o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
wtorek, 28 października 2008

23.23.23.23.23.23

Wszystko się zmienia... Czasy i ludzie, ktoś się rodzi, ktoś umiera...

poniedziałek, 27 października 2008

Już po obchodach pseudo urodzinowych! A ta tragiczna data jeszcze przedemną. Postaram się ten dzień spędzić w milczeniu i poszcząc… Impreza piątkowa, jeśli wspomnę przeszłe lata i porównam te liczne bez okazyjne weekendy gorących zabaw (szczególnie 2006-2007), które odbywały się niezwykle hucznie w ogromnych ekipach, – to ta była niezwykle skromna. Mam jakieś takie dziwne przeczucie, że była to już ostatnia moja studencka impreza. Następne będą raczej kameralnymi spotkaniami w dwu-trzy osobowym gronie. Kilka osób – i to tych, z którymi wydawało się, że jestem blisko – zawiodło mnie bardzo, co w jakimś sensie zmusza mnie do – przewartościowania pewnych znajomości – z grona tzw. zaufanych osób. Cóż takie jest życie, więc jak zwykle ze wszystkiego można wyciągnąć pewne plusy, albo raczej wnioski. Dobrze jest więc wtedy, kiedy można poznać prawdziwych przyjaciół i prawdziwych wrogów. Cóż wieczór rozpoczął się od kurtuazyjnego obiadu z Maganuną, która w drodze na swoją imprezę wpadła na chwilę na moją prowizoryczną zabawę. Potem pojawiły się moje dwie koleżanki z roku, oraz dwaj znajomi z POS-u (chłopaki nie daruję wam tej książki!!! – Choć jest zajebista, a koperta z listem powalająca). Potem w trakcie imprezy zjawił się mój przyjaciel, który musiał przejść przez pół miasta, bo tramwaje nie jeździły, więc był zły przez cały wieczór, więc i ja byłem zły! A na końcu doszło trzech kumpli z roku. Niestety impreza okazał się raczej drętwa, mimo wszystko, a cel zabawy nie został zaspokojony, bo zamiast wymarzonego karaoke odbyła się zwykła dyskoteka. Ostatecznie więc późną nocą zmieniliśmy lokal na, że tak to powiem „przyjazny” na literkę G. Ale i tamten lokal mnie raczej niczym nadzwyczajnym nie zaskoczył, ale że ekipa zmniejszyła się już w bardziej kameralną i muzyka była cichsza, można było sobie spokojnie pogadać – na pijackim haju… Cóż, wobec ostatniego piątku mam mieszane uczucia, ale skoro z powodu debilnego kaprysu potrafili mnie opuścić ludzie, których znam od 20 lat, wobec których nigdy nie miałem tajemnic, a raczej te tajemnice są naszym wotum zaufania i nie wyjdą nigdy na jaw, bo byłyby auto kompromitacją, to już wszystko się może zdarzyć…

23:56, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (5) »
piątek, 24 października 2008

A po śniadaniu kot wlazł pod wannę. Pod moim adresem padły groźby karalne! I zamiast iść na rower muszę zmywać podłogę! Dookoła wszyscy krzyczą i gdzieś pędzą, jak byłoby po co tak pędzić. Słonko oszukuje paląc moje miasto za oknem. A przed oknem zimny wiatr. Więc wszystko stoi jak zwykle na głowie. Zakochani ganiają się z tasakiem, bo zupa była za słona. Staruszki przestają chodzić do świątyń, – bo w Klanie zaczęli prowadzić politykę antyklerykalną. Wyblakły mi koraliki, które kupiłem za pięć złotych. I generalnie szlag mnie trafia, i myślę by rzucić palenie – bo jak obliczyłem w miesiącu na fajki wydaję średnio 111.20zł. Dziś wieczorem robię imprezę pseudo urodzinową, – na której zjawią się moi znajomi czyli: ja, ja, ja i ja. To znaczy będę ja plus 12 luster, które ustawię pod kątem tak żeby mnie było więcej…

wtorek, 21 października 2008
Queen - Hot Space (1982)
Body Language
A tak bo był dziś dobry dzień...

Dni! Czarne i białe, upalne i zimne. Dokąd mnie wiodą moje dni? Dokąd pędzą moje godziny? I gdzie odchodzą dusze zmarłych minut? Dla niektórych wszystko jest jasne. Istnieje tylko ich wygłodniały egoizm, który trzeba karmić. Dla którego nie liczy się ilość ofiar ani żadna skala strat… Są tacy, którzy pędzą gdzieś na oślep, zabijając siebie z każdym krokiem. I są tchórze, którzy marnieją obawiając się zrobić jeden krok. Co do dni to jedne są niesamowite, nie dlatego że cokolwiek się nam w nie uda osiągnąć, tylko dlatego że są! I są dni tragiczne, – nie dlatego że cokolwiek się stało złego, tylko dlatego że tak jest – po prostu! Najlepiej jak wszystko układa się w pewne procesy i ciągi. Jak pasmo nieszczęść lub jak zwykły pozytywny tydzień… Ale niekiedy życie płata nam figle i kolejne doby bujają nas jak na huśtawce, zmiennymi doświadczeniami. Wczoraj miałem okropny dzień, a dziś był po prostu zajebisty. – Jeden z tych niespodziewanych dni, – który niby taki pospolity, a taki cudowny. Lubię czasem usiąść ze swoim życiem na kawie i zapalić szluga, podsumować i zrobić statystyki, przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Zwykle takie rozważania nie dają mi spać i na końcu psują mi kompletnie nastrój, – ale nie potrafię od nich uciec, nie potrafię wyłączyć tego swoistego śmiertelnego procesu myślenia. A może jestem trochę masochistą i lubię to uczucie przeciążenia, odczuwalnego pod czaszką i kompletny brak jakichkolwiek odpowiedzi, bo zawsze można znaleźć nowe odpowiedzi, zawsze można poszukać nowych wzorów. I może dlatego, że wszystko to co zostaje już zamknięte, – według mnie umiera, staje się eksponatem, który można postawić na półce jak ozdobę – ale nic poza tym. Więc traci wszelki sens… Nie wiem, może to irracjonalne, ale w takiej postawie zawsze utwierdzał mnie tytułowy kawałek Queen z albumu Innuendo (1991). Gdzie porusza mnie wokalny kunszt umierającego wokalisty, – który śpiewa jeden chyba z najpoważniejszych i najbardziej egzystencjalnych tekstów, który wyszedł z pod znaku firmowego Q. Oraz sam klip, który zaskakuje mnie swoimi licznymi odwołaniami do motywów popkultury, polityki i sztuki XX wieku. Można by powiedzieć, że igra on z tymi motywami. A łącząc te trzy elementy (wokal, tekst i podkład wideo) daje jak dla mnie piorunującą mieszankę, zmuszając mnie kolejny i kolejny raz do rozważania problemów dotyczących natury bytu…

Queen - Innuendo (1991)
Innuendo
sobota, 18 października 2008
Ostatnio nie mogę się pozbierać. Jak stary murowany dom, z którego osypuje się tynk i kruszy się strop. Więc lepiej go zburzyć niż naprawiać – bo wydaje mi się, że jest nie do uratowania. Z trudem przychodzą mi słowa, i czuję mieszankę emocji. Nie wiem, co się ze mną do końca dzieje. Zawsze miałem trudności z akceptacją siebie samego. Nie chodzi tu o to jak wyglądam fizycznie, bo każdy wygląda tak jak wygląda i każdy, jeśli chce może naprawdę dużo zrobić by zmienić to czy tamto, jeśli ma się problemy z akceptacją samego siebie przed lustrem… Ja nie mam z tym problemów. Chodzi o inną akceptację – o szukanie siebie jako człowieka, o odkrywanie swoich potrzeb i pragnień. Kiedyś je odkryłem, kiedyś była to dosłownie chora fascynacja. Ale życie i środowisko, w jakim żyjemy: dom, rodzina, znajomi, przyjaciele, koledzy z klasy i z podwórka oraz media i cały ten chaos kulturotwórczy – w taki czy inny sposób nas kreują, – kiedy sami nie potrafimy udzielić sobie jasnych odpowiedzi na pytania zasadnicze. Na pytania o nas samych. Na wszystkie te wątpliwości bez rozwiązania których, nie możliwe jest aby coś dało się budować. Bo nie ma budulca, bo nie wiemy czy użyć zwykłych cegieł czy pustaków, czy może desek czy może płyt pilśniowych. Czy pisać prozą czy wierszem, czy białym czy rymowanym. Dawno temu byłem kompletnie zielony, byłem totalnym żółtodziobem. Dlatego poddałem się presji, świadomie i nieświadomie. Presji mojej małej opinii publicznej, presji kulturowej, presji filozoficznej…W taki sposób zbudowałem się na surowej zaprawie, nic nie było poukładane do końca tak jak miało być, a cała konstrukcja okazała się niezwykle chwiejna i nacechowana negacją wobec wszystkich moich postaw. Fascynacje zmieniły się w przekleństwa, potrzeby w niechęć. A wszystko było prowizoryczne, udawałem siebie, udawałem poukładanego człowieka, który ma jakieś idiotyczne cele, a tak naprawdę cele były tylko przykrywką, bo w środku ciągle mieszkał niepoukładany człowiek. Który szukał ciągle odpowiedzi i który nie potrafił pokonać ani zrozumieć siebie… Powstały dwie osoby w mojej głowie. Pan Przeciw i Pan Za. A nie można robić czegoś, z czym jedna ze stron ludzkiej osobowości nie potrafi się zgodzić i coś odrzuca. Dlatego zawsze próbowałem się usprawiedliwiać przed samym sobą ze wszystkiego, co robiłem przeciw którejś z postaw. Kiedy dobiłem już do pewnych portów, – kiedy zrozumiałem, czego mi potrzeba jak gdzie i z kim. To znów wyszły na jaw wady konstrukcyjne mojego mózgu i znów nie odnajduję odpowiedzi. Znów czuję się rozczłonkowany na dwie postawy, – gdzie jedna pragnie zupełnie czegoś innego niż druga. Nie potrafię się do końca zrozumieć i boję się siebie. Kiedy mój umysł pragnie czegoś – moje ciało to odrzuca, a kiedy moje ciało pragnie czegoś – mój umysł mu zaprzecza. Szczególnie teraz jestem na dnie studni, potwornie głęboko… Kiedyś chyba będę musiał zacząć udzielać odpowiedzi – nikt mnie o nic nie pyta, a ja i tak wiem, że muszę znaleźć TE odpowiedzi… Bo jest mi teraz tak potwornie źle i tak potwornie dobrze, – jest mi wszystko i nic mi nie jest… Boli mnie głowa i nie umiem ufać i nie potrafię nic mówić i chcę i nie chcę jednocześnie, – zabijcie mnie bo się kompletnie pogubiłem… Albo nie oszczędźcie może już wiem…??? Albo jednak zabijcie…

środa, 15 października 2008

4.Mrok...

Jest coś, co się we mnie dzieje, coś dziwnego. Emocjonalnie jestem poszatkowany jak nigdy, nie potrafię znaleźć żadnych odpowiedzi, czuję się potwornie. Nie wiem, co robić. Dokąd iść, kim jestem i dlaczego tak jest. Sumują się w mojej głowie wszystkie lata minione, obawy, lęki, niechęć, negacja, potrzeby, wszystko mi się potwornie mąci, rozrywa mnie na strzępy. Jestem ciągle zawieszony i czuję się jak szczeniak – nie wiem, co powinno być wyznacznikiem mojego życia i o co mam pytać, czego szukać, dokąd iść…

3.Brzask...

Dziś wróciło wszystko do normy. Jesteśmy znów w domu wszyscy razem, – jak to dumnie brzmi to słowo „wszyscy”, czyli nasza dwójka. Mimo wszystko tkwi gdzieś we mnie jakiś niepokój… Wtorkowe wystąpienie na seminarium było wyjątkowo udane, po raz pierwszy mogłem jakkolwiek zobaczyć ideę swojej ewentualnej pracy magisterskiej. Dziś oczywiście, kiedy pojechałem do biblioteki uniwersyteckiej okazało się, że nie ma żadnej pozycji, której mi potrzeba. Ale na razie się tym nie przejmuję, znajdę te książki, będzie dobrze… Zasadniczo z seminarium mam na razie spokój, więc wszystko mogę robić bez pośpiechu z rozsądkiem. Najważniejsze że mój dom dalej stoi na swoim miejscu… Dlatego jestem chwilowo ukojony. I mogę zacząć myśleć o imprezie urodzinowej, – o której zdążyłem już zapomnieć. Dziwna sprawa, ale na pewno nie będę urządzał jej w branżowym lokalu, – to już postanowione, bo chcę żeby bawili się dobrze moi znajomi, a przy okazji ja. A nie jak to było dotychczas, ja a dopiero potem oni. Choć w Fu o ile pamiętam bawili się zawsze wszyscy dobrze, ale ja chyba nie mam ochoty tam po prostu iść. Dlatego balanga jeśli do niej dojdzie, będzie na terenie neutralnym, a poza tym troszkę tęsknię za naszą studencką miejscówką w centrum. Gdzie po pewnej dawce alkoholu można sobie poszaleć na scenie… nic więcej nie powiem – bo zdradzę miejsce, a po co? Choć do imprezy jeszcze troszkę czasu i wszystko się może zmienić – nie jestem w stanie przewidzieć tego, co się stanie jutro więc, po co planować co się stanie za tydzień czy za miesiąc? Zresztą cały ostatni tydzień, – był tak dziwny – tak nie miałem czasu myśleć o czymkolwiek poza tym, co miałem napisać i tym, co dzieje się w szpitalu, – że kompletnie zaniedbałem siebie, i idiotyczne pomysły na imprezy, więc nie wiem dokładnie kogo, gdzie i na kiedy zaprosiłem. Może nadrobię to jeszcze w przyszły wtorek ale nie wiem, – bo jakoś nie czuję się specjalnie na siłach by się bawić. Choć chyba tak, chyba powinienem, zapić jakoś kolejną datę, kolejnego okropnego roku, żeby szybciej zapomnieć, że takowa data widnieje w kalendarzu…


 

2-3.


Depeche Mode - Judas
1993

1.

Judas

Is simplicity best
Or simply the easiest
The narrowest path
Is always the holiest
So walk on barefoot for me
Suffer some misery
If you want my love
If you want my love

Man will survive
The harshest conditions
And stay alive
Through difficult decisions
So make up your mind for me
Walk the line for me
If you want my love
If you want my love

Idle talk
And hollow promises
Cheating Judases
Doubting Thomases
Don't just stand there and shout it
Do something about it

You can fulfil
Your wildest ambitions
And I'm sure you will
Lose your inhibitions
So open yourself for me
Risk your health for me
If you want my love
If you want my love
If you want my love
If you want my love


piątek, 10 października 2008

Na krawędzi. Znów staję na krawędzi. Zaczynam się bać. Tłumię emocje. Staje się bez emocjonalny. Osoba którą tak bardzo kocham. Osoba która otacza mnie całym swoim życiem. Osoba dzięki której po prostu mogę żyć! Żyć jak każdy człowiek, po prostu istnieć i pozwalać sobie ciągle na bycie idiotą, na zabawę, na piątkowe wyjścia na miasto. Dzięki której mogę być dalej darmozjadem. Dostała dziś znów kryzy ciśnieniowej. Przestały działać leki. Przyjechało pogotowie. Spakowała się cichutko. Powiedzieliśmy sobie dowidzenia. Pojechała. A ja znów wiszę na krawędzi. Godzinę temu zostałem sam w domu. Kolejny raz. Kolejny raz okazuje się jak bardzo jestem bezradny, jak upośledzone dziecko. Jak bardzo jestem uzależniony, jak bardzo niesamodzielny. Jak szybko mogę zginąć. Teraz tylko czekam na świt…

wtorek, 07 października 2008

Dzisiejszy wpis jest z pewną dedykacją. Jest ona dla Krystka. Jest ona dla Michała. Dla tych którzy ulegli, – którzy nie wytrzymali presji. Miesiąc temu K. zlikwidował swojego niesamowitego bloga – brakuje mi go. Ostatnio też poddał się M. Wiem że nie jest lekko. Wiem że czasem to wszystko tak potwornie boli. Ale też wiem i mam w to wiarę, że istnieje gdzieś nadzieja. I tej nadziei wam chłopcy życzę. Aby się wam szczęściło i aby wszystko było dobrze, bo musi być dobrze, bo będzie dobrze… Na pewno!


Co w moim życiu? Hm, coraz bardziej widzę, jakim jestem debilem. Mam już plan zajęć. Tylko wtorki trzy zajęcia – reszta dni wolna – niby mało! Niby fajnie – będę teraz mógł sobie poszukać pracy itd. Dziś ustalono mój plan na seminarium. Byłem jedynym studentem z piątego roku, który się zjawił. Reszta olała totalnie pierwsze zajęcia – i miała rację. Więc oczywiście ja mam za tydzień referować postęp w pracy magisterskiej, – czyli co zrobiłem przez wakacje. A co zrobił Koffie przez wakacje? Nic kurwa nie zrobił. Do książki nie zajrzał nawet debil jeden. Do żadnej, która by się do tematu pracy odnosiła. Więc co się stanie we wtorek 14 października? Heh nastąpi publiczne harakiri – tylko jeszcze muszę znaleźć swojego sekundanta (kaishaku), – który odetnie mi łeb, gdy wbiję już Tantō w brzuch i rozetnę od lewej strony. Tak, gdybym dziś uciekł – to nie było by tego wszystkiego! Gdybym był tak sprytny jak wszyscy. Ale ja zawsze byłem naiwny… Totalnie naiwny. Gadałem dziś jeszcze z Malwiną, która wróciła z Turcji i opowiadała, jakie ona ma teraz szanse i jak szasta kasą na lewo i prawo, którą tam przez pięć miesięcy zarobiła. Zabrała mnie na piwo i fundowała… A ja poczułem się jak totalne zero. Jak totalne zero. U mnie od lat nie zmieniło się nic. Nic nie zrobiłem, nic pewnie nie zrobię, nic nie potrafię, do niczego się nie nadaję, kompletne dno. Ale dobrze, że chociaż wiem na czym stoję, że nie mam wobec siebie żadnych złudzeń…

切腹
poniedziałek, 06 października 2008

Ludzie. O ludzie!!! Czego to się człowiek dowiaduje od tych mądrych studentów. Każdy dzień przynosi nowe zaskoczenia. Większość z tej jakże kiedyś ambitnej młodzieży, – nie widzi się dalej na kierunku, który obrali (w tym ja). Już biadoli o tym, że minimum za dwa kafle do pracy chcą iść po zdobyciu boskiego mgr., a jeśli nie to uciekają z Polski choćby do Emiratów Arabskich, – by tam dostać osiemnaście tysięcy (w tym ja). Jeszcze inni odkryli nowe talenty i angażują się do naukowych kół, albo wręcz przeciwnie krytykują swoje przeszłe zaangażowanie i uważają za idiotów wszystkich, którzy teraz mają parcie na bycie tym (niby) kimś… A ja znów oczywiście wyszedłem na debila, albowiem czekałem godzinę na zajęcia dziś o 14h. Okazało się, że tych zajęć nie ma. Bo dopiero we wtorek, czyli jutro na seminarium wyznaczą nam plan. I od tego dnia zaczną już wszystkie się regularnie odbywać. Ze wszystkich zaskoczeń studenckich, jedno mnie rozbiło maksymalnie! A mianowicie to, iż jeden z pilniejszych studentów (mój kolega jeszcze z LO) – nominowany już na nowego szefa studenckiego koła naukowego, – skrajny działacz katolicki Przemo, – bierze urlop dziekański. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, iż chłopak  tak się wczuł w rolę, że jedzie na roczną misję katolicką do Kazachstanu nawracać! Hm wiem skądinąd, że ostatnio rzuciła go dziewczyna – może klerykiem został? W każdym razie jest już niesamowita plota, i zapewne kilka najbliższych dni, ją porządnie rozdmucha. Sam jestem bardzo ciekaw jego motywacji - kurcze nic nie wskazywało, że zdobędzie się na taki krok. Ja pier... to Kazachstan jest do cholery! Życie można tam stracić!!! 

niedziela, 05 października 2008

Święta, święta i po świętach. Przeminęło. Jak przemija wszystko. I wróci, jak wszystko powraca. Trzy dni festiwalu obfitowały w multum emocji i atrakcji. Piątkowy wernisaż z czerwonym wytrawnym winem i przekąską na wystawie prac konkursowych. – W towarzystwie organizatorów, młodych rysowników i scenarzystów, studentów ASP z kilku miast polski, szalonych pasjonatów… Hm i taki mały ja wijący się gdzieś tam wśród nich. Potem szalałem całą noc w Przechowalni i Kebab House do piątej rano, – było naprawdę uroczo. Sobota to dramatyczna pobudka rano, po dwóch godzinkach snu. Potem szybka toaleta i znów konwentu szał. Giełda na której wydałem…hm dużo, – dlatego coraz mocniej boli mnie brak nowego źródła finansowania. Spotkania z autorami, ludzi tłum, tłum ludzi. Po raz pierwszy stałem w kolejce po bilet, aby wejść na festiwal! Autografy! W sobotę zależało mi na dwóch; od Mawil’a i Moebius’a. Pierwszy był Mawil, który trzasnął mi autograf z rysunkiem „funny bunny” na wydanej na konwent jego pracy dyplomowej „Wir können ja Freunde bleiben” (pol. Możemy zostać przyjaciółmi) – wydanej przez Kulturę Gniewu. Drugim bardzo ważnym i oczekiwanym był Moebius. Geniusz, mistrz – najpierw w dużym kinie opowiadał o genezie swojej potrójnej graficznej osobowości. Przemiły siedemdziesięciolatek wskazywał żartobliwie, iż za młodu spożywał dużo grzybków halucynogennych i palił haszysz i że przez to się tak roz-troił. No i dostałem upragniony wpis mistrza!!! – Tak-Tak – tylko dzięki Wojtkowi którego spotkałem pierwszy raz po dwóch latach. Wojtek to kumpel z tzw. licealnych lat, pasjonat, koleś pozytywnie zakręcony, któremu nigdy nie znika uśmiech z twarzy i jest podobnie upośledzony komiksem co ja. I bardzo mnie to ucieszyło, że go spotkałem. Ale nie był to koniec niesamowitych spotkań. Bowiem dzięki magicznej sile internetu – jakiś czas temu nawiązałem kontakt z mistyczną Maganuną, – która też planowała wybrać się na konwent i zakładaliśmy, że może jakoś na siebie wpadniemy mimo sporej ilości ludzi. I tak się stało. Oto poznałem MistycznĄ Maganunę!!! I powiem wam, że byłaby ona świetną pokerzystką! Ale pominę ten wątek… I tak w trójkę znów pobiegliśmy przez ŁDK, potem na giełdę – a potem Maganuna sobie poszła... Znaczy Wojtek pilnował miejsca po autograf od Moebius’a (czyli zwykle na półtorej do dwóch godzin przed ich rozdaniem), a w tym czasie ja postanowiłem coś zjeść i Maganuna mnie kawałek odprowadziła i dopiero wtedy (definitywnie) sobie poszła. A ja zdobywszy wielki trakt Piotrkowski zadumałem się po raz kolejny ogromnie tegoż dnia. I kolejne spotkanie trzeciego stopnia nastąpiło. W ulicznej kababodajni spotkałem znajomego z pracy (z zakładu) Tharka (Tharkana). I ów przemiły Marokańczyk wytłumaczył mi, iż 30 września powiedzieli mu w maszynkowni, że to już koniec (nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść) i jeśli nie ma żony polki to nie może podjąć pracy od października. Nie wiem dokładnie, o co chodzi ale okazało się, że zwolniono wszystkich obcokrajowców którzy nie mają usankcjonowanego statusu prawnego na terenie polski. Weszło jakieś ostre prawo od pierwszego października. – Nie wiem jakie i czy to nasz domowy wymysł, czy też ogólnoeuropejski. Tak więc wszyscy obcokrajowcy z zakładu zostali bez uprzedniego poinformowania wyrzuceni na ryj. Co za kuriozum!!! A wracając do konwentu to po wszystkich autografach i wysłuchaniu megalomańskiego wywodu Grzegorza Rosińskiego (jednak alkohol w Kaliskiej mu nie służy), pobiegłem jeszcze z Wojtkiem na piwko i tak się skończyło, – sobotnie szaleństwo – wieczorem późnym. Dziś był dzień, w którym planowałem zdobyć tylko jeden, ale to super ważny autograf od Milo Manary, więc po wystaniu dwóch i pół godziny jako piąty w kolejce go otrzymałem wraz z rysunkiem. Manara okazał się super miłym starszym panem, – bez żadnego wywyższania się, i robienia z siebie niewiadomo czego. Jako szóstego upchnąłem też Wojtka, choć się pojawił sporo później niż ja – ale tłum się jakoś nie burzył. A Wojtek (bo Manara dawał tylko pierwszym 20 osobom wpis z rysunkiem) z wdzięczności obiecał mi wódkę, – oczywiście nie zapomnę mu tej obietnicy! Kiedy Wojtek pojechał – (UWAGA) zjawiła się znów mityczna Maganuna, – pozbawiona już swojego sobotniego mistycyzmu. Postanowiliśmy jakoś zdobyć autograf Rosińskiego, który prowadził warsztaty – no i się udało. Poczym pobiegliśmy wysłuchać spotkania z Manarą po jego sesji autografów. Ostatnie pytanie do mistrza oznaczało zakończenie 19 festiwalu komiksów w Łodzi. Opuściliśmy ŁDK, – a chwilę smutku i poczucia przemijalności – zagłuszyła Maganuny opowieść o zbiorczym czarnobiałym wydawnictwie Thorgala w Serbii. Który jest podobno strasznie drogi. Ale ciekawym było dla mnie to, iż w dość biednym kraju takim jak Serbia rozwija się niszowy rynek komiksowy. (Niszowy bo w całej europie środkowowschodniej komiks uważny jest generalnie za źródło zła i odmóżdżenia, a tym samym tępiony i pogardzany – ale jednak zaczyna sobie istnieć – Hurrraaa!!!! naprawdę fajnie). Bo kultura wiecznie żywą... Doszedłem na koniec z Maganuną do mrocznej bramy – gdzie przepadła, a sam wróciłem do domku. Ach co za cudowny weekend. Tylko dlaczego się już skończył???                     

 
1 , 2