o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
niedziela, 30 grudnia 2018
środa, 26 grudnia 2018

Powiedz mi czasie, dlaczego jesteś taki nieodgadniony – czemu wody twoim brodem płyną ciągle wprzód, a my jak zaczarowani idziemy z nimi?

Kończy się dobry rok. Dobry rok, pełen wrażeń i pełen przygody, rok rocznic, ważny do zapamiętania dla mnie osobiście.

Żyjemy w Świecie Trumpa i Macrona – tak to mi się wydaje. Ale ani ten pierwszy pieszczotliwie określany pierwszym idiotą Zachodu ani ten drugi, w którym pokładano tyle wiary i nadziej na pozytywne zmiany, nie spisali się na swych polach władzy. Oba ośrodki rozczarowują i wywołują liczne protesty, zamieszki a nawet procesy sądowe. Polityka Ameryki zawodzi na całej linii, ale nie czuję zdziwienia – nie spodziewałem się niczego pozytywnego. Dziwi i rozczarowuje tym bardziej polityka francuska – która próbowała uzurpować sobie od czasu wyboru Emmanuela Macrona na prezydenta Republiki prawo do europejskiej wizji Świata czy choćby samej Zjednoczonej Europy. Ale tej wizji nie widać zza dymów palonych barykad na paryskich bulwarach. Unia dwóch prędkości? Tylko tyle panie Macron? Słabe to!

W wielkiej polityce jesteśmy na przełomie, nadchodzą nowe czasy. To bez znaczenia, na kogo oddajemy nasz głos – wściekłość rośnie dookoła. W mijającym roku żyliśmy we względnym spokoju. Nas nie dotyczą późne reperkusje Arabskiej Wiosny z 2011 roku. Nie mieszkamy Syrii, w której w wyniku wojny domowej i wydatnej pomocy Putina rodzina al-Asad umocniła swoją władzę kosztem dziesiątek tysięcy ofiar. Nie mieszkamy w Jemenie, w którym wojna domowa i interwencja bratnich państw doprowadziła do katastrofy humanitarnej. Pomocy potrzebować może tam blisko 22 miliony ludzi. Według szacunków organizacji humanitarnych od początku wojny w 2015 roku z głodu zmarło w Jemenie blisko 85 tysięcy dzieci. Ta tragedia za kilka lat odbije się kolejną serią krwawych zamachów w Europie i na Bliskim Wschodzie – teraz tylko biernie zaczekajmy.

Terror w odwrocie. Po kilku latach udało nam się ograniczyć działalność zorganizowanego terroru w Europie. To żaden wielki sukces – służby robią po prostu znacznie więcej niż kilka lat temu. Nie możemy być spokojni – ten wyścig nie będzie miał końca. A powodów do akcji terrorystycznej będzie przybywać. Żyjemy pośród coraz bardziej zaburzonych ludzi – wychowanych bez jakikolwiek moralnych wzorców. Możesz iść do kina i zostać przypadkową ofiarą nożownika! Brzmi znajomo? Tak to zdarzyło się kilka dni temu w Szczecinie!

Analitycy pytają czy zaczyna się Europejska Zima? Jej pierwsze symptomy mieliśmy już w lato, kiedy tysiące Rumunów protestowały przeciwko rządowi pani premier Viorica Dăncilă. Ale to w Rumunii już tradycja, półtora roku wcześniej jeszcze większe protesty zablokowały Bukareszt na kilka tygodni (protesty trwały od połowy stycznia do początku marca 2017 roku). Rząd pani premier nauczony doświadczeniem poprzedników i sąsiadów – nie reagował na demonstracje. Ale obok Rumunii protesty w roku 2018 przetoczyły się przez Serbię, przeciwko autorytarnym rządom prezydenta Vucicia, protestowano też w Wiedniu przeciwko profaszystowskiej polityce kanclerza Sebastiana Kurza. Jednak największym echem odbiły się manifestacje w Budapeszcie i innych miastach na Węgrzech oraz wielotygodniowe zamieszki ruchu Żółtych Kamizelek we Francji. Wszystkie te niepokoje pomimo chaotycznego charakteru i sprzecznych postulatów politycznych i socjalnych – łączą w sobie często skrajnie odmienne polityczne frakcje, domagające się zmian w europejskiej polityce szczególnie socjalnej. Zastanawiam się kiedy w Polsce dojdzie do masowych protestów na tym tle? U nas ludzie są podzielni bardziej niż w innych częściach Europy i działają bardziej na zasadach domina – jak jednej grupie zawodowej uda się coś wywalczyć to awanturę wywołuje kolejna, a jak się komuś nie uda – jak niepełnosprawnym w Sejmie na wiosnę – to reszta chowa głowę w piasek. Ale ilość obietnic i zapowiedzi dobrobytu doprowadzą wreszcie szersze grupy społeczne do agresywnych żądań socjalnych. Bo jak coś komuś obiecują, to każdy chciałby mieć w tym udział!

Warto wspomnieć o głowie państwa. Ten człowiek jest tak żenujący, że jedyne co mogę zrobić – wobec wszystkich jego dziwacznych wystąpień i tłistów retorycznych, które następują po sobie jak w serialu klasy B, to przytoczyć słowa byłego posła PiS Marka Migalskiego: jesteśmy świadkami autoterapii, którą prowadzi niedojrzały do urzędu człowiek. Strasznie to przykry obraz!

Co u mnie pytacie? Dość tej polityki! Tak, rzeczywiście mijający rok to czas, w którym postanowiłem skupić się na sobie. W myśl cytatu z ostatniego filmu Terryego Gilliama „Człowiek, który zabił Don Kichota”, kiedy tytułowy bohater zwraca się do Tobyiego granego przez Adama Drivera: wy młodzi myślicie tylko ja, ja, ja, ja, ja, ja! Tak kurwa – teraz ja! A w zasadzie teraz my z I’. W ramach obchodów dziesiątej rocznicy związku postanowiliśmy odwiedzić trzy wyspy naszego pięknego globu. Całkowicie spontanicznie wybraliśmy się na Islandię oraz na Brytanię do stolicy Szkocji, a potem zupełnie planowo spędziliśmy kilka tygodni w Japonii, na objazdowej wyprawie po krainie kwitnącej wiśni – choć byliśmy w sierpniu doświadczając siły tamtejszego słońca i upałów. Niezależnie czy byliśmy w kraju atlantyckiej wiosny, chłodnego północnego wczesnego lata, czy pod wpływem pacyficznego wilgotnego lata – każda z tych pór i miejsc zachwycały nas bez reszty. Świat jest piękny i w zasięgu ręki, trzeba go eksplorować i poznawać by tym bardziej okazywać mu szacunek i uczyć się rozsądnego gospodarowania jego zasobami – tyle się możemy od siebie uczyć. Polska to naprawdę depresyjne miejsce – które można zmienić – ale trzeba wyjść z domu i zobaczyć jak robią to inni.

Rok 2018 to czas dziesięciolecia tego bloga. Kiedy w 2008 roku zaczynałem tworzyć te wpisy nigdy nie przypuszczałem, że moje życie ułoży się w taki sposób. Byłem pesymistycznie nastawionym do Świata młodym chłopakiem, który nie wierzył, że życie ma dla niego coś interesującego do zaoferowania. Było zupełnie inaczej, to nie jest oczywiście tak, że coś zostało mi dane, nie! Coś udało mi się wypracować samemu z elementów, które były dostępne, jak małpa człekokształtna – nauczyłem się krzesać ogień za pomocą prostych narzędzi. I tak w niedługim czasie pojawił się mój cudowny I’, choć wcale nie był planowany. I jakoś tak zwinęły się wokół siebie dwa nasze życia – które straciły rachubę czasu i zdaje się, że są szczęśliwe. Wspólnie planują i realizują swoje bajkowe marzenia…

To wreszcie rok wspomnień mojej mamy i tego jak by wyglądało z Nią moje życie. Na pewno inaczej. Jestem tu z powodu Jej poświęcenia. Choć po tylu latach zdarza mi się o tym zapominać – takie życie niestety.

Nadchodzący rok 2019 – będzie całkowicie nieprzewidywalny. Niespodziewanie 2018 rok jest spokojny i pełny pięknych historii przynajmniej w moim prywatnym życiu. Za chwilę zacznie się wielki polityczny maraton wyborczy nad Wisłą i całkowite szaleństwo na Świecie. Brexit i niepokoje społeczne w Europie – wielka niewiadoma.

Prywatnie mam też kilka wyzwań – muszę zastanowić się nad tym, co zrobić ze swoim życiem zawodowym. Czy pora już wyjść ze złudnej strefy komfortu i dać sobie szansę na lepsze warunki w życiu? Nie wiem – mam mętlik w głowie. Na pewno marzą mi się dwa tygodnie wolnego – nawet we własnym mieszkaniu – aby się nad wszystkim zastanowić – jestem obecnie potwornie przemęczony. Po nocach śnię o północnej Europie i dalekiej Azji. Musimy z I’ tam wrócić! Rok trzech wysp to dopiero początek!    

Oby i Wam i Nam się szczęściło w nadchodzącym roku! Odwagi!      

poniedziałek, 24 grudnia 2018

W przededniu czasów niespokojnych, w przed progu wielkich kulminacji, kiedy czujemy, że sztorm jest tuż tuż, chciałbym wam i sobie życzyć spokoju. Wypocznijcie w tym schronisku krótkiego czasu, jaki nadchodzi. Weźcie głęboki oddech, bo droga trudna przed nami. Wesołych Świąt!

 

 

Chestnuts roasting on an open fire

Jack Frost nipping at your nose

Yuletide carols being sung by a choir

And folks dressed up like Eskimos

 

Everybody knows a turkey and some mistletoe

Help to make the season bright

Tiny tots, with their eyes all aglow

Will find it hard to sleep tonight

 

They know that Santa's on his way

He's loaded lots of toys and goodies on his sleigh

And every mother's child is gonna spy

To see if reindeer really know how to fly

 

And so I'm offering this simple phrase

To kids from one to ninety-two

Although it's been said many times, many ways

Merry Christmas to you

 

And so I'm offering this simple phrase

To kids from one to ninety-two

Although it's been said many times, many ways

Merry Christmas to you

 

by Nat King Cole

 

 

 

 

 

 

 

Gregory Porter-The Christmas Song

 

niedziela, 23 grudnia 2018

 

Dziś zupełnie inny temat na tapecie. Ale w tym brudnym i śmierdzącym świecie warto wspomnieć, chociaż o częściowo mniej niszczącej środowisko formie transportu. 120 lat tramwajów w Łodzi mija dokładnie dziś. Od razu elektryczne pojazdy, pierwsze tego typu rozwiązanie w byłej Kongresówce, pojechały w dniu 23.12.1898 roku, dzięki inicjatywie Juliusza Kunitzera jednego z najbardziej zaangażowanych społecznie fabrykatów łódzkich. Który to kilka lat później został zamordowany przez socjalistycznych terrorystów w jednym z tramwajów.

Przez 120 lat istnienia komunikacja tramwajowa przeszła przez różne etapy swojego rozwoju. Była sukcesywnie rozwijana do połowy lat 70-tych minionego stulecia – kiedy osiągnęła największą gęstość w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców i największą długość sieci w dotychczasowej historii istnienia. Od roku 1978, wraz z likwidacją linii do Tuszyna nastąpił okres stagnacji i likwidacji wielu istniejących połączeń. Największe straty powstały po roku 1989. Planów likwidacji tras na szczęście nie zrealizowano w pełni, jednak okres dramatycznych zaniedbań z lat 90-tych odbija się do dziś w postaci wielu zrujnowanych tras, odstraszających pasażerów od tego środka komunikacji. Kiedy pojazd szynowy na wydzielonym torowisku rozwija na wspomnianych tragicznych odcinkach zawrotną prędkość do 10 km/h, nie trudno go wyprzedzić na hulajnodze. Ale obecnie panujące władze miasta od lat prowadzą politykę stawiania sygnalizacji co 150 metrów, więc zamiast remontować infrastrukturę – spowolniono również ruch indywidualny.  

Ostatnie 20-lecie to czas mozolnej poprawy jakości infrastruktury torowej oraz zakupy nowych pojazdów. Jednak te ostatnie w skali porównywalnych do Łodzi miast wyglądają blado. Kiedy ośrodki takie jak Warszawa, Kraków czy Poznań nabywały odpowiednio po 200, 80 i 60 nowych wagonów niskopodłogowych - władze Łodzi kupowały takich samych pojazdów 10 lub 12 w porównywalnym okresie (największy dotychczas jednorazowy zakup łódzkiego MPK to 22 pojazdy typu PESA zakupione w 2015 roku). Wynika to oczywiście z tego, że Łódź jest miastem potencjalnie biednym, ale jest w tych liczbach również zwarta pewna niechęć, pewne negatywne podejście, brak pomysłu miasta na komunikację szynową.

To podejście obecnych władz dało się wyczuć już w 2011 roku, w rok po obcięciu przez obecną ekipę rządów w mieście, kiedy odbywały się protesty przeciwko przejęciu przez MPK podmiejskich linii tramwajowych obsługiwanych przez MKT i MUK (firmy powstałe po transformacji na początku lat 90-tych). Już wtedy protestujący obawiali się, że chodzi tak naprawdę o likwidację podmiejskiej linii 46 do Ozorkowa (najdłuższej linii tramwajowej w Polsce). Urzędująca prezydent uciekała przed protestującymi ze swojego biura. Podobnie zresztą jak podczas innych protestów, kiedy bała się wyjść na rozmowy do ludzi. Urzędnicy magistratu wyrażali się z pogardą o „sorcie” ludzi podróżujących komunikacją. W ich mniemaniu była to miejska biedota i brudasy. Prezydent oczywiście zapewniała w oświadczeniach prasowych, że nie zamierza likwidować linii podmiejskich... Likwidacja tramwaju do Ozorkowa nastąpiła 4.02.2018 roku...

Kiedy Kunitzer budował tramwaje miejskie w 1898 roku, a następnie linie podmiejskie do Pabianic i Zgierza w 1901 roku – mówiono, że buduje się te linie dla robotników dojeżdżających do pracy. Fabrykanci wyłożyli na ten cel swoje pieniądze. W zamian za te inicjatywy spotkała Kunitzera śmierć. Kiedy Zdanowska zaczęła niszczenie trasy do Pabianic, Ozorkowa i Zgierza (te dwie ostatnie od lutego są już zamknięte), i kiedy jako gospodarz miasta między słowami powiedziała – że nie obchodzi jej to, co poza granicami Łodzi i nie wyda tam ani grosza z budżetu, dostaje 70% poparcia w wyborach. Dofinansowania do remontów linii podmiejskich odmówił również marszałek (szczęśliwie już odsunięty od koryta).

A przecież sprawna komunikacja w aglomeracji tak specyficznej jak łódzka - gdzie wokół centralnego ośrodka oparte są miasta satelity, wielkie sypialnie dla Łodzi - brak dywersyfikacji usług komunikacyjnych oznacza znaczące obniżenie komfortu poruszania się - szczególnie, kiedy wszyscy stoimy w jednym wielkim korku...

Moje życzenie dla tramwajów łódzkich na 120 rocznicę powstania jest prozaiczne: obyście miały myślących polityków u władzy...

 

 

 

 

Filmiki które dołączone są do wpisu to:

1. Oficjalna zajawka MPK z parady na 120-lecie tramwajów.

2. Relacja Radio Łódź, dwa wywiady i orkiestra MPK.

3. Relacja bez komentarza z opisem zaprezentowanych wozów podczas parady.

 

piątek, 21 grudnia 2018

Rush Day 2018

Dziś międzynarodowy dzień zespołu Rush. Dlatego trzeba coś zagrać na pokrzepienie serc, a że w tym roku obchodzimy 40-tą rocznicę ukazania się albumu Hemispheres, nie może być inaczej - sięgamy po repertuar z tego wydawnictwa do utworu Circumstances. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1.Rush-Circumstances

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Prezenty już kupione? Prawie. To ten czas roku, kiedy wszystko musi być już zapięte na ostatni guzik.

Trochę nie czuję klimatu świąt. I’ prawie dwa tygodnie przechorował na cośtam – leżał sobie i pierwszy tydzień nie wziął antybiotyku – bo po co brać to chemiczne gówno, kiedy organizm ma sam się wyzwolić z zarazy. Nie wyzwolił się. No to dostał drugi tydzień. To pierwsze albo drugie L4 I’ w ciągu ostatniej dekady. Twarda sztuka. Mówi, że odpoczął psychicznie.

Ja przeszedłem dzielnie okres zarazy. Tydzień po powrocie I’ do pracy – czyli obecnie dopadło i mnie. Ja zawsze staram się chorować w dni wolne. Głupio tak jakoś przed świętami iść na chorobowe. Ale jestem od kilku miesięcy nieustannie sfrustrowany swoją pracą – więc powoli wszelkie świętości zaczynem mieć w dupie.

Co za dramat! Okazało się, że i mnie pierwszy raz w życiu dopadł terror. Znałem zabitego w Strasburgu Bartka. To nie była wielka znajomość. Znaliśmy się z widzenia, on zajmował się podczas festiwalu komiksu w Łodzi frankofońskimi gośćmi, tłumaczył spotkania itd. Kilka razy spotkałem go na vipzonie, zdarzyło mi się z nim pogadać o niczym. Bladego pojęcia nie miałem, czym się zajmował we Francji i kim był poza komiksami. Takich ludzi przez festiwal przewijają się dziesiątki, ot festiwalowicze do pogadania lub wypicia piwa – znajomi na jeden weekend w roku. I nagle wiadomość, że go zabito. Że stało się to podczas próby powstrzymania napastnika, który chciał wtargnąć do klubu, że dzięki jego ofierze nie doszło do drugiego Bataclan. Już go więcej nie spotkam i nie powiem, że zachował się jak prawdziwy bohater – i że ja na jego miejscu pewnie bym zrobił w portki… Dostał z karabinu kulę w głowę… Jestem w szoku.

Duda podpisał ustawy cofające zmiany w Sądzie Najwyższym, a PiS zamienił się w pro-europejską partię – bo Polska to bijące serce Europy. Co się dzieje, kiedy od – ledwo – listopadowych wyborów nie komentuję polityki? Wszystko się zmienia o 180 stopni. Teraz znów PO to partia oprawców – która pożera swoich koalicjantów, jak samica pająka tuż po kopulacji pochłania zwykle jeszcze żywego samca.

Ludzie! Idą święta. Spadł śnieg. Mam gorączkę albo nie mam. Mija rok. Jak co rok. Na język cisną się banały – dlatego idę spać!     

 

23:50, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 grudnia 2018

 

Nadchodzi gwiazdka, ten przemiły świąteczny czas – kilka minut, w których będziemy razem, często tylko na niby, ale co tam, bądźmy! W roku 2018 będzie to wyjątkowo fascynująca gwiazdka albowiem dzięki uprzejmości BBC światło dzienne ujrzał w całości zapis audio i video występu Davida Bowie na festiwalu Glastonbury w 2000 roku.

Ja wtedy już byłem na Świecie i chodziłem sobie tu i tam bez celu. Patrząc z perspektywy kończącego się roku 2018 – występ Davida to już kawał historii – dla mnie tym bardziej fascynującej, że – nie miałem okazji poza kawałkami na jótjóbach czy mini-koncertem wspominanego już BBC, oglądać wielkoformatowego show Bowiego. A długowłosy i dojrzały – będący ponad 30 lat na scenie (w owym czasie), przybysz z gwiazd – zdawał się być w tamtym momencie w najlepszej formie i stylizacji, od co najmniej początku lat 90-tych, miał w sobie siłę i jakiś niesamowicie emocjonalny ładunek, a ja bardzo chcę uszczknąć sobie odrobinę tej mocy dla siebie…

Mikołaj wie, co chcę zobaczyć po pasterce!       

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1.David Bowie - Life On Mars?

2.David Bowie - Golden Years

środa, 05 grudnia 2018

storkota

Na fotografii suczyca Stokrota, bardzo uczynna podczas prac budowlanych – tutaj z mordą zaopatrzoną w cegłę. Miała straszliwą słabość do noszenia takich ciężarów. Z cegłą potrafiła niezmordowanie przechodzić cały spacer…  

Wczoraj stuknął nam rok bez psa. Dom jest niby czystszy, nic nie wnosi i nie roznosi błota, kłaki nie walają się po kątach, niezależnie czy sprzątasz mieszkanie rano czy wieczorem, zawsze się mnożą z psem sto razy szybciej, nie ma też specyficznego smrodka – psy nie pachną specjalnie ładnie – ale są i odczuwają. Wierni towarzysze u stóp z wiszącym ozorem z kłami na ostro do wszelkich wrogów – choć zwykle na pokaz. Gorące istoty, śpiące w nogach lub wpychające się w najbardziej niewygodną szparę obok łóżka, by tylko być blisko i nasłuchiwać rytmu serca swego ludzkiego mistrza.

I’ miał tą sukę od późnych lat licealnych przez kolejne 17 lat. Studia, pierwsze prace, pierwsze miłości aż po moje czasy, wyprowadzkę z domu do mnie – kiedy suczysko wprowadziło się w moje progi. Było to prawie cztery wiosny po moim poprzednim psie – którego historia jest niezwykle barwna, bo to ów mały gnojek wybrał sobie ludzi, których ukochał – kosztem tych, którzy chcieli mu siekierą dekapitować łeb ponieważ czynił takie szkody w gospodarstwie – więc z wiejskiego przemienił się na psa miejskiego, wespół doglądanego przez całą rodzinę – ale to już inna historia.

A dziś rok jesteśmy bez psiej istoty. To są oczywiście oszczędności jakieś, bo pies ze swej natury żre. Ale jest jakaś pustka. Mamy kota – kot to zupełnie inny typ czworonoga niż pies, zdać się może, że ciut szlachetniejszy, bo udaje, że nie wymaga takiego nadskakiwania i uwagi jak – wierno-poddańczy pies. Ale to jest totalny mit, kłamstwo zwyczajne. Nasz kot, co noc przychodzi do wyra, kiedy jest już rozłożone, i wskakuje myśląc, że za miecz obosieczny posłuży – w sam środek legowiska. Wypierdalaj kocie! Wyrzucamy go. Po sekundzie podchodzi do progu łóżka i mramruczy. Tak określam formę gaworzenia, mieszanki pomrukiwań i miauczenia – które wydaje sam z siebie albo w odpowiedzi na ludzki głos – jakby wchodził w dialog, być może to objaw choroby sierocej. Jakaś podła *urwa wyrzuciła go, jako kilkutygodniowego kociaka w środku zimy na ulicę, a jacyś ludzcy ludzie znaleźli go dobijającego się z rozpaczliwym jękiem przez szybę do mieszkania. Na początku po przybyciu z bidula nawet nie wydawał z siebie dźwięków, musiał się oswoić z ludźmi na nowo aby rozpocząć dysputy, ale kiedy już zaczął to nie przestaje od wielu lat mówić. Więc podchodzi od progu legowiska swych panów i mramruczy do czasu, aż nie pozwoli mu się wleźć i wymościć na kołdrze. Gada nawet w półśnie z zamkniętymi ślepiami – to jest niezwykle zabawne, choć czasem irytujące, bo nie można spokojnie porozmawiać, kiedy kot się wcina do rozmów…

Suka była dużo starsza od kota, i nie specjalnie go lubiła, bała się w zasadzie tego małego drapieżcy. Kot nie przepuszczał żadnej okazji by dokuczyć psu, obłapiał ją za szyje albo wskakiwał na jej grzbiet, nienawidziła tego. Czasem potrafiła się mu odgryźć. Jednak I’ nauczył ją, aby kota respektować – czuła ogromną zazdrość wobec naszej uwagi i czułości okazywanej kotu i potrafiła to ostentacyjnie manifestować – pomrukując piskliwie. Ale najbardziej bawił mnie jej spryt – wiedziała, że nie może warczeć na kota, zatem nauczyła się dogryzać mu w milczeniu, bez jednego dźwięku warknięcia. Widziałem to raz czy dwa razy, kiedy głupek ją drażnił, suka w te migi milcząco szczerzyła kły i kłapała szczęką – po czym jej ślepia błyskawicznie łypały na twarz któregoś z nas – upewniała się czy panowie nie zauważali skrytej interwencji. Kłap, kłap i intruza nie było w polu widzenia.

A po latach spały razem w jej leżu niczym pies z kotem. Najpierw kot wyparł ją z jej miejsca, swoistą taktyką faktów dokonanych. To było niesamowite – pies ustąpił dwa razy mniejszemu kotu, a potem zrezygnowana wróciła do swojego miejsca i musiała się pogodzić z tym, że kot przychodzi się z nią pokładać i zaczęły spać razem…

Ojciec I’ kilka tygodni po uśpieniu naszej suczki, kiedy byliśmy u niego na kolacji rzucił - bierzcie kolejnego psa póki jesteście jeszcze młodzi. Któregoś dnia będziemy chcieli posłuchać tej rady…

poniedziałek, 03 grudnia 2018

bohemian rhapsody

Byłem dwukrotnie na filmie Bohemian Rhapsody, po pierwszym seansie uznałem, że ten film jest bardzo zły a po drugim, że jest tylko zły. Dlaczego?

Wbrew pozorom dla 90% widzów BR to widowisko, na którym będą bawić się przednio – śpiewając szlagiery Queen i bujając się w fotelu zagryzając prażoną kukurydzę – i nie żebym tego nie robił z całymi rzeszami ciotek w kinie (szczególnie na pierwszym seansie było wielce tęczowo) – mnie to też porwało, bo taki jest cel tego filmu, ale nie mogłem znieść nieprawd, nagięć historii ani zrozumieć, o czym ten film ma być? O czym jest ten film?

O czym – ktoś widział – jest ten film? O kapeli Smile, która zrządzeniem przypadku w 1970 roku po spotkaniu Farrokha Bulsary zamienia się w rzygający hitami Queen, szaloną grupę muzyczną odbierającą kasę i fejm przez najbliższe 20 lat innym gwiazdom, które nie mają szansy w walce o listy przebojów z tą maszynką do robienia kasy? Ale może to jest film tylko o Farrokhu Bulsarze – zahukanym przez dominującego ojca dobrotliwym parsie, pracującym na lotnisku, dla którego spotkanie chłopców ze Smile staje się katalizatorem uwalniającym jego wewnętrznego Mr. Hyde? Ale to monstrum zabójcze dla biednego chłopca, który tak naprawdę jest całkowicie samotny i nie ma przyjaciół, a poza Queen jest zupełnym nieudacznikiem, a do tego boryka się ze swoim przytłaczającym biseksualizmem. Nie mam dalej pewności? Ale, ale może to filmowa kronika anegdot i sytuacji z niechronologicznie przedstawionych dziejów powstawania największy hitów Queen? To mnie niemożebnie w tym filmie wkurwia, że wydarzenia z lat 70-tych wędrują magicznie do innej dekady i na odwrót. Nici grube ale karawana jedzie dalej!

Ten obraz nie daje odpowiedzi na żadne z postawionych pytań o to, o czym ta powieść jest. Te trzy tematy przeplatają się swobodnie by nagle urwać historię w 1985 roku – kiedy to dla podkreślenia dramatyzmu fabuły, Queen powraca jak feniks z popiołów na scenę podczas koncertu Live Aid, po swoim domniemanym upadku – którego w rzeczywistości nigdy nie było. Fryderyk już wie, że jego koniec bliski (w świetle najnowszych danych to kolejna bzdura, bo nie wiedział jeszcze co najmniej rok), więc kaja się przed kumplami, aby go z powrotem przyjęli do zespołu, (choć nigdy go nikt nie wyrzucał a rok wcześniej Queen wydał jeden z najbardziej komercyjnych albumów w swojej historii, ale to nic, nie pasuje do wizji i dramatyzmu) bo tylko z Queen jest kimś i chce poświęcić swoje ostatnie lata muzyce z zespołem – który jest legendą (wymioty). Potem mamy 20 minut koncertu Live Aid – który wgniata widza w krzesło, a kawałki oddane są przez filmowy zespół 1: 1 z oryginałem i co jest po koncercie? Napisy Kurwa! Wszystkie tematy rozgrzebane – koncepcja pięć razy zmieniona i mamy cały film. Nie. Nie. Nie!!!

W necie znalazłem kilka recenzji podobnych do mojej, skupiających się wokół tego, że niestety film jest nijaki, ponieważ miał stać się przede wszystkim produktem, kolejnym albumem Queen tyle, że wydanym w 2018 roku. A w scenariusz bardzo mocno ingerowali obecnie aktywni muzycy Queen, Brian May i Roger Taylor, którzy walczyli o to by ich pozycja w filmowym Queen była równoprawna z Mercurym.

Jak pisze na forum Filmweb użytkownik ast: Tak to jest, kiedy za produkcję filmu bierze się artysta z nadmuchanym ego wielkości Mt. Everest (Brian May). Dobrze, że Mercury nie żyje, bo gdyby żył i ujrzał jak go sportretowali, to palnąłby sobie w łeb. Zrobili z niego biednego, zagubionego chłopczyka bez przyjaciół, odpowiedzialnego za rozpad zespołu, który w rzeczywistości nigdy się nie rozpadł. Na szczęście biedny Freddie ukorzył się przed zespołem i wyznał, że bez nich nie znaczyłby nic (w tym miejscu powinien być najazd kamery na spodnie Maya, aby ukazać jego potężny wzwód). Żal i żenada.

Ale poza tym to brawurowe widowisko, ze świetnie obsadzoną rolą Mercurego w którego wcielił się Rami Malek, reszta też daje radę, szczególnie aktor grający Maya, kropla w krople (staruszek długo musiał siebie szukać)! A co stało się po 1985 roku – tego dowiadujemy się za napisów – Freddie sobie umiera. Wszystkie trzy fabularne wątki zostają ucięte bez podania przyczyny, trochę jak podczas serialowej wizyty u psychoterapeuty – nasz czas się skończył. The End.