o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Dziś w wieku 83 lat odszedł jeden z moich ulubionych aktorów komediowych, niezastąpiony i niepowtarzalny Gene Wilder. Wyrósł i czerpał z kinematografii, której już dziś nie ma, gdyby urodził się czterdzieści lat wcześniej, pewnie wymieniany byłby jednym tchem obok Chaplina. Po 1999 roku wycofał się z czynnego życia artystycznego, nie chciał grać we współczesnych fekalnych komediach. Dla Wildera film komediowy miał coś wnosić, a nie być tylko pustym śmiechem bez celu... Spoczywaj w spokoju...

Odeszła ikona kina XX wieku, Gene Wilder zagrał m.in. w filmach: Producenci (1967), Willy Wonka i fabryka czekolady (1971), Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać (1972), Płonące siodła (1974), Młody Frankenstein (1974), Nic nie widziałem, nic nie słyszałem (1989).

[']['][']  

Choćby nie wiem jak się człowiek musiał starać, uciekać z kraju, zagłuszać radio i tv, nie przeglądać stron gazet na telefonie to i tak w końcu go to dopada. O pogrzebach pseudo bohaterów trąbią. Zwłaszcza tych, których trudno dziś oceniać – bo dziecko z wypranym mózgiem i zastępcę jednego z największych bandziorów „ruchu oporu” – który może i w słusznej sprawie się bił, ale metodami, które nie przystroją bohaterom, ani tym bardziej wielowiekowej historii, wielokulturowej Rzeczypospolitej. To są bohatery kibolerii, faszystów i innych oszołomów – którzy trzech klas gimnazjum często nie ukończyli, a wycieranie sobie mordy patriotycznymi znaczkami i flagami uważają za punkt honoru. A wy nie macie prawa do tych barw – bo w większości tą swoją matkę, tą ojczyznę oszukujecie i okradacie, nie tylko z godności, ale takich drobnych spraw, które dla was organizuje – jak bilet na tramwaj. Trudno to zrozumieć wam i nam. Wam, bo generalnie trudno cokolwiek pojąć nie mając predyspozycji do jakiejkolwiek refleksji. Nam, bo generalnie nie tak nasz uczono w domu i w szkole, nie tą drogę wskazuje nasza historia, a przestrogi z przeszłości – rozbudzają najgorsze scenariusze, które już przerabialiśmy, wiem że ludzką cechą jest powtarzać własne błędy… A do tego dochodzi jeszcze Ten idol ciemnoty, mistrz populista i pupil lidera narodu – który w płomiennych słowach tylko wznieca ogień – w którym przecież i on również spłonie…        

sobota, 27 sierpnia 2016

Ach jak te lata lecą. Dosłownie jak kartki z kalendarza, kilka dni temu było 60, za chwilę 61, wczoraj 62, a dziś już 63. Tyle lat kończy Alex Lifeson. Tym razem u boku Porcupine Tree: 

środa, 24 sierpnia 2016
wtorek, 23 sierpnia 2016
poniedziałek, 22 sierpnia 2016

2112

W czerwcu hucznie obchodziłem 30-te urodziny albumu A Kind Of Magic grupy Queen, a w natłoku pracy i wszelkich codziennych zmartwień kilka miesięcy wcześniej przegapiłem 40-te urodziny jednego z najważniejszych albumów mojej ukochanej grupy Rush, a mianowicie 2112.

Album miał swoją premierę 1-go kwietnia 1976 roku i stał się punktem zwrotnym w historii kanadyjskiego tria, tworząc progresywno-pre-metalowy styl grupy, który dominował w twórczości Rush aż do 1982 roku (kiedy kanadyjczycy poszli w kierunku art rocka, ska i muzyki pop), pozwolił on zbudować grupie oddaną rzeszę fanów. I właśnie dzięki oddanym wielbicielom 40-lecie albumu 2112 ma specjalną oprawę. Wszystkie utwory w tym ponad 20 minutowa suita, zostały opatrzone w tzw. lyric video, które poza samym tekstem wzbogacone zostały w elementy graficznej narracji oraz dodatkowe teksty, które w oryginale zostały zawarte w książeczce dołączonej do wydawnictwa Rush. Chodzi tu przede wszystkim o utwór 2112, który tekściarz zespołu Neil Peart wzbogacił o dodatkowe materiały, pomagające słuchaczowi wejść w historię każdej z sześciu części utworu.

Tym samym do wszystkich utworów z okazji jubileuszu powstały video-komiksy przybliżające treść albumu. Praca to ogromna i iście heroiczna, ale czego nie robi się z miłości i oddania?

Ja, jako skromny propagator, zamieszczę tylko owoce tej pracy w roku jubileuszowym na blogasku. Wierzę, że ta współczesna forma prezentacji twórczości Rush, w obecnych niespokojnych czasach może przysporzyć zespołowi tylko więcej popularności. Rush to nie tylko muzyka… A co przed nami? Aż boję się myśleć, 2112 to pierwszy album z fantastycznej trylogii, zatem idą kolejne czterdziestki!  

Udanego oglądania i słuchania!!! 

     

piątek, 19 sierpnia 2016

Tak to jakoś jest, człowiek wraca z wakacji, a tu nowa Metallica i nie można jej nie popromować. W listopadzie ukaże się 10-ty choć w zasadzie 11-ty (jedni liczą dyskografię M z ostatnim albumem Lou Reeda Lulu z 2011 roku, inni bez, stąd ta różnica) studyjny album dinozaurów metalu, zatytułowany Hardwired... to Self-Destruction. Nie ważne od którego ostatniego wydawnictwa Metallicy licząc, to pierwszy od lat studyjny album, którego zapowiedź, niestety, nie budzi u mnie wielkich nadziei. Ale zobaczymy! Podobno ma być to śmiertelnie długie wydawnictwo i trwać aż 80 minut. Bosh, gdzie te czasy kiedy nagrywano wybitne albumy, które trwały od 30 do 40 minut? Teraz ludziom trzeba dać ilość, a nie jakość - okropne!

  

wtorek, 09 sierpnia 2016

Czas na drogę spakować bułki, wodę i ładowarki, by nie stracić łączności ze światem. A może lepiej ją stracić? Odciąć się i uciec? To jest moje marzenie w tak wiele zimowych nocy, kiedy budzę się zbyt późno by znów zasnąć, a za wcześnie by wstawać. Nadchodzi jutro. U mnie jutro zawsze zaczyna się wraz z budzikiem lub ustanowimy na wybraną godzinę radiem. Ta godzina oczekiwania jest jeszcze wczoraj, ale nieuchronność kolejnego dnia, wyzwań i oczekiwań – przygniata. Jak dobrze jest móc uciec, od myśli i zmartwień nawet na chwilę. Ale spokojnie, jutro jest bliżej niż zwykle i za chwilę znów wyklepię tu kilka słów. Jesień będzie bardzo ciekawa, w każdym aspekcie, a zima przyniesie mi nadzieję na nadejście kolejnej wiosny, do której już mi się pomału tęskni.

Wypoczywajcie moi czytelnicy tak jak ja!

niedziela, 07 sierpnia 2016

Kiedy po ciężkim roku, zaczynam letni urlop okazuje się, że nad Europą środkową zatrzymały się dwa fronty pogodowe gorący znad Afryki i zimny pchany niżem skandynawskim. Pogoda ma utkwić w miejscu, a fronty będą barować się nad naszym niebem, co najmniej tydzień jak nie więcej. Zwycięzcą ma być front zimny, stąd do końca wakacji czekają nas temperatury nieprzekraczające 25 stopni. Chyba morze śródziemne zacznie wracać do łask mimo terroru i złej prasy? Tymczasem idę szykować kurtki i koce…  

 

piątek, 05 sierpnia 2016

Wszyscy na pewno znają ten przesąd, że ze szpitala wychodzi się bardziej chorym niż się do niego poszło. Tak bywa w życiu, po prostu, powiedzieć łatwo lecz doświadczyć tego, jako najbliższy współuczestnik – już nie jest tak prosto. Ano badają nas tam, każdy szpital ma swój klucz do zdrowia: neurologiczne, przy okazji wylądowania na internie z powodu sraczki zbadają mózg, płucne zbadają płuca, jeszcze inne zbadają co innego.

Mieliśmy z I’ problem w ciągu kilku ostatnich tygodni z Najukochańszą. Wakacje za pasem, opłacone, wybite, ustawione ze wszystkimi, a tu bidulka męczyć się zaczyna z ciśnieniem, które skacze z godziny na godzinę jak chce, raz grozi wylewem a raz udarem niedokrwiennym. Pogotowie interweniuje, lekarz rodzinny rozkłada ręce, wreszcie któryś z nas tupną nogą, aby wzięła skierowanie do szpitala. Szpital przyjechał, zabrał na swoje pokoje i tam zaczął wszystko ustawiać i badać. W tydzień ustawił ciśnienie, ale przy okazji odkrył nowe rzeczy.

Wszystko co nowe pachnie źle, zwłaszcza w pewnych kontekstach i pewnym wieku. Ja dowiedziałem się już w poniedziałek. Że jest coś, nie wiadomo co, może nic a może wszystko, ale że szpital skieruje na inny odział na izbę i zobaczymy. I’ pojechał po Najukochańszą do szpitala i od razu zabrał ją na kolejny odział do specjalistów. Lekarze w wynikach znaleźli coś, ale nie mają pewności co to może być, a że Najukochańsza jest już dość wiekowa, to w zasadzie nie ma sensu dalej badać. Po jaką cholerę, jest stara i tak za chwilę umrze, a specjalistyczne badania są zbyt kosztowne i zbyt obciążające organizm, aby był sens Najukochańszą diagnozować. Badania mogą pogorszyć jej stan zdrowia znacząco. Zatem teraz, kiedy nie ma żadnych symptomów, żadnych domniemanych chorób, zalecono żyć, i powiedziano I’ – do widzenia. Całą tą wiązankę słyszała Najukochańsza, co nie niewątpliwie wpłynęło na jej emocje i psychikę. Starzy muszą umierać. Jak śpiewa Nosowska „umieraj stąd, bierz, co twoje i won”.

Historia kończy się nadzieją na kolejny odcinek życiowych przygód. Szpital nie wydał wszystkich papierów z wypisu, zatem, przy okazji fatygowania się po ich odbiór, I’ zapisał Najukochańszą na konsultacje do specjalistycznej przychodni (którą zalecono, jeśli mamy ochotę szukać dalej odpowiedzi) i okazało się, że tamtejsi lekarze jednak mają metody nieinwazyjnych badań starych ludzi i że jest szansa chociażby na diagnozę… Doktor z izby przyjęć mogła o tym nie wiedzieć – wybaczmy jej to!     

 

 
1 , 2