o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
wtorek, 30 września 2008

Dziś dobiega końca 119 dzień moich wakacji. Ostatni. Najdziwniejszych, najbardziej monotonnych, najbardziej pracowitych i jednych z najdłuższych. Co zrobiłem podczas tych wakacji poza smęceniem na blogu? Odpowiedz jest równie tragiczna jak przesłanie mojego życia – kompletnie nic, totalne dno. Jutro pierwsze zajęcia 8.30. Jak szczypior – muszę iść do ławeczki, powiedzieć ładnie dzień dobry i dowiedzenia, odegrać rolę stęsknionego za wszystkimi. Wypytać muszę – o wszystko; a jak tam, a co tam, a gdzie smażyliście dupy, wy totalne dupy i dupki? Zrobić kilka umizgów, kilka słodkich podlizań, krzyknąć; ho-ho stary jak się cieszę, że cię widzę (o kurwa znów go widzę - nienawidzę)! I takie tam… Ale to nie jest jeszcze takie złe, – przecież się wszyscy kochamy i wspólnie chlamy! Inna rzecz mnie przeraża, – nawet tego nie potrafię wysłowić. Ale po prostu czuję strach, jakiś niewytłumaczalny niepokój i nie daje mi on spać. Czuję piętno jakiejś presji, pewnie oczekiwań – a ja nie mam nic. Wracam tam kompletnie nagi. I boję się, że w końcu wszyscy to zobaczą – moją totalną porażkę…

niedziela, 28 września 2008
19 International Festival of Comics - Lodz. Poland.3-5 October 2008

1991


 

1992


 

1993


 

1994


 

1995


 

1996


 

1997


 

1998


 

1999


 

2000


 

2001


 

2002


 

2003


 

2004


 

2005


 

2006


 

2007

W dniach 3-5.10.2008 odbędzie się 19 Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi

Zaproszeni Goście to:

Jean Giraud (ur.1938) - światowej sławy francuski scenarzysta i rysownik komiksowy, znany też pod pseudonimami Moebius i Gir.

Jest znany z częstego zmieniania swojego stylu rysunkowego. W początkach twórczości tworzył realistyczne opowieści, by później przejść do bardziej fantazyjnej kreski.Jest autorem i współautorem wielu wybitnych serii komiksowych (m.in. Blueberry, Incal, Feralny major, Silver Surfer, Arzach. Współpracował z najbardziej znanymi autorami tego gatunku (m.in. Alejandro Jodorowsky, Stan Lee, William Vance).

Jest twórcą koncepcji graficznych takich filmów, jak Obcy - ósmy pasażer Nostromo, Willow, Tron, Piąty element i Otchłań.Zdobywca m.in. Nagrody Eisnera i Nagrody Harveya.


Milo Manara (ur.1945) włoski scenarzysta i rysownik komiksowy.

Karierę rysownika rozpoczął w wieku 14 lat, rysując paski komiksowe do włoskich gazet. Tworzenie prac z których jest najbardziej znany, czyli komiksów erotycznych, zaczął w roku 1969, od serii "Genius". Komiks stał się na tyle popularny, że w kolejnych latach (1971-1973), otrzymał artysta możliwość rysowania następnej serii, tym razem o erotyczno-sensacyjnych przygodach pięknej piratki Jolandy Almavivy.

Jest twórcą między innymi: "King of The Apes" ("Małpi król"), do scenariusza Silverio Pisu (1976), "HP i Giuseppe Bergman" (1978). Do scenariuszy Hugo Pratta: Indiańskie lato i El Gaucho. 1983r. ukazał się kolejny, klasyczny już dzisiaj album komiksowy Manary, zatytułowany Klik. Jest to komiks erotyczny, którego główną bohaterką jest piękna dziennikarka, Klaudia Christiani. Od wydania i sukcesu "Klika" rozpoczęła się naprawdę dobra passa autora w dziedzinie komiksu erotycznego. Kolejne lata przynosiły dalsze albumy: "Le parfum de l'invisible" ("Zapach niewidzialnego") w 1985, "Candide Caméra" ("Ukryta kamera") w 1988, "Courts Metrages" ("Krótkometrażówki") w 1989. W 1990 r. pojawił się album Podróż do Tulum, owoc współpracy Manary z filmowcem Federikiem Fellinim. Komiks ten jest adaptacją scenariusza Felliniego, który nigdy nie miał szans objawić się w formie filmu fabularnego. W 1992, również we współpracy z Fellinim, powstał album Podróż G. Mastorny, będący podobnie jak Podróż do Tulum, realizacją w postaci komiksu, jednego ze scenariuszy Felliniego. W 1996 został wydany kolejny autorski komiks Manary, który szybko stał się jednym z najbardziej znanych jego dzieł. Chodzi o "Guliverianę", erotyczną i zabawną parodię klasycznej powieści J. Swifta o przygodach Gulivera. Kolejne lata (1997 i 1998) to okres bardzo owocnej aktywności twórczej artysty. Ukazały się wtedy takie albumy jak: "Fatal randez-vous" ("Fatalne spotkanie"), "Kamasutra", "WWW". W tym czasie Manara zilustrował też album zatytułowany "Afrodyta", będący adaptacją erotycznej noweli Pierre'a Louys. Jednymi z najnowszych prac Manary są albumy "La Métamorphose de Lucius" ("Metamorfoza Lucjusza", 1999), "Revolution" ("Rewolucja", 2000) i "Piranese – La planéte prison" (Piranese – planeta więzienna). Pierwszy z nich jest adaptacją tekstu z II wieku, stworzonego przez rzymskiego pisarza Apulejusza, drugi to przewrotna satyra na "Nowy Olimp", na którym urzędują ludzie z branży telewizyjnej, oderwani od otaczającej rzeczywistości, trzeci natomiast to komiks SF z elementami erotyki. Obecnie pracuje nad serią historyczno-erotyczną Borgia o rzymskiej rodzinie arystokratów i papieży (scenariusz pisze Alejandro Jodorowsky).


Inni: Tanino Liberatore (ur. 1953) włochy. Grzegorz Rosiński (ur. 1941) polska.Nicolas Robel, Sylvain Savoia, Marzena Sowa, Markus "Mawil" Witzel.

Wideo konferencja z Januszem Christą

2008

więcej o festiwalu na: www.komiksfestiwal.com

piątek, 26 września 2008

Zielony to kolor nadziei. Czerwony to kolor wojny. Niebo jest na górze, a my podobno na ziemi! Ubrany w taki właśnie zielony kubraczek – młody ksiądz (z pogrzebu). Z lekką bródką, jeszcze pamięta pewnie (te długie-długie noce w) seminarium. Wyszczekany chłopak. Dobrze go wytresowali i stał się kolejną maszynką do robienia kasy. Automat z koloratką. Wrzuć monetę – będzie ci odpuszczone. Wrzuć monetę – będzie ci udzielone. Nie wrzucisz – TO WYP… przepraszam Bozia nie da, Bozia nie ma! Taka refleksja troszkę uszczypliwa – może – mnie naszła. Ale ten chłopiec się po prostu gubił. Szczekał swoją śpiewkę tak bez sensu, tak prostacko, tak bez dusznie i głupio. Funkcjonariusz pewnie spieszył się na obiad, służbista Władysława, przyjaciel Zygmunta. Państwo niebieskie. A jeśli jest też państwo czerwone, albo może różowe? To może będzie między nimi kiedyś wojna? Może poleje się krew i pojadą czołgi? Może będą gwałcić kobiety i zabijać mężczyzn? Może straci życie sama Bozia? I państwo niebieskie upadnie. Wtedy dokąd będziemy szli skazani na śmierć? W którym mieszkaniu zamieszkamy, jak tam same gruzy? A może to będzie obóz przejściowy, gdzie będą nas torturować, może będą nas głodzić i może będziemy tam chorzy? Odklepał czarny, za co mu płacą. Odśpiewał swój skowyt – tylko nie było księżyca więc ciut na próżno. Zebrał ofiarę za duszę na wosk dla swojej bryki. W niedzielę o 14stej, w środę o 18stej Bozia się pochyli nad sprawą duszy zmarłej – daj kolejną ofiarę. Bo bidul aż piszczy w świątyni pana, bo na osiedlu mamy już trzy kościoły to zróbmy czwarty zamiast placu zabaw. Czasem wydaje mi się, że pewne tradycje tego kraju są komiczne! Że ludzie są tak zabobonni jak w ciemnych wiekach. Ciągle podatni na presję opinii – naszych małych autonomicznych światów. Totalnie zależni i szukający aprobaty innych. Jak szczeniaki które liżą dłoń tylko za to, że je głaska. A może to ja jestem tak wywrotowy i wykolejony. Może dlatego, że uważam iż część tych sakralnych ohydztw powinno się buldożerami z ziemią zrównać i hipermarkety postawić. Ja nie jestem przeciwnikiem żadnej organizacji religijnej – niech sobie istnieją – mamy wolny rynek. Tylko dlaczego muszę płacić podatek na te tłuste grube czarne larwy, bo zostałem ochrzczony wbrew mojej woli? I czy to aż tak obrazoburcze, że nie mam ochoty aby mój pogrzeb wyglądał jak spotkanie po latach jakichś drętwych ludzi z zawodzącym wyjcem w sutannie? Niech przyjdą ci, którzy mnie kochali, którzy mnie szanowali. Którzy chcą mnie pamiętać, którzy chcą sobie zabrać łyżeczkę mojego prochu do wazonu żeby kwiatki im lepiej rosły. Którzy uszanują moją wolę bycia rozsypanym w miejscach, które kocham. Którzy uszanują moją wolę do radosnego pożegnania z fajną muzyką, z uśmiechem. Pożegnania dla tych, którzy nie przyjdą zawodzić pod publikę tylko powiedzą – byłeś zajebisty! Nawet jeśli będzie to miała być uroczystość tylko dla jednej czy dwóch osób… No, to na tyle moich polucji na temat wczorajszego pogrzebu. Eh życie, ile tu trzeba? A tak naprawdę sumując wszystko to zasadniczo tak nie wiele… Dobra powiem wam banał na koniec, bo robię się ostatnio jakiś taki banalny. A więc wystarczy tylko … – albo wam jednak nie powiem ;P (Wstydzę się!) …

środa, 24 września 2008

Jest szaro i mży, a za oknem jesień jeszcze zielona! Kończę kurację antybiotykową. Jutro wychodzę już w pełni poza dom. Jutro minie chyba tydzień od mojego rozstania się z zakładem. Dziwnie się czuję – jakiś pusty. Ale nie to zaprząta teraz moje myśli. Dopada mnie znów czas i przemijalność. Znów zobaczyłem totalną kruchość człowieka. Jego małość i zależność od żywiołów, od czynników, które wydawać by się mogło opanowaliśmy. Widzę przed oczami krzepkiego kolesia i wiem, że można go dowolnie zniszczyć – tak aby płakał, wył jak dzieciak w przedszkolu i błagał o życie, i to jest straszne! To jak jesteśmy słabi i jak się wytracamy. To jak potwornie niszczy nas czas. Nie mówię tu o starości, to zbyt banalne i oczywiste. Mówię o tym, że kiedy jesteśmy młodzi i wszystko jest na wyciągnięcie ręki czasami źle stawiamy stopę i nie ma odwrotu. Już do końca jesteśmy przykuci do naszych błędów. Bywam czasem straszny. Strasznie okrutny wobec innych i wobec siebie. Gdzieś wygubiłem wszystkie moje wzorce. Przewartościowałem stare znajomości. Pozbyłem się tych ludzi interesownych, tych, którzy sprzedają swoich bliskich za działkę swoich marnych rozkoszy. Kilka dni temu były urodziny jednej z takich osób, – w którą kiedyś tak mocno wierzyłem, o ona sprzedała mnie bez mrugnięcia okiem. Miałem taką refleksję – może dać jeszcze raz szansę – może porozmawiać… Ale nie mamy o czym, – ja nie zapominam nigdy żadnych krzywd. Po prostu nie mogę zachować spokoju, kiedy ktoś obraca wszystko w zwykłe „nic się nie stało”. Bo dla mnie się stało i nie ma odwrotu. Łamiesz zasady, według których żyję – to nie żyjesz w moim świecie. I nie masz tu miejsca. I nie ważne ile ofiar już pochłonęła ta mentalność. Na tych, którzy przetrwali mogę naprawdę liczyć! I to jest jakaś wartość, na którą się pracuje. Bywam czasami za ostry, za szorstki wobec ludzi, to jakaś tam wada, ale to też taktyka obronna. Dam sobie radę, dotychczas jakoś dawałem… Czy ja nie lubię ludzi? Nie. Ja kocham ludzi, naprawdę kocham ludzi. Ale nie są mi oni aż tak potrzebni. Daję radę bez nich. Nie lubię ich poznawać – tak płytko i masowo, – zawsze potrzebuję czasu na człowieka, nie lubię się z nimi dzielić, nie czuję takiej potrzeby. Lubię jednostki. Lubię kiedy ktoś mnie zauroczy, kiedy mnie zaciekawi, zaskoczy. Kiedy będzie potrafił mnie nakłonić do tego abym zmienił zdanie… Dlatego cenię te garstki – jednostek, z którymi można konie kraść, gdzie można być kompletnie sobą – bez potrzeby udawania czegokolwiek. Być po prostu! Dlatego w pracy, mimo iż w zakładzie pracowały setki ludzi – nie poznałem prawie nikogo. Byłem sobie tam szarym aktorem, – który grał dobrą rolę, chłopczyka. Takiego biednego chłopca ubranego w za duże spodnie, niemodną koszulę i brudne buty. Ach jak ci biedacy się tam lansowali, za tysiąc złotych pensji z rynku i lumpeksów. Błyszczące łaszki i brak większości zębów. Takie kontrasty, takie jaskrawe aż paliły po oczach. Najlepsze było zaskoczenie i szepty tych ludzi, kiedy w piątki prosto z roboty szedłem na imprezę na miasto, – przez cały tydzień gromadziłem w szatni ubranko imprezowe i nagle wychodzę z tej szatni zupełnie inny, – taki bardziej codzienny nie pracowniczy – biedacy byli zaskoczeni. Achy i ochy… A ja tylko zrzucałem maskę robola, której oni nie potrafią, trzymając się kurczowo 21 podstawowych elementów, – takie firmowe przykazania, które trzeba stukać na pamięć… Ale wystarczyło znać pierwsze: kierownik ma zawsze racje, – czyli w wolnej interpretacji: śmieciu nie dyskutuj tylko wykonuj. Takie jest życie, coś masz albo nic nie masz… Jutro jadę na pogrzeb. Umarła mi jakaś ciotka, bardzo odległa rodzina, – więc jej nie znałem. Uderzyło mnie w tej śmierci tylko jedno – powtarzalność! Rak dwa tygodnie i zgon. Dokładnie jak jej siostra pięć lat wcześniej, dokładnie wszystko było tak samo. Ten sam wiek, rak na dokładnie tych samych narządach, i tak samo szybka agonia. Genetyka! Obciążenie genetyczne, które też wisi nademną. – Od lat myślę o tym, o moim słodkim 39. Ale pewnie to nie będzie nawet 39, bo mama była silna, cztery latka walczyła, ja się poddam już na wstępie, żeby nie czuć bólu…

niedziela, 21 września 2008

Co znaczy, że Ja kogoś nienawidzę? Jako aspołeczna jednostka żyjąca w pewnym ludzkim skupisku, spotykam na co dzień, - jak każdy - ludzi, których znoszę, akceptuję, lubię, podziwiam, nie trawię i nienawidzę… Chyba każdy tak ma? Nie ma możliwości by wszystkich kochać, czy nie jest to ludzkie? Czy więc nie ludzkim jest moje zdanie zawarte w tytule tego wpisu? Czy nie mam prawa do własnego zdania? Czy jeśli wołając o tolerancję dla siebie masz prawo mi ją odbierać? Oczywiście że nie! Żyjąc w wolnym kraju mam prawo do własnego zdania! A więc o czym będzie ta notka? Czy to nie (przewrotnie) oczywiste? Bo nie będzie krytyką pewnych zmanierowanych ciot, pewnych klubowiczów którzy zachowują się gorzej niż ostatnie kurwy, środowiskowych złodziei, popapranych psycholi, koleżków którym wydaje się, że mają ciągle dwadzieścia lat mimo czterech dych na karku, przebierańców, pewnych hot osiemnastek dających dupy za gar zupy bo nigdy nie byli sami biedacy, ani tych wszystkich walecznych wiernych wzorowych partnerów którzy dziwnym trafem trafili samotnie do lokalu i nagle muszą odebrać telefon od Ukochanej osoby mówiąc: „k-ooo-ooochtku acha-ha-ha teee-raaas nie-eee, NIE!!! mooo-ooo-ooo-gę roz-maaa-aaa-wiać jeee-steeem zaaa-aaa-jęee-ty, paaa-aaa-aaa!!!” Nie! Mawia się, że natura sama eliminuje jednostki nieprzystosowane do życia! Chociaż porządne państwo powinno jej pomóc, na przykład za pomocą ciężkiej artylerii – albo modnych dziś broni chemicznych – Ok. nie o tym mam dziś pisać. Bo wbrew pozorom mam potrzebę przekazu pozytywnej relacji – jakiegoś apelu. „Obrony uciśnionych”(!?!) Tysięcy ludzi nieróżniących się kompletnie niczym od tak zwanych normalnych. Żyjących jak wszyscy, szukających jak wszyscy – zgodnie ze stadnym instynktem człowieka – czujących jak wszyscy. Zahukani są przez zaściankową nietolerancję i nie potrafią dostosować się do groteskowej pseudo światowości kolegów, których wyżej wskazałem. O dziwo jak wychodzi z pewnych sondażowych badań, ta schowana w szafie grupa jest większa niż ta widoczna - brudna. Ludzie ci często całe życie skazani są na fałsz, żyją w strachu, w potwornie zakłamanych związkach, w których krzywdzą siebie i swoje rodziny, nie realizują się w sferze prywatnej, przez co uszczerbku doznaje ich życie zawodowe. Cierpią spotykając się z ciągłym zaszufladkowaniem i brakiem akceptacji oraz potępieniem. Z obu stron! Zaślepionej pieniędzmi czarnej alternatywy, noszącej na szyjach złotych chrystusków i ich równie tępych zwolenników, oraz wszech oświecone pedalstwo, które uważa się za najbardziej uciśnioną mniejszość w tym kraju. – Do którego ludzie, o których piszę totalnie nie pasują i nawet nie aspirują by się wpasować. Najgorsze jest to, że zbierają cięgi od homofobów, którzy patrzą na nich przez pryzmat – przypadkowo przeczytanej „naszej prasy kolorowej” lub obserwacji tejże żałosnej naszej śmietanki towarzyskiej… Dlatego o tym jest ta notka, wpis z maleńkim przesłaniem: …zobacz sam…

albo to - porusza!
albo to - pokazuje pewne fakty!
i zawsze się też można z siebie pośmiać :)
Stephen Lynch
If I were gay
22:39, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 września 2008
No i co rzuciłem prace! (Albo tak mi się przynajmniej wydaje)
Wczoraj w środę był ostatni dzień mojej choroby tak jak zakładałem. Dziś rano miałem iść do pracy. Położyłem się więc grzecznie o 23 spać. Ale za cholerę nie mogłem usnąć. Wierciłem się z boku na bok, odkrywałem i przykrywałem. Zimno więc opatuliłem się kocem, – ale za gorąco w kocu, wywaliłem koc – a bez koca znów za zimno! Wstałem, było po dwunastej. Net, to tamto… - nudy na pudy – nic nie ma, herbatka z miodem, - wysokie tętno. Co jest myślę? I znów w kimę! Wstałem nie dobity o 3.50 na szóstą przecież. Jadę… Przed 5 w centrum, kiedy czekałem na 98 dostałem ataku kaszlu. Coś nie tak myślę! 98 przyjechało punktualnie osiemnaście po. Znów jadę! I doszła mnie w końcu wizja – myśl taka, tego jakiego upodlenia i odczłowieczenia doświadczam w tym cholernym zakładzie, i że już nie mam siły, że jestem zmęczony, że coś sobie już udowodniłem, że stać mnie na więcej. Że w końcu mam jakąś godność, że pieniądze to nie wszystko, że nie jestem robotnikiem k-wa! Tak pod wpływem ekstazy tych myśli, napisałem w tymże autobusie esa do mojej operatorki z maszyny na której pracuję, „że było mi miło ale się skończyło”. Pod zakładem wypłynąłem z tym robotniczo-niewolniczym tłumem pod bramki i zwyczajnie oddałem przełożonemu wszystkie przepustki i wejściówki mówiąc, iż rezygnuję. Wymieniłem się tylko numerem z Harukiem, – kolejnym dobrym islamskim kolegą. Który swoją drogą teraz w dniach ramadanu, oświecał mnie w tramwaju jak jechaliśmy do domu na temat życia… Eh… Wróciłem do domu uszczęśliwiony tą niespodziewaną akcją. Poczułem jakąś chwilową wolność. Może stchórzyłem? Może tak, ale potrzebowałem tego jak cholera. Nie mam pracy, nie będę miał kasy! Za co sobie kupię prezenty na urodziny? Mój znajomy już obliczył, że zostało tylko 40 dni do tego tragicznego dnia. Już naszedł mnie wisielczy humor, myśli że nie znajdę żadnej dobrej i dogodnej godzinowo pracy. Bo problem w tym, że ja zrezygnowałem z pracy w zakładzie, ale zakład nie zrezygnował ze mnie, po prostu dobrowolnie dziś zrezygnowałem ze wszystkich swoich wypracowanych tam przez rok w pocie czoła przywilejów. Z karty pracowniczej. A jak nie znajdę dobrej pracy to wrócę tam jak piskorz, jak pies znów będę się wił u stóp mojego pracodawcy zdany na łaskę i nie łaskę jego woli. Bo będę musiał mieć jakieś źródło finansowania, – bo dziś już nie widzę możliwości życia bez świadomości, – miesięcznego zasilania konta przez ciepłą wypłatę. Ale powrót tam będzie moją porażką! Choć to prawdopodobne. Dziś powiedziałem dowidzenia. Jak chłopak z gitarą wyjechałem na prerię śpiewając la la la - la la la - la la la. Poczułem się jak kiedyś, – bez niczego – totalnie wyzwolony, to był jeden z najbardziej toksycznych moich związków w życiu, już dość… A z drugiej strony jestem teraz kompletnie sam, bez bezpiecznej i pewnej pracy – bez obozu, który szedł mi na rękę tylko żebym w nim siedział i wykonywał…. Dlatego jest też strach. Bo do czego ja się kurwa nadaję? Jak nie do pakowania tego gówna tej znanej firmy… Taka życiowa ofiara… Zero kreatywności. A jeszcze na domiar złego wczoraj znów pogorszyłem relacje ze starym. Koleś wpadł nagle do mojego pokoju, – pierwszy raz od miesięcy zagadał – czy na jakiś tam koncert nie chcę iść, bo ma bilety. A ja się odwróciłem i poprosiłem żeby wyszedł z mojego pokoju, bo kompletnie nic od niego nie chcę, ani teraz ani nigdy. No i się chyba obraził? Mi też jakoś super miło nie było… Cóż to na jego życzenie jest dziś tak jak jest, to przez niego jestem tym kim jestem, za wiele lat się naczekałem i nie doczekałem, więc koleś już nie istnieje w moim życiu. A na osłodę wszystkich tych podłych zdarzeń kupiłem sobie dziś komiks M.Manary „HP i Giuseppe Bergman” – uuuu cudowna grafika i świetna historia za cieplutką cenę oczywiście :(… Cóż samo życie… samo…
 
 
Coming Soon: Nienawidzę wszystkich PEDAŁÓW!
wtorek, 16 września 2008

Rozmawiam ze sobą. Od siebie i do siebie. Jak gra piłką o ścianę. Jak zabawa dłoni z ciałem.

- popełniłem błąd…

- jaki?

- wszystko jest błędem

- spokojnie, powiedz mi spokojnie, co się dzieje?

- cały zeszły rok staje mi przed oczami. Wszystko co się wtedy stało, pamiętam dokładnie. Pierwsza była Magda w Boston to był piątek, – mówiłem jej prawie ze łzami w oczach... Tak jakbym miał mieć raka albo coś… Potem Patryk miałem mu powiedzieć na konwencie, ale nie dałem rady, – choć on wiedział, że ze mną coś nie tak, oj czuł to niesamowicie, to była sobota. Potem pojechałem do Piotrka tuż przed jego wyjazdem, to było najgorsze, ale i najlepsze – najuczciwsze i pełne szczerości jakby dopełnienie tych wszystkich lat. Tego dnia pojechałem też to tego kretyna Michała, – galareta normalnie dostała drgawek… Czułem że muszę mu wyjaśnić pewne sprawy, zdobyć się na uczciwości… to była niedziela. I na końcu Krzysztof w poniedziałek. I to jego przekomiczne powtarzanie dwóch idiotycznych słówek, to były nazwy dwóch stanów USA powtarzane po sobie, już nie pamiętam jedne na tak, drugie na nie: padło na Minnesota-Minnesota…

- i co było dalej?

- dalej poszli znajomi z uczelni. Piotrek dowiedział się pod cmentarzem, – wracaliśmy ze sportów walki, na które się zapisaliśmy na zimowy semestr… potem Martyna, Asia, Malwina… Ola, Norbert, Kamil – jacyś inni dalsi obcy ludzie…

- to było złe?

- wydawało mi się że nie…

- a Patryk?

- on się dowiedział w moją niedzielę – pod koniec października…

- a dom?

- w domu poszło w grudniu…

- stało się coś złego, że pozbyłeś się tego ciężaru?

- wiesz stało się totalnie wszystko. Z jednej strony czułem potworną radość i satysfakcję. Potrzeba zmian była silniejsza niż cokolwiek. Przyjęcie było zaskakujące. Na moich urodzinach pojawiło się wtedy tyle osób, że nie pamiętam lepszych ani bardziej zapitych – mimo jakiegoś wewnętrznego doła… Wyjebali nas z lokalu za wniesienie wódki. To nie ja wnosiłem więc myślałem, że ze śmiechu skonam jak dziewczyny chciały się bić z barmanką! Ale nie o to chodzi – czuję się z tym dziś bardzo źle, satysfakcja mija, ludzie pokazują swoje prawdziwe oblicza…

- dali ci odczuć, że coś nie tak?

- wiesz nie, ale mimo wszystko ja się nie zmieniłem, nie zmieniłem stosunku do znajomych, a oni jakby zaczęli postrzegać mnie kompletnie inaczej, intencje stały się jakby nieszczere, niektórzy byli nadopiekuńczy, pytali o masę rzeczy nie potrafiąc ich nazwać po imieniu. Tak oddaliliśmy się od siebie… Tak powolutku, strasznie wolno ale jednak powstały bariery. Ja zaś nie odnalazłem się w tym nowym życiu kompletnie. Cały ten zeszły rok okazał się totalną porażką… Najgorszą jakiej kiedykolwiek doświadczyłem. Odrzucając bezpowrotnie wszystko to, co pozwalało mi jakoś egzystować przez wiele lat. Wystawiłem się. Zaryzykowałem i przegrałem na całej linii. Dlatego jestem dziś jakby zawieszony – między moją rzeczywistością, a przeszłością. Nie ma żadnej drogi rozwoju. Tylko stagnacja. Dokonałem złego wyboru i nie będę dalej kroczył tą drogą, nie mogę się też kompletnie cofnąć, już nie ma dokąd wracać, wszystko przepadło. Dlatego stoję w miejscu na jakimś rozstaju dróg i żadna nie jest dobra. Dlatego stoję w miejscu, bo nie ma dokąd iść – nic przedemną nie ma… Rozumiesz?

- trudna sprawa… masz jakiś pomysł?

- kompletnie żadnego, czekam na nic. Totalna martwota. Marzę tylko o tym by cofnąć czas i jeszcze raz zastanowić się nad tym, czy było warto cokolwiek wtedy robić…

- nie możesz się poddawać!

- poddawać? Nie pierdol ja już przegrałem…               

sobota, 13 września 2008

3 of a perfect pair 

Three of a perfect pair (1984) – to trzecia płyta z kolorowej trylogii King Crimson lat 80tych. Zamyka ona całokształt twórczości zespołu w owej dekadzie. Jest to płyta kompromisu, – który umiejętnie godzi wymagania wydawcy jak i potrzebę podkreślenia swoistej niezależności twórczej Crimsonów. Jest też dalej kompromisem idei twórczej, płyta podzielona jest bowiem na dwie wyraziste części. Część pierwsza to kawałki w stylu Beat, – może nawet bardziej przebojowe, ale już nie tak oczywiste, to taka przebojowość jakby z Discipline wzięta… Druga część płyty to już całkowity industrial – muzyka czysto eksperymentalna, oparta na niespójnych dźwiękach, i improwizacjach. Utwory bardzo trudno przyswajalne i często nieznośne do normalnego słuchania bez odpowiedniego nastroju i przygotowania. – Obie te części mieszają się zasadniczo w jedno spójne dzieło. Bardzo trudne w odbiorze.

Według mnie Three of a perfect pair, jest najbardziej dojrzałym i dopracowanym wydawnictwem z pod znaku KC w całej kolorowej trylogii.

Pierwsza pop-crimsonowa część oparta na chłodnym wokalu Belew, jest jak to nazwali amerykańscy recenzenci płyty: muzyka dla ludzi z inteligentnymi stopami. Czego wyrazem miała być doskonała umiejętność wpisania się kapeli w aktualne nurty muzyczne przy równoczesnym pozostaniu wiernym idei niezależności twórczej.Dopracowana wokalnie część pierwsza, zapowiada jakby nadchodzące uderzenie części drugiej. Można to porównać do wędrówki przez dwa światy. Pierwszy słodki i krystaliczny, – w którym wszystko jest na swoim miejscu – stanowiący jakby przygotowanie do drugiego. Drugiego świata totalnego chaosu i psychozy.

Płytę otwiera słodki tytułowy Three Of A Perfect Pair King Crimson - Three of a perfect pair  bardzo ciekawy muzycznie jak i pod względem tekstowym. Następną propozycją jest kolejny miły dla ucha kawałek Model Man King Crimson - Model man, oraz mega popowy Sleepless King Crimson - Sleepless, – który zagościł nawet na parkietach dyskotek w roku 1984 (!!??!!) 
Ale na tym koniec łatwych, lekkich i przyjemnych motywów na trzecim kolorku. Zaczyna się nieubłaganie część druga. Już sam tytuł otwierającego tą część numeru mówi, że lekko nie będzie. I tak objawia się nam Industry King Crimson - Industry, następnie zaś kontrastowy Dig Me King Crimson - Dig me w którym po chaotycznej zwrotce jak Feniks z popiołów rodzi się spójny i melodyczny refren. Punktem kulminacyjnym albumu jest Larks’ Tongues In Aspic III King Crimson - Larks' tongues in aspic III, kolejny odcinek kultowej, Crimsonowej serii muzycznej, jaką zapoczątkował Fripp w 1973 na płycie o tym samym tytule. Larks’ przez lata stał się jakby spoiwem wszystkich trzech głównych okresów działalności KC. Album zamykają dodane do podstawowego materiału improwizacje i remiksy Sleepless. Ale zasadniczo kawałkiem finałowym jest to – Industrial Zone B King Crimson - Industrial zone B. I tak po wybrzmieniu ostatniej nuty Zone B kończy się kariera zespołu w latach 80tych. A King Crimson po raz kolejny ulega rozpadowi, – tym razem na ponad 11 lat. Każdy z muzyków odchodzi by rozwijać swoje indywidualne kariery, realizować swoje projekty… Fripp po latach stwierdza, iż Three of a perfect pair – wyczerpała wszystkie możliwości artystyczne Karmazynowego Króla w owym czasie, że formuła się wypaliła i nie było warunków dogodnych, aby dalej tworzyć muzykę z logo KC.

a na koniec TO... (wiem że już raz u mnie było - ale kocham to!!!)
Three of a perfect pair (akustycznie) - KC - 2000r.
Adrian Belew - multi instrumentalny geniusz - po prostu zajebiste...


jeśli mi starczy sił i samozaparcia - to wezmę się za KC okresu wspólczesnego i za okres początkowy...

TO BYŁY KOLORKI

piątek, 12 września 2008

Przerywamy transmisję!

Przerywamy transmisję!

Przerywamy transmisję i kolorkową serię!!!

Bo zrobiło się zajebiście, mamy rok 2008. O ja 2008? Późne lato albo wczesną jesień. I jest cudownie, odżyłem. Trafiłem w końcu do Transylwanii moich marzeń. Obudziłem się, wreszcie się obudziłem :) Przyleciał. On w końcu przyleciał. Przyleciał z I. P i I są na chwilę na urlopik w Polsce. Mówią że jest tu zajebiście, że już dość tych Albiońskich prostaków i szkaradnych opasłych jak knury kobiet. Że woleliby tu na produkcji zapieprzać niż tam gdziekolwiek. Wczoraj – nie poszedłem do pracy – walę tą marną kasę – tą pojebaną robotę. Wrócił i zadzwonił w środę czy jestem… I byłem wczoraj cały dzień. I znów poczułem tą normalność – odnajdywanie człowieka znów zakończone. Tak jak przez te całe ostatnie 16 lat. Mój jedyny niezrodzony brat. Ale prawdziwy brat. Szkoła cynizmu i szukania człowieka…Moje moralne prawo do odstrzału zwierzyny… Dostałem wczoraj kule… Człowiek ma prawo panować nad zwierzętami… Jeszcze została nam chwila. Dziś I organizuje imprezę, zaprosi koleżanki, a P zaprasza nas… To będzie moja pierwsza i ostatnia taka impreza w tym roku… Bo można pić z każdym – tylko zawsze jest ta mentalna różnica… Między chlewem a stołem. Dziś piję przy stole jako pan bez zbędnego bratania się z gnojem tej ziemi… Ja pier….!!!!!! Jest SUPER – siły witalne mnie rozpierają… znów jestem, jesteśmy nad… nad… nad… 

środa, 10 września 2008

Drugim kolorkiem, jaki zobaczył światło dzienne była płyta Beat z 1982 roku. Beat był robiony w pośpiechu i pod przymusem wytwórni, – z którą Crimsoni związali się angażem na trzy albumy. Przez co powstało osiem krótkich kawałków o łącznym czasie 35 minut!!! Album zrobiony wyraźnie po naciskiem EG Records – wydaje się być skomercjalizowaną kontynuacją Discipline, – praktycznie nie widać tu elementów typowego dla KC płynięcia pod prąd. Przez co album jest bardzo niespójny pozbawiony swoistego całokształtu. Ciekawostką jest sam tytuł oraz warstwa tekstowa utworów, – są bowiem hołdem oddanym dla pokolenia Beat, (lata 50-60te XX wieku Nowy York) a szczególnie Neal’owi Cassady i Jack’owi Kerouac – głównym i najwybitniejszym pisarzom tego kontrkulturowego nurtu – zrzeszającego pisarzy o podobnym podejściu do literackich środków przekazu – jak spontaniczność w pisaniu, subiektywność, otwarte formy kompozycji. Beat Generation – jako ruch został zmieciony przez wybuch rewolucji hipisowskiej. Na bazie której w latach 1968-1969 powstał zespół King Crimson! Inną sprawą była wewnętrzna potrzeba zespołu do ubogacenia repertuaru swojego nowego wcielenia o kilka nowych utworów, szczególnie dla potrzeb koncertowych, stąd też wydawniczy pośpiech… I tak otwierający, miły dla ucha zarówno studyjnie jak i koncertowo, wymowny Neal and Jack and Me King Crimson - Neal and Jack and me (tu zapewne nawiązanie do Allena Ginsberga – Autora kultowego poematu z pod znaku Beat Generation; Howl – Skowyt). Kolejną propozycją jest zaskakująco popowy Heartbeat King Crimson - Heartbeat całkowicie autorstwa A. Belew. Też doskonale przyjmowany na żywo, dziś nawet oczekiwany przez fanów jako kultowy w koncertowym secie. Album zwiera też swoje perełki takie jak Waiting Man King Crimson - Waiting man, – który uważam za najciekawszy kawałek z Beatowego materiału, i chyba nie tylko ja z naszej Crimsonowej rodzinki :) – za to romantyczne coś tylko co? Trudno to do końca określić… Beat nie można odmówić nastrojowości, i tą nastrojowość najlepiej podkreśla cichutka ballada Two Hands King Crimson - Two hands, do którego piękny tekst napisała żona A. Belew – Martha. Ostatnim nawiązaniem do Beat Genration jest utwór pod tytułem The Howler  King Crimson - The howler– który tak swoją spontanicznością i paranoicznością nawiązuje do idei twórców ruchu, jak i tytułem oraz luźnym nawiązaniem do tekstu Howl – Ginsberga. Beat do dziś jest dla mnie ciekawą płytą. Niby przecinkiem, niby ubogaceniem dyskografii, ale w gruncie rzeczy kolejnym zjawiskiem muzycznym, – chwilą wytchnienia i relaksu – przyjazny i miły dla ucha rytm i popowe prawie aranżacje – grane często do dziś na koncertach wywołują ciągle radość wśród fanów, – bo przecież cała ta płytka zrobiona jest z jakimś przekąsem, – troszkę na złość wszystkiemu i wszystkim, – a i tak czuć tu ten pełen profesjonalizm i ogromne serce do robienia naprawdę ambitnej muzy… na koniec jedyna prawdziwie Crimsonowa nuta tej płyty – smutne zamykające album Requiem… King Crimson - Requiem

 
1 , 2