o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 29 września 2012

Eh, a jednak wpis polityczny jest potrzebny. Dziś byliśmy świadkami faszystowskich marszy pod wezwaniem trumien, solidaruchów, fanatyków-radioodbiorników – grupy która próbuje wmówić reszcie społeczeństwa, że dzieje się tak źle, że trzeba nowej władzy. Co za bzdury – jest tak samo źle jak było kiedyś i równie dobrze jak ostatnio – to znaczy, że nic się takiego nie dzieje, aby trzeba było odwoływać rządy i zaprowadzać rewolucje. A od 1989 i 1945 i 1918 i 1863 i 1830 i 1815 i 1807 i 1795 roku licząc, żyjemy w naprawdę relatywnie najlepszych czasach dla tego kraju. Oczywiście demokracja ma swoje minusy, znów wybraliśmy złego Tuska, spiskowca i mordercę błogosławionego między świętymi Lecha Aleksandra Kaczyńskiego. Ale moje kochane kato-taliby, to wy nie byliście głosować? No to jak nie byliście to teraz wypad – macie następną szansę w 2015 roku.  Mówię to jako osoba, która nie głosowała na Tuska, ale on jest lepszy niż wódz Kaczyński. Ok, zaczynam powoli wierzyć w teorię spisku obu przywódców prawicy, bo po PiSowskim marszu-straszaku, komu znów wzrośnie poparcie? Partii władzy! I tak dookoła. A jeśliby wybory miałyby być dziś, to pod wpływem emocji – pewnie oddałbym głos na PO – nawet, jeśli to u mnie partia drugiego-trzeciego wyboru. Taki efekt osiągnął swym marszem pan Kaczyński.

 

Do czego to doszło, aby w kraju, w którym nic się nie dzieje złego, agresywni katoliccy-mudżahedini blokowali państwową telewizję? Albo rozbijali pod nią namioty i koczowali jak Apacze? Gdzie są służby? Dlaczego pozwala się, aby tacy fanatycy mogli zakłócać publiczny spokój? Gdzie jest marszałek Piłsudski? Gdzie policja konna lub kawaleria? W latach 30-tych nie karaskano się z manifestacjami zagrażającymi porządkowi publicznemu, a tym bardziej z okupacją i blokadami instytucji państwowych. I wcale nie nawołuję do żadnej brutalności – ale trzeba grzecznie tych państwa poprosić o opuszczenie miejsca okupowanego, a jak dobrowolnie nie zachcą to ich odwieźć w asyście panów z policji i ukarać grzywną.

I mówimy stanowcze NIE dla nacjonalistycznego faszyzmu, dla religijnego faszyzmu, dla socjalistycznego faszyzmu!!!!!!    

 

piątek, 28 września 2012

Nasze miasto właśnie wydało grubo ponad 300 tysięcy złotych na kampanię promocyjną Ł Kreuje. Powstało 5 filmów, w tym 4 dwudziestosekundowe spoty i 1 ponad sześciominutowy filmik - stanowiący rozszerzenie tematu spotów - spajający całą kampanię w całość.

Z założenia akcja promocyjna zrobiona przez jakąś dizajnerską firmę z Wa-wy, ma pokazać ludzi kreatywnych zestawionych z tzw. miejskim planem B. Czyli żadnych atrakcji, nowości, tylko bród, smród i ubóstwo. Prawdziwe oblicze miasta w zestawieniu z ludźmi potrafiącymi tu działać kreatywnie - mimo wszystko.

Tylko ja się pytam, do kogo skierowana jest ta kampania? Dla mieszkańców tego miasta? Dla mieszkańców Wa-wy, Krakowa, Trójki, Breslau, Pozka, Stettin, Ełku, Lublina? No chyba nie, zupełnie nie. U nas nie ma mody na miasta kategorii B. Nikt się nie zachwyca urokiem brzydoty, nikt nie odkrywa miast nieodkrytych, miast autentycznych. Takie odkrywanie zaczęło się w USA i zachodniej Europie. Poszukiwanie miast alternatywnych i anty-mejnstrimowych to prawdziwy turystyczny boóoóom - ale nie u nas. Dla Polaków, dla których ideałem piękna miejskiego - jest wymuskana starówka - najlepiej odbudowana za Gierka z pustaków, lub oryginalna, jakich zresztą są tysiące Tu i Tam w UE, brzydota i autentyzm odrapanych zaułków jest synonimem biedy i zacofania.

To jest prawda. Tu jest bieda i zacofanie, trzeci świat! Ale skoro owe potrafią przynosić komuś zyski, na zasadzie działania porządnego safari - to czemu kierujemy reklamę do targetu, którego taki pokaz nie rozbawi, a co za tym idzie nie zostawi tu żadnych pieniążków. Zatem 300 tysięcy zmarnowano. Zmarnowano też potencjał kilku europejskich i jednej amerykańskiej agencji prasowej, które w ostatnim czasie wybierały ciekawe, niesztampowe, alternatywne, nieodkryte, i warte zobaczenia miasta w Europie. No ale skoro mamy władze, które nie potrafią wbić się w trend i kuć żelazo póki pies z kulawą nogą obwąchał - zamiast tego powielają tylko stereotypy, kierując przekaz do zupełnie straconego odbiorcy - to niech potem nikt nie narzeka na deficyty i brak perspektyw...    

wtorek, 25 września 2012

... czyli nie ma jak Czeska reklama!!! 

poniedziałek, 24 września 2012

Kolejna praca festiwalowa.

Lump.

murale 2012

murale 2012

murale 2012

murale 2012

Tym razem praca wkomponowana w stary mural z okresu PRL.

Aryz.

murale 2012

murale 2012

murale 2012

murale 2012

środa, 19 września 2012

 

Jaki cudownie pochmurny dzień, szary puszysty dywan ciąży ku ziemi. Lekki wiatr muska korony drzew, ale już widać, że szykuje coś grubszego. Będzie deszcz.

Mam dziś wolne. I znów jest ten dzień! Podobny do tego dnia z przed lat, już sprzed lat. Trudno jest mówić o roku czy dwóch – kiedy mijają właśnie cztery lata naszego wspólnego życia z I’. Czas jest zagadkową maszynką, na początku wydaje się że przeżycie roku – jest dużym wyzwaniem, a po czterech latach – cały ten okres zdaje się być banałem… 

Dni mijają jak drzewa posadzone wzdłuż drogi. Drzewa zabójców, samobójców, owocowe, bezimienne i szczeniackie, na które wspinają się dzieci by popatrzeć na gwarne życie ulicy. A tymczasem my pędzimy tą drogą w dal – mijając i zapominając wcześniejsze, mało istotne zdarzenia-drzewa. Pewnie kiedyś się rozbijemy i zabijemy – z powodu brawury, lub braku płynu hamulcowego, ale na dziś – ciągle jesteśmy w drodze.

A pomimo luk w pamięci – z jakiś romantycznych nakazów, choć nie wiem czy ja jestem romantykiem, a jeśli już to traktuję ów romantyzm, jako odtrutkę na jad codzienności, na gorycz międzyludzkich relacji – pomimo tych luk, pamiętamy i czcimy te dni, te najlepsze dni naszego życia. Najpiękniejsze, cieniste w godziny skwarne, najrozłożystsze korony drzew…

Jak zwykle czytam wszystkie stare wpisy rocznicowe, widać w nich zmiany-zmiany jakim podlegało nasze życie i etapy zaangażowania – ta historia jest ciągle nieskończona… A jaki etap mamy teraz? Nie wiem – coś się skończyło a coś zaczyna. Czuję jakiś wewnętrzy spokój, żadnych obaw – oczywiście boję spraw przyziemnych, ludzi itd. Ale między nami panuje niezmącone poczucie bezpieczeństwa. I’ zresztą od zawsze mi je dawał, tylko ja nie zawsze je brałem. Udało nam się chyba spełnić większość dotychczasowych założeń? A nowe są niezliczone. Ot choćby kuriozalnie-przyziemne aby w chwale wrócić (kiedyś) do akwaparku, na którym byliśmy przy okazji pierwszej rocznicy (pisałem o tym), na dziś ten powrót jest niemożliwy i dużo upłynie wody zanim uznam, że w spokoju i poczuciu bezpieczeństwa za znajdujących się tam ludzi - będziemy mogli tam iść :)

Dziś świętujemy. Najpierw idziemy odnowić nasze śluby do tajemniczej podziemnej katedry, a potem na przemiłą kolację – tym razem będzie to Tajlandia. Witaj kolejny 4-ty roku.

A co do kawałka otwierającego wpis to mój kochany I’ - Ty wiesz najlepiej – że dałeś mi wszystko za nic w zamian i dlatego all the days of my life, all the days I owe You…

torcik urodzinowy

 

poniedziałek, 17 września 2012

 

Zaczynam wariować. Niestety to smutna konkluzja, którą wyciągam z ostatnich kilku tygodni. Nie potrafię połączyć – życia prywatnego, zawodowego, znajomych i dziesiątek ludzi, których przychodzi mi codziennie spotkać nie z własnej woli – w jeden strumień świadomości…  

Tegoroczny wrzesień jest szalonym miesiącem, próbuję łapać kilka srok za ogon i wyjść na tym dobrze, rozliczyć się z odpowiedzialności, którą na mnie położono, a przy okazji znaleźć chwilę relaksu. I to mi nie wychodzi.

Festiwal Czterech Kultur, Festiwal Galerii Miejskiej Urban Forms, znajomi, nowi znajomi, rocznice, iwent, którego jestem współorganizatorem w ramach nadchodzącego Festiwalu Komiksu (który dzięki pewnemu nieodpowiedzialnemu idiocie wisi na włosku) a więc od nowa dogadywanie z festiwalem człowieka-czasu-miejsca-promocji-i-prac, ciągłe roszady w grafiku, zapleśniałe płyty pilśniowe antyram (pod tą planowaną wystawę), praca w domu, dom, brak najemcy na mieszkanie, mąż, najukochańsza, chora ciotka, kot i pies – wariuję, ja wariuję.

Nie czytam blogów, nie kończę napoczętych książek, komiksy piętrzą się na biurku, gazety przeglądam po łebkach. Mam ochotę na przerwę, na jakiś łikędowy wyjazd – ale to niemożliwe.

Walczę ze swymi kompleksami i oporami by iść na basen – ale jak dotychczas przegrywam. Wiecie świnie nie potrafią latać, a fale tsunami są zabójcze. Nawet nie potrafię na dłużej utrzymać ciekawych pomysłów, na jakieś tam prywatne teksty, które piszę. Przychodzą mi one do głowy jakoś około 16-tej czy 17-tej, a po dwóch godzinach wszystko zapominam – czarna dziura. Niech już będzie październik, spokój i cisza…  

 

24-go sierpnia ruszyła 2 edycja projektu miejskiej galerii malowideł ściennych Fundacji Urban Forms i już mamy jej pierwsze efekty. Co prawda w tegorocznej odsłonie festiwalu powstanie tylko od 3 do 5 malowideł (w zeszłym było to 6 prac w ramach festiwalu) ale w bieżącym roku - powstały już 3 kolejne prace - również publikowane na tym blogu, więc bilans jest in plus. 

Praca Os Gemeos i Aryz'a.

mural os

mural os

mural os

mural os

środa, 12 września 2012

Dziś 60-te urodziny obchodzi Neil Peart (piirt). Nie wspominam o tym tylko dlatego, że jest świetnym perkusistą, świetnym człowiekiem, podróżnikiem-filozofem... Dla wielu ludzi jest kimś znacznie więcej... 

I’ przed świtem wyjeżdża na Litwę, na konferencję podsumowującą cały projekt dotyczący pracy socjalnej i zdrowia psychicznego w środowisku. Całość projektu chyba opisywałem w styczniu, kiedy mąż leciał na szkolenie do Kornwalii? Z Wysp przywiózł wspomnienie wiosny, kwaśne piwo i octowe chipsy oraz zrelaksowanego siebie. Na Litwę jedzie już zdecydowanie mniejszą grupą i do tego samochodem, na 13-15 godzinną tułaczkę aż do Szawli. Jest to stutysięczne miasteczko opodal granicy z Łotwą i jakieś 80 kilometrów od Kłajpedy.

Podczas finału całości tego brytyjskiego projektu, I’ ma krótko zreferować jeden z nadesłanych przez organizatorów tematów. Stanowi to dla niego nie lada problem, nie tyle językowy, co społeczny. I’ nie lubi mówić po angielsku, ma naturalną barierę, zaciąga polskim akcentem i bardzo go to onieśmiela.

Kiedyś spotkaliśmy się ze znajomą, której chłopak nie mówił po polsku, wtedy mój chłopiec prawie cały czas milczał – odzywając się zdawkowo, i odpowiadając skrótowo nawet na złożone pytania… Ale chyba da sobie radę w tych Szawlach, zwłaszcza kiedy spotka wesołą ekipę z Grecji, z którą dużo było śmiechu w kornwalijskim Dartmorze.

A jednak wyjazd I’ wywołuje we mnie niepokój. Zupełnie irracjonalny lęk. Przecież będę mógł sobie odetchnąć przez nadchodzące 4 dni. Martwi mnie pogoda i prognozy, że ma padać, martwi mnie to że nie znam kierowcy, z którym będzie jechał I’. Takie rodzinne niepokoje. W styczniu bałem się lotu, a potem już niczego – miałem za dużo nowych rzeczy na głowie, a teraz nowe zamieniły się w rutynę. Rutynę szybko wypełnia się strachem. W 2011 roku, kiedy mój chłopiec pojechał na jakieś inne szkolenie, właśnie w okresie rutyny – aż zaskoczył mnie poziom moich lęków, przeżyłem dwie noce jakichś dziwacznych egzystencjalnych rozkmin. Wydawało by się, że krótkotrwała samotność w związku powinna być raczej zbawienna, dla mnie bywa depresyjna. I nie wiem czy to dobrze? Czy aż tak bardzo wrośliśmy w siebie czy może to niezdrowe uzależnienie? Ale zwyczajnie brakuje mi Go, nawet, jeśli na co dzień się zabijamy.    

 

02:22, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2