o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
wtorek, 28 sierpnia 2018

 

Miesiąc temu zmarła Kora, pierwsza dama polskiej muzyki popularnej. Ta strata złapała mnie w czasie, w którym nie byłem w stanie i nie chciałem reagować. Ale dziś w pierwszą miesięcznicę od tej śmierci, postanowiłem wspomnieć tą postać.

Maanam zawsze był na polskiej scenie muzycznej gdzieś obok mnie, mój ojciec słuchał go z zamiłowaniem, choć po latach ostała mu się tylko jedna kaseta zespołu – Derwisz i Anioł, album wydany w 1991 roku, który do dziś mam, choć w zasadzie nie wiem na czym go słuchać – bo kaseciaki poszły do lamusa.

Od lat podziwiałem Korę, nie tylko za jej talent poetycki i wspaniałą barwę głosu, oraz znakomitą emisję – dzięki której przy niektórych jej tekstach dostawało się gęsiej skórki, (co mi się przy kobietach nie zdarzało raczej nigdy, bo wolę wokale męskie) ale przede wszystkim wielbiłem ją za jej poczucie i potrzebę wolności, za odwagę do ekspresji nawet skrajnych poglądów społecznych i politycznych. W Polsce nie trudno oczywiście przy byle sprawie – mieć poglądy odważne, ale żyjemy w takim durnym kraju, niestety! Ona waliła prosto z mostu, nikogo się nie bała, miała wyjebane (jak to się dziś potocznie mówi).

Kora odeszła po długiej chorobie. Po rozpadzie Maanamu, wydała ledwo jeden album i to przed dekadą. Artystka nie ukrywała, że pracuje nad nowym materiałem, ale nawroty choroby krzyżowały jej plany. Podobno materiał był ukończony pod koniec 2016 roku. Ale nie został wydany. Mam nadzieję, że rodzina pozwoli na ujrzenie światła dziennego ostatnim dźwiękom, które zarejestrowała artystka. Myślę, że to się Korze należy, a przynajmniej nam, bo mamy wyjątkowo zimny czas…

 

 

 

 

 

 

1.Maanam - Anioł

2.Maanam - Wyjątkowo zimny maj

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Lata, czas, przemijanie. Temat, który nigdy nie kończy się na moim blogu. Ja wciąż w kryzysie, nie odnajduję się w Polsce po przygodzie w Azji. Smak mi wrócił, ale siły i ochoty brak… Ale czas wracać do codzienności.

Dziś 65 urodziny obchodzi emerytowany gitarzysta zespołu Rush Alex Lifeson. Ale choć już jego pierwotny zespół milczy i odwiesił gitary i bębny to z kanadyjskiego tria Alex właśnie jest najbardziej aktywny. Występuje licznie na gościnnych występach na albumach amerykańskich i europejskich grup rockowych i nie tylko – w końcu jest żywą legendą, kultowego prog-art. rockowego bendu, ale poza muzyką występuje epizodycznie w komediowych rólkach i epizodach w filmach i serialach różnych stacji – co ewidentnie sprawia mu ogromną radość. Dziś, choć czuję się jak Piotr Kaczkowski – Lifeson w mocno progresywnej wersji, na wydanym w 2018 roku albumie grupy Fu Manchu, Clone The Universe w utworze Il Monstro Atomico.     

 

 

 

 

 

Fu Manchu - Il Monstro Atomico.

środa, 22 sierpnia 2018

Nie zdawałem sobie sprawy jak trudny będzie dla mnie powrót z cywilizowanej Azji do śmietnika Europy. Miasta w naszym kraju wydają mi się być jak na jakimś dzikim zachodzie, budowane bez ładu i składu, a w każdym razie nieidące do żadnego sensownego miejsca, do tego ulice zawalone setkami samochodów parkowanych byle gdzie i byle jak. Wielkie dworce to komiczne budy z pięcioma korytarzami na krzyż – kiedyś robiące wrażenie dziś przypominają stodoły. Sklepy i markety otwarte do 23h wyglądają biednie. Zakaz handlu jest czymś komicznym. Mam wrażenie po spędzeniu trzech tygodni w Japonii, że Polska to kraj, który wypiął na wszystko dupę i nie ma nic interesującego do zaoferowania. Na ulicach panuje bród i smród, chaos jeśli spojrzeć na komunikację itd. W Tokio kolej spóźnia się o minutę, a w całym kraju uszkodzenia po powodziach znikają w dwa tygodnie, tymczasem my musieliśmy czekać godzinę za opóźnionym pociągiem w Warszawie – bo podobno trakcja nie dawała rady i jadąc skądś-tam, polski pociąg musiał stawać w szczerym polu, aby przejazd mógł być możliwy… Żenada!    

 

23:07, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (16) »
wtorek, 21 sierpnia 2018

Jeszcze rozbity i nie wyspany, od doby na ojczystej ziemi. Trochę odpychającej ziemi. Nie komentujący rzeczywistości, odcięty od większości wiadomości - (po co byłyby mi one?). Wypoczęty, choć potwornie smutny, wraca do domu. To ja - bliski płaczu, a nawet roniący łzy, przez trzy pierwsze godziny lotu z jedenastu. Tak bardzo nie chciałem tu wracać, do tego smutnego miejsca, z rozgrzanych i przyjaznych wysp leżących na dalekim Pacyfiku. Miałem tam wrażenie, choć większość okien jest tam wzmocnionych metalową siatką, przeciwko tłuczeniu się szyb podczas trzęsień ziemi, że mogę się czuć zupełnie bezpiecznie, niesamowite jest to uczucie, cudowne, energetyczne i nikogo nie obchodzi moje życie. Na pewno nie rdzennych mieszkańców, a w klubach i miejscach pełnych zagranicznych turystów, panowała atmosfera obojętnej sympatii i otwartości. Wracam zaś do miejsca nieprzyjaznego, krępującego, zimnego, budującego mury i zawiść. Nie chcę tu być - chcę tam zostać lub wrócić, stąd te łzy...