o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
piątek, 30 października 2009

W dniu urodzinowym oraz przed otrzymałem wiele prezentów. Oto wykaz tych, które przypadły mi od tych wszystkich osób, które zjawiły się na imprezie plus od mojego I.

Prezenty:

G – przywlókł z Krakowa „Kafkę nad morzem” Murakamiego.

I – moje kochanie już zakupiło mi pierwszy prezent na 20MFKiG – to komiks, do którego odbiór autografu dokumentuje fotografia z notki konwentowej.

Kochanie kupiło mi też nowy wspaniały album Hey.

Klara – podarowała nam cudowne obrączki (ale były za wielkie, więc poszła zmniejszyć).

Mgnn + jej partner – dali mi antyramę z piękną fotografią męża wraz ze mną, do tego pyszny smalec i grzyby.

M-GSM – dał mi „Foe” J.M. Coetzee.

Michał + Roza + Andrzej – dali mi siebie, oraz białe wytrawne wino!

Natalia + Żona – kupiły mi czarną jak noc podkoszulkę z CE, przywiozły też przyprawę indyjską i patisony marynowane – słoiczków dwa!!!

środa, 28 października 2009

[*][*][*][*][*][*][*][*][*][*]

[*][*][*][*][*][*][*][*][*][*]

[*][*][*][24]

wtorek, 27 października 2009

W sobotę urządziliśmy z mężem moją imprezę urodzinową. Pomysł na imprezę zrodził się jakoś pod koniec września, albo na początku października, kiedy idąc do pracy na nockę doznałem jakiegoś zdołowania, w związku z planowanym na 25-go urlopem. Oraz przede wszystkim tym, iż – nadchodził bądź kończył się konwent komiksów, a zawsze po imprezach cyklicznych, które obchodzę – nastają moje zdołowania, rozmyślam wtedy nad sensem świata i istotą śmierci…

Zadzwoniłem do I – a on powiedział, że pomysł mało realny, bo kto mi przyjedzie ze świata – bez sensu, i że nie będzie raczej lokalizacji dla takiej imprezy i żebym spokojnie pracował w nocy.

Oczywiście przekonałem I do pomysłu, a on szybko się zgodził. Załatwił nawet łatwo „wypędzenie matki” z domu, choć to raczej ona okazała mu gest dobrej woli i wyjechała była. Zaprosiliśmy gości z rodzimych, oraz poza miejskich, zamiejskich lub innomiejskich – w tym z Krakowa, Poznania, Szczecina i Wrocławia – stron. Zawiódł tylko Szczecin, ale z poważnych i usprawiedliwionych przyczyn. Jak wierzymy z I – nastąpi w pewnym określonym czasie, zapewne rehabilitacja SZCZ.

W każdym bądź razie impreza odbyła się! Miała charakter częściowo składkowy i była udana jak na bądź co bądź zabawę, na której mało kto się znał.

Sobota wyglądała dokładnie tak: … Rano z I pojechaliśmy dokończyć zakupy, odebrać tort i popędziliśmy do domu jego mamy, tam ustawiliśmy stół i zastawę na 12 osób. Następnie zabraliśmy się z mężem za robienie żuru – podstawowej zupy. Obrałem cebulę, I ziemniaki – mąż wszystko zasmażył, ja dodałem główkę surowego czosnku, bo lubimy jadać na ostro…

Pierwszym gościem jaki się zjawił był Tahir, czyli nasz ukochany G z Krakowa. Był wczesnym popołudniem, więc w strugach deszczu, jak ugotowała się zupa, oprowadziliśmy go po Księżym Młynie. Następne zjawiły się dziewczyny z Poznania – Natalka z Żoną – były wściekłe, bo Maganuna nie wyszła po nie na dworzec jak obiecała, bo zaspała albo może coś dwuznacznego w domu swym poczynała? W każdym razie dziewczyny trafiły od razu do I, za pomocą mojego kierowania ich tramwajami przez komórkę. W czasie kiedy po nie wychodziłem zjawił się kolejny znajomy M (gej mocno skryty – M-GMS). Z racji iż byłem w pierwszej części spotkania lokajem i przewodnikiem – dziewczyny i G zaprowadziłem na zakupy do pobliskiego marketu. Natalia z Żoną przywiozły cudowne małe, żółte patisony w zalewie musztardowej i przyprawę indyjską. Kolejnymi gośćmi była Klara – przyjaciółka rodziny, oraz Maganuna (z poczuciem winy) wespół z jej obecnym partnerem, co ma okropne kurze łapki i wielką żyłę w kształcie błyskawicy pod okiem – co ją panicznie retuszuje na fotoszopie!!! Mgnn i dziewczyny musiały poważnie porozmawiać w osobnym pokoju na temat jej zachowania dworcowego, na szczęście Mgnn uczciwie położyła po sobie uszy i zalała się rumieńcem zawstydzenia.

Ostatni przyszli szalony Michał z dziewczyną Rozalką, (co jej nie znam – a raczej nie znałem do tamtej pory) i nasz dobry przyjaciel Andrzej – u którego na całonocnych dysputach o życiu i elementach literatury, przegadaliśmy niejedną noc z moim mężem!

Impreza rozpoczęła się minutą ciszy w poświacie różowych płonących zniczy.

Wszyscy pożarli naszą zalewajkę (Natalka ziała ogniem i bo podobno zupa była za ostra, a żonie smakowało) potem zapiekane serki pleśniowe – każdy miał inny smak, więc goście różnie reagowali na ich walory… Niektórzy nawet chcieli dokładki. Lała się wódka do drinków i na czysto, wszyscy pili i bawili się jak potrafili, ja się trzymałem I i chadzałem palić z Żoną, Andrzejem, Michałem, Rozalką, nawet z Maganuną która lubi sobie spalić połowę papierosa, raz na ruski rok, choć jej partner z wielką żyłą pod okiem, groził jej palcem! A pijany nawet prawie obił bidulkę po pysku!!!

W pewnej chwili impreza podzieliła się na fronty; Mgnn jej partner, Klara i Natalka tworzyli jeden, M-GMS i G drugi front, Andrzej, Michał i Rozalka trzeci, a ja z I przyglądaliśmy się temu z boku z jednej strony stołu, zaś Żona z drugiej – nadstawiając jak my uszu by usłyszeć, co kto i gdzie mówi. Grupy rozbił Michał i Andrzej. Michał napadł najpierw z żyłą i kurzymi łapkami partnera obecnego Maganuny i rozpoczął kłótliwą rozmowę, na jakieś tam pseudo religijne tematy, potem napadł na Natalkę i Żona poszła ją uratować, bo podobno N zrobiła kwaśną minę, wołającą o pomoc! Andrzej zaś mordował nieskończonymi anegdotami G, M-GSM, Klarę i Maganunę. W drugim pokoju grała głośna muzyka i można było tańczyć – z czego skorzystałem ja z Mężem, Michałkiem, Klarą oraz Natalia z Żoną (mamy kompromitujące materiały fotograficzne!). W pewnej chwili impreza przeniosła się do kuchni, gdzie mąż robił grzanki z żółtym zapiekanym serem, ogórkiem lub smakowymi masełkami. Partner Mgnn odmawiał jedzenia grzanek, bo podobno przypalone grzanki są rakotwórcze – ale na szczęście zjadł – bidulek może przybierze troszkę na wadze, bo taki zabiedzony!

Jedni jedli, drudzy prowadzili dysputy, inni tańczyli, lub palili na klatce schodowej fajki, wszak odśpiewano mi sto lat, pożarto tort, zdmuchnąłem świeczki o numerze 24, więc sobie wszyscy na końcu poszli… Część osób zabrała na pamiątkę różowe znicze co paliły się zamiast świec na stole i kredensach – jako symbolika stypy nad przebyłbym 23 rokiem życia.

Mgnn jej gach i dziewczyny taksówką do Mgnn, a reszta z M-GSM – który rozwiózł wszystkich lekko pewnie zirytowany, że jako jedyny trzeźwy musi to robić.

Z racji przesuwania czasu na zimowy zrobiła się ledwo trzecia, więc pojechaliśmy z G (bo on u nas nocował) jeszcze do lesbijskiego lokalu na jedno piwko…

 

*to określenie wymyslił gach maganuny na moją osobę!!!

piątek, 23 października 2009

Wczorajsza noc w pracy była ciężka. Ciężkość jej nie wynikała bynajmniej z nawału pracy, tylko z pewnych, smutnych, dopinających pewien etap w moim życiu obowiązków. Złożyłem wymówienie z pracy. Byłem zobowiązany powiadomić pracodawcę minimum pięć dni roboczych, przed końcem mojej umowy, o tym iż nie planuję jej przedłużać. Powiadomiłem przed czasem.

To dołujące i chyba czułem się tak pierwszy raz – kiedy muszę wymówić umowę w pracy, którą polubiłem, w której traktowano mnie uczciwie, w której doceniano moje postępy i wkład.

A może mam zwyczajnie zamazany obraz, i patrzę na tą pracę przez pryzmat kołchozu, w którym pracowałem wcześniej. Przez pryzmat totalnej pogardy dla pracownika, poniewierania nim, przez szkło zakazów i upodlenia. Czy tam było tak źle, czy może tu za dobrze? Na to pytanie odpowie mi jeszcze kiedyś życie – zapewne w najbliższej przyszłości.

Ujawnił się też pewien symptomatyczny lęk… Który od połowy wczorajszej nocy, rzucał mną w pracy. Przyszłość! Co mnie spotka, co się stanie? Nadchodzi nowy, zupełnie odmienny od obecnego rozdział w moim życiu. Muszę stawić czoła wyzwaniom, muszę je pokonać. I wszystko dzieje się tak nagle! Pozostało mi jeszcze osiem dni, po których nastąpi wejście w nowy okres mojego życia. Zacznie się okres inteligencki – powrót na uczelnie i do pracy magisterskiej, zakończy się totalnie praca fizyczno-zarobkowa. Boję się, że się nie odnajdę, że nie podołam, że zawiodę siebie jak i tych, którzy mnie dopingują i wspierają. Ostatnie dwa lata uciekałem z powodu właśnie tego strachu, ale teraz już nie ma, dokąd uciec…

22:24, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (6) »
wtorek, 20 października 2009

Tegoroczny październik jest smutny i zły. Spowijają go chłody, śniegi i poranne mgły. A ja mały grubiutki Koffin James (jak nazwali mnie złośliwcy) znów zostałem sam. Niedobry mąż pojechał się znów szkolić daleko, daleko na dni kilka – właśnie wyruszył. A miasto jakby dobija szarością, dobija biedą codziennych smutnych spojrzeń, wilkiem jeden na drugiego.

W niedzielę byliśmy w Castoramie kupić świecidła grobowe, co zapalimy w dniu tańca zmarłych. I jak wychodziliśmy ze sklepu-marketu, to na czterdzieści minut wyszło tak cudowne zachodzące słońce – tak ogniste i czerwone. Poczułem się jak marynarz okrętu na oceanie arktycznym – gdy na kilka sekund ustał sztorm…

A teraz mąż wyjechał, ja pracuję na nockach – wychodzę o zmroku wracam, też o zmroku – zapanowała polarna zima, noc totalna…

W domu z zimna, ogrzewaliśmy się wzajemnie własnymi ciałami aż do ukropu, a teraz zamiast ciała został kot… Zresztą na nockach raczej mijamy się i tak życiowo kompletnie… Mąż wraca w piątek wieczorem, kiedy ja mam już wolne, wtedy ugotujemy zupę!

A na koniec na smutę, urocze i ogrzewające demo do utworu In Chains – otwierającego najnowszy album Depeche Mode. Na wokalu Martin L. Gore – czyli autor!

17:59, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 19 października 2009

1. Mini wstęp Koffiego Jamesa.

Długo zastanawiałem się jak ugryźć ten temat. Temat obiecany drogim czytelnikom tuż po 20MFKiG. Z racji tego iż ja byłem na innym spotkaniu, a mąż polazł na panel o komiksie queerowym, postanowiłem iż to mąż przybliży odrobinę problematykę poruszaną na spotkaniu. Następnie żywcem zacytujemy wypowiedź W. Szota, a na końcu dodam odrobinę własnej krytyki. Jak zwykle zresztą…

2. Zwięzła wypowiedź I. za wykładem na panelu.

Komiks w Polsce jest generalnie heteronormatywny. By przekonać się o zmianach, jakie dokonały się w tej dziedzinie sztuki, w ostatnim czasie wystarczyło udać się, do pokoju  313 w ŁDK, by uczestniczyć w panelu o komiksie queerowym. Tam Wojciech Szot wraz z koleżanką, przybliżyli wszystkim chętnym teorię queer, oraz przedstawili pokrótce tematykę komiksów gejowskich i lesbijskich. Czym jest queer theory? Czymś co pomoże nam lepiej zrozumieć nas samych – nasze dążenia, style życia? Czy może raczej kolejnym usprawiedliwieniem zboczenia jak chce wiele jeszcze osób? Teoria genderu (uprawiana często w ramach dyscypliny gender studies) wskazuje, że często cechy uznawane za genetycznie przypisane kobiecie lub mężczyźnie, wynikają z uwarunkowania kulturowego lub presji społecznej. Wiele cech rzekomo "kobiecych" i "męskich" i mających pochodzić z różnic biologicznych, teoria genderu uważa za mity społeczne. I tak według mówców było przez długi czas w polskim komiksie. Chociaż na Zachodzie zaczęły się już pojawiać komiksy o tematyce homoseksualnej. Początkowo do gejów kierowano komiksy głównie o tematyce pornograficznej w wiadomym celu. Komiksy o lesbijkach, ku ich ubolewaniu były skierowane przede wszystkim do heteroseksualnego mężczyzny (w komiksach tych zabawa kobiet była tylko przygrywką do seksu z prawdziwym mężczyzną). Stopniowo wraz z rozwojem ruchu na rzecz LGBT sytuacja ta zaczęła się zmieniać. Komiksy porno o seksie gejowskim wprawdzie nadal były i będą obecne, jednak stopniowo pojawiają się komiksy mówiące o problemach „wychodzenia z szafy” czy też wspólnego życia razem pary gejów. Komiksy o lesbijkach, zaczęły być kierowane także do homoseksualnych kobiet – pokazywały piękno kobiecego ciała, oraz piękno bliskości seksualnej dwóch kobiet. Obecnie sytuacja na rynku komiksu homoseksualnego przedstawia się następująco:

Gej – porno, erotyka, związki, comming out.

Les – hetero-porno, porno, erotyka, związki.

3. Pogłębienie tematu na bazie skopiowanej po chamsku wypowiedzi W. Szota. (będzie innymi literkami, bo to nie nasze).

Aby powiedzieć coś o komiksie gej/les muszę zacząć od wstępu trochę teoretycznego z zakresu komiksu w ogóle. Po pierwsze, komiks to dział sztuki w Polsce przez wiele lat infantylizowany i marginalizowany. Dopiero kilka dzieł, jak nagrodzony Pulitzerem Maus Spiegelmana, czy Persepolis Satrapi pozwoliło komiksowi na nowo zaistnieć jako medium skierowanemu do dorosłego odbiorcy. Mimo to komiks kojarzony jest powszechnie nadal z disnejowskimi bohaterami, prostą kreską i równie nieskomplikowaną historyjką. Zaś za najbardziej dojrzałą formę komiksu uznaje się powieść graficzną, czyli obszerną historię opowiedzianą przez rysunki i tekst.

Jednak zanim homoseksualiści trafili do powieści graficznych musiało minąć wiele lat. Więc krótko o historii.

Bohaterowie homoseksualni lub biseksualni w komiksie pojawili się już w okresie międzywojennym, w publikacjach o charakterze pornograficznym. Chyba najważniejszym tytułem z tego okresu jest wydawany w Meksyku, a nielegalnie rozprowadzany w Stanach Zjednoczonych Tijuana Bibles, bardzo popularna seria komiksów, które przedstawiały postaci ówczesnej popkultury w sytuacjach pornograficznych.

Pierwszym zdecydowanie queerowym komiksem jest Madame Fatal, w którym główny bohater, w kobiecym przebraniu staje się superbohaterem. Dopiero współcześnie zaczęło się mówić o elementach queerowych u takich bohaterów jak Superman czy Kobieta Kot. Wróćmy jednak do historii.

Po drugiej wojnie światowej w 1954 roku amerykańskie Stowarzyszenie Magazynów Komiksowych w ramach walki z niemoralnością i zepsuciem postanowiło ocenzurować twórców komiksowych ustanawiając Code Authority, w którym zabroniono m.in. ukazywania tzw. „dewiacji seksualnych”. Z tego też powodu czołowe wydawnictwa amerykańskie przez wiele lat będą unikać ukazywania postaci homoseksualnych. Warto zauważyć, że pierwsza postać „sympatycznego geja” w komiksie pojawiła się dopiero w paskach komiksowych Garry'ego Trudeau w 1976 roku, jednak wiele gazet odmówiło publikacji tej historyjki. Rok później w Cathartic comics wystąpili pierwsi homoseksualni Afroamerykanie. Dopiero lata 80-te XX w. przyniosły zmiany. W 1980 roku w powieści graficznej Detectives Inc. A remebrance of threating green po raz pierwszy w komiksie skierowanym do szerokiej publiczności pojawiła się lesbijka, a pierwszy pocałunek dwóch mężczyzn ukazano w grudniu 1982 roku. Samo słowo gej też swoją karierę w komiksie amerykańskim rozpoczęło dopiero w 1983 roku. Do ważnych wydarzeń z rynku amerykańskiego należy zaliczyć również pojawienie się w jednej z części przygód Supermana Maggie Sawyer, która była lesbijką i wychowywała córkę, co czyni z tego komiksu pierwsze przedstawienie homoseksualnego rodzicielstwa.

Duży wpływ na upowszechnienie się omawianego tematu w komiksie miało powstanie rocznika GayComix, który ukazywał się aż do połowy lat 90-tych, a także dołączenie treści lesbijskich do Wimen's Comics, które wcześniej zamieszczało jedynie feministyczne komiksy. W tym samym czasie zaczęła powstawać też kultowa seria komiksów Dykes To Watch Out For autorstwa Alison Bechdel, dość bezkompromisowa wizja życia kilku lesbijek. Nie można zapomnieć również o postaciach sfeminizowany gejów pojawiających się na kartach komiksów o superbohaterach - byli oni tam oczywiście ukazywani jako przeciwieństwo męskich herosów, a także jako prostytutki.

W latach 90-tych ilość komiksów amerykańskich opowiadających o życiu gejów i lesbijek wzrosła, jednak do dzisiaj powstało tak naprawdę tylko kilka obszernych powieści graficznych o tematyce LGBTQ. Najważniejsze z nich to z pewnością Pedro and Me, który znalazł się na szerokiej liście nominowanych do Pulitzera i Fun Home Alison Bechdel, nagrodzony m.in. tytuł książki roku Timesa.

Historia komiksu queerowego w Europie to przede wszystkim kilka czołowych nazwisk – Tom of Finland, którego erotyczne i pornograficzne rysunki podbiły rynki na całym świecie, Ralf König, który obecnie jest jednym z najpopularniejszych niemieckich twórców komiksu i Hugues Barthe, który zyskał bardzo dobre oceny we Francji. Jednym z najciekawszych przedsięwzięć było wydanie przez Männerschwarm Verlag dramatu Oscara Wilde'a Bądzmy poważni na serio w formie komiksowej, a przez Marvela Portretu Doriana Graya.

Ralf König jako prekursor humorystycznego komiksu gejowskiego, do tego prekursor dość bezkompromisowy, był oskarżany o demoralizację młodzieży, gdyż uważano, że komiks w swojej naturze jest bardzo atrakcyjny dla dzieci i młodzieży, a „takie widoki” mogą wyrządzić szkodę w ich procesie rozwoju. Na szczęście wszystkie oskarżenia zostały oddalone, a skarżącym wytknięto m.in. brak poczucia humoru.

Co czyni komiks gejowskim/lesbijskim? Czy tylko obecność bohaterów o tej orientacji seksualnej czy coś więcej? Zależy jak na to popatrzymy. Z jednej strony już sami bohaterowie wyznaczają pewne kierunki, w których powieść czy komiks będą się rozwijać. Z drugiej strony są oni źródłem sytuacji, języka czy stylistyki.

Komiks gejowski można podzielić na kilka podstawowych typów. Zacznijmy od najostrzejszego - i najstarszego - czyli pornografii. Tutaj różnorodność jest ogromna, wszystko dostosowane do oczekiwań i fantazji erotycznych czytelnika. Josman ze swoimi historyjkami Dad&Son, męscy buhaje u Toma of Finland czy arabscy młodzieńcy u Juliusa. Cel tych historyjek jest jeden i chyba nie trzeba tu się nad nim więcej rozwodzić. Następnym typem są komiksy przeznaczone szczególnie dla młodzieży, opowiadające o przygodach młodych lesbijek i gejów, borykających się z problemami samoakceptacji, pierwszych miłości, czyli wszystkim tym, co czytelnikom bliskie. Przeważnie są one bardzo delikatne w formie i wyrazie – nie pojawiają się sceny seksu, mowa jest raczej o uczuciach i psychologii bohaterów. Rewelacyjnym przykładem takiego komiksu jest Dans la peau d'un jeune homo autorstwa Huguesa Barthe'a czy Pedro and me Judd Winick.

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na komiks campowy, w którym geje i lesbijki prowadzą wyluzowane, miejskie życie. Najbardziej charakterystyczny jest tutaj cykl Chelsea Boys. Wymieniając tytuły komiksów campowych nie można zapomnieć o The Mostly Unfabulous Social Life of Ethan Green oraz Queer Duck, które zostały przeniesione na duży ekran. Czy jest to satyra gejowskiego stylu życia, czy realistyczne obserwacje ubrane w campowe przebranie? To już zależy od czytelnika. W komiksach o lesbijkach również osią podziału jest camp – mamy do czynienia z komiksami „społecznymi”, mówiącymi o problemach z akceptacją, rodziną, ale także komiksy takie jak Dykes to Watch out For, które bardzo bezkompromisowo przedstawiają życie lesbijek, a może lepiej – lesb?

A jak się ma sytuacja w Polsce? Oprócz publikowania przez InnąStronę pasków komiksowych z przygodami Adama i Andy'ego (tłumaczenie Marcina Pietrasa) jesteśmy pod tym względem rynkiem dziewiczym.

Komiksów les/gej są setki, a dotychczasowy brak tłumaczeń na język polski można wyjaśnić jedynie obawą przed społeczną reakcją na to, że bohater będzie Odmieńcem. Ciekawy fragment „gejowski” można znaleźć w Persepolis Satrapi, gdy matka głównej bohaterki przyjeżdża do Wiednia i odkrywa, że jej córka mieszka z homoseksualistami, jej przerażenie jest ogromne, zwłaszcza, że pierwszy raz w życiu widzi takich ludzi. Podobnie jest z polskim czytelnikiem, dla którego homo to fantazmat utkany z zasłyszanych historii i medialnego przekazu. Nie tylko z czytelnikami jest tu kiepsko, z twórcami też – jednym z niewielu bohaterów gejowskich w komiksie polskiego twórcy jest powstały w wyniku błędu w naukowym eksperymencie „Carotino, marchewkowy pederastaz Wilq Superbohater - 9 – Oplau autorstwa Tomasza i Bartosza Minkiewiczów, z którym to, jak to z pederastą, trzeba się rozprawić. Oczywiście męscy bohaterowie doprowadzają do przegonienia „tego ścierwa”.

Przeprowadziwszy wydanie w Polsce Konrada i Paula, czy teraz przygotowując do publikacji kilka pozycji, sam widzę, jakie jest podejście samego „świata komiksu” do tego tematu – od hurraoptymizmu w przypadku najbardziej niszowych mediów po dużą zachowawczość większych graczy. Podobnie podzielili się internauci, którzy na stronach o komiksach recenzują Konrada nie patrząc na jego walory komiksowe, ale na sam podjęty temat. Niestety brakuje dyskusji, a jest jedynie przerzucanie się skrajnymi argumentami. Jednak są dobre informacje – niedługo na rynku ukażą się nowe pozycje, w tym Fun Home (obecnie już na rynku), co mnie cieszy nie tylko jako jego współwydawcę, ale i jako czytelnika. Może uda się odczarować ten temat i coraz więcej osób sięgnie po homoseksualny komiks. Miejmy nadzieję.

4.Krytyka końcowa.

Miejmy nadzieję… No właśnie miejmy… Nie dziwię się, czemu duży wydawca nie ma zamiaru wydać „gejowsko-lesbijskiego badziewia” – dlatego że po pierwsze w jego mentalności ciągle funkcjonuje ten stereotyp, przez co przesypia queerowe arcydzieła! Po drugie, że duży wydawca nie ma czasu na eksperymenty – szczególnie na polskim płytkim rynku. Po trzecie nie znajdzie się zapewne masowy odbiorca na tego typu wydawnictwo!

Mały może więcej. Mały wydawca musi zaistnieć, musi pokazać swoją odmienność na rynku, musi zachęcić, musi dokonać strzału i wygrać!

Inna sprawa jest taka, że na polskim rynku komiksowym, który po przebudzeniu się po roku 1998 – zasadniczo tylko dzięki jednemu wydawcy. Do dziś zaprezentował (w ciągu 10 lat!!!) kilka dobrych setek wydawnictw, a komiks queerowy nie zajmuje w tym nawet jednego procenta (1%)!!! Naprawdę nie istniejemy? Gdzie pozycje typu Fun Home – pozycje skierowane do szerszego odbiorcy? Konrad i Paul – z pewnych przyczyn (moim zdaniem ciągle jeszcze społecznych) nie trafią pod szerszy komiksowy dach, tu ciągle będzie taki sam odbiór: „o pedały się pieprzą i o tym komiksy wydają zboczeńcy”. Komiks się od grafiki bronić zaczyna, i żeby dymek przeczytać, a potem historię zrozumieć trzeba chwilkę nad grafiką podumać. A ona pokazuje uznawane u nas powszechne zło i temat do drwin… Więc po co czytać, po co rozumieć???

Czekam jeszcze na polską antologię komiksu lesbijskiego, która ma się ukazać już w listopadzie tego roku, ale nie wiem nawet czy będzie warto ją kupić – bowiem wszystkie dziewięć prac, stworzone zostało na potrzeby konkursu dla Comix Grrrlz, a opublikowane ma być podczas poznańskiego festiwalu No women no art.

Moim zdaniem, więc antologia jest wydawana troszkę rozpaczliwie na siłę, konkurs ogłoszono raptem w czerwcu! Na coroczną MFK-ę ogłasza się konkurs już w październiku, rok wcześniej! A i tak młodzi laureaci zwykle mają małe szanse wydania… A boję się, że Bostońskie Małżeństwa – zaczną być traktowane jak milowy krok polskiego komiksu queer, a jak na razie nic na to nie wskazuje!!!

niedziela, 18 października 2009

Moja praca jest dobra. W porównaniu do zeszłej pracy, ta jest cudowna i zjawiskowo dobra. Pracuję sam po osiem lub jak chcę dwanaście, do trzynastu godzin. Po nadgodzinach nocnych zakład odwozi mnie taksówką. Co najważniejsze pracuję sam! Zakład podzielony jest na kilka działów, każdy dział ma swoją „drużynę”, a każdy pracownik owej ma swoją robotę i najczęściej jest też sam, jak ja. Stali pracownicy wychodzą sporo ponad dwa tysiące miesięcznie – tacy jak ja tymczasowi, dużo mniej – ale i tak bez porównania z jałmużną, którą otrzymywałem z poprzedniej firmy. Nie panuje tu terror jak w poprzedniej pracy, dają długą przerwę na posiłek, i całotygodniową obsługę kantyny. Do tego jest o ponad połowę mniej obostrzeń niż w poprzedniej pracy. Nie jest mi źle. Dla stałych pracowników istnieje możliwość awansu – jest podział na stopnie, oraz na funkcje odpowiedzialności…

Menadżerem mojego działu jest wstrętny pedał! Faceci którzy stanowią większość załogi wszystkich zmian tegoż działu, menadżera nazywają „wodzem landrynkiem”, „landryną” lub zwyczajnie pedałem. Landrynek bierze się od pewnej ekstrawagancji strojów i zachowania się Landrynka. Oraz typowo niemęskiego podejścia do pracy na maksymalnie męskim sektorze.

Jest to typ pracoholika ma około 35 lat. Zamiast przychodzić do pracy na dziewiątą przychodzi na siódmą i siedzi, aż do osiemnastej doglądając pracowników, oraz strategicznego działu dla całej firmy. Jest strasznie dwulicowym i podłym człowiekiem. W specyficzny sposób gardzi swoimi pracownikami, jest do przesady miły, a jednak zawsze musi mieć racje i nie ma możliwości by ją komuś przyznał – potrafi się kłócić z mechanikiem o nazwę klucza do śrubki, a i tak należy mu przyznać rację. Działa za plecami swoich pracowników, jest niby ich przyjacielem by zaraz karać ich za irracjonalne sytuacje i błędy nie z ich winy. – Kary nigdy nie wychodzą personalnie od menadżera, zawsze są umotywowane papierkowymi procedurami. Inną metodą, jest rozbijanie i przenoszenie stałych obsad (a na dziale, na którym pracuję stały zgrany team to podstawa) z jednej zmiany na inną, bez żadnej motywacji.

Generalnie Landryn mnie nic złego osobiście nie zrobił, osobiście ale, nie na odległość. Otóż jednym z jego genialnych pomysłów, jest przymusowe terminowe planowanie całego urlopu, które odbywa się już w marcu danego roku. To znaczy, że pracownicy Landryna muszą rozplanować nie tylko dwa tygodnie wakacyjne, ale wszystkie dni swojego urlopu. Można powiedzieć, że jest jeszcze kacowe! Landryn żąda, aby wolne na żądanie było też planowane – przynajmniej dwa dni przed takim urlopem. Jest to wbrew kodeksowi pracy! Ale pracownicy, którzy nagminnie łamią zasady tam panujące – odczuwają to po premiach i umowach, oraz swoistej presji, ze względu na różne kontrole, baczniejszą uwagę inżynierów jakości itd… I to jest strasznie stresujące… A jeśli u takiego kontrolowanego coś się wykryje – to szybko może wylecieć… Oczywiście procedura tak wygląda, że menadżer jest nie winny i nie miał nigdy nic wspólnego z tym biednym zwolnionym…

Dlaczego dotyka mnie kwestia urlopowa? Albowiem, mimo iż przysługuje mi urlop – a chciałem na 25 października ze względu na imprezę urodzinową, którą robię dzień wcześniej, wybrać moje dni. Odmówiono mi go! Byłem w panice. Poczym zmuszono mnie abym wziął urlop „planowany na żądanie”, co jest irracjonalne bo nie było podstaw, by mi nie dać mojego zwykłego urlopu, a jednak go nie otrzymałem. W myśl kaprysu menadżera zaproponowano mi urlop na żądanie, który zaplanuję na trzy doby przed jego otrzymaniem i tym samym odbiorę sobie jeden z czterech kacowych dni, chociaż nie zamierzałem takiego dnia brać – paranoja! Bardzo sprytna taktyka podporządkowywania pracowników. Uff z pracą i Landryną żegnam się już 31 października…

wtorek, 13 października 2009

Dwunastego października dwutysięcznego dziewiątego roku miałem wolne! W mojej pracy jest tak, że pracujemy cztery dni w tygodniu, po którym następuje dzień wolny. A potem znów cztery dni pracy i wolne, taki cykl. Czasem jest tak, że mamy pięć dni pod rząd i dzień wolny. Wyjątkiem są noce – bo zawsze po czterech mamy aż dwa dni wolne. A najkrótszy okres wolnego następuje po zmianie popołudniowej, kiedy przed północą jestem w domu, a po dniu odpoczynku idę na zmianę poranną, czyli wstaję za dziesięć czwarta rano!

Dwunastego października dwutysięcznego dziewiątego roku miałem właśnie takie krótkie wolne! Miałem odpocząć, miałem coś zrobić, poczytać, pospać… I wyszła wielka dupa. Cały dzień straciłem na walce z uczelnią o wpis na seminarium na semestr letni. Na semestr letni! Bo jako urlopowicz, jak twierdzi jedna pani z sekretariatu, muszę się zapisać ponownie do systemu na zajęcia. A druga siedząca tuż obok twierdzi, że ta pierwsza chrzani od rzeczy i że nic nie muszę. Po czym obie pozostając przy swoim twierdzą, żebym to sobie jakoś sprawdził… Ja? Zaraz od czego one tam dupska grzeją? Przecież miały się tym zajmować – zapisami na seminarium – tak powiedział mi dziekanat – a one tylko w internetach majtki oglądają. Wyszło iż muszę iść dziś do profesora… Ale nie mogłem pójść, bo byłem właśnie w pracy… Więc za tydzień walka rozpocznie się ponownie…

Musiałem potem w moim wolnym dniu dwunastego października jechać po umowę do biura mojej firmy, i co się okazało? Że panienki zagubiły umowę i pasek – więc czterdzieści minut musiałem czekać do jasnej K-Y, aż se z warszawfki ściągną coś i wydrukują ponownie wszystkie moje dokumenty.

Piętnaście po piętnastej – okulista. Zakupy. Oczekiwanie na autobus w deszczu i siąpię, jedyne dwadzieścia minut – bezcenne…

Okazało się koniec końców, że zrobił się późny wieczór i trza było iść spać… Bardzo wypocząłem 12.10.09.

Kolejne wolne już osiemnastego października dwutysięcznego dziewiątego roku… Osiemnastuniego październunia obecnego roczku…

niedziela, 11 października 2009

Z okazji Międzynarodowego Dnia Wychodzenia z Szafy uprzejmie informuję, że jestem gejem. W dodatku mój mąż też jest gejem. Poza tym znamy jeszcze kilku innych gejów (oni naprawdę istnieją!) i możemy potwierdzić, że oni też są gejami. Znamy ponadto kilka lesbijek, których lesbijstwo oficjalnie niniejszym potwierdzam. Mam nadzieję, że te informacje nie są dla nikogo zaskakujące, gorszące ani nie powodują żadnych skojarzeń...


Jestem przeciwnikiem bezpodstawnego afiszowania swoją orientacją seksualną. Po cholerę – kogo to obchodzi? Nasze potrzeby powinniśmy zachowywać dla siebie i tych z którymi dzielimy życie, ponieważ mieszanie seksualności w sferę zawodową, światopoglądową, naukową, jest jak mieszanie się religii w politykę i kulturę – generalnie wara i won, bo nic dobrego z tego nie wychodzi.

Jednak każdy człowiek na świecie ma prawo do swojej seksualności. Ma prawo do samospełnienia się, zarówno zawodowego jak i przede wszystkim w życiu prywatnym! Dlatego czasami należy głośno krzyknąć – Jestem Gejem; czy Jestem Lesbijką; Jestem Inny – ale przecież taki sam jak wszyscy! By móc się wyzwolić z łańcuchów zniewolenia ciemnotą, jakiej mamy dużo jeszcze w tym kraju. By dać sygnał do rozmowy o homoseksualizmie szczególnie wtedy kiedy – ze względu na presję społeczną, musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, kiedy boimy się wyjścia, ze względu na zacofanie i agresję, którą bezpodstawnie się w nas kieruje…

Ale tak moi drodzy istniejemy!!!

Tak samo kochamy, i tak samo pracujemy, tak samo odczuwamy ból i tak samo czujemy ciepło. I jeśli kogoś to gorszy – może odwrócić wzrok. Ale mamy prawo do równych praw! Mamy prawo do równego traktowania i rozumienia naszych, takich samych jak większości potrzeb.

część pierwsza notki zabrana żywcem z bloga Natalii O.

piątek, 09 października 2009

"Komitet Noblowski zdecydował: pokojowa nagroda Nobla dla prezydenta USA Baracka Obamy. Za wysiłki w celu ograniczenia światowych arsenałów nuklearnych i pracę na rzecz pokoju na świecie."


Co jest? Za co? Że co? Za dalszą okupację Iraku? Za kontynuację wojny w Afganistanie? Za projekt nowych zbrojeń antyrakietowych nie tylko w sakli małej polski, ale dziś już europy!!!


Za Iran z którym i tak przyjdzie zapewne do rozgrywki zbrojnej w nadchodzących latach…


Żart roku 2009!!! W zeszłym roku wierzyłem, że czarny prezydent USA coś zmieni. Wierzyłem w styczniu 2009 roku. Ale po dziewięciu miesiącach sprawowania urzędu, Barack Obama pokazał totalną nijakość swojej politycznej postawy, i popaprani lewacy (bo tak muszę już powiedzieć, ze względu na moje oburzenie) z komisji Noblowskiej przyznają mu TĄ nagrodę! Skandal!!!


Oby te nowiny okazały się tylko dziennikarskim paszkwilem!!!


Na dziś wydaje się, że Obama raczej pożegna się z urzędem w 2013 roku, jak nie wcześniej – Amerykanie go już nie cierpią!

 
1 , 2