o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 30 października 2010

W okresie „Mine Vaganti” (opowiadałem wam o tym filmie jakoś pod koniec wakacji) w kinach studyjnych królowały jeszcze „Oczy szeroko otwarte” i „Grubasy”. Nie mogąc iść na wszystko, choć to zawsze żal – wybraliśmy się na „Oczy szeroko otwarte”. – Film znakomity i przytłaczający swoim ciężarem. – Jerozolima w dzielnicy ortodoksyjnej i homoseksualny związek rzeźnika ze swoim uczniem – pięknie namalowana historia. I do tego ten cudny język…

Teraz, kiedy filmy te można nabyć na DVD postanowiliśmy zakupić i zobaczyć również „Grubasy” Daniela Sanchez Arevalo. Film z pozoru opowiadający o odchudzaniu, jednak jak przystało na europejskie kino z górnej półki, bohaterzy terapii oraz sam prowadzący będą się musieli zmierzyć z licznymi problemami życiowymi oraz z samymi sobą. A jeśli dodam, że wątków głównych jest aż pięć, to ten dwugodzinny film naprawdę trzyma tempo. Niby to komedia, niby dramat w każdym razie wszystko rozchodzi o konflikty wartości: moralność, miłość, wierność…

Mamy przykładnych katolików, którym brakuje bliskości ze względu na przykazanie przedmałżeńskiej wstrzemięźliwości. Homoseksualnego prezentera telewizyjnego, który sam siebie określa jako dziwka, po próbie zabicia swojego byłego kochanka próbuje nawiązać relację z jego żoną. W końcu rodzinę typowych grubasów, w której rodzicie kompletnie nie zwracają uwagi na konflikt między ich dwójką dzieci. Oraz psychologa, który próbuje nieść pomoc zagubionym grubasom – czy nie jest to jednak antidotum na jego własne fobie – związane z ciężarną żoną? W końcu ostatnia z postaci porzucająca miłość swego życia – nie mogąc zaakceptować własnej otyłości – czyż nie staje się lustrzanym odbiciem psychoterapeuty? Nie pamiętam.

Musicie zobaczyć ten wspaniały film – będzie się można pośmiać i zapłakać, a nawet dostać pewną pożywkę intelektualną – my z mężem ciągle o czymś dyskutowaliśmy w trakcie. Dzieje się w „Grubasach” sporo, konstrukcje postaci są niezwykle ciekawe a muzyka komponuje się obrazem. Film podobał nam się właśnie za swoją wielowątkowość i wielobarwność a nie tylko, dlatego że sami mamy nadwagę. Bo to film dla grubych i chudych. Wadą jest oczywiście język hiszpański, ale ustawiając Macieja Knapika szczelnie udało się zagłuszyć tą dziwaczną i niesympatyczną dla mego ucha mowę – spychając ją do roli tła i poszczególnych zgłosek.

czwartek, 28 października 2010

Przyszło mi dożyć takiego dnia. Mam 25 lat. Ćwierć wieku za mną. Podobno każdy facet, który dochodzi 25-tki, powinien dokonać rachunku osiągnięć i porażek dotychczasowego przebiegu. W środowisku homoseksualnym, koleś w moim wieku wchodzi w okres średni, a po 30-stce zwyczajnie robi się dziadem. To nie jest moje odczucie, tylko doświadczenie, rozmowy i obserwacje. MY starzejmy się szybciej, choć dłużej jesteśmy młodzi. Taki paradoks. Ale życie (tak uważam od lat) opiera się na paradoksach.

W kwestii tych osiągnięć to… hm. Nie żeby nic nie było… Ale… Nie, nie traktuję swojego udanego związku jako osiągnięcie, bo ja akurat wkładam w ten związek najmniej. I gdybym to ja był osobą pilnującą miru domowego – to pewnie już dawno byłbym sam… Jestem zbyt nieodpowiedzialnym człowiekiem, aby nosić na barkach odpowiedzialność – bo zwykle wszystko co się na mnie opiera – upada. To jest straszliwa wada, której nie potrafię się pozbyć… Ale chyba moja połowica zdaje sobie z tego doskonale sprawę i godzi się na to, w jakimś sensie…

A więc co osiągnąłem? Nie zbudowałem domu, nie spłodziłem syna (nawet in vitro), nie posadziłem dębu, nie ukończyłem studiów, nie pracuję… Hyh… To ledwo kilka nie-osiągnięć na moim koncie… Bardzo dobra perspektywa na przyszłość, nie ma co…

Do tego jestem strasznie sentymentalnym Koffinem Dżejmsem – wobec czego takie dni jak ten, znoszę dość ciężko… Tym wszystkim, którzy pamiętali i wysyłali sms i maile na fejsku – dziękuję za pamięć o kimś takim jak ja. To miłe a nawet zaskakujące.

wtorek, 26 października 2010

Będzie krótko (przynajmniej miałem taką nadzieję), bo mam totalny wstręt do pisania! Po 10 miesiącach żmudnej, nudnej, mordującej mnie pracy. Urodziło się 198 stron wieńczących ostatnie 6 lat moich studiów (5 lat naukowych i 1 rok urlopowy). Wyszła mi największa praca w katedrze spośród studentów tego roku. Promotor o mnie wczoraj troszkę zapomniał i zjawił się na 16-tą, więc trochę na niego poczekałem. Ale to nic – bo żeby skończyć „moje dzieło” od zeszłej środy chodziłem spać około jakiejś 4-5-6 rano, a od niedzieli do poniedziałku, udało mi się przemknąć w ogóle bez snu, a w sumie do wtorku, czyli do dziś do jakiejś 1-ej w nocy.

Miałem się odezwać wczoraj, ale byłem – totalnie rozbity a po drugie I’ zabrał mnie do kina, na film mający na celu wypranie mózgu – i to udało się znakomicie. Choć nie na długo, promotor kochany, zaczynający wczoraj pierwsze seminarium doktorskie czy doktoranckie – o 16-ej, dostał moje 198 stron – to dość sporo jak na moje oko na jeden wieczór, a dziś o 13.30 czyli za chwilę – jadę na ponowne spotkanie z nim, w celu omówienia – „mojego dzieła”. „Dzieło” jest niedoskonałe, wszystkie inne katedry pozwoliły na przedłużenie sesji swoim pupilom do 25-go listopada, ale mój promotor zażądał oddania pracy miesiąc wcześniej. No to ją ma. Jeśli zatem przeczyta tylko wstęp, zakończenie oraz spis treści, to zjeby mam dziś murowane…

W każdym bądź razie, zrobiłem to czego ode mnie oczekiwano, czego sam oczekiwałem. Wytworzyłem, może i marnej jakości – zaiste tak jest – pracę kończącą mój okres studencki. Nigdy by ona zapewne nie powstała gdyby nie mój kochany facet – który czytał ten bełkot a dodatkowo pisał jak mu dyktowałem, oraz gdyby nie pomoc Natalii O. która poświęciła zdrowych godzin kilka na redakcje, dopiski, poprawki, szyki, literówki – została moją edytorką! Dziękuję wam za pomoc!

A teraz mam naprawdę dość, zwisa mi już obrona, to czy się obronie czy nie, jaką dostanę ocenę…… Ja po prostu potrzebuję głębokiego snu, masarzu i lata kr-wa lata chcę – niech teraz będzie upał, chcę iść na rower, jechać do lasu, łapać pajęczyny…

W nagrodę przyszły rano – komiksy od Tadeusza Baranowskiego z serii Pożegnalnych, które autor wykonuje w liczbie 550 sztuk i sprzedaje za dość wysoką cenę… Może troszkę uda mi się dzięki tej chwili przyjemności, oderwać od magisterki – choć po dzisiejszym spotkaniu z promotorem, pewnie znów będę siedział i dłubał w tym koszmarze…

Mówiłem że I’ zaczął pracować w drugiej pracy? I że dostał niebieską legitymację? No to się to stało… Ale ha ha – podczas jednego z pierwszych działań, pomylił mieszkania i odwiedził nie swoich klientów, tylko jakichś ludzi – którzy ze zdziwienia się pozbierać nie mogli… Oczywiście potem przeprosił i sprawa została załatwiona grzecznościowo.

11:48, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 października 2010

Jak wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak dobiegł końca 21 festiwal komiksu. I nawet nie dopadł mnie depresyjny powiew na koniec jak co roku. Może to z powodu cudownego rozmycia się ołowianych kłębów zakrywających niebiosa? Zdobyłem 7 autografów, z czego większość rozbudowanych o jakiś rysunek, bardzo zadowolony z tego powodu jestem. Tegoroczny festiwal był słabszy niż jubileuszowy poprzednik, było troszkę mniej pieniędzy na tą imprezę. Ale jeśli mam się o nim wypowiadać to przyrównam go w kategorii recenzji albumów muzycznych: to był bardzo równy festiwal. Wiecie co mam na myśli, nie było żadnych wielkich fajerwerków jak przed rokiem, ale też nie może być mowy o zawodzie. Nazwiska gości były słabsze niż rok temu, ale zdobyłem więcej trofeów. Atmosfera podczas imprezy finałowej była znacznie słabsza niż w 2009, ale za to było na niej o wiele więcej osób – i ten tłum na gali końcowej się czuło. Poza tym był naprawdę fajny koncert po gali komiksowej, i pojawiło się więcej lokalnych polityków (gdyż nadchodzą wybory: dwaj kandydaci, stara i nowa gwardia, wojewoda, marszałek – ach-och). Pojawiły się też wydawnicze niespodzianki… No i oczywiście znajomi; stare twarze, jedne kojarzone od lat inne od roku: Kraków, Poznań, Warszawa, Wrocław, Gliwice, Stargard, Gdańsk. Na wysokim poziomie były wystawy, może troszkę za krótkie były odstępy między wernisażami, rozsianymi po kilku miejscach centrum ale: konkursowa aż przeładowana ilością prac, niemiecka bardzo sympatyczna i prezentująca gości festiwalowych, przekrojowa komiksu belgijskiego, ogromna Przemka Truścińskiego, bardzo uroczysta Tadeusza Baranowskiego, świetnie zrobiona Tadeusza Raczkiewicza, malutka Śledzia… Byliśmy z I’ jeszcze na kilku i aż żal, ich tu nie wymienić (ale to nie wpis o wystawach) a na kilka kolejnych już nie było czasu dotrzeć, aż wstyd o tym mówić. Abstrahując już od warstwy artystyczno-towarzyskiej był to też mój rekordowy festiwal pod względem znikania gotówki, no ale cóż za pasje się płaci. A i oczywiście się dostaje, chociaż naprawdę jestem malutkim oseskiem przy niektórych kolegach posiadających po 5, 4, 3 czy 2 tysiące komiksów w swoich kolekcjach. Mi się tylko do tej pory udało przekroczyć szatańską setkę – ale do pełni szczęścia brakuje mi środkowej cyfry. Kiedyś mój księgarz, u którego brałem przez lata komiksy stwierdził, że jeśli moja kolekcja przekroczy tysiąc egzemplarzy to znaczy, że jestem wariatem – uff jeszcze trochę mi brakuje.


Po radościach czas na prozę życia. A tu niestety nie jest kolorowo. Otóż otrzymałem ostateczny termin oddania pracy, jest on naglący. Wobec czego moja aktywność blogowa zostaje czasowo zawieszona. Może w tym miesiącu uda mi się jeszcze coś napisać, może w listopadzie. Chciałbym jeszcze jakoś uczcić moje ćwierćwiecze przypadające na ostatnie dni tego miesiąca, ale chyba po raz pierwszy przesunie się to w czasie, na późniejszy okres tego roku.

Goni mnie czas, więc będzie na zakończenie krótko; zaniedbałem tego bloga w tym roku, wobec czego jest mi bardzo przykro – bo lubię pisać te swoje pisanki. Jednak przewodnią myśl martyrologiczną tego notatnika – to znaczy męczeństwo autora, z powodów rodzinnych jak i zawodowych – siłą rzeczy musiałem zastąpić nawet czasami ciężką pracą. I teraz jeszcze muszę jej trochę wykonać. Nie chce mi się jak nie wiem, dosłownie wykręca mi flaki sama myśl pod tytułem „piszemy ukochaną pracę już tyci-tyci”. Spokojnie to musi być zrobione, wcześniej lub wstydliwie później. Jak tego nie zrobię to ze wstydu zlikwiduję chyba bloga, bo to by była porażka życiowa. A kiedy się uda już skończyć i w końcu zakończyć wszystko, kiedy zostaną tylko wspomnienia… Wtedy rys cierpiętniczy powróci – oto trzeba się będzie zmierzyć z rynkiem pracy… Ile wtedy będzie złorzeczeń, pomstowania i zgrzytania zębami… Ech, cudownie!

Zatem nieliczny czytelniku…

18:54, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 października 2010

Zaskakujące! Zaczynając oglądanie tego filmiku-spotu! Kompletnie się nie spodziewałem finału. I w dobrych reklamówkach chyba o to chodzi… Pomyślałem „oho znów nudna schematyczna reklamówka”, po chwili „o naprawdę coś tam może żyć, jakiś rzadki gatunek, ale przecież kiedy Krystyna C. przeczytała kotojeleń, to już było pewne że to….” :)

Mimo minimalnych szans z Breslau, wlaczymy jak umiemy...