marca 2019

Dziś, a w sumie wczoraj,  jakie to ma znaczenie – parafrazując słowa mojej pierwszej, męskiej, prawdziwej miłości – kiedy „mój krzyk roznosi się po pustyni jak wybuch, wulkanu, który nigdy nie istniał”, ogłosiło upadłość Wydawnictwo Komiksowe – które stworzył i prowadził Wojtek Szot.

Wojtek znany w świecie komiksu i dawniej w środowisku LGBT, twórca wydawnictwa Abiekt i społecznie zaangażowanego gejowskiego bloga (również) Abiekt, a od kilku lat wraz Olgą Wróbel, twórca kultowych już Kurzojadów na łamach, których dokonują recenzji wybranych pozycji z szeroko pojętej literatury – kończy swoją przygodę wydawniczą. Wielka szkoda! Choć wkurwiał mnie Wojtek, jako recenzent – totalnie teflonowy jeśli szło o krytykę jego recenzji – o tyle ten autorytaryzm to była jego siła, jako wydawcy, znakomity gust, wyczucie i ogromna znajomość rynku – pomogła mu przetrwać jako niszowemu wydawcy w niszy komiksowego światka.

Wydawnictwo Komiksowe upadło! To było 6 lat jazdy bez trzymanki z akcentem postawionym przede wszystkim na wybitnych polskich artystów.

Mam nadzieje, że nie jest to prognostyk bardzo silnego przegrzania rynku, o którym od kilku lat głośno mówił właśnie, zamykający swoje wydawnictwo Wojtek Szot.

Dzięki za piękne książki!!!

 

Poniżej stejtment wydawcy:

 

[Pożegnanie]

 

25 marca 2013 roku wydaliśmy pierwszy komiks pod marką Wydawnictwo Komiksowe. Do dzisiaj ukazało się dzięki nam ponad sto tytułów polskich i zagranicznych twórców i twórczyń. Dzisiaj czas się chwalić. Za “Codzienną walkę” i “Kota Rabina” dostaliśmy od PSK nagrodę “europejski komiks roku”, polskim komiksem roku została zaś “Totalnie nie nostalgia”. Na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier m.in. za wydawanie dawnych komiksów polskich otrzymaliśmy tytuł Wydawcy Roku. Regularnie nasze tytuły były na podium w prestiżowym podsumowaniu roku magazynu “Polityka”, a dwa z nich - “Codzienna walka” i “Kot Rabina” wygrały podsumowanie. Ostatnim z sukcesów jest fantastyczny odbiór komiksu Daniela Chmielewskiego, “Ja, Nina Szubur”, uznanego przez “Gazetę Wyborczą” komiksem roku.

 

Dzisiaj chcemy się z wami podzielić naszymi ostatnimi “produkcjami”. W pakiecie Art Rage znajdziecie komiksy doceniane, nagradzane i wielokrotnie bardzo pozytywnie recenzowane. Anna Krztoń pisze o dorastaniu, Daniel Chmielewski o mitach i odmiennych wizjach świata, Tomasz Grządziela opowiada historię w niezwykły sposób, Gosia Kulik oraz duet Garwol/Rzodkiewicz grają z pure-nonsensem, opowiadając całkiem smutne historie. Wisienką na torcie jest nasz wielki hit - Totalnie nie nostalgia. To ostatnie egzemplarze tej książki.

 

Myślę, że każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie, bo też taki był cel wydawnictwa - komiksy różnorodne

 

Dziękuję za zaufanie do naszych wyborów, rozmowy, spotkania. Trudno nawet się zdecydować za co i komu dziękować. Pozwolę sobie wymienić najbliższych współpracowników i współpracownice, dodając od razu że dziękuję po prostu wszystkim - to było sześć lat nauki i przygody. Dziękuję!

 

Podziękowania niech zechcą przyjąć autorzy i autorki: Mateusz Skutnik, Piotr Białczak, Wojtek Chmielewski, ekipa Maszina, szczególnie Michał Rzecznik, Daniel Gizicki, Barbara Okrasa, Sebastian Skrobol, Tomasz i Bartosz Minkiewiczowie, Bogusław Polch, Maciej Parowski, Paweł Rzodkiewicz, Paweł Garwol, Daniel Odija, Wojciech Stefaniec, Anna Krztoń, Daniel Chmielewski, Tomasz Grządziela, Gosia Kulik, Wanda Hagedorn, Jacek Frąś, Jan Mazur, Tomasz Pstrągowski, Maciej Pałka, Przemysław Wechterowicz, Grzegorz Janusz, Krzysztof Gawronkiewicz, Dominik Szcześniak, Grzegorz Pawlak, Szymon Kaźmierczak.

 

Tłumacze: Grzegorz Przewłocki, Wojciech Birek, Grzegorz Ciecieląg, Krzysztof Uliszewski, Sławomir Paszkiet, Daniel Gizicki, Marek Kędzierski, Jakub Syty.

 

Alicja Laskowska, Hans Lijklema, Paweł Timofiejuk, a szczególnie Jarek Obważanek i Alina - Dymkołamacze, bez których pewnie połowa tytułów nigdy by nie wyglądała tak doskonale.

 

Pięć lat potrafi wiele zmienić, czas na nowe wyzwania, nowe cele i zadania. Przed nami jeszcze dwie premiery oznaczone naszym logiem - komiks Michała Rzecznika i książki Adama Ruska. To będzie nasze naprawdę ostatnie już pożegnanie.

 

Rusza wielka wyprzedaż w ramach ArtRage, a my się widzimy jeszcze na Niech żyje papier! Ilustracja, gdzie na naszym stoisku będą trwały lekko spóźnione ostatki - takich cen świat nie widział. Kupcie online, wpadnijcie się pożegnać na żywo.

 

Bardzo wam dziękuję, to była fantastyczna przygoda.

 

Wojtek Szot 

poniedziałek, 04 marca 2019

Cóż za okrutny festiwal śmierci trwa w ostatnim tygodniu. Nie ma znaczenia dzień ani miesiąc i czy jest okazja czy jej brak. Zawsze jest dobry czas by zabierać tych najlepszych z każdej dziedziny.

Tadeusz Raczkiewicz, 1949-2019, jeden z filarów „Świata Młodych”, rysownik komiksów i grafik satyrycznych. Twórca niezapomnianego „Tajfuna” i adaptator literatury młodzieżowej w komiksie, oraz komiksowych przypowiastek z historii Polski. Wielki pasjonat i promotor rodzinnego Gubina.

raczkiweicz

Keith Flint, 1969-2019, kto nie pamięta tego człowieka z dzieciństwa biegnącego mrocznym tunelem, z diabelsko wyciętymi włosami w bluzie (w Polsce powiedzielibyśmy profanującej, amerykańską flagę). Istny demon – który zostaje we wspomnieniach epoki, która przeminęła i im dalej jest zagłębiona w przeszłości tym słodszy ma smak wspomnienie o niej. To był ikoniczny wokalista – jednego z najciekawszych brytyjskich zespołów lat 90-tych.

Luke Perry, 1966-2019, od razu powiem że nie oglądałem serialu „Beverly Hills, 90210” w którym aktor był jedną z głównych gwiazd. Nieświadomy gwiazdorstwa Perrego śledziłem jego losy w zupełnie innej serii popularnej platformy strimingowej i jest w absolutnym szoku, w związku z tą śmiercią. Jego ostatnią rolą będzie wchodzący chyba w tym roku najnowszy film Quentina Tarantino „Once Upon a Time in Hollywood” opowiadający prawdziwą historię morderstw  grupy Charlesa Mansona. 

 perry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

The Prodigy - Firestarter

piątek, 01 marca 2019

Dziś mija 45 lat od debiutu grupy Rush. Dla fanów do ważna data, choć zespół już na emeryturze. Za chwilę i mnie czeka emerytura blogowa - ale na Titanicu grali do końca. Dziś zagram coś z 1987 roku, z okresu kiedy Rush był na rozdrożu swojej kariery... Ja jestem na rozdrożach decyzji co dalej robić z tym tu kramem - być czy nie być... 

Poniżej utwór Lock And Key z albumu Hold Your Fire. 


 

 

 

 

 

 

 

Rush - Lock And Key

wtorek, 26 lutego 2019

 

5 lat temu miałem tą okazje dotknięcia wiary – spadł mi z nieba, a ja nie byłem gotowy. Gwiazdy świecą swym blaskiem zawsze jasno! Ku pamięci tamtej chwili i tego spotkania!

Jak już pewnie wiecie drodzy bloxerzy to ostatni wpis z tej serii na tym blogu. Bo wszystko się kończy!

 

 

 

 

 

 

 

VCMG - Spock


czwartek, 07 lutego 2019

Piękne są małe rzeczy. Takim pięknem ostatnio obdarzył nas poruszający obraz Mój piękny syn belgijskiego reżysera Felixa Van Groeningena. To film opowiadający o miłości i trudnej relacji ojca i uzależnionego od narkotyków syna, w głównych rolach obsadzeni zostali znakomici Steve Carell i Timothée Chalamet. Zobaczcie warto!

Nie będę roztrząsał fabuły, wolę skupić się na znakomitej plejliście, jaka towarzyszy scenom z życia młodego narkomana. I tak idziemy tu od klasyki lat 60-tych, przez Bowiego, Nirvanę po islandzką grupę Sigur Rós. Ta muzyka tam się doskonale skleja, a numer Svefn-g-englar z albumu Ágætis Byrjun – Islandczyków, obrazujący kolejny odlot młodego bohatera – jest strzałem w dychę, mistrzostwem połączenia obrazu i muzyki.


 

 

 

 

 

 

 

 

Sigur Rós - Svefn-g-englar

sobota, 26 stycznia 2019

W roku 2019 internety zawojowała wiralowa akcja 10 Years Challenge. Wstyd się przyznać, ale ja jeszcze swojego nie zrobiłem. A u mnie ten czelendż byłby wyjątkowo bolesny. Gdzie jest ten słodki i pogrążony w czarnym świecie pesymizmu chłopiec? Dziś został tylko rubaszny Ganeśa, i zestawianie tych dwóch postaci u samego Koffiego Jamesa wywołuje szok i niedowierzanie. Kim są te dwie osoby do cholery?

Nie mniej niektórzy nie mają takich zmartwień i wcale nie mają żadnych kompleksów, a ich czelendż wydłuża się w czasoprzestrzeni i nie obejmuje jednej dekady, a cztery. Oto chłopcy z Rush w 40 Years Challenge 1979-2019.

Rush 40 Years Challenge

 

wtorek, 08 stycznia 2019

Gdyby żył obchodziłby dziś 72 urodziny! Ale czy on nie żyje? Ja w 2016 roku powiedziałem, że to chyba jakaś wielka mistyfikacja, bo stary chciał, aby mu wszyscy dali już święty spokój. Dalej mój romantyczny promil w duszy wierzy, że – jeszcze się wszyscy zdziwimy, jeszcze nam pokaże to i owo. Nawet jeśli nie okaże się cudownie żywy to z samych zaświatów wyjdzie na ciemnej chmurze gwiezdnego pyłu i zagra raz jeszcze. Dlatego dziś obchodzi 72 urodziny, żadne czasy przeszłe tu nie wchodzą w grę… Niech trwa w najlepsze czas Dawida!   

 

 

 

 

 

David Bowie - Jump They Say

środa, 02 stycznia 2019

Dostaliśmy z I' od znajomego poety wierszyk życzeniowy na nowy 2019 rok. Jest uroczy więc się z wami nim dzielę. 

 

"Wiersz się plecie na stulecie"

 

Zdrowia, stu lat, pomyślności,

szczęścia, rogu obfitości,

niech Was Pegaz wozi w chmury –

życzą: ZUS, Koryntu córy,

ufoludki i rodacy,

narodowcy, wszechpolacy,

pradziadowie i prababki,

wróżka z Wronek, rabin z Rabki,

noworodek z Nowej Soli,

socjaliści z Bożej Woli,

hazardziści oraz geje,

moraliści i złodzieje,

garkotłuki, elegantki

i stuletnie kombatantki,

utracjusze i banksterzy,

kowal z Wielkiej Kazimierzy,

Kazik, Liroy, Kukiz, Selin,

Biedroń w drodze do Brukseli,

stróże prawa, anarchiści,

chrześcijanie i buddyści,

zakonnice, feministki,

ksiądz-cyklista, trzy cytrzystki,

lustratorzy, sąd niebieski

i cenzorzy,

Hermaszewski,

muzy polskiej awangardy,

aktor sławny z halabardy,

Tusk z Trumpową, Trump z Lewinsky,

J. Kaczyński, szewc Kiliński,

kot bez butów, pies niemowa,

świrów armia doborowa,

a na koniec pijak z bloku –

dobrej zmiany w Nowym Roku!

 

Zmiany zmian

życzę Wam.

 

As

 

poniedziałek, 03 grudnia 2018

bohemian rhapsody

Byłem dwukrotnie na filmie Bohemian Rhapsody, po pierwszym seansie uznałem, że ten film jest bardzo zły a po drugim, że jest tylko zły. Dlaczego?

Wbrew pozorom dla 90% widzów BR to widowisko, na którym będą bawić się przednio – śpiewając szlagiery Queen i bujając się w fotelu zagryzając prażoną kukurydzę – i nie żebym tego nie robił z całymi rzeszami ciotek w kinie (szczególnie na pierwszym seansie było wielce tęczowo) – mnie to też porwało, bo taki jest cel tego filmu, ale nie mogłem znieść nieprawd, nagięć historii ani zrozumieć, o czym ten film ma być? O czym jest ten film?

O czym – ktoś widział – jest ten film? O kapeli Smile, która zrządzeniem przypadku w 1970 roku po spotkaniu Farrokha Bulsary zamienia się w rzygający hitami Queen, szaloną grupę muzyczną odbierającą kasę i fejm przez najbliższe 20 lat innym gwiazdom, które nie mają szansy w walce o listy przebojów z tą maszynką do robienia kasy? Ale może to jest film tylko o Farrokhu Bulsarze – zahukanym przez dominującego ojca dobrotliwym parsie, pracującym na lotnisku, dla którego spotkanie chłopców ze Smile staje się katalizatorem uwalniającym jego wewnętrznego Mr. Hyde? Ale to monstrum zabójcze dla biednego chłopca, który tak naprawdę jest całkowicie samotny i nie ma przyjaciół, a poza Queen jest zupełnym nieudacznikiem, a do tego boryka się ze swoim przytłaczającym biseksualizmem. Nie mam dalej pewności? Ale, ale może to filmowa kronika anegdot i sytuacji z niechronologicznie przedstawionych dziejów powstawania największy hitów Queen? To mnie niemożebnie w tym filmie wkurwia, że wydarzenia z lat 70-tych wędrują magicznie do innej dekady i na odwrót. Nici grube ale karawana jedzie dalej!

Ten obraz nie daje odpowiedzi na żadne z postawionych pytań o to, o czym ta powieść jest. Te trzy tematy przeplatają się swobodnie by nagle urwać historię w 1985 roku – kiedy to dla podkreślenia dramatyzmu fabuły, Queen powraca jak feniks z popiołów na scenę podczas koncertu Live Aid, po swoim domniemanym upadku – którego w rzeczywistości nigdy nie było. Fryderyk już wie, że jego koniec bliski (w świetle najnowszych danych to kolejna bzdura, bo nie wiedział jeszcze co najmniej rok), więc kaja się przed kumplami, aby go z powrotem przyjęli do zespołu, (choć nigdy go nikt nie wyrzucał a rok wcześniej Queen wydał jeden z najbardziej komercyjnych albumów w swojej historii, ale to nic, nie pasuje do wizji i dramatyzmu) bo tylko z Queen jest kimś i chce poświęcić swoje ostatnie lata muzyce z zespołem – który jest legendą (wymioty). Potem mamy 20 minut koncertu Live Aid – który wgniata widza w krzesło, a kawałki oddane są przez filmowy zespół 1: 1 z oryginałem i co jest po koncercie? Napisy Kurwa! Wszystkie tematy rozgrzebane – koncepcja pięć razy zmieniona i mamy cały film. Nie. Nie. Nie!!!

W necie znalazłem kilka recenzji podobnych do mojej, skupiających się wokół tego, że niestety film jest nijaki, ponieważ miał stać się przede wszystkim produktem, kolejnym albumem Queen tyle, że wydanym w 2018 roku. A w scenariusz bardzo mocno ingerowali obecnie aktywni muzycy Queen, Brian May i Roger Taylor, którzy walczyli o to by ich pozycja w filmowym Queen była równoprawna z Mercurym.

Jak pisze na forum Filmweb użytkownik ast: Tak to jest, kiedy za produkcję filmu bierze się artysta z nadmuchanym ego wielkości Mt. Everest (Brian May). Dobrze, że Mercury nie żyje, bo gdyby żył i ujrzał jak go sportretowali, to palnąłby sobie w łeb. Zrobili z niego biednego, zagubionego chłopczyka bez przyjaciół, odpowiedzialnego za rozpad zespołu, który w rzeczywistości nigdy się nie rozpadł. Na szczęście biedny Freddie ukorzył się przed zespołem i wyznał, że bez nich nie znaczyłby nic (w tym miejscu powinien być najazd kamery na spodnie Maya, aby ukazać jego potężny wzwód). Żal i żenada.

Ale poza tym to brawurowe widowisko, ze świetnie obsadzoną rolą Mercurego w którego wcielił się Rami Malek, reszta też daje radę, szczególnie aktor grający Maya, kropla w krople (staruszek długo musiał siebie szukać)! A co stało się po 1985 roku – tego dowiadujemy się za napisów – Freddie sobie umiera. Wszystkie trzy fabularne wątki zostają ucięte bez podania przyczyny, trochę jak podczas serialowej wizyty u psychoterapeuty – nasz czas się skończył. The End.

 

piątek, 30 listopada 2018

Last Emperor

Wielcy odchodzą po cichu, bardzo szybko znikają ikony. Jeden po drugim, co za skala? Miałem się nie odzywać w temacie, bo choć jestem kinomaniakiem to w kontekście tego wielkiego reżysera jestem cienki w uszach, że aż wstyd. Dziś ocean popkultury jest tak przepastny, że powoli tracimy rozeznanie, do czego trzeba wrócić, a co zostawić, bo jest już stratą czasu i cennego życia…

Pamiętam lata 2003-2006, kiedy po powrocie ze szkoły czy uczelni robiłem sobie filmowe wieczory w moim maleńkim pokoiku na jeszcze mniejszym ekraniku starego kompa. Miałem na biurku zawsze po kilka płyt DVD, popielniczkę i czas tylko dla siebie. Oglądałem czasem w ciągach dwa lub trzy filmy. Tym sposobem trafiłem na Bernardo Bertolucciego. Choć wtedy o tym nie wiedziałem. Wielkie wrażenie zrobił na mnie jeden z ostatnich filmów reżysera, wchodzący wówczas do kin skandalizujący dramat „Marzyciele”, który nie jest największym z osiągnieć Bertolucciego – powiedzmy to szczerze, ale zadziałał na mnie jak budzik, usłyszałem w głowie dzwonek i zrozumiałem, że nie jestem sam ze swoimi pragnieniami. A jak się po latach okazało, odważnych scen erotycznych w tym filmie nie było wcale, bo usunięto je ze scenariusza, a może dzięki nim byłby to najbardziej skandalizujący w dorobku reżysera film – przyćmiewający „Ostatnie Tango w Paryżu”. Następnie uwiodła mnie cudowna wizja świata w „Ukrytych Pragnieniach” i ta Toskania – o Bosh cudowna i pełna napięcia. Kolejnym czarującym etapem był „Mały Budda”, który był naturalnym wprowadzeniem do filmu „Ostatni Cesarz”. Ten ostatni obraz (być może ze względu na moje zainteresowania i uczulenie na kwestie przemian ustrojowych, historii przełomu XIX/XX wieku, polityki i zmian społecznych) rozłożył mnie na łopatki i każdy fragment tego filmu można traktować, jako zaproszenie do spotkania z dziejami ludzkości. Moją fascynację tym filmem chyba podzieliła Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej – która w 1988 roku nominowała to dzieło w każdej możliwej kategorii do Oscara i film zdobył wszystkie nagrody, dziewięć statuetek – do dziś chyba żaden obraz nie powtórzył tego wielkiego sukcesu włosko-brytyjskiego kina…

To czym porywał Bertolucci w swych filmach to autorskie, odważne i afirmujące życie spojrzenie na bohaterów, jakich pokazywał – bohaterów znacznie bliższych widzowi – niż ci, których kreowało Hollywood. Kino włoskiego reżysera prowokowało, ale również czerpało z życia, było zwierciadłem epoki przemian wartości – fikcyjną dokumentacją burzliwych przemian społecznych. Chcę więcej takiego kina! 

Bertolucci odszedł 26.11.2018 roku.       

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31