o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
środa, 30 września 2015

26.mfkig

Wystawy:

"Wystawa ilustracji i plakatu Bartosza Kosowskiego" - łodzianina znanego bardziej za granicą niż w kraju. Jego prace były wielokrotnie wyróżniane w takich konkursach jak New York Festivals Awards, American Illustration, czy European Design Awards oraz publikowane w prestiżowych wydawnictwach Taschen („Illustration Now! 4”) oraz Lürzer’s Archive („200 Best Illustrators Worldwide 2011/2012”). Natomiast plakat do „Lolity” Stanleya Kubricka, przygotowany na wystawę w San Francisco, otrzymał złoty medal Society of Illustrators New York w kategorii Advertising.

"Daniel Baum: Ujawniamy historię". Wystawa ta (powstała przy współpracy ze scenarzystką Pauliną Królikowską) ma za zadanie w różnorodny i angażujący sposób przybliżyć tematykę mniej powszechnie znanych kart polskiej – i światowej – historii. Zwłaszcza z czasów II wojny światowej. Dzięki zastosowaniu na ekspozycji różnych technik – od malarstwa, poprzez komiks i instalację artystyczną - chcemy zaciekawić i poruszyć odbiorcę skłaniając go do refleksji nad losami zwykłych ludzi, którzy trafili do nazistowskich obozów koncentracyjnych i do ostatnich dni swojego życia próbowali uporać się z obozową traumą.

"Ilustracje do gier fantasy" to wystawa zbiorowa sześciu freelancerów tworzących na potrzeby rynku gier. Dzięki tej ekspozycji poznamy barwne i zaczarowane światy odległych planet, ale też i mroczne wizje z wnętrza podświadomości...

"Bartosz Sztybor – scenariusze". Bartosz Sztybor to dziennikarz, publicysta, krytyk filmowy, a przede wszystkim jeden z aktywniejszych polskich scenarzystów komiksowych. Wielokrotny laureat konkursu na krótką formę komiksową na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi. Współpracuje m.in. z Sebastianem Skrobolem, Andrijem Tkalenko, Piotrem Nowackim.

"20 plansz na 20-lecie Śledzia". Michał „Śledziu” Śledziński to jeden z najbardziej rozpoznawalnych współcześnie komiksiarzy. Rozgłos przyniosła mu seria „Osiedle Swoboda”. Przez lata jako redaktor naczelny tworzył legendarne czasopismo Produkt. Wykreował także parę komicznych postaci: Fido i Mel (historyjki te publikował na swych łamach m. in. Świat Gier Komputerowych).

"Wiedźmin czyli Geralt z Rivii zwany Białym Wilkiem". Narodziny tego bohatera to grudzień 1986 roku, kiedy Andrzej Sapkowski opublikował opowiadanie „Wiedźmin”. Był to przełom dla polskiej fantastyki, a postać Wiedźmina stała się niemalże jej symbolem. Znaczącym punktem okazała się również premiera gry komputerowej wydanej przez firmę CD Projekt RED. Nasza wystawa w barwny sposób opowiada jak przebiega proces powstawania postaci: od konceptu do gotowych postaci z gier.

Ponadto:

„Historia łódzkiego komiksu prasowego. Wicek i Wacek, czyli długa i kręta podróż dwóch obiboków z Kopenhagi do Widzewa”.

"Wystawa Konkursowa na krótką formę komiksową".

Wystawa memoriałowa „dr Tomasz Marciniak 1966 –2015”. 

„Tomasz Niewiadomski – Ratman”.

Oraz:

"Na plasterki czyli Janusz Christa dla zaawansowanych".

poniedziałek, 28 września 2015

Oglądaliśmy z I'! Najpierw piękny i żółty gdzieś do północy, świecił tak mocno, że przy zgaszonych światłach było dosłownie jasno. Ale zawsze tak jest przy pełni. Potem pobudka po godzinie drugiej - poszliśmy na dwór, że niby z psem. Wtedy zaczął się spektakl zaćmienia księżyca. Bardzo szybko wszystko szło, po jakichś 40 minutach mieliśmy więcej niż połowę tarczy w czarnym cieniu. Następnie wstaliśmy po czwartej - wtedy widok był iście upiorny. Na czystym i gwiaździstym niebie dominowała ciemnoczerwona kula z lekko rozjaśnionym półksiężycem widocznym w obrębie tarczy.

Zjawisko piękne i tajemnicze. Nie możne było oderwać wzroku, mimo potwornego chłodu nocy. Pomyślałem, że gdybym żył te dwieście, czy pięćset lat temu, a już z pewnością w czasach starożytnych, to zjawisko napawałoby mnie lękiem. Nie dziwię się więc, licznym proroctwom i przepowiedniom, od najdawniejszych czasów aż po dziś dzień - czerwony jak krew księżyc mógł być złowróżbny. A wszelkiej maści astrologowie - musieli na tym zjawisku zbijać niezłą kasę, od wystraszonej gawiedzi.

Warto było nie wyspać się tej nocy, by na własne oczy ujrzeć to zjawisko, o wiele bardziej wyraziste i tajemnicze, niż fotki pokazywane w TV. A po czerwonym księżycu - przeczytałem do snu jeszcze garść przepowiedni - jakie towarzyszą obecnemu, kończącemu trwającą od kwietnia 2014 roku tetradę zaćmień, a jest się naprawdę czego bać...     

piątek, 25 września 2015

Queen inaczej. Odkrywam, dziś już uznany za kultowy, a jednocześnie najbardziej zapomniany przez fanów Queen, album Flash Gordon z 1981 roku. Dlaczego zapomniany? Bo była tam właściwie jedna piosenka, resztę krążka wypełniły tematy instrumentalne, tematy które po latach zaczęły przewijać się jako ciekawostki w różnych filmach, na przykład TED z 2012 roku. I wcale to nie brzmi tak dziwnie i niezjadliwie jak się wydaje. Ot prawdziwa Qłinowa ciekawostka...


 

Wczesna wersja utworu Football Fight, która w tej wersji nie pojawiła się na płycie. 

środa, 23 września 2015

To polskie piekło najlepiej komentują komiksiarze i satyrycy. Koza i Dąbrowski.

koza

dąbrowski

wtorek, 22 września 2015

Jestem zwolennikiem przyjmowania do Polski syryjskich uchodźców. Jestem zwolennikiem przeprowadzenia w naszym kraju otwartej debaty w tym temacie. Dlatego chciałbym przytoczyć dziś dwa głosy w tej potrzebnej dyskusji. Pierwszy to głos znanej publicystki, obecnie mocno lewicującej, a jednak rozpoczynającej swoją karierę w radykalnych prawicowych mediach, a drugi to głos multimedialny - starający się rozwiać liczne obawy odnośnie syryjskich uchodźców.

1.

Nie jestem specjalistką od kultury arabskiej, ale za to pilnie śledzę wiadomości ze świata. Nie są wymysłem oszalałych prawicowców gwałty popełniane w ośrodkach dla uchodźców i na obywatelkach krajów, które uchodźców przyjmują (na przykład Niemkach) . Nie są wymysłem mordy popełniane w imię Allacha, ani muzułmańska policja obyczajowa spacerująca po ulicach wielu europejskich miast i pouczająca Europejski, że mają niewłaściwy (zbyt odkryty strój). Dlatego tak, czuję niepokój.


Nie jestem w stanie wskazać ani jednego kraju europejskiego w którym muzułmanie całkowicie by się zasymilowali i zaakceptowali nasz europejski system wartości, nie jestem w stanie wskazać kraju, gdzie wtopiliby się z szacunkiem w tłum tych, którzy ich przyjęli, dając im prawo, żeby we własnym domu byli panami (na przykład nie mając pretensji o kpiny z religii, które są częścią europejskiej i szerzej – liberalnej tradycji i debaty publicznej).

Chciałabym, żeby ktoś odpowiedział na moje pytania i przytoczył wiarygodne dane, jeśli uważa, że moje lęki są wyrazem uprzedzeń i nie mają podstaw – w takim wypadku chętnie i z ulgą zmienię zdanie i zupełnie, w stu procentach przestanę się bać. Jeśli nie, jest dla mnie jasne, że dokładnie i precyzyjnie trzeba przedyskutować i ustalić: komu i jak pomagamy, zanim pomagać zaczniemy. I nie chodzi o uchodźców, których mamy przyjąć dziś – bo jak wyliczyła Sylwia Kubryńska z Gazety Wyborczej – dziś na jednego Polaka przypadłoby 0,002 uchodźcy. Chodzi o wszystkich, których nieuchronnie będziemy przyjmować w przyszłości, o cały system społeczny, który musimy (tylko jak?) w tym celu przekształcić i do tej sytuacji dostosować. Chodzi o prognozy, jak to wpłynie na nasz styl życia, wartości i zasady. Na naszą kulturę.


Nie potrzebuję emocji i łajania mnie za nietolerancję, nie potrzebuję też straszenia. Jestem otwarta, chętna by pomagać i gotowa do dyskusji. Chcę jednak wiedzieć, dlaczego ja – jeżdżąc do krajów arabskich – dostaję przewodnik jak się zachować i ubrać, żeby nie obrażać tubylców, a oni nie dostają żadnego, gdy przyjeżdżają do nas. Jeśli dostają, to chcę go przeczytać.

 

2. 

23:25, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »

b1

b2

b3

 

W niedzielę 20-go września 2015 roku pożegnaliśmy kino Bałtyk. Ostatnie kino PRL-u. Choć istniały kina w miejscu obecnego Bałtyku, już od 1927 roku, dopiero Bałtyk oddany do użytku w połowie lat 50-tych XX wieku, stał się obiektem kultowym. Było to między innymi za sprawą największej wówczas sali kinowej w Polsce, mieściła bowiem ponad 470 miejsc plus 120 na balkonie. Ukryty w jednym z podwórek centrum, był najważniejszym kinem w mieście aż do końca lat 90-tych. Firma Helios, która nim zrządzała była spadkobierczynią pozostałych dużych, PRL-owskich kin w mieście, stopniowo przegrywała jednak z konkurencją nowoczesnych multipleksów. Stare kina pozamykano – jako jedyny ostał się Bałtyk. Aż do ostatniej niedzieli – kiedy po kilku darmowych dniach pożegnalnych, o godzinie 20-tej wyświetlono ostatni seans. Zamiast Bałtyku, Helios otwiera własny multipleks i dla starego kina – nie ma racji bytu.

b4

Z tym kinem wiąże się lwia część mojego dzieciństwa. Ileż tu widziałem filmów. Wreszcie to do tego kina, jeden, jedyny raz zabrał mnie ojciec w 1994 roku. To tu chodziliśmy z klasą na „polskie superprodukcje”, na których z nudów albo część klasy spała, albo rozrabiała. To tu, po remoncie, w połowie lat 90-tych na balkonie zamontowano podwójne kanapy (dla zakochanych jak mawiano). To tu, spity jabolem, z moim najlepszym wówczas kumplem – robiliśmy pierwszy maraton filmowy (przespałem tylko pierwszy film, reszta była super)… 

To tu byliśmy z I' w nasz pierwszy nowy rok w 2009.  

b5

b6

b7

sobota, 19 września 2015

Nie musisz być ani bogaty, ani mieć super samochodu, ani żyć na wysokim poziome w dobrobycie, nawet nie musisz być przesadnie piękny, nie musisz mieć wywalonego wielkiego domu, ani nie musisz mieć opłacanych rachunków przez starych by być szczęśliwym, by kochać i być kochanym. W takiej sytuacji, parafrazując słowa piosenki Pet Shop Boys, udało mi się znaleźć. Nie mam wielu tych wspaniałości, które chyba nie są aż tak do końca wspaniałe jak się wydają – kiedy przeglądamy foldery reklamowe perfekcyjnego życia made in IKEA. Życie nie jest w cholerę perfekcyjne. I za każdym rogiem coś na nas czyha, czasem nic groźnego, ale wystarczy, że nie chce się od nas odczepić – mała uciążliwość – aby zepsuć nam samopoczucie na długo. Nie poprawi go nam materialny substytut szczęścia, plastikowa lalka czy sylikonowy chłopak. Dlatego wbrew pozorom jestem bogaczem – mam wspaniałą miłość (z krwi i kości). 

Tak to się chyba nazywa? Miłość! Nie wiem? Tylu ludzi myli miłość i umniejsza ją do jakichś aktów i wybryków erotycznych. A dla mnie jest ona najcenniejsza wtedy, kiedy za oknem wali śnieg i jest totalnie ponuro, i zamiast myśleć o następnym dniu mogę zasnąć wtulony w drugiego człowieka, obok. Jeszcze lepsza jest miłość wtedy, kiedy następnego dnia – przypominającego noc – jemy razem owsiankę, zapijając ją gorącą herbatą, razem dodajemy sobie energii na ten zimowy, paskudny dzień. Albo kiedy planujemy wieczór, omawiamy plany spotkań ze znajomymi, wakacje czy najbliższy weekend. Taka przyziemność, wypełniacz między tymi wszystkimi aktami i ekscesami dla nastolatków. Gdzieś w środku dalej jesteśmy dzieciakami i wciąż podniecają nas głupawe rozrywki i oby tak było zawsze, ale to, co udało nam się odnaleźć, po tych wszystkich latach, to jest właśnie ten poziom wyżej, godny chyba tej nazwy na m. 

Jak powiedział mój I’ nie życzymy nikomu takiej miłości jak nasza, ani takiej nudy, jaka nam codziennie towarzyszy. Nasza relacja trwa tyle lat chyba dlatego, że ciągle potrafimy się zaskakiwać, pomimo upływu czasu. Nasza rutyna jest naznaczona dość częstymi wybuchami wulkanów naszych temperamentów (to nie są często jednodniowe humory, czasem to Eyjafjallajökull). Ale to pozwala na spuszczenie tylu napięć, że przyszłość po daniu ujścia tym złym emocjom, wydaje się tylko i wyłącznie świetlista. Dzięki I’ złagodniał mój wrodzony pesymizm. A dzięki mnie, I’ nauczył się obsługi karty kredytowej – bo jak mówi (siedząc obok mnie i śmiejąc się z pytania, co dzięki mnie zyskał) przede mną jej nie potrzebował. Tak się kochamy – dla niektórych nie do przyjęcia, bo czasem potrafimy po sobie jechać przy publiczności – tacy jesteśmy. Dla młodych ciotek, które swoje związki liczą w tygodniach – jesteśmy wykopaliskiem, tworem archaicznym. A dla nas? Nie czujemy wcale tych lat, serio, wszystko zaczęło się jakby wczoraj. No dobra może maksymalnie ze dwa lata temu – ale nie siedem, no fucking way! 

Dziś jest nasza 7 rocznica!!! Od wczoraj świętujemy. Martini do dobrego gejowskiego filmu. Spojrzenia w oczy, ach oh itd. A dziś, jak od lat, kolacja przy… dobrym jedzeniu. Wbrew teorii Michela Houellebecqa, dla nas dobre jedzenie nigdy nie było substytutem seksu, od początku szło w parze.

No dobra nie będziemy tacy podli, wam też życzymy miłości, na warunkach, jakie wam odpowiadają…       

7lat

środa, 16 września 2015

W wolnym dniu pojechaliśmy z I’ do jego matki rodzinnego domostwa, aby dojrzeć jej psa Tolisława. Tolek jest dość wielkim kundlem z jakiejś postowczarkowej krzyżówki psiej. Jest wielki i ciężki, można na nim jeździć. A mimo że ma ogród i w nim swoje miejsce – w którym załatwia najpilniejsze z potrzeb – woli wybiegać się nad rzeką i w lesie. Stąd zabraliśmy dziś psa na takowy spacer. A że zeszło ze zwierzakiem więcej czasu niż się spodziewaliśmy, to został nam ostatni wieczorny bus do miasta.

Busy to wyjątkowo niewdzięczny środek transportu. Nie dość, że wygryzły regularne PKS-y, to jeżdżą jak chcą, nie trzymając się wyssanych z palca rozkładów, brudne i zupełnie niekomfortowe. Ot pozostałość dzikiego kapitalizmu lat 90-tych, kiedy prywatne oznaczało, że coś jest byle jakie. A że konkurencji brak, bo wioska matki I’ położna jest na uboczu ważnych szlaków komunikacyjnych, a ważniejsi gracze biją się o główne drogi, te poboczne zostawiając panu Ryśkowi czy Mietkowi, którzy kupili sobie do spółki trzy pojazdy z 10-15 lat temu i zostali monopolistami trasy, zatem jeździmy na warunkach tych panów, czyli czasem wcale. Bo nie. Bo się nie chce, bo pewnie będzie mało ludzi, to mam ich w dupie i parkuję pod domem i cześć.

Niestety, ta praktyka w ostatnim czasie spotyka wieś, w której dziś byliśmy, spotka też czasem mojego I’, kiedy nie ma go kto podrzucić na najbliższą krańcówkę miejskiego autobusu czy innego tramwaju, które kończą na rogatkach, a 30 kilometrów naprawdę nikt nie ma ochoty iść po zmroku. Ostatnio I’ musiał zostać w domu matki na noc i wracać porannym kursem o 6 rano. Doświadczeni tymi przygodami wyruszyliśmy na dzisiejszy bus z dwudziestominutowym zapasem. Na przystanku doczekaliśmy naszego czasu odjazdu, po czym odliczyliśmy uczciwy czas na spóźnienie itd. Wtem minął nas bus nie zatrzymując się na przystanku. WTF? Jesteśmy na dzikiej wsi, wiele godzin marszu od cywilizacji, noc zapada, latarnie na ulicach palą się co któraś (w żadnym wypadku każda). Dostajemy kurwicy. Obwiniamy się, że powinniśmy iść na wcześniejszy, o godzinę kurs – on by na pewno był. Co teraz, mamy tu zostać i wstać po 5 rano, potem dosłownie zapier…ć na bus, do domu, świeże ciuchy, a potem normalnie jak gdyby nic do pracy? Przecież ja po czymś takim byłbym gotów zabić! Wtem, I’ dzwoni do swojego ojca. Tato przyjedź po nas (ojciec mnie osobiście nie zna, mimo blisko 7 lat naszego związku z I’). Ojciec I’ mieszka w centrum miasta, więc aby po nas przyjechać i zabrać nas z powrotem musi zrobić z jakieś 70 kilosów. A on się po prostu zgadza, za godzinę będzie! To nie był typowo kochający ojciec, I’ stracił z nim kontakt w wieku 5 lat, po rozwodzie został na stałe z matką, a ojca dostawał, co dwa tygodnie i na wakacje. To nie jest modelowy układ. Zwłaszcza, że jeszcze w tej historii pojawiłem się ja. Nieznośny szczegół, o którym ojciec nigdy nie wspomina. A mimo tych wszystkich tak uwielbianych niedoskonałości – spracowany ojciec I’, któremu nie po drodze z wyborami jego syna, mówi, że rusza, że mamy zaczekać, będzie. Jakiż to ludzki i wspaniałomyślny uczynek. Mógł odmówić – jesteśmy dorośli, korona by nam nie spadła, jakbyśmy sobie wstali z kurami. A jednak, dobrzy ludzie są tam gdzie nawet się tego nie spodziewasz…

Po telefonie do ojca, przyjechał właściwy, dużo spóźniony bus. Pojechaliśmy nim, odwołując tatę I’. Uff – pomyślałem – co bym mu musiał powiedzieć na powitanie? Cześć tato, zaparzyliśmy ci herbatkę…?      

sobota, 12 września 2015

Dziś wypadają 63 urodziny Neila Pearta – perkusisty grupy Rush. I kolejny rok zleciał. Nie wiadomo kiedy? Z racji, że zespół wypoczywa po ostatniej trasie koncertowej, ja postanowiłem zagłębić się w przeszłości Neila, nie do końca z jego macierzystym zespołem związanej. Wszyscy mamy jakichś idoli, ale nie wszystkim nam, jest dane uczyć się od nich na osobistych lekcjach, lub jak w tym przypadku grać z jazzową grupą owego idola. Tak oto Neil Peart gdzieś w dalekim już 1991 roku występuje z The Buddy Rich Big Band – w motywie zawierającym perkusyjne solo Cotton Tail. Sto lat!

 

środa, 09 września 2015

A więc mamy. Kukiz upokorzony, PO na pozycji straconej. Kaczyński odbiera w Krynicy tytuł człowieka roku i zapowiada, że demokracja wkrótce powróci do polski. To znak, że wraca normalność – zapowiada hodowca kota. Jaka normalność? Nagroda 'Człowiek Roku' Forum Ekonomicznego w Krynicy dla Jarosława Kaczyńskiego!!! To żałosne jak elita polskiego biznesu wchodzi w... , liderowi opozycyjnej partii, która idzie po zwycięstwo w październiku 2015. Człowiek budzi się rano i nie może się odnaleźć. Gdzie ja jestem?

TV nadaje informacje o uchodźcach. Raz pokazuje ich, jako najbardziej uciśnione jednostki na świecie, a raz, jako agresywną hordę wyrzucającą wodę i jedzenie. W internecie szaleje sztorm nienawiści, ludzie usuwają się ze znajomych, albo blokują na portalach społecznościowych. Fanatyzm rośnie ze wszystkich stron. Sam biję się z myślami, aby nie wysmażyć pikantnego tekstu o skrajnościach – zwłaszcza o przerażającej mnie i chorej działalności skrajnych lewaków. Tak właśnie, do prawackich półmózgów się już przyzwyczaiłem, no właśnie, bo w większości to pozbawione refleksji bydło, ale wyrachowani ultra lewaccy oszołomi, którym nie można odmówić oczytania, są jeszcze groźniejsi. Zwłaszcza Ci o rysie socjalistycznym, którzy nawołują do bezrefleksyjnego przyjmowania do Europy wszystkich emigrantów z bliskiego wschodu. Nie dość, że są (ci lewacy) oczywistym zagrożeniem dla ładu społeczeństw zachodnich, to jeszcze działają jak odbezpieczony granat dla środowisk lewicowych, ich działanie rozbija ruchy lewicowe, sprzyjając wzrostowi i radykalizacji tendencji prawicowych. Trzeba się zastanowić, do którego momentu powinniśmy zgadzać się na bezkarne wzniecanie ognia przez takich ludzi? Jestem od zawsze lojalistą o zapatrywaniach wolnościowo-konserwatywnych i uważam, że bezmyślne, ideologiczne, burzenie ładu społecznego, jaki panuje w Europie doprowadzi do katastrofy. Zmiany są procesem. Przygotujmy procesy i trzymajmy się litery prawa, weryfikujmy napływających tu ludzi! Przyjmujmy i asymilujmy, a nie twórzmy getta w myśl socjalistycznych utopii, nie pomożemy wszystkim.

Po raz pierwszy w historii tego bloga muszę pochwalić pomysł kościoła katolickiego, jedna rodzina na parafię. Szkoda, że ten pomysł nie przejdzie przez gardła polskich prawackich polityków, ale tą metodą moglibyśmy wziąć i 40 i 50 tysięcy uchodźców. A potem rozważyć, czy chcemy, jeśli i oni by chcieli – pozwolić im zostać na stałe. Jeśli by nauczyli się języka i posłali dzieci do polskich szkół. Tylko czy rzeczywiście mamy do czynienia z uchodźcami? Rozumiem, że złe Węgry, bo policja bije, jeśli napływowi łamią prawo i uciekają z obozów, bo dziennikarki biją (i takich ludzi powinno się od razu karać). Ale przecież złe są Włochy, Grecja, Bułgaria, Rumunia, Słowacja i Chorwacja. Emigranci krzyczą „Germany! Germany! Germany!”. To budzi moje zdziwienie. Tak samo jak nagły, radykalny, wzrost napływu emigrantów od połowy 2014 roku. Wojna w Syrii trwa od 2010 roku. Jakie mocarstwowe aspiracje i cele stoją za tym, że nagle Turcja otwiera granice, Rosja wysyła wojennych konsultantów do Damaszku, linia Waszyngton-Moskowa rozgrzewa się do czerwoności? Będzie tam interwencja militarna? Będzie podział terytoriów syryjskich i Turcy bardzo proszą, aby przypadł im kawałek syryjskiego Kurdystanu, żeby Ankara mogła tam oczywiście stworzyć silną autonomię dla tego państwa, tak? Możemy mnożyć teorie, w krótce zrealizują się jakieś tajne plany waliki o władzę i wpływy…       

23:58, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2