o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze

koffie w podróży

poniedziałek, 31 grudnia 2018
niedziela, 30 grudnia 2018
wtorek, 21 sierpnia 2018

Jeszcze rozbity i nie wyspany, od doby na ojczystej ziemi. Trochę odpychającej ziemi. Nie komentujący rzeczywistości, odcięty od większości wiadomości - (po co byłyby mi one?). Wypoczęty, choć potwornie smutny, wraca do domu. To ja - bliski płaczu, a nawet roniący łzy, przez trzy pierwsze godziny lotu z jedenastu. Tak bardzo nie chciałem tu wracać, do tego smutnego miejsca, z rozgrzanych i przyjaznych wysp leżących na dalekim Pacyfiku. Miałem tam wrażenie, choć większość okien jest tam wzmocnionych metalową siatką, przeciwko tłuczeniu się szyb podczas trzęsień ziemi, że mogę się czuć zupełnie bezpiecznie, niesamowite jest to uczucie, cudowne, energetyczne i nikogo nie obchodzi moje życie. Na pewno nie rdzennych mieszkańców, a w klubach i miejscach pełnych zagranicznych turystów, panowała atmosfera obojętnej sympatii i otwartości. Wracam zaś do miejsca nieprzyjaznego, krępującego, zimnego, budującego mury i zawiść. Nie chcę tu być - chcę tam zostać lub wrócić, stąd te łzy...      

niedziela, 29 lipca 2018

japp

W drogę czas, po kolejne przygody!

niedziela, 22 lipca 2018

Edynburg jest miastem zapierającym dech w piersiach. Z powodów historycznych średniowieczną starówkę i nowe miasto wybudowane w XVIII wieku w stylu gregoriańskim po drugiej stronie doliny łączy kilka mostów, co sprawia, że miasto rozpościera się na kilku poziomach, dodając mu magicznego wrażenia. Nad całością dominuje XII-wieczny zamek królewski, który trochę w stylu Wawelu czy Wyszehradu – spogląda na miasto oraz dolinę – dzielącą miasto na dwie połowy. Na drugim brzegu tego specyficznego miejskiego wąwozu rozciąga się główny edynburski bulwar Princes Street.

Piękno miasta to jeden z aspektów, które powodują zachwyt. Kolejnym są ludzie – otwarci, przyjaźni – nie zależnie czy to Szkot, Brazylijczyk czy Hindus – ci dwaj ostatni kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy z I’ z Polski – nawet nas za darmo poczęstowali jedzeniem, które robili w swojej cukierni czy budce gastronomicznej – tylko dlatego – że byliśmy z Polski i że mają fajnych znajomych Polaków – bo nasza nacja w Szkocji jest postrzegana wyjątkowo pozytywnie. Pomyślałem sobie szczególnie przy młodym hindusie – kiedy zaczął po polsku do nas wołać: cześć, cześć… - czy wie, co mogłoby go spotkać w tym cudownym kraju nad Wisłą i czy byłby tak samo otwarty jakby zelżono go na ulicy albo pobito w tramwaju – bo jego kolor skóry wywołuje w naszym kraju pogardliwe komentarze? Ale ludzie właśnie tworzą tą niebywałą atmosferę Edynburga! Poza tym bajkowe położenie i ukształtowanie terenu z pięknymi wzgórzami, wyrastającymi w centrum miasta, oraz zatoką wcinającą się w głąb lądu. Tylko pogoda zraża – 14-18 stopni w dzień w czerwcu(!!!), oraz czasem poniżej 10 stopni w nocy. Moje oskrzela nie dały rady.

Z drugiej strony nie ma się co dziwić, że Szkoci tyle piją. Tam trzeba pić, aby przetrwać te chłody i deszcze – ogólnie pogodę, która zmieniała się chyba szybciej niż na Islandii. Kiedy byliśmy na Calton Hill, aby podziwiać przepiękną panoramę wszystkich edynburskich miast, oraz góry Arthur’s Seat – pogoda dosłownie zmieniała się w ciągu pięciu minut: deszcz, mgła, wichura, ostre słońce – panorama w ciągu jednej godziny przeszła kilka, jeśli nie kilkanaście transformacji – jakby oświetleniowiec i scenograf byli mocno pijani i co chwilę ustawiali inaczej reflektory i dokładali lub zabierali ze sceny elementy jej wystroju.

Pojechaliśmy do Edynburga w ciemno, ale to miasto do którego warto wrócić i pogubić się w sekretnych przejściach, wysokich schodach, krętych uliczkach, zakamarkach – tego magicznego i skąpanego w mrokach miasta. Warto też tam pojeść – oczywiście jest bardzo tłusto i to nas troszkę rozczarowało, bo jedzenie z głębokiego tłuszczu powinno być z niego odsączone – tymczasem Szkoci kochają w tłuszczu pływać – a nam się robiło niedobrze – ale to znów zwalam na pogodę, bo ile można pić Szkocką…? W tym chłodzie je się po prostu tłusto! Natomiast mi bardzo podpasowały Haggis, czyli coś w rodzaju kaszanki z podrobów, wszelkie odmiany Cullen Sink, czyli zupy mlecznej z ziemniakami oraz delikatnie wędzonym łupaczem, oraz skorupiaki szczególnie mule – zupa i mięczaki – po prostu znakomite!!!

Oczywiście I’ pokochał Edynburg jeszcze za coś innego, ale o tym szkoda opowiadać, bo kosztuje to zbyt wiele nerwów tak mnie, jaki naszego towarzysza wyprawy M’. M’ za akacje, którą wykręcił I’ prawie się na nas obraził – i uznał, że jesteśmy wariatami – ale co mam zrobić, że moje kochanie kocha elektroniczne zabawki i poświęciło pół dnia, aby przesiedzieć w jednej ze współczesnych elektro-świątyń, eh…

Warto, bardzo warto – zagubić się w tym klimatycznym mieście na północny Wielkiej Brytanii.    

 

niedziela, 01 lipca 2018

Pierwszy pełnowartościowy miesiąc lata rozpoczęty. Jak zwykle albo od co najmniej ostatnich czterech lat lipiec zaczyna się chłodami. Ciekawe ile lat trzeba czekać aż zorientujemy się albo uznamy, że pory roku zmieniają się na naszych oczach?

Oczywiście prościej jest skupiać się na sprawach spektakularnych jak odwracanie kota ogonem przez Morawieckiego, który dogadywał się z Izraelem w ambasadach poza krajem oraz tajnych siedzibach Mosadu. Tak donosi prasa – no co? A potem sejm i senat w trzy godziny uchwalał nowelizację a Duda będący na misji w Litwie on-line podpisywał, aby wszystko było gotowe na telekonferencję premierów. Dobrze się stało, że cofnęli niektóre debilizmy ustawy o IPN. Ale styl odwracania idiotyzmów PiSu, czy ni ta partia ze spuszczonymi spodniami i wypiętymi pośladami. Oby ich wyborcy dobrze zrozumieli, co się tu dzieje nad Wisłą – chaos zupełny!

Ale lipiec to przede wszystkim miesiąc spełnienia wielkich planów podróżniczych, jakie Koffie James i I’ zaplanowali na ten rok. Wielkimi krokami nadchodzi czas realizacji naszego wieloletniego marzenia. Jestem przerażony, ale była już Islandia, była już Szkocja, a teraz czas na spełnienie marzeń. Moja kierownik już wszystkim rozpowiedziała w pracy dokąd jadę. Więc ludzie mi gratulują, co powoduje, że czuję się dziwnie. Ale moi znajomi z wielu różnych światów podróżują, nie rozumiem, czemu dziwi ludzi u mnie w pracy to, że ja podróżuje również. Koleżanki z pracy jeżdżą do Afryki (nie tej turystycznej), Ameryki Północnej i Południowej. Inni moi znajomi odwiedzają Australię albo archipelag Sundajski, Azję południowo-wschodnią itd. Dlaczego zatem wszyscy się dziwią mnie? Założyliśmy (może to jest troszkę na wyrost powiedziane, kiedy udała się Islandia to wymarzyliśmy) sobie z I’ w roku dziesięciolecia naszej relacji, że odwiedzimy trzy wyspy i trzecia jest przed nami. Rok trzech wysp jeszcze się nie spełnił…         

 

środa, 13 czerwca 2018

Wpis końcowy. Bo wszystko dobiega końca. Każda podróż. Ostatni dzień i godziny, to czas spędzony w wietrznym Reykjaviku. Muzeum Penisów, wieża kościoła, domki, antykwariaty, jakiś strit fud i strit art, Harpa za dnia i The Sun Voyager… Cudowny dzień!

 

15. Wieczory w Reykjaviku

Większość czasu spędzonego w stolicy Islandii przypadło nam na wieczory, noce i mroczne poranki. Reykjavik jest miastem przede wszystkim bardzo drogim. Według niektórych jest to najdroższe miasto Świata. Wydanie 70PLN na chlebek, kostkę sera i kilka plastrów wędliny – będzie nas prześladować już do końca życia. Żałuję, ale nie mieliśmy okazji spróbować oryginalnej wyspiarskiej kuchni. Nawet nie znaleźliśmy po temu odpowiedniego miejsca. Co prawda nie objechaliśmy całego miasta, ale w obrębie turystycznego centrum raczej dominowała kuchnia Świata ze szczególnym naciskiem (tak mi się zdawało) na włoszczyznę i odmiany smaków Azji: chińskie, wietnamskie, indyjskie, tajskie! O bosh mniam – my jedliśmy azjatycką kuchnię z powodów cenowych. Półlitrowa zupa wietnamska z makaronem ryżowym i wołowiną kosztowała nas 1650ISK, czyli jakieś 60PLN za jedną miskę. To stanowiło nasz podstawowy ciepły posiłek. Zrobiliśmy raz wyjątek i wyskoczyliśmy do innej knajpki na makaron Pad-Thai (bardzo dobry wybór) w restauracyjce połączonej z rodzinnym azjatyckim marketem, cena była wyższa o 100 koron, czyli niecałe 4 złote. Jednak generalnie nigdzie – nie trafiliśmy na posiłek poniżej 1600ISK za talerz. Być może niższe ceny są poza stolicą, ale nie liczyłbym na to, że będzie dużo taniej. Nawet hot-dogi kosztowały majątek, nie mam pewności czy braliśmy je w słynnej sieci Bæjarins Beztu Pylsur gdzie podobno jadł sam Bill Clinton i James Hetfield – koszt parówki w napompowanej parą bułeczce, to koszt o ile mnie pamięć nie myli od 600 koron wzwyż, czyli od 20 złotych w górę za dwa kęsy produktu, który jest podobny od hot doga produkowanego w IKEI za 2,50PLN z kawą. Ale to są różnice ekonomiczne między Polską a Islandią, raczej nie do nadrobienia przez wiele dekad.

Reykjavik jest miastem kompaktowym. A przynajmniej ta część skupiona wokół głównych ulic jak Laugavegur, Skólavörðustígur, jeziora Tjörnin czy sali koncertowej Harpa. To jest miasto kolorów, strit artu, handlu i kultury. Gorzej jest poza małym centrum, gdzie kamieniczki i kolorowe domki zamieniają się w ponure bloczki z różnych okresów rozwoju miasta. Oczywiście to budownictwo z lat 40-tych i 50-tych, surowe i zimne aby przetrwać! Zdaje się czasem dominować ta szarość ale w pewnej chwili przechodzi się ulicę i kolejna wypychana jest już przez nowoczesne budynki, projektowane z myślą pod nowe biura oraz wysokościowce wzdłuż wybrzeża miasta. Co ciekawe zabudowa wysoka wcale nie jest dobrze widoczna ze ścisłego centrum, dzieje się tak dzięki pagórkowatemu ukształtowaniu powierzchni stolicy. Zatem architektura jest w Reykjaviku mocno zróżnicowana. Najpiękniejszą panoramę można zobaczyć z wierzy kościoła Hallgrímura, którego futurystyczny styl budzi podziw i nawiązanie do natury, do wzoru z bazaltowej ściany z czarnej plaży. To wbrew pozorom i pomimo kapryśnej pogody bardzo fajne miejsce do życia z zakręconymi, ale przygotowanymi na wiele mieszkańcami. Warto pojechać chyba o każdej porze roku i poczuć troszkę luzu. Islandczycy to lud bez spiny!   

16. Komiks

Kiedy nasza gospodyni po przyjęciu nas wreszcie do apartamentu w ramach pokuty postanowiła nas zwieść i pokazać jakieś księgarnie w mieście, ucieszyłem się bardzo. Jednak po zwiedzeniu kilku dyskontów książkowych – poczułem rozczarowanie! W żadnej nie znalazłem tego, na czym mi zależało. A był to komiks zatytułowany Þórgnýr. Wreszcie zaczęliśmy z I’ szukać tej pozycji po antykwariatach. Naszła mnie mania na ten komiks pod koniec 2016 roku, kiedy zobaczyłem fotkę Piotra Rosińskiego (syna Grzegorza, rysownika Thorgala) dzierżącego w rękach islandzkie wydanie jednego z tomów serii. Pośród fotek z kosmicznych islandzkich plenerów wrzucił to jedno foto i już mnie miał w garści! Dopiero ostatni antykwariat znajdujący się w samym sercu miasta obok Death Gallery, miał wydane już dość dawno temu, bo w 2007 roku albumy. Na Islandii wydano lewo dwa tomy Þórgnýra. Znalezienie tych komiksów dodało mi skrzydeł. A było to moje kolejne podejście do owego antykwariatu tego dnia. Ale jak powiedział mi facet z lokalu sąsiadującego z antykwariatem, właściciel poznał nową dziewczynę i z tego powodu godziny otwarcia będą w ów dzień bardzo umowne, żebym sobie co jakiś czas zaglądał – może mi się trafi. Niestety kończył nam się ostatni dzień, który mieliśmy na Islandii i za chwilę trzeba było lecieć do domu. Po wejściu do antykwariatu – eureka – trafiony zatopiony, moje kochane dwa wydawnictwa stały na półeczce. Po krótkiej rozmowie i małym targowaniu się – sprzedawca spuścił o 1000 koron cenę przy zakupie obu egzemplarzy. Ostatni punkt wyprawy, po ciekawym a odwiedzonym rano Muzeum Penisów, opuszczając antykwariusza mieliśmy za sobą. Teraz mogliśmy wracać do domu. 

thorgal

17. Finał

Islandia? Nic o niej wiedziałem. Ledwo co czytałem o wyspie na blogu Kiljana. Wiecie jak to jest? Dużo piszą mało kto czyta i przyswaja zdobytą w ten sposób wiedzę. Nie warto czytać przewodników, tylko rzucić się na żywioł. Trzeba poczuć wichurę, bryzę morską, deszcz, mgły, lodowce, plaże z czarnym piaskiem na własnym ciele. Islandię trzeba zobaczyć, trzeba jej doświadczyć. I albo wpada się zachwyt albo w nienawiść. Podczas odprawy w drodze powrotnej podsłuchaliśmy z I’ rozmowę Polaków wracających z krótkiego wypadu, parka z kolegą, byli rozczarowani. Kraj bez drzew, z wyblakłą zielenią (zima była przypominam), z niewielką ilością zwierząt (tylko w zasadzie ptactwo i jeden gatunek lisa są endemitami wyspy, resztę bardzo niewielkiej liczby zwierząt stanowią gatunki sprowadzone przez człowieka), depresyjny klimat, długa noc, niewielka ilość światła słonecznego – można dostać doła. Tak jest w rzeczywistości, ale jest tam coś jeszcze – jest jakiś magnetyzm coś, co przyciąga i budzi ciekawość tego lądu, człowiek pragnie jechać dalej, zobaczyć więcej, to może jest indywidualna ciekawość jednostki, ale nagroda jest wspaniała. Lodowiec, wodospady, gejzery, siarkowa gorąca woda z kranu, wietrzne czarne plaże, małe miasteczka, sztuka stolicy kraju, majestatyczne widoki, rwące rzeki, wyrastające nagle pasma górskie, krajobrazy jak nie z tego Świata. Oj zaczarowała nas ta dziwna kraina. Trochę nas na nią nie stać, ale chcemy wrócić. Troszkę popytaliśmy i dostaliśmy kilka porad od naszej gospodyni, od Kiljana, z różnych stron, oraz sami zdobyliśmy nieco doświadczenia, dlatego chcemy zobaczyć Islandię na przełomie lata i jesieni (kiedyś tam). Chcemy zobaczyć jak złoci się ten kraj. Musimy zebrać sporo funduszy, bo jest masakrycznie drogo, musimy zebrać znajomych z prawem jazdy, bo poruszanie się autobusami po wyspie jest krytycznie drogie i w drogę… Chcemy tam wrócić straszliwie! Zrobimy to! Warto się tam zatracić!!!

A teraz znów ruszamy na północ. Dużo bliższą, ale równie ekscytującą!!!     

 

wtorek, 12 czerwca 2018

Dotarliśmy z przygodami na Islandię. Cykl dziwacznych zdarzeń prześladował nas od początku pomysłu na wyprawę. Wyjazd prawie się nie odbył, złapała nas na miejscu diabelna pogoda, a nasza gospodyni zapomniała nam podać numeru do skrzynki na klucz i o mały włos nie spędziliśmy pierwszej nocy na ulicy. Ale finalnie po szalonych dwóch dniach bardzo intensywnej islandyzacji, trzeci mogliśmy spędzić w spokoju na kolejnej wycieczce. Oczywiście mieliśmy obawę jak w przypadku wyjazdu na półwysep Snæfellsnes, że odwołają nam eskapadę, więc do rana do pobudki czekaliśmy bez zakładania niczego. Ale nie odwołali! 

 

14. Druga wyprawa

Nad ranem, kiedy było pewne, że wyprawa numer dwa się odbędzie błyskawicznie pobiegłem pod prysznic na długi, śmierdzący i gorący seans – z wodą wyciąganą z piekielnych czeluści wyspy. Potem zjedliśmy z I’ szybkie śniadanko z produktów, które zakupiliśmy pierwszej nocy w całodobowym markecie Krambúð – gdzie za chleb, wędlinę i kawałek sera wydaliśmy majątek. Około godziny dziewiątej rano, mieliśmy być zgarnięci z przystanku operatora wycieczek zlokalizowanego naprzeciwko Muzeum Penisów. Słońce na Islandii wstaje i zachodzi na przestrzeni roku o każdej możliwej godzinie. W okresie wiosny obserwuje się zjawisko białych nocy na wyspie – czyli że świetlista kula życia praktycznie nie zachodzi, w związku z tym zimą mamy zjawisko odwrotne – choć nie można mówić o nocy polarnej – tylko o bardzo krótkiej eskpozycji słońca. Na przełomie lutego i marca dzień trwał plus-minus w godzinach 9-18. W związku z czym w okolice ryneczku Hlemmur dotarliśmy jeszcze przed wchodem. Dla mnie to była prawdziwa frajda, bo nie doświadczyłem nigdy tak późno wstającego dnia i jedzenie śniadania w mrokach nocy – było dla mnie ciekawym doświadczeniem.

Z przystanku zabrał nas autobus dowożący turystów na BSI, centralny dworzec autobusowy Reykjaviku. Na dworcu panował bardzo duży ruch i ludzie wywoływani byli do autobusów wedle ich destynacji. Nasz pojazd dwa razy większy niż na wyprawę Golden Circle, wypchany był aż po same brzegi. Ruszyliśmy na wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża do miasta Vík í Mýrdal.

Pierwsze atrakcje pojawiły się już po wyjechaniu ze stolicy, kiedy przekroczyliśmy linię Błękitnych Gór będących dla Islandczyków szusują tam na nartach – wspaniała atrakcją i miejscem rekreacji. Za linią gór na płaskowyżu złapała nas wielka chmura. W ciągu kilku sekund widoczność spadła do zera, ledwo było widać auta jadące przed autobusem, a zupełnie niewidoczne stały się pojazdy na przeciwległym pasie drogi. Nie widziałem jeszcze takiej mgły (chmury) – czyste białe mleko, kłębiące się za oknem pojazdu niczym dym. Jak kierowca dał radę to przejechać w zasadzie wiele nie zwalniając? Jak wreszcie dał radę – nie stracić kontroli nad kierownicą, wobec odczuwalnego spadku ciśnienia atmosferycznego w tej wielkiej chmurze? Mgła momentalnie ustała, kiedy wijącą się drogą zjeżdżaliśmy w dół z płaskowyżu do miasteczka Hveragerði. W owej chwili zjazdu w dół w moim mózgu poczułem dosłownie to samo uczucie, jak podczas lądowania samolotu.

Ominąwszy kolejne miasteczka na szlaku słynnej drogi numer 1, która okala całą wyspę zatem trzymając się jednego kierunku można objechać nią całą Islandię, dotarliśmy do naszego pierwszego celu. Było to stosunkowe nowiutkie centrum wulkaniczne, które znajduje się wzdłuż naszej drogi w miejscu, z którego rozciąga się przepiękna panorama na monumentalnie wyrastający z ziemi wał górski, który pod słynnym lodowcem Eyjafjallajökull skrywa mroczny wulkan o tej samej nazwie. W niepozornym ośrodku, gdzie znaleźliśmy standardowo sklep z pamiątkami i jedzenie w cenach z kosmosu, wdarliśmy się na krzywy ryj do nadzwyczaj wielkiej sali projekcyjnej, w której puszczano różne dokumenty o islandzkich wulkanach, ich aktywności i zniszczeniach, jakie powodują. Niewiarygodne jak natura wyspy daje sobie radę z tonami popiołów i pyłów wulkanicznych – a robi to ku zaskoczeniu człowieka bardzo skutecznie i szybko! Deszcze i wiatry systematycznie omiatające i przepłukujące wyspę nie zostawią nawet skrawka ziemi bez ingerencji. W przeciągu kilku miesięcy są w stanie oczyścić ziemię z wszelkich osadów.

Kilkanaście kilometrów dalej po przejechaniu dość długiego i wąskiego mostu, przerzuconego nad niewielką bezimienną rzeką (nie mogę nigdzie znaleźć jej nazwy), nazwijmy ją mini-Jökulsá (od miejsca jej pochodzenia), która meandrowała środkiem czarnej niepokojąco wyglądającej alei pokrytej mnóstwem kamieni, jakby ktoś wyorał kilka boisk z matowej zieleni krajobrazu i zamiast potężnej wielgachnej rzeki puścił strumyczek po środku, skręciliśmy w kierunku gór. To był nasz prawdziwy pierwszy punkt obcowania z przyrodą wyspy tego dnia. Po chwili w błyskawicznie zmieniającym się krajobrazie dotarliśmy do parkingu, który równie dobrze mógłby znajdować się na księżycu – otoczony wzgórzami i czarną kamienistą ziemią – dojechaliśmy do lodowca Sólheimajökull, stanowiącego w zasadzie najdalej wysunięty na południe kutasik większej lodowcowej formacji zwanej Mýrdalsjökull. Czapa tego lodowca skrywa potwora wulkanicznego Katlę, która jednak nie wybuchła po swoim kumplu Eyjafjallajökull’u, a dotychczas zwykle lubiły strzelać razem. Wracając na księżycowy parking pod lodowcem Sólheimajökull, to już samo wyjście na ten ląd robiło piorunujące wrażenie. Wielka wyżłobina, która zwróciła moją uwagę to glacjalna aleja, którą cofał się jęzor lodowca. Tuż za parkingiem na dnie doliny, wokół której wyrastała korona gór, zbierała się woda w jeziorze glacjalnym, powstającym z topiących się lodów. To miejsce malownicze i zapierające dech w piersiach, szczególnie kiedy stalowe chmury przelewają się nad szczytami okalającymi małego człowieczka, a z zachodniego masywu – prawdopodobnie z powodu zalegania górskich śniegów lub po prostu z sąsiedniego lodowca, ze ścian w kilku miejscach tryskały niewielkie wodospady, a ich wody rozbijały się o skały – tworząc perłowe refleksy. Ruszyliśmy księżycową drogą – zatopieni w kamieniach pośród czarnej ziemi, chrzęszczącej pod podeszwami. W dole jezioro, za nim masywy górskie, a przed nami błękit. Po chwili staliśmy u podnóża błękitu. Jeśli kiedykolwiek czułem się w taki sposób to chyba tylko w jakiejś imponującej budowli sakralnej. Ale w tamtym miejscu poczucie zachwytu i pokory względem sił natury było zdumiewająco ożywcze – byliśmy z I’ zachwyceni. Po chwili nasz zachwyt zamienił się w pewien rodzaj smutku – przewodnicy opowiedzieli nam, że jezioro które zaczyna się prawie tuż przy parkingu, przed dekadą stanowiło czoło lodowca. Sólheimajökull jest najszybciej topniejącym lodowcem Islandii, a powstające u jego podnóża jezioro za 80 lat będzie jedyną pamiątką po tej niewielkiej odnodze Mýrdalsjökull’a. Wpływ człowieka na planetę jest tak ogromny, że ocieplenie klimatu jest już namacalnym faktem. Nie tylko odczuwalnym w postaci rosnących zjawisk pogodowych takich jak tropikalne burze w umiarkowanym klimacie, zanik zim, lub nieprzewidywalne zmiany pór roku całkowicie rozregulowane względem tego, o czym wspominają nasi przodkowie, takim dowodem jest też zanik lodowców. Islandczycy dokumentują ten proces bardzo skrupulatnie. Informacja o zaniku lodowca, który z każdą wizytą wygląda inaczej, potęguje wrażenie obcowania z czymś unikalnym – z czymś, co jest z jednej strony bardzo ulotne, a z drugiej strony jest historycznym dowodem zjawisk oraz epok geologicznych i klimatycznych naszej planety. Miejsce zupełnie niesamowite i budzące respekt – wyzwalające w człowieku bardzo fajny rodzaj energii. Choć nie dokonywaliśmy trawersu lodowca, ani nie było tego w planach – nie chciało się stamtąd odchodzić – to miejsce jakby żądało, aby sprowadzić tam wszystkich mieszkańców ziemi by uświadomić im, jaki potężny wpływ mamy na życie naszej planety – której kiedyś byliśmy częścią a dziś wrogiem.

Z trudem i jakąś wyrwą w duszy pojechaliśmy dalej, naszym kolejnym punktem było malownicze miasteczko Vík í Mýrdal. Jest to najbardziej na południe wysunięty punkt Islandii i nasz najdalszy punkt docelowy wyprawy. Aby się do niego dostać trzeba objechać potężną górę i zjechać nad sam Ocean Atlantycki malowniczą w tym miejscu drogą numer 1. Oczywiście nie mieliśmy czasu na urokliwie wiszący nad miasteczkiem kościółek. Postój w Vík był typowo konsumpcyjny. Po przejechaniu przez miasteczko zatrzymaliśmy się w supermarkecie przy plaży. Większość turystów poleciała jeść bułki i kupować przypinki. A my przebiliśmy się polem przez wał, na który trzeba było się lekko wdrapać na czarną plażę. Zeszliśmy przywitać się z oceanem i podsłuchać jego opowieści. Islandzkie czarne plaże są zachwycająco piękne, a lekko niespokojny Atlantyk mruczy naprawdę cudownie i te pięknie łamiące się fale – wspaniałe. Ostry spad w kierunku oceanu pozwolił na zniknięcie z horyzontu budy marketu i wreszcie zobaczyliśmy ten obrazek – górującego nad miasteczkiem kościoła. Plażą poszliśmy do czegoś o charakterze falochronu, albo molo by przyjrzeć się wystającym z oceanu skalnym kłom zwanym Reynisdrangar. To tam musi się zaczynać komiksowa saga o Thorgalu Aegirsonie pomyślałem. Może Jean Van Hamme był tu w latach 70-tych, kiedy pisał pierwsze scenariusze? Reynisdrangar to bazaltowe kolumny wystające z oceanu – pozostałość geologicznej aktywności rejonu. Lepszy widok na te cuda mieliśmy mieć z naszego następnego punktu wyprawy. Kiedy wszyscy się najedli i napili i nabyli to, czego nie chcieli, ale z braku pomysłu na wolny czas musieli to kupić, ruszyliśmy na zabójczą czarną plażę Reynisfjarę.   

Reynisfjara znajduje się zachód od Vík, oddzielona od miasta wdzierającym się w ocean skalistym wzgórzem Reynisfjall. Podobnie jak w miasteczku plaża jest w całości z bazaltowego piasku i kamieni, co nadaje jej intensywnego czarnego koloru, jest to skała pochodzenia wulkanicznego, lawa w tym miejscu spotkała się z wodą a resztę załatwił czas. W zestawieniu z prawie pionowym klifem góry, z zamienionymi w słupy przez słońce trollami, którym nie udało się wyciągnąć przez noc na brzeg statku nieszczęśników – tak powstały kły skalne nazywane Reynisdrangar, oraz malowniczą ścianą Gardar złożoną ze sklejonych ze sobą bazaltowych słupów tworzących jakby współczesną geometryczną rzeźbę (robota Atlantyku i lawy), wreszcie mrocznej bazaltowej jaskini Hálsanefshellir – tworzy czarna plaża mroczny iście baśniowy klimat, całkowicie odejmujący mowę. A trafiliśmy na dzień, w którym ocean bawił się mgłą spowijającą co chwilę kły, lub wierzchołek klifu, nad którym kłębiły się roje ptaków, a fala była dość wysoka, więc bałwany biły raz po raz. Z powodu specyficznego ukształtowania dna nawet przy umiarkowanych wiatrach przy plaży fale wypiętrzają się pokazując potęgę oceanu. A do tego jeszcze ta obecność śmierci, każdego roku ta plaża zabija ludzi. Ocean i okruchy czarnej skały są bezlitosne i nieświadome – to człowiek jest durniem, który sobie wszystko lekceważy. Bazalt w połączeniu z wodą oceanu powoduje podmycie stojącej na takiej pułapce osoby, czarny piach pod ciężarem osuwa się spod stóp, co powoduje najczęściej upadek i wciągnięcie nieszczęśnika do oceanu, a jeśli do tego dojdzie – przy temperaturze wody, sile prądów morskich i bardzo skalistego dna – szanse na wyjście o własnych siłach są znikome. Przewodnicy upraszali nas o rozsądek, o to, aby nikt nie pozwolił na kontakt stóp z nadpływającą falą. A jednak I’ zobaczył chłopaka z zupełnie innej wycieczki pochodzącego z Ameryki Południowej, którego podmyła fala, podcinając mu nogi aż tamten upadł na plecy. Grupa znajomych, z którymi był błyskawicznie wyciągnęła go z wody zanim nadszedł kolejny jęzor wody, ale strach na jego twarzy zrobił niesamowite wrażenie – dostał lekcję tego, kto dyktuje tam warunki i to nie był człowiek. Jedyną stratą chłopaka był chyba aparat fotograficzny, o którym zawodził przez chwilę po zdarzeniu, tym razem ceną nie było życie. Reynisfjara jest miejscem wyrwanym z innej rzeczywistości, nie sposób stamtąd wyjść, hipnotyzuje zwiedzającego ją gościa i dostarcza całej mocy atrakcji wizualnych i nie tylko. Nawet pomimo dziesiątek turystów, przy ryku oceanu jesteśmy z nim naprawdę sami, i możemy sobie łatwo wyobrazić, że przenieśliśmy się do innego wymiaru. Obie czarne plaże nas zafascynowały – zakochaliśmy się w tych potężnych i pięknych miejscach. To kolejne po lodowcu świątynie natury.

Następnym punktem wyprawy południowej w drodze powrotnej do islandzkiej stolicy był majestatyczny Skógafoss – leśny wodospad, który tworzy się na rzece Skógá spływającej z lodowców. Jego majestatyczność polega na tym, że spada blisko 60 metrów w dół rozciągając ścianę wody na szerokości 25 metrów. Przed tysiącami lat prawdopodobnie wodospad wpadał prosto do oceanu lub na plażę znajdującą się u podnóża klifu, z którego spada rzeka. Dziś ocean znajduje się w odległości 5 kilometrów od wodospadu. Stojąc tuż pod klifem pięknego Skógafossa nie sposób nie zostać przemoczonym wodnym pyłem latającym na wietrze w promieniu kilkudziesięciu metrów wokół wodnej ściany. Skógafoss należy do czołówki największych wodospadów Islandii. Warto stanąć u jego podnóża i posłuchać jego pieśni, poczuć drobiny wody w nosie i na twarzy – szalenie relaksujący widok. Oczywiście wraz I’ zamiast się relaksować, mając ledwo kilka minut wolnego czasu postanowiliśmy wspiąć się na górny taras widokowy. Wbiegliśmy dosłownie na szczyt po stromych chodach, co oczywiście o mało nie przypłaciłem zatrzymaniem akcji serca. Widok z góry jest interesujący, a jednak przewodniczka miała racje, że majestat wodospadu najlepiej oddaje dolna perspektywa. Z górnego tarasu można jednak iść dalej w górę rzeki do kolejnych klimatycznych katarakt. Po powrocie do autokaru byłem ledwo żywy. Ale czemu nazywają go leśnym wodospadem? Tam nie było ani jednego drzewa. Zresztą dendrologia to osobny i złożony temat na Islandii.

Ostatnim punktem wyprawy był nie tak ogromny, ale równie piękny – również spadający z klifu wodospad Seljalandsfoss i jego kuzyni. Wodospad jest zlokalizowany na rzece Seljalands, która wypływa bezpośrednio spod lodowca Eyjafjallajökull, a nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza wodospad pośród pól, ale nie mogę znaleźć nigdzie potwierdzenia tego znaczenia, ale o ile mnie pamięć nie myli nazwa ta pochodzi od bardzo starego islandzkiego słowa oznaczającego właśnie ziemię pod uprawę. Byliśmy z I’ jednak na tym punkcie już totalnie wykończeni wcześniejszymi atrakcjami dnia, że nasze mózgi mogły totalnie to wszystko zmyśleć. Ledwo poczłapaliśmy się pod wodospad, a już był czas na odjazd. W okresie zimowym niedostępna jest grota znajdując się za wodospadem, do której w okresie ciepłym można wejść by schować się pod taflą spadającej wody.

Po powrocie do autokaru resztę drogi do Reykjaviku spaliśmy jak dzieci… Ta jednodniowa wycieczka rozłożyła nas na łopatki – a to przecież jest tylko kawałek tortu, jakim jest ta niesamowita wyspa. Byliśmy z I’ całkowicie zahipnotyzowani dwoma dniami intensywnego zwiedzania Islandii. Po krótkim śnie – wrażenia i ich pozytywne oddziaływanie na nasze samopoczucie, dodały nam tyle energii, że ruszyliśmy na kolejny wieczór buszowania po Reykjaviku… 

 

c.d.n.                 

wtorek, 03 kwietnia 2018

… dotarliśmy ulicą Laugavegur na ryneczek Hlemmur, z którego tylko rzut kamieniem był nasz apartament. Po kilku minutach byliśmy na naszej ulicy, leżącej troszkę z boku – jakby na zapleczu tych ważniejszych arterii, choć wciąż w samym sercu miasta. Kiedy więc pokonywaliśmy kolejne numery na Brautauholt – marzyliśmy tylko o dwóch czynnościach – o gorącym prysznicu i szybkim zaśnięciu na jakimkolwiek łóżku…     

11.Jóhanna, Brautarholt, jakiś człowiek?

Jesteśmy. My, Islandia, Reykjavik, Hlemmur, Brautauholt, wichura, deszcz, ciepło i druga w nocy. Tyle nam zeszło wszystkiego, aby dotrzeć na miejsce, na spoczynek. Wyspa nie powitała nas po królewsku, nie rozwinęli karmazynowego dywanu, nie było płatków róż ani fanfar, o nie! Było więzienie, niepogoda i koszmarne opóźnienie. Ludzie, którzy wracali tego dnia naszym samolotem do Wrocławia, polecieli ledwo z sześciogodzinnym opóźnieniem do Gdańska – to musiało być dopiero przeżycie?

Wracając do naszej przygody, w trakcie uwięzienia na płycie lotniska I’, w przeciwieństwie do mnie nie próżnował. Korespondował z właścicielką naszego apartamentu Jóhanną. Kobieta owa była dla nas totalną niewiadomą – poza adnotacją na stronie booking.com, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Po wymianie mejli wiedzieliśmy, że zaczeka na nas w sklepie samochodowym w którym pracowała, znajdującym się poniżej apartamentu. Niestety opóźnienie zaczynało robić się coraz większe, a godzina upływała za godziną. Jóhanna wreszcie poinformowała nas, że jedzie do domu, ale żebyśmy się nie martwili, klucze do apartamentu zostawia kiboksie znajdującym się obok drzwi do klatki schodowej.

Kiboks – to brzmiało rozsądnie. My nie musieliśmy martwić się o nic, a Jóhanna nie musiała siedzieć do nocy pod drzwiami. Zatem wróćmy do sytuacji wyjściowej: My, Islandia, Reykjavik, Hlemmur, Brautauholt, drzwi, niepozorny i urokliwie czarny, przyklejony do framugi kiboks (nawet w pierwszej chwili nie załapaliśmy, że to jest wilk, o którym mowa). Chwytamy za żelazną masywną dospawaną do metalowych drzwi klamkę, szarpiemy i nic. Drzwi zaryglowane! Za szybą kanapa, i schody na piętro. Miłe dla oka, ciepłe światło zaprasza i prezentuje bezpieczną przystań, a my jesteśmy niestety poza tą przestrzenią, wejścia nie ma! Szarpiemy drzwi, pukamy, szarpiemy, obmacujemy framugę, jest, jakaś czarna skrzyneczka, odchylamy klapkę a tam – o kurwa – jebany zamek na szyfr jak do walizki!!! Szukamy w mejlach – jest tylko kiboks. Klucze właścicielka zostawiła w kiboksie – wszystko. Jóhanna – mam ochotę zacząć dosłownie płakać, po tylu godzinach w samolocie, w tej piekielnej pogodzie, oblizując szybę, ciepłej i suchej pozbawionej wichury klatki schodowej – do jasnej kurwy zapomniałaś nam podać pierdolonego kodu do skrzyneczki na klucze, to się dzieje naprawdę? Naprawdę!

Wiatr huczy, deszczyk zacina, ja klnę na czym świat stoi. Co za popieprzona podróż, k…wa mać do potęgi N-tej! Mam ochotę jak w mangach zacząć gryźć i szarpać klamkę? Może wybić tą szybę i jakoś się wgramolić do środka? Nie mamy telefonu do Jóhanny! Pisać mejla o drugiej w nocy? Dzwonimy do K’, w Polsce jest trzecia nad ranem. Ale to ona załatwiała ten nocleg, miało być tak zajebiście, nie? K’ nie odbiera. Ja jestem mega wkurwiony, i totalnie nie wiem co zrobić! I’, jest równie wściekły, ale proponuje abyśmy się cofnęli na BSI i tam przeczekali zawieruchę. Zaczynam się na niego drzeć, że chyba oszalał, że po jaką cholerę my tu przyjechaliśmy, po co nam ten wyjazd. Po chwili opadam z sił, za nami naprawdę wiele godzin podróży od wyjścia z domu. Poddaję się, można tylko płakać!

Nagle, na tej całkowicie opustoszałej ulicy, przy sklepie samochodowym pojawia się jakiś facet. Grzebie coś przy drzwiach. Jeszcze będziemy świadkami włamania – no po prostu mega-zajebiście jest na tej pieprzonej Islandii. Wszystko jedno! Idę do tego faceta, jestem zdesperowany, może uzyskamy jakąkolwiek pomoc, a może zaszlachtuje nas nożem? Od wejścia do apartamentu do sklepu jest dosłownie dziesięć kroków. Szybko podchodzę i wyraźnie jestem niespodziewanym gościem dla faceta. Tak poznajemy bezimiennego Islandczyka. Pierwszy kontakt, w środku ciemnej nocy, w centrum wichury. Totalnie od czapy, sprzedajemy mu naszą historię, a ten koleś – mający na karku 40-50 lat – wyjmuje telefon i zaczyna dzwonić. Jóhanna? No oczywiście, że zna Jóhannę! Jakby inaczej – jeden jedyny człowiek w tym momencie naszego życia – dzwoni do naszej gospodyni, jak gdyby nigdy nic. Jóhanna nie odbiera – nie czujemy specjalnego zaskoczenia. Ale ten moment kiedy, nie mówić zbyt wiele słów poza zdawkowymi: acha, eche, oh – ów człowiek wyjmuje telefon i dzwoni do kobiety, którą mamy ochotę rozszarpać sprawia, że powraca do mnie wiara w człowieczeństwo, czuję w zatokach jak zbiera się wzruszenie. Niesamowite uczucie, kiedy wypełnia mnie naiwna nadzieja i otucha, że nie jest tak źle jak się wydaje z kondycją ludzkości.

Jóhanna nie odbiera. Dzwoni do jej córki. Jednej, następnie do drugiej, znów bez odbioru – potem pisze do wszystkich mejle. A w naszych oczach ów bezimienny staje się świętym. Zastanawiam się czy w Polsce w tak ekstremalnej sytuacji otrzymalibyśmy pomoc od kogokolwiek? Po jakichś piętnastu minutach człowiek oznajmia, że niestety jego opcje pomocy nam się wyczerpały. A on nie ma możliwości przenocować nas obu! Nie poprosiliśmy obcego o nocleg, a on mówi, że nie może nas obu przenocować, ale jeśli gotowi jesteśmy się rozdzielić to jedno łóżko znajdzie bez problemu. Ale dodaje, że zdaje sobie sprawę, że to brzmi troszkę dziwnie i pewnie skoro to nasz pierwszy raz na wyspie – niechętnie się rozdzielimy – skoro nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy. Przyznajmy mu rację – na co ów facet rozkład ręce, jakby chciał nas objąć albo udawać ukrzyżowanego – tam mamy jeden hotel, a z drugiej strony drugi – wskazuje dłońmi ale poleca ten drugi, bo jest zdecydowanie tańszy. Oba hotele są dwieście metrów dalej od miejsca w którym stoimy. Facet bardzo przeprasza, że tak niewiele może zrobić – a my i tak jesteśmy pod wielkim wrażeniem postawy tego człowieka. Żegnamy się z nim i zupełnie zaskoczeni całą sytuacją wleczemy się do tańszego hotelu.                

12.Hotel 22 Hill (Unnur), śniadanie, sklep samochodowy

Po krótkiej chwili marszu spod zaryglowanego wejścia do naszego apartamentu, wyrasta iście socrealistyczna bryła hotelu 22 Hill przy Brautauholt. Wchodzimy do środka, gdzie w tycim holu na tyciej kanapie siedzi kilka osób – gdzieś jadą. W recepcji nikogo nie ma! To będzie noc wrażeń – mówię do I’. W sumie kiedy poszli ludzie, którzy byli w holu – to można byłoby w nim nawet kimnąć…

Jesteśmy sami, goście poszli a recepcja pusta. Po chwili zjawia się starsza kobieta, jakoś koło 60-tki. Przedstawia się jako Unnur. Opowiadamy jej naszą cygańską podróż, oraz błagamy o pokój na jedną noc. Recepcjonistka robi strapioną minę. Oznajmia, że ma grupy turystów i prawdopodobnie zero wolnych pokoi. O nie, o nie, o nie! Unnur, nie rób nam tego! Kobieta przegląda tablicę z kluczami elektronicznymi – nic nie ma w jednym rządku, nic nie ma w drugim, ale jednak coś znajduje w ostatnim! Jeden jedyny pokój, numer 35! Uff! Mamy nocleg!

I’ płaci za tą przyjemność jedynie 18 tysięcy koron. Podczas bukowania się w hotelu – ucinamy sobie z Unnur krótką pogawędkę. Była w Polsce w Krakowie i Katowicach. Wszyscy znajomi z Polski zachwalali jej Kraków, ale odradzali Katowice, jako miejsce ohydne i brudne, ale Unnur bardzo się Katowice podobały, bardziej niż dawna stolica Polaków. Kiedy zakończyliśmy transakcję i już szliśmy do windy, Unnur rzuciła do nas, że nie powinniśmy mieć tylu kompleksów, przeciwnie powinniśmy być ze swojego kraju dumni… 

Pokoik był przytulny, woda gorąca i okropnie śmierdziała. Ale było fantastycznie posiedzieć pod gorącym strumieniem i odetchnąć po tych szalonych przygodach… O dżizas!!!

13.Kod, pierwsza wyprawa, Jóhanna (ponownie)

Rano obudził nas przepiękny widok za oknem, dachy niskiego Reykjaviku schodziły ku zatoce Faxa (Faxaflói), a za jej zakolem wyrastały masywne ośnieżone grzbiety górskie, robiące naprawdę imponujące wrażenie.

Zbiegliśmy na śniadanie. I’ uznał, że za tak ogromne pieniądze będziemy jedli ile się da (jesteśmy w końcu z Polski, a to zobowiązuje). I jedliśmy, i było pysznie. Miasto z hotelowej restauracyjki wyglądało niezwykle. Ulica, którą mieliśmy zza oknem biegła ku zatoce ostro w dół – więc panorama była ciekawa. Przez chwilę miałem wrażenie, że jesteśmy w podrzędnym amerykańskim miasteczku gdzieś na Alasce. Terenówki zasuwały w każdą możliwą stronę, niska i magazynowa zabudowa Brautauholt lub bezimiennej ulicy, którą mieliśmy za oknem potęgowała poczucie, że opuściliśmy dawno Europę… Ale Reykjavik sam w sobie jest na wskroś europejski – to zobaczyliśmy później, kiedy poszliśmy do części turystycznej. Na początku czuliśmy się jednak jak na innym kontynencie.

Po śniadaniu opuściliśmy hotel i udaliśmy się do sklepu gdzie pracowała Jóhanna. Za ladą stał jakiś siwy facet. Oznajmił, że Jóhanny nie ma, a on nie wie gdzie ona może być. Opowiedzieliśmy mu nasze przygody, na co siwy westchnął i zadzwonił do naszej gospodyni. Miała wyłączony telefon. O bosh! Czy to się nie skończy wyspo? Za co nas tak pokarałaś? Siwy, podobnie jak nasz nocny dobrodziej dzwonił dalej. Odebrała wreszcie któraś z córek naszej bohaterki. Dostaliśmy kod do kiboksa – zwycięstwo! Wdrapaliśmy się na poddasze – magazynowego budynku, którego dwa niższe pięterka były właśnie w remoncie pod kolejne pokoje dla gości. Nasz pokoik okazał się naprawdę schludny i było w nim naprawdę ciepło (Polakom wydaje się że na Islandii panują arktyczne mrozy, a ludzie mieszkają w igloo). Aż chciało się otworzyć okna na oścież, ale chyba w Islandii nie otwiera się w taki sposób okien – w pokojach i mieszkaniach, które widzieliśmy – wszędzie otwierało się okna ledwo uchylnie. Ale chyba rozumiem czemu nikt tam nie miał odwagi, aby otwierać ich na oścież – szklarze by mieli sporo roboty. Poza pokojem była wspólna kuchnia, ale nie mieliśmy pojęcia czy ktoś z nami mieszka w apartamencie czy jesteśmy sami. Wreszcie była łazienka z ogromnym zabudowanym prysznicem – gdzie spokojnie mogłoby wejść kilka osób. Ciepła woda natomiast cuchnęła w apartamencie zdecydowanie mocniej niż w hotelu. Ale miało to być potem błogosławieństwem kąpieli. Islandzka woda śmierdzi siarką, pochodzi z naturalnych źródeł gdzie ogrzewana jest wulkaniczną lawą – ale choć jest oczyszczona ze szkodliwej ilości pierwiastka, jej skład chemiczny jest inny od tej, którą my kąpiemy się w Polsce, nie powinno się jej spożywać. Gorąca woda nie dość, że na Islandii jest potwornie gorąca, to ma jeszcze pozytywne właściwości dla skóry – ja nie miałem ochoty kończyć kąpieli, stałem tak pod tym wrzątkiem i oblewałem się cały, a potem sen – matko, nie spałem tak dobrze od lat! Moje biedne zatoki wreszcie znalazły kilka nocy ukojenia.

Jeszcze w samolocie – kiedy odwołano nam wycieczkę na półwysep Snæfellsnes – zamówiliśmy oklepany Golden Circle. Tej wycieczki nam nie odwołali. Zaplecze turystyczne Islandii jest zorganizowane wzorcowo. Z umówionych przystanków organizator dowozi gości busami do BSI, gdzie czekają autokary zabierające turystów w głąb wyspy. W zależności od trasy są to standardowe autobusy europejskie lub potwory wyglądające jak transportery bojowe o potężnych kołach w uroczych barwach przewoźnika.

Wyprawa na Golden Circle była naszym pierwszym wypadem poza stolicę Islandii. Kraj po wielkich sztormach, które nawiedziły wyspę tydzień wcześniej wyglądał jakby przedwiośnie zawitało tu kilka tygodni wcześniej, śniegi przeplatały się z wielkimi połaciami wyblakłej zieleni oraz rwącymi potokami płynącymi dosłownie wszędzie, a ciepłe powietrze dodawało smaku i budziło zapachy. Trasa najbardziej obleganej turystycznej wyprawy wiedzie w trzy miejsca do doliny gejzerów Haukadalur, gdzie znajduje się największy istniejący na wyspie gejzer Strokkur wyrzucający co 5-10 minut gorącą wodę na ponad 30 metrów, kolejnym przystankiem jest zapierający dech w piersiach dwukaskadowy wodospad Gullfoss (Złot-y/-e wodospad/y), samo zejście do rzeki robi ogromne wrażenie. Schodzimy jakby z wielkiego płaskowyżu otoczonego w oddali przez masywy górskie, wodospad usytułowany jest w malowniczym załomie glacjalnej rzeki Hvítá, która poprzez stopnie wodospadu wpada do skalnego wąskiego kanionu i optycznie zdaje się znikać z powierzchni ziemi. Ostatnim punktem jest zwiedzanie rozpadliny tektonicznej w parku narodowym Þingvellir, miejsca gdzie jak żartowałem otwierają się wrota piekieł. Tam bowiem o 7 centymetrów rocznie, rozchodzą się płyty tektoniczne planety, euroazjatycka ucieka od północnoamerykańskiej – miejsce to wygląda dosłownie jak przedsionek piekieł. Dwie ogromne i czarne ściany tworzą mroczny wąwóz. Gdyby nie to, że zepsuła nam się na ostatnim przystanku pogoda i zaczęło lać, z pewnością dostrzeglibyśmy przepiękne jezioro Þingvallavatn, będące największym naturalnym zbiornikiem wodnym wyspy, ale z punktu widokowego na jezioro nie było widać zupełnie nic, dlatego musimy tam kiedyś wrócić! Þingvellir to bardzo istotne miejsce w historii islandzkiej cywilizacji – ale o tym doczytacie w ramach pracy domowej…

Po wycieczce byliśmy naprawdę zmordowani – odstawieni przez przewoźnika Reykjavik Excursions pod dom, postanowiliśmy jeszcze raz zobaczyć czy jest szansa spotkać Jóhannę. Weszliśmy do sklepu samochodowego, i zdarzył się cud, oto ukazał nam się krótko obcięta blondynka, mająca około 40-45 lat. Ledwo przedstawiliśmy się sobie i kobieta błyskawicznie przepadła na zapleczu, po chwili przynosząc nam kawę. Jej blada twarz zaiskrzyła czerwienią. Opowiedzieliśmy jej naszą historię, nocne spotkanie, hotel itd. Okazało się, że ów bezimienny facet, który pomagał nam nocą to brat Jóhanny. Przeprosiła nas na całą sytuację, oddała pieniądze za noc, w kwocie jaką mieliśmy jej zapłacić i dorzuciła 3000 ekstra. Nasz wydatek na hotel nie zwrócił się w całości, ale byliśmy w plecy zdecydowanie mniej niż kilka godzin wcześniej. Jóhanna okazał się całkiem miłą postacią z dużym poczuciem winy, niezwykle ciekawą tego jak tanio może być dla niej w Polsce pod kątem zakupów jakie by chciała nad Wisłą zrobić. Finalnie potrzebowaliśmy jeszcze rozeznać się w księgarniach w mieście, Jóhanna wydrukowała nam zatem listę adresów tych przybytków i podwiozła autem do jednej z nich.

W księgarni nie udało nam się znaleźć tego czego szukaliśmy, ale było to doświadczenie ważne dla późniejszych poszukiwań pewnego artefaktu. Wróciwszy na Hlemmur zjedliśmy najtańszy znaleziony obiad – chińską zupę z mięsem za jedyne 1630 koron za miskę – dla Polaka to koszmarna cena, ale jak na Reykjavik to taniocha. Najedzeni i zmęczeni odwlekliśmy się do pokoju. Po jakichś dwóch godzinach naszedł nas atak aktywności i polecieliśmy biegać po mieście, do portu i wzdłuż oceanu, planowaliśmy dotrzeć na latarnię morską, ale po kilku godzinach spaceru poddaliśmy się i późną nocą dowlekliśmy się definitywnie do domu… 

 

c.d.n.      

 

 
1 , 2