o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 31 października 2011

Nie ma równego Świata, równej tragedii ani szczęścia. Kiedy jedni się bawią drudzy płaczą, kiedy jedni się rodzą drudzy umierają. Oczywisty banał i nic odkrywczego. A jednak naiwni, wierzący w sens równości zdają się tego nie dostrzegać. Tego podłego kuriozum, mechanizmu nierówności.

Ubodło mnie ono szczególnie ostatnio, kiedy pośród tych, którzy o mnie pamiętali znaleźli się Ci – którzy mają prawo nie pamiętać – ze względu na dramaty, jakie dzieją się w ich życiach! Zrządzenia, które przyprawiły Ich o niezawinione choroby lub dramatyczne decyzje odnośnie swego życia i jego sensu. To nie jest sprawiedliwe, że muszą cierpieć! To nie jest sprawiedliwe, że ja na kameralnym spotkaniu rozmyślam czy zupa z borowików jako przystawka będzie smaczna, czy też jednak wolałbym rosół z gęsi z zielonymi kluseczkami. Tymczasem Tamci ludzie zastanawiają się czy jest sens podejmować terapię albo czekają na wynik badania, który będzie albo promyczkiem nadziei albo odwlecze najgorsze. Podziwiam i dziękuję za pamięć! To jest pamięć niezwykle cenna, przekraczająca to nasze prostackie materialistyczne życie, jest świadectwem Człowieczeństwa tych osób. Człowieczeństwa, którego mi chyba byłoby brak w Ich sytuacji.

A ci, co zapomnieli nie są warci pamięci.

piątek, 28 października 2011

A więc stało się… I to już się nie zmieni, robię się coraz starszy, wskazuje data, rok i miesiąc. Kalendarza nie da się oszukać! Dziś wybiła moja czarna godzina albo kolejny krzyżyk, następny szczebel w drabinie… Można by tak w nieskończoność mnożyć określenia, tego, że się starzeję…

Bosh mam 26 lat… I wcale tego nie czuję… Piszę jak stara klabzdra, co panikuje przed 30-stką. Tak nie jest, po prostu gdzieś mi umyka życie wieczne, które mi się marzy, młodość wiekuista i witalność nieskończona – które są mym żądaniem na ziemskim padole łez i zużytych prezerwatyw…  

wtorek, 25 października 2011

Rush: Alex, Geddy oraz nieznany mi aktor występujący od lat dla Rush. Bonus do Snakes & Arrows Live: In Holland (2008).

Cover FotoNowe wydawnictwo zespołu Rush zostało przyjęte bardzo ciepło z ogólną średnią 4 w skali do 5. Ale na przykład na metacritic album dostał kilka punktów/procent mniej, niż gorszy zdaniem większości, poprzedni album studyjny – 73%. Ocena użytkowników jest jednak miażdżąca dla eksperckiej i wynosi 9.3 w skali do 10 i mimo, że przewyższa średnią ocen „Węży” – wskazuje na to, jak dobrze został przyjęty album Snakes & Arrows.  W 2010 roku brytyjski magazyn Classic Rock umieścił ostatni album Rush w Top 10 essential progressive rock albums of the decade.

Cover FotoAlbum Snakes & Arrows jak na warunki rynku muzycznego w 2007 roku sprzedał się zadowalająco. Wylądował na 3 miejscu The Billboard 200 i utrzymał się tam przez 14 tygodni, w rodzimej Kanadzie również wylądował na 3 miejscu list przebojów, na 4 i 6 miejscu w Finlandii i Szwecji, na 13 w UK i Norwegii. Wreszcie po raz pierwszy Rush wszedł na polskie listy przebojów wchodząc do pierwszej 40. W kilkanaście tygodni album pokrył się złotem w Kanadzie, oraz odnotował poprawną sprzedaż w USA. Tam też w pierwszym tygodniu sprzedano ponad 93 tysiące egzemplarzy albumu – tylko na CD, nie ma danych dotyczących innych formatów CD-DVD, LP, MVI. Mimo iż Vapor Trails sprzedało się o blisko 20 tysięcy egzemplarzy więcej w pierwszym tygodniu – to S&A nie odnotowała drastycznego spadku sprzedaży w kolejnych tygodniach (po -50%), jak to miało miejsce z VT. Rush nie przespał tym razem promocji po przez sieć: iTunes i cała masa różnych internetowych sklepików, które dostały różnego typu bajery dokładane do zakupionych egzemplarzy albumu. Tym samym Snakes & Arrows uplasował się na 1 miejscu Top Internet Albums 2007 i również na miejscu 1 Top Rock Albums 2007.

Cover FotoTymczasem zespół nie tracąc czasu, wyruszył w trasę koncertową zwiedzając Amerykę i Europę między czerwcem, a końcem października 2007. Wtedy też w Rotterdamie z dwóch przedstawień nagrano materiał do przyszłego albumu koncertowego. Rush był jednak niewyżyty, a koncerty sprzedawały się znakomicie, wobec czego zespół wyruszył na drugą nogę trasy, między połową kwietnia a końcem lipca 2008 roku. Była to jedna z najbardziej dochodowych tras w historii Rush, przynosząc 40 milionów USD. Plasując zespół na 6 i 8 miejscu w poszczególnych latach pod względem przychodu w USA.

14 kwietnia 2008 roku na początek drugiej części Snakes & Arrows Tour, ukazał się album Snakes & Arrows Live będący ósmym wydawnictwem koncertowym zespołu. Dopełnieniem promocji ostatniego studyjnego wydawnictwa Rush, było ukazanie się albumu DVD Snakes & Arrows Live: In Holland 24 listopada 2008 roku. Do dziś to ostatnie wydawnictwo pokryło się podwójną platyną w USA i pięciokrotną w Kanadzie.

Cover FotoRok 2009 miał być czasem przerwy od Rush, nie udało się to do końca… Mimo iż rodzina była w owym roku priorytetem, zwłaszcza dla Neila, któremu urodziła się córka… To pod koniec owego roku ukazał się dziwaczny kompilacyjny, koncertowy DVD-album Working Man, a do prasy wyciekła informacja iż Rush rozpoczął pracę nad nowym materiałem. Nie była to do końca prawda ale faktem jest, iż muzycy spotkali się w Kanadzie, aby dokonać wstępnych szkiców sześciu utworów. Jednak zamiast pracy nad piosenkami zespół został zaangażowany do pracy nad filmem dokumentalnym o Rush, robionym przez Scota McFadyena i Sama Dunna. Zdjęcia trwały na przełomie 2009 i 2010 roku. Film pod tytułem Rush: Beyond The Lighted Stage miał premierę 26 czerwca 2010 roku. Podczas kilkunastu pokazów przedpremierowych Alex i Geddy zjechali pół Stanów Zjednoczonych, a w Hollywood w alei gwiazd odsłonili gwiazdę dedykowaną dla Rush. Film zdobył nagrodę publiczności na prestiżowym festiwalu filmów dokumentalnych w Tribeca oraz został nominowany do pewnej słynnej amerykańskiej nagrody, której nigdy nie udało się niczemu z logo Rush wygrać. Wszyscy trzymali kciuki za to, aby nominacja nie zmieniła się w ową nagrodę, bo Rush musiałby jej nie odebrać. Zanim jednak muzycy wyruszyli na pokazy filmu między lutym a kwietniem 2010 roku, sześć szkiców utworów nabrało kształtu piosenek. Wtedy też Rush ogłosił, iż przy nowym albumie ponownie będzie współpracował z Nickiem Raskulineczem i jego ekipą. Nie wiadomo dokładnie, kto i z jakiego powodu podsunął zespołowi szatański pomysł, aby zanim ten ukończy płytę wyruszył w trasę koncertową sygnowaną nazwą Time Machine Tour. Fanów zelektryzowała wieść, iż na nowym krążku ma się znaleźć wieloczęściowy, epicki i długi utwór w stylu tych z lat 70-tych. Tymczasem 1 czerwca 2010 roku nastąpiła premiera pierwszego singla (jeszcze tylko z 6 gotowych kompozycji) Caravan zawierającego tytułowy utwór oraz tak zwany B-side BU2B (Brought Up To Believe). Utwory zaskoczyły fanów pierwszy: przesadną sztampom, rytmiką, popisowością, oraz powrotem do subtelnych klawiszy i używania dźwięków z otoczenia, drugi ciężkim brzmieniem oraz radykalnym tekstem. 

 

Trasa Time Machine wystartowała pod sam koniec czerwca, a zakończyła się w połowie października 2010 roku. Rush odwiedził USA, Kanadę, Meksyk, Brazylię, Argentynę i Chile.Cover Foto Druga noga trasy zbiegła się z 30-leciem wydania Moving Pictures (1981), wobec czego wydano wypasioną reedycję tego albumu, a Rush zapowiedział granie całego materiału „Ruchomych Obrazków” chronologicznie podczas jednego i każdego koncertu. Z tą obietnicą zespół wyruszył pod koniec marca 2011 roku w drugą część Time Machine, kończąc definitywnie trasę 2 lipca 2011. W drugiej części Rush powrócił po 4 latach do Europy i ponownie od USA. Trasa nie została jeszcze do końca podliczona, więc nie mamy danych o dochodzie Rush – panowie z pewnością nie zubożeli.

A przed nami już 8 listopada premiera DVD Time Machine 2011: Live In Cleveland, wydawnictwo ukarze się też jako płyta CD, LP i BD. Koncert zapowiada się bardzo smakowicie zwłaszcza, że został nagrany w mekce zespołu. Ponad to ukaże się również osobno wydany album Moving Pictures Live, zarejestrowany w całości podczas Time Machine jako hołd na 30-lecie wydania tego opus magnum Rush.

Zespół po bardzo intensywnych dwóch latach wrócił wreszcie do studia, aby nagrywać nowy album roboczo zatytułowany Clockwork Angels. Ma się on ukazać wiosną 2012 roku, utwory wydane w 2010 roku jako pierwszy singiel nowego albumu, mają zostać przearanżowane. Zatem Rush walczy dalej…

Cover FotoTo ostatni wpis z serii muzycznej o Rush. Było to dla mnie zadanie niezwykle przyjemne i pracochłonne. Udało się! Chociaż, kiedy zaczynałem w styczniu tego roku pierwszy wpis o Rush – nie spodziewałem się, że to się aż tak rozwinie. Miałem co prawda dość luźny plan notek – jednak tygodniowe odstępy przy niektórych odcinkach były dla mnie morderczym dedlajnem – plany raz mnie ponosiły, a raz musiałem się ograniczać do minimum. Dlaczego Rush? To jest mój hołd, spełnienie marzenia, coming out – mam Rush, choruję na Rush – nie wszyscy to akceptują (trzy lata na blogu się z tym skrzętnie ukrywałem). Bo w pewnym sensie „kocham” ten zespół albo inaczej, utożsamiam się z filozofią życia, jaką promują muzycy Rush. Przekonania, które mi wpojono z każdą piosenką, są ze mną w najtrudniejszych i najwspanialszych chwilach w życiu. Ja wiem, że brakuje mi w cholerę odwagi, aby stwierdzenie, iż utożsamiam się z filozofią tego zespołu stało się prawdą – ale pracuję nad tym, aby tą odwagę zdobyć! Oczywiście porównanie, Rush z Budką Suflera było ironią! Budka reprezentuje te wszystkie leciwe zespoły, które już dawno temu stały się dinozaurami lecącymi na swojej zamierzchłej przeszłości, istniejącymi obecnie dla kasy i paru wspomnień. Rush to zespół wciąż żywy, to zespół wciąż robiący – to co robi – z ogromną pasją i wyczuciem, bez kompromisów, to zespół który dalej ma potrzebę rozwijania się i dzielenia swoimi muzycznymi zainteresowaniami z wiecznie żywą i odmładzającą się publiką. Rush zatrzymał czas (pewnie Geddy namówił resztę na picie krwi niemowląt), to nie ulega wątpliwości – ten zespół powoli stawał się i staje się wciąż ikoną walki z systemem, z trudnościami losu, z utartym społecznym i gospodarczym ładem, z zabobonnym światopoglądem – walki mimo największych przeciwności i wrogości, a jednak walki za wszelką cenę – pogardy i pomyj… Bo jak się okazuje o swoje warto walczyć, bez żadnych kompromisów – bo wreszcie nadchodzi upragniona nagroda i chwała!

Wraz z tą, od stycznia tego roku powstały 33 notki w serii. Zaprezentowałem ponad 200 utworów Rush. Notki zilustrowałem 148 fotkami zespołu i pracami głównie Hugh Syme’a. Oraz dużą ilością materiałów z YOUTUBE. Źródła… nie będę podawał dokładnych adresów źródeł: kompendium wiedzy o zespole jest potężna strona fanowska Power Windows, polska Hemispheres, Oficjalna strona Rush, strona Neila Pearta, magazyn Teraz Rock i Tylko Rock, Wikipedia, fora stron fanowskich, recenzje albumów na stronach różnych magazynów muzycznych, nowele Pearta itd…

Cover Foto

 

Następny odcinek: nastąpi z pewnością!!!

 

Dla chętnych: zapowiedź Time Machine czyli Caravan & Far Cry oraz Working Man z materiałów udostępnionych stacji VH1. I coś Rush na wesoło...

niedziela, 23 października 2011

Nie wiem, co mnie naszło ale odnalazłszy kasetę VHS ze studniówki mojego I’, postanowiłem obejrzeć to dzieło. Specjalnie z tej okazji I’ przywiózł od babci stary odtwarzacz hybrydowy VHS/DVD. Ach czarnych kaset czar… Studniówka wydarzyła się w lutym 2002 roku w liceum, do którego uczęszczało moje kochanie. Szkoła owa miała wieloletnią tradycję robienia maturalnej imprezy w swych wnętrzach, uczniowie łożyli na dekoracje i w większość wykonywali je własnoręcznie. Ponad to była tradycja kabaretu – śmiejącego się mniej lub bardziej dosadnie z nauczycieli. W moim liceum zwyczaje szkoły męża, były totalnie obce. Zobaczyłem swojego I’ z przed niemal 10 lat. Osz ***&^%$#!!! Ja *&&*%#@ jak ten czas ^%*&%^&*!!! Kompletnie inny mąż, kompletnie inne moje kochanie. Moim zdaniem wyglądał gorzej niż teraz… Miał w sobie coś z Trumana Capote – ledwie coś – między jego słynną fotką z 1959 Higginsa, a kreacją Hoffmana z plakatu promującego film. Ale nie to było najważniejsze. W pewnej chwili studniówkowego zapisu zaprezentowano poszczególne klasy. Uczniowie wypowiadali się na temat ulubionego nauczyciela i swoich marzeń, wypowiadał się również I’ (jakim był młokosem wtedy, cały spięty, do dziś mu jeszcze coś z tego pozostało). I powiem wam, że marzenia się jednak nie spełniają…

Niestety, październik nie jest u nas dobrym miesiącem na gubienie nadmiarów wagowych. To pierwszy miesiąc z tak dotkliwą porażką!!! 1,5 kilograma in plus to moje półtora kilograma a nie I’. Jednak i mąż zatrzymał się na pewnej wadze i nie może drgnąć już kolejny miesiąc. Tymczasem po bardzo intensywnym wrześniu, październik jest dla kontrastu, pozbawiony prawie wszelkich wrażeń w naszym życiu. Powodem są jesienne podziębienia jak w reklamie: tata zaraził mamę, mama psa a kot zdechł. Generalnie, nasze odchudzanie do końca roku 2011 jest spowite czarnymi chmurami pesymizmu. Z pewnych przyczyn nie uda nam się zrealizować pewnego planu – który zakładaliśmy jeszcze wiosną… Miała to być nasza druga noga w walce z zimowym nabieraniem „warstwy ochronnej”. W obecnej chwili mam nawrót zapalenia gardła i jest mi wszystko jedno… Po raz pierwszy w tym roku mam na to wyjebane… na wszystko.

 

Waga: 169,5 kilogramów, było 168.

Talia: 201 centymetrów, było 200.

Wzrost: 348 centymetrów. 



piątek, 21 października 2011

Żyjemy w najbardziej niemoralnym świecie, jaki wymyślono. Wierzymy w bogów kanibali, w imię których, najlepiej byłoby chrzcić się nawzajem krwią z podrzynanych gardeł. Od niemowlęcia karmimy dzieci ideologią fanatyzmu.

A na lewo i prawo prawią wszyscy o zasadach. W jednych krajach policja i wojsko zabija ludzi na ulicy, podczas gdy w innych – służby nie mogą użyć nawet gumowych pał, kiedy hordy bandziorów plądrują i palą dobytek dziesiątek ludzi. Wypaczyliśmy wszelkie zasady… Jesteśmy jak zwykle na fanatycznych skrajanych. Boję się kraju, w którym policja nie nosi broni, choćby z gumową amunicją. Jak widać sztandarowy szacunek i zaufanie, jakim cieszyła się policja w UK – prysł jednej nocy – już go nie ma!

Jesteśmy światem brzydzącym się karą śmierci – ale kiedy bestialsko morduje się osaczonego, upokorzonego i błagającego o życie dyktatora, aż cieknie ślina po językach z uwielbienia dla mordu. Ranny w nogi, umiera od kuli w łeb. Ale parszywego mordercę i gwałciciela niewinnych dzieci, wypuszczamy po 12 latach w pełni przygotowanego i namaszczonego stygmatem do kolejnej zbrodni… W imię czego? Jakich praw? Przecież codziennie łamiemy wszystkie możliwe prawa…

Kiedy neonaziści demonstrują, szczuje się na nich „lewicujące media”, a kiedy „miłujący pokój” anarchiści palą Rzym – nie słychać głosu potępienia ze strony lewaków. Prawica również nie piętnuje swych skrajnych wystąpień. Jedna i druga organizacja (naziści, narodowcy oraz anarchiści) jest równie niebezpieczna i powinno się obie inwigilować i sabotować u zarania ich działalność.

Kiedy zachodnią Europę opanowuje prawica, ze skrajnymi hasłami i próbą zamykania granic UE nic nie robi. Prezydent Francji już przetestował sprawność instytucji europejskich, kiedy deportowano Romów. Udało się – poszło jak z płatka… W latach 30-tych zeszłego wieku – również Europa nic nie potrafiła zrobić kiedy… Dziś jest tak samo. Są oczywiście kozły ofiarne takie jak Ukraina czy Białoruś. Ale niestety polityka „strzelania focha” się nie sprawdza – ostatecznie Mateczka Rosja – nie śpi. I to jest kolejny dobry przykład: inwazja rosyjska na zbuntowaną prowincję Gruzji w 2008 roku – dobitnie pokazuje słabość systemu politycznego panującego w Europie.

Ciekawe czy na ulice Grecji wyprowadzą czołgi, czy to będzie kolejny etap nowej polityki europejskiej? Bo permanentny protest, który trwa w tym kraju od blisko dwóch lat zaczyna być bardzo niebezpieczny… Czy wreszcie nauczymy się karać urzędników i polityków za oszustwa i błędne decyzje? Na przykład takie, które doprowadziły Grecję do bankructwa?

Z drugiej strony czy grozi nam ponowny socjalizm? „Oburzeni” są socjalistami? Czego chcą? Czy nie ma w nich pewnych analogii do niemieckiego społeczeństwa po 1918 roku? Na razie winne są banki, ale niedługo wina spadnie na emigrantów, którzy pracują za najniższe stawki. Czy, to nie w otwartej na przybyszów z Afryki, Hiszpanii – rozpoczął się ten ruch, czy to tam właśnie jest najwyższe bezrobocie wśród młodzieży? Niedługo pojawią się wizjonerzy, nowi wodzowie i nowe rzesze, nowi „żydzi” i nowa poszkodowana przez nich klasa społeczna… Zresztą już takie wybitne formacje jak węgierski Fidesz – zaczynają ograniczać wolność społeczeństwa i demokracji.

Żyjemy w zbyt ciekawych czasach – do tego stopnia, że oglądając wieczorne informacje – zaczynam pierwszy raz w życiu odczuwać zaniepokojenie. W którą stronę to wszystko pójdzie, czy choćby częściowo w tą czarną? Czy może jak mówi Zbigniew Brzeziński zaczynają się nowe czasy? Zaczynam doceniać komfortowe położenie naszego małego „Meksyku Europy” – to jeszcze nas nie dotyczy. To płoną tak odległe części tego wielkiego europejskiego kraju, że nie ma obawy abyśmy poczuli swąd palonej gumy, czy usłyszeli zgrzyt odłamków szkła pod podeszwą.

Oczywiście bankructwo Grecji odczują wszyscy, a może to jest najlepsze z wyjść? Dlaczego mamy sankcjonować przestępstwo, jakiego dopuścili się greccy politycy? Ile jeszcze spłonie miast? Kiedy poleje się krew na tyle czerwona, że wstrząśnie to kontynentem? Jak zmieni się polityczny ustrój? Czy nie powrócił już na dobre – przybrany w piękne idee XIX wieczny leseferyzm? Czy zmuszanie do pracy na stażach, nie jest inaczej nazywaną formą darmowego wyzysku – bardzo dobrze znanego z epok minionych? Czy wreszcie różne stawki w zależności od wieku pracownika – nie są jako żywo wycięte z manufaktur XIX wieku? Czy wolny rynek i dyktat pieniądza to jedyna droga kapitalizmu? Czy zbliża się wreszcie rok 1914, 1929, 1933 i 1939 XXI wieku? Czy? Czy? Czy? Czy czy czy czy czy…………………?

wtorek, 18 października 2011

Cover FotoSnakes & Arrows – 2007

1.Far Cry 5:18

2.Armor And Sword 6:36

3.Workin’ Them Angels 4:46

4.The Larger Bowl 4:07

5.Spindrift 5:23

6.The Main Monkey Business 6:01

7.The Way The Wind Blows 6:28

8.Hope 2:02

9.Faithless 5:31

10.Bravest Face 5:11

11.Good News First 4:51

12.Malignant Narcissism 2:17

13.We Hold On 4:12

 

Jeśli wydawało wam się że pierwsza cześć Snakes & Arrows była dość zróżnicowana to część druga tego albumu jest naprawdę zróżnicowana! Rush na osiemnastym studyjnym (i dziewiętnastym wydanym) albumie, mimo wieku muzyków 54/55, nie oszczędzał się. Producent Nick Raskulinecz – młodszy o dekadę od panów z zespołu – dokonał niesamowitej pracy i mobilizacji Rush. Wycisnął Kanadyjczyków do ostatniej kropli – ich pomysłowości, witalności, i muzycznego wyczucia.

Pierwsze trzy kompozycje – przed nami – stanowią wyraźnie zaznaczony finał albumu. Tą część rozpoczyna The Main Monkey Business i jest to utwór instrumentalny. Najdłuższy instrumental na płycie i drugi pod względem długości temat – tego typu w dorobku Rush. Plasuje się na drugim miejscu po utworze La Villa Strangiato z 1978 roku. TMMB – to numer dynamiczny i pełen finezji: gitary elektryczne przeplatają się tu z akustycznymi, słyszymy klawisze i melotron, perkusja porywa nas miejscami do odległych afrykańskich wiosek, w których nie do końca poznane przez „białego człowieka” cywilizacje wybijają na bębnach swoje rytualne pieśni. Czasem jednak utwór ucieka daleko od orientu w kierunku hard rocka i dynamicznych figur tego gatunku muzycznego. Wreszcie usłyszymy też popisy wirtuozerii poszczególnych Rushmanów w tym gęsto tkanym utworze muzycznym.

Siódmą pozycją jest The Way The Wind Blows . To utwór stanowiący środek finału, istny rodzynek. Przez krytyków uznany również za najważniejszą kompozycję na płycie, obok wcześniej opisywanego utworu Spindrift. Muzycznie jest to pozycja dość skomplikowana i złożona z kliku zaskakujących elementów.Cover Foto Utwór rozpoczyna 20-sto sekundowy perkusyjny wstęp złożony z dwóch elementów: cichych uderzeń w jeden z werbli oraz na drugim planie fantazji na temat standardowego marszowego wybicia – idącego jak cień za pierwszą grupą uderzeń. Ten spokojny wstęp przerywa i dominuje na kolejne 25 sekund piosenki kompletnie oderwany od wcześniejszego tematu – motyw bluesowy. Typowy i charakterystyczny – istny standard – słuchacz jest lekko zagubiony. Chaos jest zamierzony, zamierzony jest bluesowy standard. Panowie z Rush obok miłości zawartej na Feedback (2004), wyrastali na bardzo popularnym w latach 60-tych XX wieku w Kanadzie, klasycznym bluesie, stąd zawsze chcieli w swych kompozycjach oddać temu gatunkowi jakiś rodzaj hołdu… I oto właśnie – jest. Temat bluesowy będzie zresztą istotnym elementem finału. Tymczasem po niespełna minucie temat utworu znów radykalnie się zmienia w bardzo dynamiczny pochód, oparty na kilku gitarowych chwytach, istny „Thrash”. Wokół tego pochodu usadowione są dwie pierwsze zwrotki. Refren, to długi temat, bo w tym utworze mamy trzy następujące po sobie refreny. Pierwsza część zaczyna się zaraz po drugiej zwrotce rozwiązaniem zwrotkowego dynamicznego tematu (pochodu) delikatną wokalizą na literkę „u”. Utwór stopniowo zwalnia i łagodnieje. Druga część refrenu oparta jest na delikatnej akustycznej gitarze, wokół której na jednolitych i miarowych uderzeniach basu skonstruowany jest następna zwrotka refrenu. I wreszcie finał refrenu, bardzo podniosły oparty na elektrycznej gitarze, która, jak w poprzedniej części bas, wędruje miarowo po skali – z oczywiście potężnym gitarowym wykopem dla swych dźwięków. Z ostatnią nutą refrenu znów wchodzi dynamiczny pochód i przed nami dwie kolejne zwrotki. Po drugim refrenie powraca bluesowy motyw, wokół którego zbudowany jest finał utworu (4:31-4:53) oparty na dość skomplikowanej solówce Alexa. Po finale wracamy do drugiej i trzeciej części refrenu, następnie po krótkiej wokalizie, tylko przy akompaniamencie gitary akustycznej wyśpiewana zostaje kolejna (nowa) zwrotka drugiej części refrenu (5:40-5:56), po której ze zdwojoną mocą, w podniosłej atmosferze uderza zamykająca utwór trzecia (ostatnia) część refrenu. We wszystkich elementach utworu na uwagę zasługuje (jak zwykle) wokal Lee dostosowujący się emocjonalnie do każdej części piosenki. Konstrukcja utworu, jak widać dla Rush nie jest bardzo charakterystyczna, za to tematyka w zasadzie liryczna jak i symboliczna tego i następnych dwóch numerów – jest jak najbardziej w orbicie klasycznych tematów Rush. Neil uchylając rąbka tajemnicy odnośnie tekstu tego utworu powiedział iż jeżdżąc po USA, Kanadzie czy Meksyku co miasteczko widać kościół, rzadziej meczet czy synagogę, ale wszędzie jakieś znaki religijne uzurpujące sobie prawo do dominacji nad społecznością, która zamieszkuje ów teren. Neil wyobraził sobie dość absurdalną w tych spokojnych małych mieścinach sytuacje, że przyjdzie do ich społeczności ktoś z innym religijnym znaczkiem.Cover Foto Do krzyżowców przyjdzie półksiężyc mówiący, że Allach jest jedynym bogiem a Mahomet jego prorokiem, albo gwiazdka mówiąc że cieśla krzyżowców nie jest naszym mesjaszem. Z powodu takiej bzdury, społeczności wiosek będą gotowe zabić obcych. – Z powodu emblematu religii, która obdziera wszystkich wcześniej wspomnianych bohaterów z człowieczeństwa, odbiera im zdobycze nauki i kultury. I to jest straszne… co robi z nami religia! Oczywiście Peart zastrzega żeby tej obserwacji używać racjonalnie, gdyż nie ma sensu bezpodstawnie robić sobie wrogów!!! Zresztą w wymiarze tekstu piosenki ta przestroga pobrzmiewa pesymizmem. Tekst ukazuje obawę i obserwację autora, że od bliskiego wschodu aż po daleki zachód świat cofnął się do średniowiecza. Znów królują wierzenia i przesądy (religie). Wiernopoddańcze armie modlą się i szykują broń. Tu Neil parafrazuje słowa kapelana USS. NEW ORLEANS, Howella Forgy wypowiedziane 7 grudnia 1941 roku po japońskim ataku na Pearl Harbor: Praise the Lord and pass the ammunition. Peart kontynuuje myśl mówiąc że uważa, iż wielu ludzi myśli tymi religijnymi utopiami – dlatego wolni ludzie powinni być bardzo ostrożni, aby nie narazić się na atak wrogiej i fanatycznej większości. Wymowa refrenu jest pełna pesymizmu, mówi że możemy żyć tylko zgodnie z naturą, z tym jak smaga nas wiatr losu, niezależnie od tego jakby nami poniewierał. W wojnie o zasady naszym jedynym dogmatem jest zgoda na to, co jest tu i teraz – jeśli chcemy przetrwać. W kolejnych zwrotkach Peart dalej ukazuje uwikłanych i owładniętych religijnym szałem. Wali ciosy po równo w islam i chrześcijaństwo. Wreszcie porównując ślepo wierzących do zarazy odpornej na wiedzę. W ostatnim finałowym refrenie ponownie zwraca się do ludzi wolnych, porównując ich do samotnych sosen nad brzegiem morza. Będą mogły spokojnie rosnąć tylko godząc się z kierunkiem wiejącego wiatru…

Po tym pesymistycznym obrazie pozbawionym w pewnym sensie odrobiny choćby nadziei, przychodzi kolejny utwór o symbolicznym tytule Hope . To instrumentalna miniatura, zagrana i skomponowana przez Alexa Lifesona. To naprawdę zjawiskowy utwór-symbol – wpisuje się zarówno we wcześniejszą kompozycję, jak i nawiązuje do następnej. Jednak poza symboliką jest tu inny zasadniczy bardzo istotny element – to jest utwór grany wyłącznie na gitarze akustycznej – nie pojawia się tu żaden inny instrument. Jest to długo wyczekany, aż 26 lat, gitarowy instrumental Lifesona. To nawiązanie do utworu Broon’s Bane z 1981 roku, który znalazł się na koncertówce Exit… Stage Left. Dwie pełne minuty Alexa z gitarą – spełnienie marzeń tysięcy fanów! Snakes & Arrows to naprawdę album marzeń wielu setek fanów Rush.

Dziewiątym utworem jest Faithless, który po pesymizmie The Way The Wind Blows przynosi nam dawkę optymizmu i ukojenia. Jest też ostatnim utworem traktującym na tej płycie o religii. Muzycznie, można by powiedzieć klasyk z dodatkiem gościnnie występującego tu melotronu i elektrycznych skrzypiec, na których gra stary przyjaciel Rush, Ben Mink (występujący wcześniej na albumie Signals z 1982 roku oraz jako współautor solowego projektu Lee z 2000 roku).Cover Foto Całość rozpoczyna przestrojony gitarowy chwyt, do którego dołącza się po kilku sekundach dopełniający całości bas. Po chwili szarpana gitara zaczyna snuć akordową opowieść, bas kontynuuje swoją wędrówkę, a perkusja zamyka muzycznie zwrotkę wraz z króciutką wokalizą na „uuu-uuu”. Tak przechodzi spokojnie pierwsza część zwrotki, w drugiej części wszystko zdaje się troszkę przyspieszać – co jednak nie zakłóca swoistego dostojeństwa tej kompozycji. Po zwrotce mamy coś w stylu dwóch mini-zwrotek miarowo i równo oddzielonych od zwrotki-matki oraz samych siebie. Po drugiej mini-zwrotce następuje monumentalny refren, wspierany przez skrzypki i melotron - instrumenty nadające mu dostojeństwa, Alex zaś przerzuca się na gitarę akustyczną. Drugą zwrotkę poprzedza podobny wstęp jak pierwszą i podobna wokaliza, z tą różnicą że skrzypce mają tu o wiele większe znaczenie przy zamykaniu całego muzycznego zaplecza, wręcz miejscami zdają się dominować. Zwrotkę drugą wieńczy tylko jedna mini-zwrotka, zaś ostatnia poprzedzi ostatni refren. Po drugim refrenie następuje finał w postaci wysmakowanej solówki Alexa (3:46-4:16), najlepszej jaką skomponował na ten album, pełnej swoistej godności i gracji wspartej ponadto piękną i miarową perkusją. Po solówce pojawia się wspomniana mini-zwrotka i finałowy refren. Konstrukcja tego utworu jest prosta i piękna – dość typowa dla zespołu. Lirycznie tekst inspirowany jest przez The God Delusion (2006) Richarda Dawkinsa (1941). Peart zatrzymuje się na stwierdzeniu autora, iż nie ma czegoś takiego jak muzułmańskie czy katolickie dziecko, owo dziecko zostaje w religię uwikłane przez rodziców – kiedy jeszcze nie jest w stanie podejmować samodzielnych decyzji, kiedy jest nieświadome. Neil przenosi tą refleksję na do Faithless – jednak jego bohaterem nie jest dziecko, podmiotem lirycznym jest dorosły człowiek, może nawet sam Peart.Cover Foto Neil uważa bowiem, że także dorośli i świadomi ludzie są narażeni zewsząd na ideologiczne bombardowanie, słabi ulegają – różnym politycznym oraz religijnym manipulacjom. Bohater wykreowany przez Pearta to prawie racjonalista, ale Peart nigdy nie był ani racjonalistą ani ateistą w pełni, co więcej mentor Rush wystrzega się postaw skrajnych. Autor tekstu wskazuje wyższość postawy indywidualnej nad zbiorową. Kieruje się swym własnym moralnym kompasem – jest panem swej moralności. I żadne modły nie sprowadzą go z jego drogi. Głupcy i złodzieje są równie niebezpieczni w świątyniach, jak i w supermarketach. Ma własne sumienie, w którym decyduje o tym co dobre, a co złe. I żadne krzykliwe głosy nie sprowadzą go z kursu jaki obrał, żadnym kazaniem ani siłą. Mini-zwrotki są figurami symbolicznymi – przypowiastkami charakteryzującymi postawę o jakiej mówi Neil Peart: jak kamień w rzece przeciwko prądowi wody milcząco się oprę, jak klif spiętrzający fale i jak wierzby na wietrze – milcząco się oprę, jak las zimą przygnieciony śniegiem – milcząco się oprę, wreszcie jak kwiat na pustyni który kwitnie tylko nocą – milcząco się oprę… fanatykom i ich religiom. Refren zaś to wyznanie wiary, swoistej i prawdziwej. W ustach Pearta to nie jest czczy banał:

I don't have faith in faith
I don't believe in belief
You can call me faithless
But I still cling to hope
And I believe in love
And that's faith enough for me

Dziesiątą pozycją na płycie jest Bravest Face . Jest to utwór o bardzo zaskakującej konstrukcji. Pierwszych kilka akordów to standard nad standardy Rush. Wielkie gitarowe uderzenie, klimat i ach-och! Wyjęty na domiar wszystkiego oczywiście z fragmentu refrenu. Króciutki wstęp jednak błyskawicznie się kończy i zaczyna się podwójna zwrotka i tu po patetycznym wstępie szok, utwór zmienia całkowicie swoją gramaturę – nagle staje się lekką pioseneczką, prowadzoną przez wiotką gitarę akustyczną, wyjętą z przydrożnego baru perkusję i bezpretensjonalny bas.Cover Foto Oczywiście jest jeszcze tło, z tyłu się dzieje – trzeba posłuchać kilka razy aż zaczną wypływać leniwe nutki melotronu czy innych tam efektów klawiszowych, aby zagęścić to harcerskie posiedzisko. Oczywiście zbanalizowanie tematu i przełamanie patosu z wstępu to pomysł genialny – dodający tej płycie charakteru i dobrego smaku. Oczywiście wszyscy, którzy się zawiedli brakiem wiekopomnego Rush – dostaną go w rozbudowanych refrenach. Składają się one z dwóch dużych zwrotek śpiewanych naprzemiennie lub w całości. Po dwóch cyklach zwrotkowo-refrenowych następuje finał utworu (2:55-3:48) składający się z gitarowej fantazji, oscylującej wokół bluesowego tematu oraz z powtórki pełnego refrenu wplecionego częściowo w popis Lifesona, a częściowo w banalny muzyczny klimat zwrotek. Utwór wieńczy kolejne powtórzenie refrenu w podniosłej oprawie muzycznej. A lirycznie o czym jest Bravest Face? Zwrotki opowiadają historię pewnych banalnych prawd i sytuacji, prawd, w które lubimy wierzyć. Lubimy zostać pouczeni dobrym filmem, w którym karany jest złoczyńca, lubimy piosenki chwalące piękno Świata, lubimy, podoba nam się to co daje spełnienie… Ale czy wszystko jest takie, jakim się zdaje? Czy nie żyjemy w totalnym złudzeniu? Czy wszyscy są równi? Czy świat, który zdaje nam się że dziedziczymy i droga, którą wydaje nam się że znamy na pamięć – są naprawdę odkryte? W żadnym wypadku a nawet gorzej… W najsłodszym głosie brzmieć fałszu nuta może, w oczach starca tlić się może młodości buta, największy tchórz może okazać się bohaterem, największy nieudacznik może być geniuszem, w najbanalniejszym tekście może być wiele znaczeń, niewinne dziecko może być siedliskiem zła, a najsilniejszy z charakteru może okazać się wątłym i bezbronnym. Dla swej obrony wszyscy troszkę udają – przyodziewając najdzielniejszą twarz – maskę mającą schować nasze prawdziwe oblicze i emocje. Tak zmagamy się z naszą codzienną grą w Węże i Strzały – zakładamy maskę na każdą okazję. Chroniąc tym samym to, co mamy najcenniejsze – możemy zrobić bardzo niewiele, ale i tak warto…

Jedenastym utworem jest Good News First . Jest to jedna z moich ulubionych kompozycji na S&A. Numer rozpoczyna melotronowo-gitarowy dłuższy wstęp wsparty przez perkusję i bas. Po nim rozpoczyna się leniwa zwrotka wybijana przez Neila w charakterystyczny sposób na perkusji oraz snująca się między dwoma gitarami: jedną potężną akordową i drugą leniwą skupioną wokół kilku chwytów.Cover Foto Ponadto Geddy Lee śpiewa tu bardzo charakterystycznie, łącząc przeciągane wokalizy ostatnich samogłosek z końcowym i powolnym wibratem – przez co powstaje klimat zawodzenia lub skargi – straszna wczuwa. Krótkie refreny zrywają z lamentacyjnym charakterem zwrotek, tak muzycznie jak i wokalnie – kontrastując szybką akordową gitarą oraz melotronem w tle. Po drugim refrenie rozpoczyna się finał utworu (3:01-4:01) składający się ze specjalnej finałowej zwrotki, prowadzonej przez dynamiczną gitarę akustyczną oraz wysuwający się bardziej na pierwszy plan melotron. Wokalnie zwrotka ta bardziej przypomina refren, jednak użyty tu zostaje efekt znany nam już z VT (2002) „radiowego głosu” – dośpiewujący frazy owej zwrotki – co w sytuacji kiedy ów efekt w muzyce pop już dawno wyszedł z mody – dodaje piosence troszkę zamierzonego meszku starości. Po zwrotce zespół częstuje nas piękną Alexową solówką (3:35-4:01) wieńczącą w zasadzie finał. A ostatnie kilkanaście sekund katuje refren. Peart znów filozofuje i nawiązuje do twórczości Ayn Rand (1905-1982). A właściwie do jej referatu The Benevolent Universe Premise – tym razem jednak nie idzie jednak za wykładem filozofki, tylko stawia się w opozycji do jej poglądów. Peart w jednym z wywiadów udzielonych kilka lat temu określił siebie jako ucznia Rand, ale nie jako jej naśladowcę. Poglądy młodego perkusisty z lat 70-tych przez następne trzy dekady ewoluowały. Stąd też uważa, że wszechświat nie jest „dobry” w sensie obojętny względem jednostki (człowieka), która swoimi postawami i życiem może się tak dostosować do owego aby ułożyć sobie i względnie podporządkować, tudzież oswoić – nadciągające problemy. Peart odrzuca niezachwiany optymizm Randyzmu (Obiektywizmu) – uznając go za postawę skrajną na równi z absolutnym ateizmem czy racjonalizmem. Neil jest pesymistą – dalej uważa jak Randyści iż tragedia nie jest naturalnym stanem człowieka, ale troszkę pesymistycznie zauważa, że nieszczęść przed nami więcej niż powodów do zadowolenia. Idea Benevolent Universe Premise nie jest do końca prawdziwa „co ma być złe, to będzie, dlatego zrób mi przysługę i podaj dobre wieści jako pierwsze”. Od dobrych nowin bogów, ludzi i polityków aż boli głowa, a pewne jest tylko jedno, że zawsze może być tylko znacznie gorzej.

Dwunastą pozycją jest utwór niesamowity – tak pod względem tytułu jak i treści, sprawiający że osiemnasty studyjny album Rush staje się wyjątkowy. To Malignant Narcissism – przebojowy, zwarty, dynamiczny, energetyczny, popisowy mini-numer instrumentalny Rush.Cover Foto Nominowany do jakiejś tam nagrody, jak trzy inne instrumentale w historii zespołu, i jak owe trzy przegrany, no ale to przecież Rush – prawda… Kawałek powstał w zasadzie przypadkiem – a przypadek jest ojcem kilku poważnych utworów Rush – kiedy Lee ćwiczył skostniałe już ze starości palce na strunach i gryfie swej gitary basowej. Geddy myślał, że jego próby odbywają się skrycie w tajemnicy przed światem, tymczasem podsłuchiwał je Nick Raskulinecz producent albumu. Zaproponował, aby basową próbę zmienić w instrumentalny utwór i tak oto podczas sesji nagraniowej powstał ten oto numer. Ciekawostką jest to, że mimo niewielkich rozmiarów naszpikowano kompozycję całą paletą charakterystycznych dla Rush elementów – środkowy most utworu czyli odgłosy, zaczerpnięto z komedii Team America: World Police z 2004 roku.

Zamykającą album, trzynastą kompozycją jest We Hold On . Jest to piosenka ciekawa i na pewno uciekająca od standardu, acz raczej zaliczająca się do nieskomplikowanych kompozycji. Pięć zwrotek wpisanych jest w prosty, acz interesujący chwyt gitarowy, który dzielą na kilka części refreny, w tym jeden dwuzwrotkowy refren. Oparte są one na riffowym rozwinięciu motywu ze zwrotek z elementami gitarowego popisu oraz na kontraście zarówno tempa, jak i żywiołowości instrumentarium: zwrotki są spokojne a refreny dynamiczne. Po drugim refrenie następuje finał oparty na swoistej formie solówki (2:26-3:00). Po finale następuje ostatnia zwrotka i wieńczący numer refren. To jest piosenka o życiu i zarazem odpowiedź na dwa pytania dotyczące zespołu. A mianowicie jak krytykowany i oskarżany o wtórność zespół przetrwał blisko 40 lat? I dlaczego nie kończy jeszcze kariery, kiedy udowodnił wszystkim swoją wartość? Zresztą czy Rush jest wtórnym zespołem?Cover Foto Nie do końca, co prawda jak 90% artystów wzorował się na kimś – to jednak nie jest to zespół, który gra od 40 lat – „to samo” (jak robią „Stonsi, Purple czy Maideni”), w każdej dekadzie Rush szedł z duchem czasu, eksperymentował – czasem bardzo odważnie. Nie zawaham się stwierdzić, że wszystkie płyty Led Zeppelin z lat 70-tych brzmią dość podobnie, cała dyskografia The Police brzmi dość blisko siebie (oczywiście to nie są jednakowe płyty), większość dyskografii Floydów zwłaszcza od połowy lat 70-tych aż po rok 1994 brzmi – prawie że jednakowo – „wszystko płynie”. A w dyskografii Rush tak nie jest, co prawda czerpał z dwóch pierwszych kapel (pewnie wielu innych też – choć żadnej nie składał oficjalnego hołdu – poza jednym nawiązaniem) i radził się wielkiego muzyka tego ostatniego zespołu – ale stworzył swoją niepowtarzalną stylistykę, styl, który dziś jest naśladowany. W przeciągu jednej dekady Rush potrafił zmieniać styl… Wracając do tego pięknego tekstu: ileż to razy przebrnąć musimy przez te wszystkie małe bitwy, ile razy chcemy zaprzestać, kuszeni by uciec i nie stawiać czoła przeszkodom? Ileż to razy musimy znieść wieczorne burze, stęsknieni by trzasnąć drzwiami i odjechać za zachodzącym słońcem? Ileż to razy znosić musimy prozę życia, zmagając się z przeznaczeniem, wtłoczonym pomiędzy kolejne  przerwy na kawę? Ileż to razy musimy schować ambicję, i być gotowymi aby się poddać i pójść utartą ścieżką? Ileż to razy zastanawiamy się czy warto, czy nie ma innej drogi by dopełnić swych dni…??? No ile razy drodzy czytelnicy, ile razy się nad tym zastanawiamy? Rush też się zastanawia, ale ma receptę na te troski. Wytrzymajmy jeszcze do kolejnego świtu, choć a nóż znów stracimy okazję by przekroczyć bramy. Choć mogliśmy spocząć i odejść to trwamy! Trzymajmy się tak długo jak się da, bo a nóż, ktoś dostrzeże że się staramy. Choć mogliśmy się poddać i odejść to trwamy! Bez względu na wszystko – trwamy! W tym leży siła człowieka, kiedy pewien jest swej racji. Inni już się poddali, wybrali starość, albo wciskają kit że „Legendą” stali się za młodu – czyli co, nie potrafili udźwignąć dalej swej domniemanej potęgi? Inni wmawiają że wielcy należą do „Klubu 27” – narkomani i samobójcy – tchórze wybierający śmierć, zamiast zmierzenia się z samym sobą! To żadne wzorce – to miernoty. A Oni trwają i udowadniają coś tym, którzy z nich drwili, stąd też dominujący w grafikach i podczas trasy koncertowej Uroborus symbolizujący cykliczność i trwałość oraz w światku motocyklistów – symbol krętej drogi – drogi przez życie, które albo się podejmuje na swe barki albo lepiej zostać w domu i nie wychodzić…           

 

Następny odcinek: 25.X.2011

Dla chętnych: The Way The Wind Blows z 13 czerwca 2007 z Atlanty, Georgia, USA. Po drugie The Main Monkey Business z 14 kwietnia 2008 z Orlando, Floryda, USA. Po trzecie Hope z Rotterdamu, Holandia z 16 października 2007. Po czwarte Faithless z 30 marca 2011 roku z Ft. Lauderdale, Floryda, USA. I po piąte klip do Malignant Narcissism zobrazowany dzięki Religion: The Family Tree, a czym jest Rush wobec religii przekonajcie się sami oglądając teledysk.

niedziela, 16 października 2011

Wczoraj o godzinie 22:40 ostatni pociąg opuścił dworzec Łódź-Fabryczna. Odnogę kolei warszawsko-wiedeńskiej do Łodzi zbudowano w latach 1865-1866, a budynek dworca według projektu Adolfa Schimmelpfeniga oddano w 1869 roku. Dziś odbywa się pożegnanie z dworcem. A nierealny plan, którym mamiono mieszkańców miasta, od co najmniej 3-4 lat podobno ma wejść w życie. Czy tak się stanie? Żyjemy w Polsce i uwierzę jak dożyję i zobaczę. Wszystko ma zostać wyburzone – choć trwają jeszcze rozmowy czy nie zachować fasady budynku dworca i kultowego szyldu. Wszystko ma być zburzone dookoła dworca i wykopana ma zostać ponad 16 metrowa dziura, w której zainstalowany ma zostać nowy dworzec PKP, PKS, na powierzchni ponadto dworzec komunikacji miejskiej, galeria handlowa, planetarium, muzea, rynek, dookoła nowoczesne osiedle mieszkaniowe a na zapleczu coś w stylu zielonego skweru. Mają powstać nowe ulice, które do tej pory przecinały kolejowe tory. Miasto chce odzyskać ponad 90ha ziemi w centrum i zagospodarować ją w kilku etapach do 2015 i 2020 roku. Brzmi to jak mrzonka, w naszym kraju bankrutują wykonawcy, budowy stają na lata, bankrutują miasta albo wisi nad nimi taka groźba, a do tego kryzys… Ponad to, mało kto wierzy w wizję „szklanych domów”, równie wielu nie wierzyło, że zamkną dworzec. Owo zamknięcie odwlekało się i odwlekało – opóźniło się o ponad rok… Ale wczoraj stało się – ze 300 jak nie więcej osób przyszło na ostatni kurs – który PKP zapewniło za darmo. Ostatni wyjazd z dworca i wjazd pociągiem TLK z Warszawy po godzinie 23.

Dziś jest fotodej – można włazić we wszystkie zakamarki starego dworca, a od poniedziałku teren ma być już grodzony. Wieczorem ma się odbyć jakiś pożegnalny koncert – zorganizowany oddolnie przez artystów chcących za darmo wystąpić przed mieszkańcami, aby pożegnać stary dworzec. Dopiero za 4 lata przekonamy się czy mrzonka ma w sobie choć cień prawdy, ale to i tak będzie pewnie jeszcze surowy stan. Z ton ziemi, jaką uzyska miasto można by usypać kopiec wyższy od Kościuszkowskiego w Krakowie. Podobno gdzieś na odległym przedmieściu ma powstać miejski stok albo skocznia narciarska usypana z tej ziemi. Następna notka pokaże ostatni dzień dworca, jego przytłaczającą brzydotę i mało przyjazne okolice wokół tego węzła komunikacyjnego. Tak jak widzą przyjezdni owo miejsce – wizytówkę miasta – nieprzyjaznego, posępnego, brudnego, zamkniętego, obcego ale nade wszystko – miasta prawdziwego. Foto by I'.

 
1 , 2