o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze

koffie spraw codziennych

wtorek, 19 marca 2019

Dekadę temu na blogu zadebiutował mój kochany I’. Latka poleciały kto wie dokąd niech podniesie rękę – chętnie się dowiem. Z racji tego, że to ostatni wpis z tego cyklu na tym blogu, chyba warto przypomnieć słowa tego gnoja – mnie – sprzed dekady. 23-letniego chłopaczka – zażenowanego tym co właśnie robi – aż dziw, że to moje własne słowa. Wam też życzę spełnienia, mam już lekkie doświadczenie na tym polu – 3833 dni za nami czyli 126 miesięcy – to kawałek czasu.

 

Trudno pisać o sobie. Zwłaszcza kiedy przychodzi do tego, iż wywłóczy się coś ze swojej prywatności. Możecie powiedzieć – ależ na twoim blogu zawsze wyciągałeś bardzo dużo, zza kulis swojego życia i to często w sposób bardzo dosadny, na który (ja czy ja) bym sobie nigdy nie pozwolił(a). To prawda, zawsze było dużo mojej małej intymności – w pewnych, acz dość widocznych granicach. Myślę że jest tak z powodu, który świetnie opisuje Alison Bechdel w autobiograficznym komiksie Fun Home. „Nie wiem czemu ujawniam te rzeczy, ujawnienie okazuje się być odruchem, którego nabywa się po tak zwanym coming oucie. Raz ujawniwszy, nie możemy przestać. Obiekty godne ujawnienia mnożą się czy to w osobistych, czy kulturowych szafach”. Kurcze, drzemie w tych słowach strasznie dużo prawdy. Jak to jest z tym moim ujawnianiem? W pierwszym odruchu było to wyrzucenie z siebie wszystkiego, aby potem pozamiatać wszystko pod dywan – ogonem. Nic się nie stało, nic się nie stało – wołałem – z głupkowatym uśmieszkiem na twarzy. Z czasem oswajałem się z rozlanym mlekiem, bo otóż okazywało się, że z plamą na dywanie można żyć, oswoić ją, polubić i upstrzyć ją, nawet różnymi ozdobami. Potem zdobyć się na odwagę i powiedzieć znajomym – patrzcie jaką mam fajną plamę na dywanie, moja plama jest fajna. A że jednak nie zawsze reakcje na plamę były pozytywne – uruchamiał się we mnie syndrom Alison Bechdel – tylko że rozumiany na mój sposób… Oczywiście ujawnianie było selektywne, i podporządkowane jakiemuś misternemu celowi. Pewnie chodziło o to by w końcu znaleźć przyczyny powstania plamy. Czyli usprawiedliwienie jej istnienia! Idąc tym tropem – w wyjawianiu prawdy o sobie nie mówiłem nikomu, że w szufladzie trzymam tysiąc złotych, a w kredensie czyste złoto – co by je upłynnić w dniach czarnych Ale w życiu przychodzą dni, kiedy o tym złocie też trzeba powiedzieć. Choć nie przychodzi mi to łatwo, bo to nie ten typ bloga, i nie ten typ autora, co będzie wywlekał te sfery swojej prywatności – które są kompletnie święte, do których wstęp jest kompletnie wzbroniony wszystkim, poza uczestnikami tego misterium. A jeśli ktoś się poważy na łamanie tej sfery – zawsze już będzie miał u mnie przegrane – co dosłownie znaczy, że zawsze!!! Dziś ujawniam… Znalazłem złoto i mam je od jakiegoś czasu, myślę nawet, że jest to pokaźny skarb. Im więcej upływa czasu, tym bardziej widzę, jakie ślepa kura ziarno znalazła. Choć czasem mam ochotę wyrzucić skarb do rzeki w cholerę, (średnio raz na dwa tygodnie) – ale potem widzę jak ogromna byłaby to strata. – A jestem straszliwie skąpym człowiekiem, więc to się kompletnie nie opłaca, takie wyrzucanie. Generalnie wszystkie dobra, które się ma w życiu, powinno się rafinować, ubogacać, przetapiać – aby stawały się lepsze i to czynię – czynimy… Dokładnie pół roku temu wpadło w moje ręce niesamowite znalezisko, mój (wspaniały) chłopiec. Mój prywatny chłopiec do życia i do wzajemności. Którą dalej nazywamy miłością, lubieniem oraz pragnieniem. To już pół roku, jak jesteśmy razem z moim I’. I jest nam dobrze. Pewnie się nie kochamy – nie wierzę zwyczajnie w miłość. – Po prostu jesteśmy, może troszkę odmiennie od większości związków wszelakich – najczęściej się bijemy i gryziemy… Zakładając że obaj jesteśmy po jednych papierach, coś nas od siebie uzależniło – coś, czego nie potrafię opisać w słowach – dlatego przyjmuję nazwę dla tego czegoś jako – potrzeba… 

Złoto czyli nowy coming out, 19.03.2009, KJ

 

poniedziałek, 24 grudnia 2018

W przededniu czasów niespokojnych, w przed progu wielkich kulminacji, kiedy czujemy, że sztorm jest tuż tuż, chciałbym wam i sobie życzyć spokoju. Wypocznijcie w tym schronisku krótkiego czasu, jaki nadchodzi. Weźcie głęboki oddech, bo droga trudna przed nami. Wesołych Świąt!

 

niedziela, 23 grudnia 2018

 

Dziś zupełnie inny temat na tapecie. Ale w tym brudnym i śmierdzącym świecie warto wspomnieć, chociaż o częściowo mniej niszczącej środowisko formie transportu. 120 lat tramwajów w Łodzi mija dokładnie dziś. Od razu elektryczne pojazdy, pierwsze tego typu rozwiązanie w byłej Kongresówce, pojechały w dniu 23.12.1898 roku, dzięki inicjatywie Juliusza Kunitzera jednego z najbardziej zaangażowanych społecznie fabrykatów łódzkich. Który to kilka lat później został zamordowany przez socjalistycznych terrorystów w jednym z tramwajów.

Przez 120 lat istnienia komunikacja tramwajowa przeszła przez różne etapy swojego rozwoju. Była sukcesywnie rozwijana do połowy lat 70-tych minionego stulecia – kiedy osiągnęła największą gęstość w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców i największą długość sieci w dotychczasowej historii istnienia. Od roku 1978, wraz z likwidacją linii do Tuszyna nastąpił okres stagnacji i likwidacji wielu istniejących połączeń. Największe straty powstały po roku 1989. Planów likwidacji tras na szczęście nie zrealizowano w pełni, jednak okres dramatycznych zaniedbań z lat 90-tych odbija się do dziś w postaci wielu zrujnowanych tras, odstraszających pasażerów od tego środka komunikacji. Kiedy pojazd szynowy na wydzielonym torowisku rozwija na wspomnianych tragicznych odcinkach zawrotną prędkość do 10 km/h, nie trudno go wyprzedzić na hulajnodze. Ale obecnie panujące władze miasta od lat prowadzą politykę stawiania sygnalizacji co 150 metrów, więc zamiast remontować infrastrukturę – spowolniono również ruch indywidualny.  

Ostatnie 20-lecie to czas mozolnej poprawy jakości infrastruktury torowej oraz zakupy nowych pojazdów. Jednak te ostatnie w skali porównywalnych do Łodzi miast wyglądają blado. Kiedy ośrodki takie jak Warszawa, Kraków czy Poznań nabywały odpowiednio po 200, 80 i 60 nowych wagonów niskopodłogowych - władze Łodzi kupowały takich samych pojazdów 10 lub 12 w porównywalnym okresie (największy dotychczas jednorazowy zakup łódzkiego MPK to 22 pojazdy typu PESA zakupione w 2015 roku). Wynika to oczywiście z tego, że Łódź jest miastem potencjalnie biednym, ale jest w tych liczbach również zwarta pewna niechęć, pewne negatywne podejście, brak pomysłu miasta na komunikację szynową.

To podejście obecnych władz dało się wyczuć już w 2011 roku, w rok po obcięciu przez obecną ekipę rządów w mieście, kiedy odbywały się protesty przeciwko przejęciu przez MPK podmiejskich linii tramwajowych obsługiwanych przez MKT i MUK (firmy powstałe po transformacji na początku lat 90-tych). Już wtedy protestujący obawiali się, że chodzi tak naprawdę o likwidację podmiejskiej linii 46 do Ozorkowa (najdłuższej linii tramwajowej w Polsce). Urzędująca prezydent uciekała przed protestującymi ze swojego biura. Podobnie zresztą jak podczas innych protestów, kiedy bała się wyjść na rozmowy do ludzi. Urzędnicy magistratu wyrażali się z pogardą o „sorcie” ludzi podróżujących komunikacją. W ich mniemaniu była to miejska biedota i brudasy. Prezydent oczywiście zapewniała w oświadczeniach prasowych, że nie zamierza likwidować linii podmiejskich... Likwidacja tramwaju do Ozorkowa nastąpiła 4.02.2018 roku...

Kiedy Kunitzer budował tramwaje miejskie w 1898 roku, a następnie linie podmiejskie do Pabianic i Zgierza w 1901 roku – mówiono, że buduje się te linie dla robotników dojeżdżających do pracy. Fabrykanci wyłożyli na ten cel swoje pieniądze. W zamian za te inicjatywy spotkała Kunitzera śmierć. Kiedy Zdanowska zaczęła niszczenie trasy do Pabianic, Ozorkowa i Zgierza (te dwie ostatnie od lutego są już zamknięte), i kiedy jako gospodarz miasta między słowami powiedziała – że nie obchodzi jej to, co poza granicami Łodzi i nie wyda tam ani grosza z budżetu, dostaje 70% poparcia w wyborach. Dofinansowania do remontów linii podmiejskich odmówił również marszałek (szczęśliwie już odsunięty od koryta).

A przecież sprawna komunikacja w aglomeracji tak specyficznej jak łódzka - gdzie wokół centralnego ośrodka oparte są miasta satelity, wielkie sypialnie dla Łodzi - brak dywersyfikacji usług komunikacyjnych oznacza znaczące obniżenie komfortu poruszania się - szczególnie, kiedy wszyscy stoimy w jednym wielkim korku...

Moje życzenie dla tramwajów łódzkich na 120 rocznicę powstania jest prozaiczne: obyście miały myślących polityków u władzy...

 

 

 

 

Filmiki które dołączone są do wpisu to:

1. Oficjalna zajawka MPK z parady na 120-lecie tramwajów.

2. Relacja Radio Łódź, dwa wywiady i orkiestra MPK.

3. Relacja bez komentarza z opisem zaprezentowanych wozów podczas parady.

 

środa, 17 października 2018

Chciałem zacząć ten miesiąc wpisem, że czuję się zmęczony i ciutkę osaczony codziennością i pracą. Ogólnie, że październiki są straszliwie pracowitymi miesiącami w ostatnich latach mojego życia bla, bla, bla. Kogo to obchodzi?

Ale życie napisało mi scenariusz inny, dając mi siłę aby usiąść do takiego biadolenia 17-go(!!!), a przepraszam miałem w planach napisać tych kilka słów 16-go października. I kilka dni wcześniej też to już miałem w planach… Plany tak szybko zmieniają się w popiół.

Tak to bywa w szarości dorosłego życia. Ciągle się gdzieś gna, gdzieś trzeba być w zasadzie po nic. Nie produkuję silników do rakiet kosmicznych, moje decyzje nie mają wpływu na losy milionów. To zdejmuje mi z barków wszelką odpowiedzialność za ludzkość – ale też dołuje, kiedy przychodzi mi do głowy objawienie – że moja praca jest potrzebna bardzo niewielkiej ilości osób. A gonię za tą pracą jak wygłodniały kot za tłustą myszą…

Przecież to jest kompletne złudzenie – nie ma żadnej tłustej myszy – to tylko kościsty szczur, za którym rzeczywiście gonię – jakby mi miał dać wybawienie. Gubię gdzieś dystans – przekraczam za bardzo granice, za dużo spalam energii – bez sensownych efektów. Potem wracam zmęczony, rozkojarzony, niepotrafiący odnaleźć spokój i nawet nie mam czasu się pożalić.

Muszę wytrzymać jeszcze czternaście dni i przyjdzie listopad: ponury, cichy, smutny i spokojny miesiąc. I jeszcze służbowy wyjazd do Krakowa bosh! Nie lubię tego klimatu, smogu, nadętej atmosfery, zdzierstwa, mam złe wspomnienia i zastanawiam się gdzie mogę kupić jakąś maskę do oddychania. Widziałem takie na ulicach – moje delikatne zatoki ledwo w domowych warunkach wytrzymują natężenie lokalnych pyłów zawieszonych, choć te stężenia nigdy nie przekraczają połowy tego co jest standardem w KRK  – to co mnie tam spotka?

 

środa, 19 września 2018

Jesteśmy z I’ od 10 lat razem. Tego czasu się nie czuje jako czegoś przerażającego czy nienormalnego, (bo ile można być z kimś razem?). To jest bardziej jak kolejny odcinek przygody, kolejny rozdział, który jest pisany codziennie gdzieś na kolanie czy tuż przed snem. To nie jest nic nadzwyczajnego, nic makabrycznego to jest podróż przez krętą rzekę, a za każdym zakolem czy kataraktą rozpościera się kolejne spokojne rozlewisko na długie spokojne dni…

Cały rok 2018 traktujemy jubileuszowo, nigdy bowiem na nic się nie umawialiśmy – nie zakładaliśmy, że musimy być na siłę i nie byliśmy – dlatego kiedy nagle pojawiła się ta dekada na horyzoncie, uznaliśmy że nam się coś należy. Tak zrodził się pomysł roku trzech wysp – bajkowa Islandia, cudowna Brytania i zadziwiająca Japonia – tam pognało nas abyśmy mogli przekonać się na własnej skórze, że szalejemy za sobą, kochamy się od lat w naszym bardzo burzliwym i szalonym stylu ciągłego darcia kotów. W stałym niezmiennym polu siłowym przeciwności i sojuszy wobec codzienności - trwamy.   

Tyle par szczególnie męsko-męskich wysiada po kilku miesiącach lub po ledwo kilku latach. Nie wszystkim jest dane znaleźć swoją gwiazdę na tym dalekim, czarnym i rozpalonym miliardami istnień niebieskich firmamencie – Świat nie jest fair. Nie każdy chce kogoś mieć. Czy my chcieliśmy? I’ z pewnością był takim typem mężczyzny, który szukał odpowiedzialnej relacji. Ja byłem raczej nieodpowiedzialnym szaleńcem pogrążonym w swoich depresjach i uprzedzeniach. Nie liczyłem na nic wielkiego, na kolejną kawę, piwo lub po prostu kolejny wieczór w miłym towarzystwie. Ale wcale początki nie były obiecujące. Po godzinie z I’ chciałem uciekać! A jednak zostałem – zahipnotyzował mnie…

I ta hipnoza trwa. Nie na pokaz, ani dla majątku, ani dla prestiżu, ani dla pozycji – nic z tego nie mamy. Nic. Mamy szaloną przyjemność z tego, że leżmy obok siebie jak dwa psy i razem możemy się schować pod kołdrą, kiedy grzmi. Jeden ma drugiego, a drugi pierwszego. Nie znudziliśmy się dekadą dzielenia wspólnego życia – to mnie zaskakuje i zadziwia – nie dlatego, że ja nie znudziłem się nim, tylko on mną! Nasze linie tak odmienne i paradoksalnie tak bardzo podobne splotły się trochę przypadkiem – trochę specjalnie – gdzieś wiedzione przez mitologiczne zwierzęta dobrotliwych bożków, a może zupełnie prozaicznie, bo zepsuł się w tramwaj i któryś nie zdążył na czas wrócić do swojej rutyny – poirytowany odpalił po powrocie do domu kompa i na randkowym portalu zobaczył jakiegoś głupka, napisał wiadomość, bez wielkich nadziei w stylu: hej, co słychać? I usłyszeliśmy wspólne życie…

10 lat, ile to czasu uzmysłowił mi ostatnio I’. Podczas depresji japońskiej zadał mnie i sobie pewną rocznicową robótkę. Każdy z nas miał przejrzeć foldery z tysiącami fotek, które zrobiliśmy sobie nawzajem przez te ostatnie 10 lat… I’ nazwał ten projekt „w jego oczach” i o ile łatwo przegląda się fotki z ostatnich kilku lat, bo jesteśmy w miarę podobni do tych nas z tu i teraz, to schodząc poniżej roku 2015 – kiedy perspektywa czasowa zaczyna się gdzieś chować z horyzontem pamięci – zacząłem gubić kontakt z postaciami uwiecznionymi na fotach. Kim są ci chłopcy? Jacy oni są szczupli? Jacy oni są młodzi? Ale nawet całkiem fajni, choć to przecież jakieś dzieci! O bosh, to nie możemy być my! Oż cholera, a jednak to my – ja (wasz ulubiony bloger) i mój cudowny I’!!!

Kiedy ukończyłem swoją część projektu „w jego oczach” – zapłakałem. Moje ciało już gnije. Moja dusza jest wciąż pełna życia i zupełnie tak samo głupia jak przed dekadą. Jedno, co się nie zmieniło pomimo upływu tych lat i dni naszego życia to: when I look and I find, I still love You I’.    

10lat 

 

 

 

 

Sufjan Stevens-Mystery Of Love

 

 

 

wtorek, 29 maja 2018

Przychodzi taki dzień miesiąca, kiedy od kilku lat przeżywam swoiste déjà vu. Podsumowanie mojej pracy przez pracodawcę, który od lat mnie zatrudnia. Bardzo depresyjny dzień, kiedy mam więcej wątpliwości niż chęci. Kiedyś było mi chyba lżej – być traktowanym w taki sposób (po kosztach), ale choć moja pensja symbolicznie wzrasta z roku na rok to, kiedy widzę jakie nakłady idą na pomoc i leczenie Najukochańszej i generalnie jak szybko rosną na wszystko ceny, a coraz mniej zostaje dla mnie i dla I’ – zdaje sobie sprawę, że wobec zmian jakie gwałtownie następują na rynku pracy – dostaję jałmużnę. Kiedy zatrudniałem się u mojego chlebodawcy – znalezienie dobrej pracy wcale nie było oczywiste, a do tego ten prestiż miejsca bla-bla, dziś – tygodniami i miesiącami – oferty, które wysyła mój pracodawca nie znajdują żadnego zainteresowania. Gdzieś wewnątrz mnie zaczyna pulsować alarm, aby myśleć o zmianach, czas na zmiany – woła, bo życie ucieka bardzo szybko. Dziś wszystko pójdzie jeszcze w niepamięć, ale alarm pulsuje z miesiąca na miesiąc mocniej, a zapał by wypruwać sobie żyły za wszelką ceną, bez żadnej nagrody – słabnie…   

 

David Bowie - Changes

poniedziałek, 07 maja 2018

Próbuję zebrać wszystko do kupy. Życie bez przewidywalnego schematu – nawet to oparte na najoczywistszych banalnych czynnościach, może wymknąć się spod kontroli. Szpital jeszcze nie zatarł swoich wpływów. Dołożył nam nowych atrakcji. Leki, recepty, wizyty, skierowania, dieta bla bla bla. A każdy lubi nawyki – one nas uspokajają, pozwalają puścić kierownicę, przymknąć oko, spuścić napięcie…

Ja jestem w aspekcie codzienności często egoistycznym oportunistą. Zawsze staram się układać tak w życiu, aby spadła jakaś mała korzyść. Nawet w trudnych czasach, można tak dograć sprawy żeby dla każdego wystarczyło – wedle potrzeb. Dlatego kiedy uda się ułożyć jakiś życiowy plan codziennych zajęć i powinności – konserwatywnie staram się tego planu przestrzegać i bronić tego, co jest dla mnie.

To są drobiazgi to jest czas, który poświęcam sobie – pory w których wiem, że nie mam na plecach balastu odpowiedzialności. To są poranki, albo wieczory, w których najważniejszy jestem ja i moje potrzeby. Każda radykalna zmiana tego schematu, powoduje chaos, a on prowadzi do złości i frustracji. To przekłada się na zły dzień w pracy, na zły wieczór z I’, na rosnące zniecierpliwienie wobec Najukochańszej i jej problemów.

Lubię mieć porządek (nie mylcie tego z pedanterią czy czystością). Lubię mieć pod kontrolą cały schemat postępowania – to pozwala mi w czasie, który poświęcam na relaks – czerpać z niego w pełni bez dzwoneczka z tyłu głowy dzwoniącego, co pięć minut: bądź gotowy, bądź gotowy, bądź gotowy… Niestety przy coraz słabszej kondycji Najukochańszej, powroty do sprawdzonych czy tworzenie nowych schematów, staje się coraz trudniejsze…  

 

poniedziałek, 19 marca 2018

Gdzie jesteśmy?

Kolejny dzień, miesiąc, rok. To pędzi gdzieś zupełnie niepoliczalnie, już nie można tego wszystkiego objąć jedną myślą. Tyle za nami już było, tyle przed nami jeszcze będzie, aż strach pomyśleć ile… Takie mamy czasy, w których podaż jest tak wielka, że nie nadążamy z popytem – dlatego już nasze mózgi nie są w stanie spamiętać wszystkich zdarzeń, cyfrowe dyski maszyn padają pod naporem kolejnych milionów składowanych zdjęć, a na pisanie pamiętników trzeba by było mieć zatrudnionego nadwornego sekretarza.

Ostatnie półrocze jakby nagle przyspieszyło. Czas niczym dziki wodospad chyba gdzieś znalazł lukę w korycie czasoprzestrzeni i znika nam z oczu w poniedziałek i pojawia się z powrotem w piątek, a reszta dni ulega skróceniu w naszej pamięci. Dlatego tygodnie gonią się jak szalone konie na wysoko obstawionym wyścigu. A gdzie w tym wszystkim my, gdzie jestem ja, gdzie jest mój I’?

Próbujemy zapamiętać jakiś wtorek czy środę, ale w tej pogoni codzienności pełnej pracy, powinności, obowiązków i drobnych pragnień – budzi nas dopiero kolejny piątek i przeraża kolejny poniedziałek. Staramy się znaleźć godzinę czy dwie w ciągu tego nieskończonego biegu, aby poświęcić ten czas dla siebie. Szczerze życzę wam wszystkim, chociaż dwóch godzin prywaty – to naprawdę dużo!

Dziś jesteśmy z I’ przed realizacją naszych największych planów, jakie kiedykolwiek wymyśliliśmy i nie jest to remont mieszkania ani nowy samochód, to w zasadzie cykl wydarzeń i podróży w związku ze zbliżającą się szybkimi krokami 10-tą(!!!) rocznicą naszego związku. Dlatego też wszystko, co się wokół nas dzieje zmierza ku wielkiej kulminacji – stąd odmieniany przez wszystkie przypadki czas i cały wir życia, rzuca nami jak łupinką na wielkim oceanie zdarzeń. Ale to naprawdę piękny czas w naszym życiu! Niełatwy, ale piękny!

A dziś przedsmak, przeżyliśmy razem 3468 dni, co daje w sumie 114 miesięcy! A to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo! Takiej wytrwałości na kolejne tysiące dni sobie, jak i wam drodzy czytelnicy życzę!  

 

sobota, 03 marca 2018

Wasz ulubiony bloger właśnie wrócił z pierwszej wyprawy na Islandię. Wraz z mężem I’ jesteśmy oczarowani tą atlantycką łupinką, przeoraną przez setki rzek i bajkowe wodospady, majestatyczne lodowce i liczne wulkany, zapierające dech w piersiach góry, krajobrazy jak z księżyca, maleńkie kościółki, groźne czarne plaże i zniewalający zapach… Oj tak, Reykjavik pachnie tak cudownie oceanem, jakimiś małżami czy innymi słonymi glutkami, czy glonami – zajebiście… Spotkało nas wiele przygód na Islandzkiej ziemi, czasem dziwnych, czasem śmiesznych i strasznych – ogólnie… hm, zastanawiam się czy nie podać tu gdzieś swojego numeru konta, by zebrać odrobinę jałmużny od czytelników, aby przyspieszyć powrót własny oraz I’ na tą piekielną i cudowną wyspę… Jak znajdę tylko trochę czasu to przygody islandzkie spiszę i wam tu je przedstawię!

 

piątek, 02 lutego 2018

ourfriends

Ilu mamy przyjaciół? Ilu Polska ma przyjaciół? Trudno powiedzieć?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39