o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
wtorek, 30 sierpnia 2011

Cover FotoVapor Trails – 2002

1.One Little Victory 5:09

2.Ceiling Unlimited 5:28

3.Ghost Rider 5:41

4.Peaceable Kingdom 5:23

5.The Stars Look Down 4:28

6.How It Is 4:05

7.Vapor Trail 4:57

8.Secret Touch 6:34

9.Earthshine 5:38

10.Sweet Miracle 3:40

11.Nocturne 4:49

12.Freeze 6:21

13.Out Of The Cradle 5:03

 

Trudno będzie mi opisać bez emocjonalnego zaangażowania utwór otwierający drugą cześć Vapor Trails. Ów tytułowy, jakby się mogło zdawać numer, wcale tytułowym nie jest bowiem niewinna zmiana liczby (z mnogiej na pojedynczą) – jest zmianą fundamentalną – z ogółu znaczeniowego do osobistego, personalnego, jednostkowego dramatu. Vapor Trail – to wreszcie dla mnie utwór programowy wielu lat mojego życia – w których wizja, jaką niesie ten utwór determinowała moje postrzeganie świata i samego siebie. Wreszcie ten blog nie nosił by takiej nazwy gdyby nie chodziło mi o „zamrażanie ulotnych wspomnień” w obliczu zagłady wszystkich moich bytów. To wreszcie pierwszy utwór Rush, w którym zespół się „poddaje” – jak złożony śmiertelną i błyskawiczną chorobą człowiek, jak zastrzelony z broni palnej – nagle upada bezwiednie bez żadnej nadziei.Cover Foto To jak na filozofię zespołu naprawdę ewenement – zero nadziei, zero życia, wzmagający się dookoła totalny bezsens i pragnienie ucieczki, swoiste oko cyklonu. Tak proszę państwa, oni są też ludźmi i też mają swoje chwile słabości. Całość otwiera gitarowa zabawa szybko przechodząca w temat przewodni, wspiera ją delikatna perkusja i klasyczny dla zespołu motyw basu. Na tym rozwijającym się wstępie zbudowana zostaje pierwsza zwrotka. Gitara uporczywie kontynuuje motyw ze wstępu, a bas i perkusja „flirtują” z frazami zwrotki. Refren rozpoczyna kilka akordów gitary, a następnie perkusyjna spokojna kanonada z wokalizą czerpaną z pierwszego słowa tekstu refrenu „Horizon”. Zarówno akordowa gitara, specyficzna perkusja jak i wokaliza staną się instrumentalnym podkładem dynamiczniejszego od zwrotki refrenu. Finałem którego jest płynne przejście do motywu otwierającego utwór. Druga zwrotka choć podobnie zbudowana do pierwszej – jest w stosunku do niej bardziej energetyczna. Tym razem bas i perkusja nie bawią się już w akcentowanie poszczególnych momentów, tylko tworzą zwarty podkład – na tle którego wreszcie można usłyszeć (albo dać się nabrać) na tą niesamowitą gitarę – która dosłownie ćwierka jak ptak.Cover Foto Ćwierkająca gitara jest jednym z najzgrabniejszych efektów tego utworu i wbija się do mózgu podprogowo. Po kilku razach nie mogłem się już doczekać ćwierkania, jedynej krzty nadziei w tej smutnej wizji. Drugi refren nie bawi się w żadne wstępy – zaczyna się od razu po zwrotce. Tuż po nim następuje finał (2:54-3:30) złożony z dwóch gitarowych motywów – choć żaden nie jest solówką. Finał zostaje „brutalnie” przerwany wejściem trzeciego niepełnego refrenu, podczas którego finałowe szaleństwa są kontynuowane. Vapor Trail to utwór niezwykle osobisty, smutny Tren opowiadający o potrzebie zachowania wspomnień minionego życia. Po śmierci najbliższych świat stracił sens. Wszystko to co było, zostało bezpowrotnie utracone i nie ma absolutnie już powrotu do przeszłości. Z jednej strony trzeba iść naprzód, z drugiej zaś nie można wyciąć ćwierci swego życia od tak z pamięci. Ludzkie życie Peart określa jako chwilowy lot w stratosferze, a on płaczący ojciec i mąż mimo przeogromnej straty…:

The sun is turning black
The world is turning gray
All the stars fade from the night
The oceans drain away

Silence all the songbirds
Stilled by the killing frost
Forests burn to ashes
Everything is lost.

…chce zachować wspomnienia “wpisane na wietrze, wpisane w smugę pary” jak najdłużej się da. Apokaliptyczny obraz tekstu pozwoliły stworzyć Peartowi poezje W. H. Audena (1907-1973), którymi zaczytywał się od 1998 roku oraz powieść Black Sun (1971) Edwarda Abbey (1927-1989).Cover Foto W utworze Świat utracony i rzeczywistość mieszają się, potrzeba zachowania pamięci i apokalipsa związana z wietrzeniem wspomnień oraz śmiercią bliskich mieszają się. Wychodzi z tego przygnębiająca wizja kompletnej bezradności człowieka w obliczu straty. Obok straty materialnej, jaką jest utrata żyjących, mamy reakcję łańcuchową całego szeregu strat pozamaterialnych: emocjonalnych, duchowych… Ja przekłada(m)-łem wizje tego utworu na własne problemy z akceptacją tożsamości. Z jednej strony czułem, że oddalam się od człowieka, którym bym chciał być, a z drugiej strony miałem potrzebę zapisania wspomnień z okresu tych przemian, aby przebywszy tą drogę móc odnaleźć siebie prawdziwego, zawartego gdzieś między wszystkimi tymi etapami dojrzewania – które trwa przecież wciąż. Tragedią była konieczność zerwania maski, traciłem wtedy całkowicie grunt pod nogami, bezpieczny świat został całkowicie utracony. Do dziś czasem zdaje mi się, że jeszcze nie wylądowałem na twardej ziemi, a może jej zwyczajnie nie ma?

Ósmą pozycją jest najdłuższy na płycie utwór Secret Touch – uznawany przez fanów również za Tren. Tym razem jednak mamy do czynienia nie z lamentowaniem, tylko z poważną oznaką wychodzenia z żałobnego stuporu. Muzycznie… Muzycznie nie lubię tego utworu, pomimo tego, że jest to kolejny singiel z albumu – nietrafiony wybór moim zdaniem. To jest utwór, w którym ciekawy muzycznie jest tylko wstęp i te fragmenty, w których się on ponownie przewija. Reszta utworu to straszliwa napierdalanka – ja wiem, że to się miłośnikom ciężkich i szybkich czy jakich tam jeszcze rodzajów muzyki podoba – mi nie.Cover Foto Ciekaw za to jestem jak będzie to brzmiało jako remiks – może się da coś z tego wydusić? Utwór składa się z dwóch zwrotek i trzech refrenów oraz z dłuższych gitarowo-woklanych wstępów. Cała konstrukcja liryczna wyczerpuje się po niespełna trzech minutach, a kolejne trzy to sam jazgot przerywany kolejnymi wokalnymi powrotami do refrenu oraz sporadycznie do spokojnego wstępu. Utwór ma jeszcze jedynie ciekawą basową solówkę gdzieś w środku… Lirycznie całość kręci wokół sentencji: the way out is the way in – „wyjście jest wejściem” zaczerpniętej z artykułu What The Dreams Want? Marca Iana Barascha (1949) z magazynu Utne Reader #102 Nov/Dec 2000. W tym sensie, że wyjście z przeszłości jest wejściem w przyszłość nie ma żadnych końców ostatecznych, tak samo jak początków – proces życia trwa. Peart określa siebie w zwrotce pierwszej jako człowieka odizolowanego od świata, od jego wszelkich przyjemności – swoistego ascetę. Bez kontaktu z rzeczywistością – widzącego ciemność w samo południe. W refrenie rozpoczyna wyjaśniać to do czego dojrzał: nigdy nie przerwiesz łańcucha, nie ma nigdy miłości bez bólu (jak w niewielu miejscach tak w tym, ten banał brzmi jak objawiona prawda, jak kanon mądrości starożytnych), delikatna dłoń, potajemny dotyk na sercuA gentle hand, a secret touch on the heart. Tu musimy przerwać na chwilę – bo Secret touch on the heart to cytat z Victory (1915) Josepha Conrada (1857-1924), zaś motyw delikatnej dłoni pokrzepiającej serce pochodzi z powieści Sister Of My Heart (1999) Chitry Banerjee Divakaruni (1956). W drugiej części refrenu kontynuowany jest motyw tajemniczego dotyku na serce – którego kojących właściwości doznaje Peart. Ostatecznym stwierdzeniem Neila jest zdanie, że: Life is a power that remains. I tu już chyba nie ma odwrotu – zaczęło się nowe. Peart zaczyna wracać do życia, które jest wartością najwyższą. W drugiej zwrotce całkowicie przyznaje się jak bardzo jest niezsynchronizowany z życiem, które biegnie i tym, które się rozpada. Oświadcza że chce już do niego wrócić. Czuje się pokrzepiony i odnaleziony. Był poza światem, a teraz zaczął się powrót i jest to niezwykle ważna chwila. Nie godzi się ze śmiercią, przechodzi nad nią do porządku dziennego – to jest element życia, a życie jest jedno – a więc żyj!     

Dziewiątą propozycją jest niesamowity Earthshine – jeden z najlepszych utworów z VT i jeden z najciekawszych w dyskografii zespołu. Siłą tej kompozycji jest zestawienie instrumentalnej prostoty z dynamizmem. Partie szybkiej perkusji i basu tonuje potężna, acz spokojna, opierająca się na prostych akordach gitara. Efekt, który osiąga zespół przypomina trochę przekrój ula albo mrowiska – solidna obudowa, która skrywa tętniącym życiem świat. Utwór otwiera owa fundamentalna gitara, a już po chwili dochodzą do niej dynamiczne linie basu i równie dynamiczne acz zmienne partie perkusji. Tak skonstruowana jest zwrotka. Pierwszy refren poprzedza nieduży wstęp oparty na wokalizie na literkę „u” oraz dźwiękach hybrydy elektryczno-akustycznej gitary.Cover Foto Wszystko wraca do klimatu zwrotkowego wraz z pierwszą frazą dość podniosłego refrenu. Akordy gitary są bardziej rozwlekłe, w zasadzie konstrukcję tej części utworu tworzy bas wraz z pełnym pasji wokalem. Po refrenie wszystko wraca jakby do początku i znów następuje znany nam blok zwrotka-refren. Jednak już gitara w drugim refrenie zapowiada, co się za chwilę wydarzy – Alex zamiast grać akordowo, przeciąga struny – wydobywając z nich rezonujące dźwięki. Tuż po refrenie mamy finał (3:11-3:55) rozpoczynający się standardowym gitarowym podkładem, w pewnej chwili jednak zaczyna dobiegać nas cichy dźwięk przeciąganej struny – zdaje się być on improwizacją albo przynajmniej czymś nie do końca kontrolowanym. Rezonujący wysoki dźwięk – który przybiera na sile i ilości, zaczyna dominować. Bas i perkusja zaczynają w pewnej chwili grać pod ten gitarowy efekt, a Lifeson subtelnie tak aby nie wytracił swej pierwotnej nieokiełznanej mocy, zaczyna tworzyć właściwą delikatną solówkę oddającą w pełni tytułowy „blask ziemi”. Zwieńczeniem utworu jest trzeci blok zwrotka-refren – również w tej ostatniej partii okraszony tym niesamowitym rezonansem. Tekst Earthshine to mieszanka podróżniczego zachwytu i uwielbienia przyrody, z zachwytem nad sztuką i szczęściem związanym z odnalezieniem ponownego sensu życia. Blask Ziemski – chociaż nie ma polskiego odpowiednika – to światło odbite od powierzchni naszej planety, oświetlające księżyc, zjawisko to można najlepiej zaobserwować w pierwszej i ostatniej kwadrze, kiedy słońce oświetla stosunkowo najmniejszą widzialną powierzchnię srebrnego globu, wówczas niewidoczna część tarczy księżyca oświetlona jest ćmiącym światłem „blasku ziemi”. Peart w zwrotkach zestawia siebie z Eartshine, mówi że bliscy odbierają go w tym upiornym świetle. Ma już dość bycia bladą kopią, wreszcie jego wzrok zostaje odbity przez kogoś innego. Dla tego kogoś ma ochotę znów odbijać światło. Nawet jeśli jego twarz jest pożyczona, a jego godność jest z trzeciej ręki, ma ochotę znów na coś, co jest poza zasięgiem, na coś, o czym można śnić. Tekst w dużej mierze zainspirowały obrazy kanadyjskiego malarza Patersona Ewena (1925-2002).

Dziesiątą propozycją jest finałowy Tren – Sweet Miracle . Utwór jest kolejną perełką na płycie i choć nie ma nic wspólnego z balladą, taką rolę pełni na Vapor Trails. Otwiera go interesujący refrenowy wstęp oparty głównie na gitarowych akordach, delikatnej perkusji oraz zamykającym całość basie. Wstęp ów szybko rozwija się w prostszy temat zwrotki. W raz z pojawieniem się wokalu wycofują się ostre gitarowe akordy. Gitara pozostaje na drugim planie cichutko pogrywając w tle aż do refrenu. W nim to, motyw ze wstępu zostaje poszerzony o dodatkową gitarę elektro-akustyczną – aby zagęścić brzmienie. Jedynym istotnym elementem drugiej zwrotki jest gitara, troszkę odważniej wychodząca z tła. Po drugim refrenie rozpoczyna się przeciągnięty finał (2:01-3:16).Cover Foto Składa się on z dwóch elementów: podniosłego i pełnego emocji wyśpiewywania z efektem radiowym frazy „och zbawienie, och zbawienie” oraz bloku zwrotka-refren utrzymanego w jednolitym, spokojnym klimacie – muzycznie czerpiącym z King Crimsonowego Discipline, gitara i bas zdają się zasypywać słuchacza armią pojedynczych nut układających się w jedną całość. Po tak zagranym refrenie, zespół ponownie gra standardowy refren kończąc nim utwór. Za pomocą Sweet Miracle Neil Peart rozlicza się z rodziną tragedią i swoimi słabościami, ostatecznie afirmując życie i konieczność podjęcia znów jego wyzwań. Pierwsza zwrotka opowiada o tym, co się wydarzyło – nie chodziłem po wodzie, stałem na rafie kiedy zmył mnie przypływ, zagubiony bez śladu, nie było żadnej nadziei. W drugiej zwrotce Neil przyznaje się że w pewnej chwili zwątpił w swoją filozofię życiową, ale jego celem zawsze było wypłynięcie na powierzchnię i powrót do życia – nie spacerowałem z aniołami, tylko mówiłem do siebie walcząc przeciwko bezgwiezdnej nocy. Wreszcie w trzeciej Neil mówi, iż nie modlił się o magię, o żadne cuda, że starał ukryć się na widoku, aby wypłynąć na powierzchnię i dążyć ku światłu – ku ponownemu życiu. Wszystkie zwrotki przerywają refreny, w których Peart woła – och słodki cudzie życia, och słodki cudzie życia, miłości słodki cudzie życia. Hm, takie banały? Opowiada je 50-letni facet, jak szczeniak… Te banały są tak oczywiste, że wypieramy je jako niemodne, nieprzystojne, niepasujące do naszego życia. Dopiero kiedy opowiada je pobity mędrzec nabierają głębi. On też się ich troszkę wstydził, kiedy był młody, głupi i nie zdawał sobie sprawy: jak trudno jest budować i jak łatwo można stracić wszystko.

Pozycją jedenastą jest podzielony na kilka części utwór zatytułowany Nocturne . Numer otwiera krótki, acz treściwy perkusyjny wstęp – Neil rozgrzewa swe instrumentarium. Do perkusji dochodzi brudna gitara, klimatem troszkę z Earthshine. Jednak po chwili Alex zmienia całkowicie brzmienie swego wiosła – na bardzo syntetyczne, brzękliwe – zawadiacko-szczeniackie akordy. Wokół tego klimatu zostaje zbudowana zwrotka pierwsza (pierwsza i druga według zapisu), w drugiej części owa zwrotka lekko ewoluuje. Lee wyśpiewuje ośmiowiersz akcentując, wibrując, smakując każde słowo – pięknie…Cover Foto Wtem po chwili uderzają agresywne zagrywki gitary, a całość rozdziera wrzask lub wokaliza(?): aaaaaa aaaaaa!!! Tak właśnie zaczyna się refren. Po krzykach, zaczyna on wreszcie nabierać kształtów – bardzo dynamicznego, acz ułożonego kontrapunktu utworu. Całość powtarza się jeszcze raz, a po drugim refrenie następuje finał (3:15-3:49), podobnie jak we wcześniejszym numerze złożony z dwóch części: z gitarowego dynamicznego „plumkania” na przesterowanych strunach – wspartych nabijającym tempo hi-hat’em oraz z genialnej wokalizy wyśpiewanej z tak niesamowitym optymizmem i luzem – że już wiemy na pewno – to naprawdę Oni! Niesamowite „tuu ru ruu ruru ruu”, wspierane pojedynczymi uderzeniami w bęben. Całość kończy powrót do wrzasku i reszty refrenowego standardu. Nie będę się rozpisywał o czym jest ten utwór. To luźna dywagacja w obszernym temacie. Zainspirowany artykułem What The Dreams Want? Marca Iana Barascha (1949) z magazynu Utne Reader #102 Nov/Dec 2000. A kluczowym pytaniem tekstu jest: czy to mi się śniło, czy też ja się śniłem? W tym temacie tyle, bo rozprawę naukowo-filozoficzną można by było napisać, a wystarczy mi – jak to określiło moje najukochańsze kochanie – „Saga o piosenkach Rush”.

Pozycją dwunastą jest Freeze, czyli Part IV Of „Fear” – cyklu mającego być pierwotnie trylogią, który ukazał się na albumach – MP, S, GUP – w latach 1981-1984. W cyklu tym Neil Peart snuł opowieść o różnego rodzaju lękach i uprzedzeniach oraz o ich zgubnym wpływie na społeczeństwo. Utwór rozpoczyna szybki pochód basu, wsparty przez perkusję. Do tego duetu po chwili dołącza gitara, wprowadzając totalnie industrialny klimat – pobrzękując uporczywie odstającą od całości struną – tak, słuchacz jest hipnotyzowany, aby wpadł w swoisty trans. Druga zwrotka uderza potężniejszymi gitarami, bas i perkusja dalej grają swój monotonny, acz lekko poszerzony pochód. Wreszcie wchodzi subtelna wokaliza i pierwsza cześć refrenu – znów zdaje się że instrumentarium wraca do halucynogennego motywu z pierwszej zwrotki. Przełom następuje w drugiej części refrenu – wszystko się otwiera, chwila ulgi, jakiej ulgi(?) – no tak, przy drugim refrenie zaczynamy tęsknić do tej hipnozy.Cover Foto Gitara elektro-akustyczna gra ostre niby akustyczne akordy, a może to mandolina, bas zwalnia, a perkusja podkreśla frazy… Zwrotka trzecia – industrialne powraca – świdruje w głowie. Zwrotka czwarta podobnie jak druga przełamana zostaje prostymi akordami gitary. Kolejne refreny nie odbiegają od pierwszych. Po tych ostatnich, znów – tym razem bez wokalu – powraca industrialny motyw. Przerwany w minucie 4:35, kiedy zaczyna się druga część utworu. Gitara z monotonii powtarzania jednego chwytu przechodzi w potężne akordy, Geddy zaczyna krzyczeć (przesterowanym głosem), bas i perkusja grają niezmordowanie swoją partię, krzyki się powielają i nakładają – głos ginie w chaosie dźwięków – przytłoczony i zduszony tą artylerią dźwięków. Wreszcie te krzyki zamieniają się w próbę wyśpiewania-wykrzyczenia pierwszej części refrenu. Kiedy wydaje się nam, że już po wszystkim zespół płynnie przechodzi/powraca jeszcze raz, do standardu pierwszej części refrenu i w całości wykonuje go w akompaniamencie iście wesołej perkusji. Freeze bez dwóch zdań stanowi zarówno muzyczny, jak i tematyczny finał tego pełnego szału i ekspresji albumu. Jest tu wszystko, co zawiera się na Vapor Trails – dynamizm, siła, optymizm, smutek, pasja grania, dynamiczne i spokojne wokale – całokształt Rush.Cover Foto Freeze to opis człowieka współczesnego – zarówno Peart’owskiego new world man’a jak i człowieka dużo młodszego. Każdy inny, wszyscy równi – wobec kart i stylów życia, jakie rozdają nam czasy, wszyscy dostosowujemy się by przetrwać. Jaki jest człowiek współczesny? Jest zagubiony w mozaice postaw, czasami chce walczyć, a czasami woli zmrożony strachem przetrwać noc w ukryciu. Gdy ktoś zakrada się za jego plecami czuje zimny pot na rękach. Wszyscy czasem uciekamy, czasem walczymy, czasem zastygamy w bezruchu czekając na to, co się wydarzy. Patrząc jak obracają się w pył Dwie Wieże – nie wiemy co robić, jak zareagować. Czy kondycja kulturowa naszego społeczeństwa – wskazuje, że zbliżamy się do końca naszej cywilizacji? Zwinięci w sprężynę albo złapani w świetle reflektorów, jak zwierzę. Wpadamy w rozpaczliwą panikę, wzburzenie lub wściekłą furię – jak bestia zagoniona w róg albo bohater-zdobywca. Nieprzygotowani do walki, ani do ucieczki, nie możemy poddać się odruchom, ani oprzeć się na rozsądku. Peart w zaistniałej sytuacji radzi posłuchać instynktu, tylko w nim dopatruje szansy dla zagubionego człowieka.

Trzynastą propozycją jest Out Of The Cradle – utwór bonus, bis czy coś takiego. Zamykający album utwór jest pierwszym – który urodził się podczas sesji VT. I w pełni oddaje radość z grania jaką panowie Lee, Lifeson i Peart czuli w 2001 roku. Jest to dynamiczny, troszkę pachnący T4E, dla niektórych najbardziej Rushowy z całej VT, energiczny, gitarowy numer z orientalnym mostem w środku oraz z jedną z niewielu solówek na płycie. Lirycznie odpowiada na oczywiste pytanie: dlaczego Rush i czym jest Rush? A więc Rush: to nie miejsce - to stan, to nie wyścig - to podróż, to nie czyn - to atrakcja, to nie styl - to działanie, to sen dla budzącego się, to kwiat dotknięty przez płomień, to dar dla dającego, to siła o setce imion… Ale jak działa Rush i skąd?   

Surge of energy, spark of inspiration
The breath of love is electricity
Maybe Time is bird in flight
Endlessly mocking
Here we come out of the cradle
Endlessly rocking
Endlessly rocking

I to wszystko wyjaśnia… Neil inspirował się pisząc ten tekst wierszem Out Of The Cradle Endlessly Rocking ze zbioru Leaves Of Grass (1855) Walta Whitmana (1819-1892). C.d.n.

 

Następny odcinek: 6 lub 13.IX.2011 z powodów wcześniej podanych.

Dla chętnych: Earthshine w dwóch wersjach z 23 listopada 2002 z Rio de Janeiro, Brazylia – z koncertu Rush In Rio (2003) ...ach ten chłopiec 1:00-1:03... oraz remix z albumu Retrospective 3 (2009). Secret Touch z 23 listopada 2002 z Rio de Janeiro, Brazylia – z koncertu Rush In Rio (2003). Ponadto z tego samego koncertu – genialny, cudowny, niesamowity, poruszający perkusyjny popis Neila Pearta – O Baterista.

Cover Foto

Będzie mnie mniej we wrześniu zapewne. A to z powodu mego pilnego uczestnictwa we wrześniowych festiwalach w mieście. Od dziś w ramach obchodzonej wczoraj 67 rocznicy likwidacji Litzmannstadt Ghetto uczęszczam do 9 września włącznie w ramach warsztatów na podstawy języka Jidysz. 5 września rozpoczyna się festiwal Street Artu – więc będę łaził pod sześć nowych adresów gdzie mają powstać wielkoformatowe grafy. W dniach 13-17 & 23-24 września odbędzie się kolejna edycja – umęczonego aferami o prawa do nazwy i własności – Festiwalu Czterech Kultur. 24-25 września kolejna edycja genialnego TrotuArt, festiwalu teatrów ulicznych pod patronatem teatru lalkowego Arlekin. 22-25 września Se-ma-for Film Festiwal. Coś tam ma jeszcze być z filmem, ale nie idę na to. Ponadto będą wieszać na katedrze „Zygmunta” – jakoś między 17 a 23 wrześniem. Zygmunta ufundowali fabrykanci i rzemieślnicy w 1911 roku. Niestety po włączeniu miasta do Rzeszy w 1939 roku został przetopiony na kule, czy tam inne armaty – i wystrzelany w ciała Rosjan podczas inwazji na ZSRR. Po stu latach hierarchowie i miłośnicy historii wpadli na pomysł odtworzenia dzwonu i po zebraniu ledwie 400 tysięcy złotych (1/3 to składka mieszkańców – sami z I’ dorzuciliśmy symboliczny grosz) – wreszcie dzwonek odlano – ma być zaprezentowany i zawleczony na wierzę – gdzie dyndał jego klon poprzednik. A już 30-go września, wyjątkowo wcześnie tej jesieni, rusza XXII MFKiG, o czym później.

Zatem moja notkowa, jaki cykliczno-notkowa działalność może być chaotyczna. Jak to nazywa mój mąż: „saga o Rush” – jest już na ukończeniu, wobec tego jeśli jej się obsunie kilka tygodni nic się nie stanie…

Cover Foto

czwartek, 25 sierpnia 2011

Cover Foto

18-go sierpnia 2011 roku w Pont-l'Abbé-d'Arnoult w wieku 81 lat zmarł jeden z najwybitniejszych francuskich komiksiarzy Jean Tabary. Klasyk gatunku i współautor jednej z najbardziej rozpoznawalnych komediowych serii obok „Asteriksa”, „Tintina”, „Lucky Luke”, „Sprycjana i Fantazjusza” oraz „Gastona” – twórca „Iznoguda”.

Cover FotoTabary urodził się 15-go marca 1930 roku w Sztokholmie. Jego przygoda z komiksem rozpoczęła się jednak we Francji, gdzie w latach 1956-1962 w magazynie Vaillant rozpoczął publikowanie pierwszej swojej komiksowej historii Richard et Charlie. Następnie w latach 1959-1976 robił serię Totoche dla magazynów Vaillant i Pif. Jednak dopiero podjęcie współpracy z wydawnictwem Dargaud i magazynami z nim związanymi: Record i legendarnym już dziś Pilote (1959-1989) w 1962 roku, a przede wszystkim poznanie jednego z największych scenarzystów komiksowych XX wieku  René Goscinny’ego (1926-1977) – przyniosło Tabary’emu nieśmiertelność. Goscinny już w 1962 roku wymyślił postać złego wezyra, który „chce zostać kalifem w miejsce kalifa”. Miał być to jeden z największych komediowych antybohaterów, a zarazem parodia Baśni z tysiąca i jednej nocy.Cover Foto Obok Asteriksa i Obeliksa mających stanowić wzór francuskości,  indianina Umpa-py oraz pisania oryginalnej nowelki dla dzieci zatytułowanej „Mikołajek” – zły wezyr miał zabierać młodszego i tego troszkę starszego czytelnika (bowiem jak w każdej pracy Goscinnego i ten komiks zawierał podwójne dno) w orientalny świat starożytnego Bagdadu, w którym toczy się nieustanna walka i knowania w celu obalenia kalifa Haruna. Jednak ten ostatni dzięki swej safandułowatości oraz nieskończonym pokładom dobroci – zawsze wychodził z zastawionych na niego, przez dwulicowego Iznoguda, pułapek w całości – nigdy nie obwiniając swego „wiernego” sługi o jakiekolwiek knowania. Oczywiście komiks ów jest też swoistą satyrą polityczną – czy wezyr nie przypomina troszkę Georgesa Pompidou(?) – można by dyskutować. W każdym bądź razie nasz wezyr Iznogud nie będąc kalifem – de facto sprawował lwią część władzy w państwie. Jednak była to wojna o prestiż i o absolutyzm. Co wyraźnie autorzy komiksu napiętnowali.

Cover FotoIznogud narodził się w 1962 roku, a w 1966 roku doczekał się pierwszej publikacji w postaci albumowej. Do śmierci Goscinny’ego w 1977 roku powstało 12 albumów, a kolejnych 5 scenarzysta pozostawił Jeanowi Tabary w szufladzie – opublikowane zostały w 1978 i 1994 roku. Oczywiście pierwszeństwo zawsze miał „Asterix”, dla którego w latach 1959-1977 Goscinny napisał 23 odcinki, a od 1957 roku doszedł scenarzyście równie przez niego hołubiony „Lucky Luke” robiony przez Morrisa od 1947 roku. Goscinny tak bardzo się zaangażował w ten projekt, że za życia stworzył scenariusze do 9, 11 – 46 albumu serii oraz do wydanych po jego śmierci w latach 1981-1986 albumów: 50, 51 i 55 – tworząc łącznie 40 odcinków „LL” – uznawanych przez krytykę za najważniejsze i klasyczne przygody tego bohatera. „Iznogud” zatem plasuje się na miejscu trzecim, co jest z korzyścią dla serii – gdyż nie wyczerpała ona do końca swych możliwości.Cover Foto W zasadzie fenomen Goscinny’ego polegał na tym, iż żaden ze scenariuszy które napisał – nie był „wypalony” czy powielony – ten facet był kopalnią pomysłów, ponad to doskonałym producentem oraz w międzyczasie dyrektorem, redaktorem, dyrektorem artystycznym jednego z wydawnictw. Niestety za tempo pracy jakie sobie narzucił zapłacił zawałem serca. Serie które zostawił – były kontynuowane (scenariuszowo) przez rysowników lub innych scenarzystów – jednak kolejne ich odcinki nie zbliżyły się nawet do najsłabszych pomysłów Goscinny’ego. 

Tabary poza zostawionymi scenariuszami, sam po 1977 roku rozpoczął pisanie odcinków dla złego wezyra. Samodzielnie stworzył do 2004 roku kolejnych 10 epizodów. Niestety udar mózgu nie pozwala mu dalej pracować nad serią. Ostatni 28 album Iznoguda: „Les Mille et Une Nuits du Calife” ukazał się w 2008 roku, dzięki pomocy przy tworzeniu scenariusza i rysunków udzielonej Tabary’emu przez jego trójkę dzieci.

Cover FotoPolski widz i czytelnik poznał Iznoguda w 1996 roku za sprawą 52 odcinkowego serialu animowanego Wezyr Nic-po-nim. Nic-po-nim miał być spolszczeniem od „Iznogud”. Wybaczcie, ale nie rozumiem tych polskich debilo-tłumaczeń, tłumaczyć musiał skończony kretyn niemający pojęcia, że „Iznogud” z francuskiego „Iznogoud” jest słowotwórczą zabawą z językiem i pochodzi od angielskiego wyrażenia is no good. Stąd też tłumaczenie i tworzenie nazwy wezyra od słowa nicpoń – jest kompletnie nieuzasadnione, gdyż w zamyśle autorów komiksu, chodziło tylko o fonetyczne francization (spolszczenie), a nie tworzenie słowotworu. Kiedy Świat Komiksu (1998-2004) rozpoczął na swych łamach publikację kilku odcinków serii, tytuł już był na szczęście spolszczony („Iznogud”). Wydawnictwo Egmont to samo, które wcześniej publikowało komiks w magazynie „ŚK”, w latach 2000-2002 wydało 6 odcinków „Iznoguda”.

Cover FotoOstatnim sukcesem serii było przeniesienie jej na ekran, film aktorski nakręcony został we Francji w 2005 roku. W rolę Iznoguda wcielił się Michaël Youn, a w rolę kalifa znany z „Kapuśniaczku” Jacques Villeret.  I jak jestem wielkim przeciwnikiem filmowania komiksów wszelkich, bo filmowanie komiksów to gwałt w biały dzień z przyzwoleniem prawa – to powinno się karać śmiercią! Tak będąc wielkim sceptykiem, obejrzałem ten film i aktorski duet – moim zdaniem dobrze oddał głównych bohaterów, a reżyserowi Patrick’owi Braoudé udało się chwilami uchwycić zamysł Goscinny’ego i Tabary – ale spokojnie, tylko chwilami – bo oczywiście film jest naszpikowany zbytecznym tandeciarstwem i efektami. Ale są chwile w których komiksowego „Iznoguda” można poczuć! Podobno o ekranizacji komiksu już w latach 70-tych, myślał jego ojciec Goscinny – widząc w roli wielkiego wezyra  Louisa de Funès (1914-1983).

wtorek, 23 sierpnia 2011

Cover FotoVapor Trails – 2002

1.One Little Victory 5:09

2.Ceiling Unlimited 5:28

3.Ghost Rider 5:41

4.Peaceable Kingdom 5:23

5.The Stars Look Down 4:28

6.How It Is 4:05

7.Vapor Trail 4:57

8.Secret Touch 6:34

9.Earthshine 5:38

10.Sweet Miracle 3:40

11.Nocturn 4:49

12.Freeze 6:21

13.Out Of The Cradle 5:03

 

Neil Peart ostatecznie wrócił do Rush w połowie stycznia 2001 roku, wtedy też w małym studiu w Toronto zespół rozpoczął wstępne prace nad nowym materiałem. Tym razem wolny od zobowiązań względem wytwórni zespół dał sobie nieograniczony czas na pracę nad muzyką i aranżacjami. Działający dość aktywnie do połowy 1997 roku Rush musiał się zmierzyć z rodzinną tragedią perkusisty. Neil grający na perkusji od wczesnego dzieciństwa, a od 1967 roku już zawodowo w różnych kapelach i pod kierunkiem nauczyciela, grał na perkusji codziennie minimum godzinę, tak było również w okresie przynależności do Rush – nagle z powodów rodzinnych na blisko dwa lata przestał grać w ogóle. Dla perkusisty – operatora bębnów – instrumentu jakby nie patrzeć wysiłkowego, wymagającego kondycji fizycznej od grającego – dwuletnia przerwa – zwłaszcza na przełomie wieku średniego jest katastrofą. Peart tuż po miesiącu miodowym (we wrześniu 2000 roku muzyk wszedł w swój drugi oficjalny związek) – rozpoczął mordercze treningi. Przez cały okres nagrywania nowego albumu, aby wrócić do formy codziennie starał się grać na bębnach od 6 do 8 godzin. Stąd też po części wynika powolność nagrywania nowego materiału, z drugiej strony Alex i Geddy – postanowili poeksperymentować z brzmieniem, dokonali lustracji rockowych mód – na przykład na początku XXI wieku panowała moda na minimalizm albo zaniechanie grania solówek i popisów – co odbije się na nowym materiale. Rush jednak chciał przede wszystkim zabrzmieć znacznie ciężej niż dotychczas, iście metalowo – muzycy chcieli wykrzyczeć swój gniew na podły los oraz pokazać, że jeszcze nie są takimi dinozaurami i potrafią zmienić swój styl. Oraz że po kilku latach przerwy: WRACAJĄ!

Cover FotoPraca wyglądała standardowo, Alex i Geddy tworzyli muzykę, co sprawiało im wielką radość, a docięty od nich Neil pisał w spokoju teksty. W przypadku nowego materiału, obarczony nowymi doświadczeniami i przemyśleniami Neil Peart miał o czym pisać. Część utworów przybierze zatem zawoalowaną formę trenów, a część filozoficznych porad, nie zabraknie też komentarza do otaczającej nas rzeczywistości – zwłaszcza po pamiętnym 11 września. Cała ta problematyka będzie jak zwykle nienachalna oraz przybrana w życiowe historyjki, podróżnicze pasje, codzienny zachwyt nad istnieniem i literaturą oraz co niezbyt częste w tekstach Pearta w swoiste impresje – inspirowane oczywiście beletrystyką, poezją i malarstwem. Wyśpiewywany wiersz, naszpikowany opisem, przenośnią, epitetami i całym mnóstwem innych poetyckich zabaweczek – staje się obrazem żywym – w mojej wyobraźni.

Kiedy Neil skończył teksty zaczął pracować nad partiami perkusji, a w zasadzie nad nowymi układami ćwiczeń, bo Alex i Geddy nie byli gotowi pokazać swoich nowych dokonań. W tej sytuacji Neil postanowił napisać książkę – Ghost Rider: Travels On The Healing Road (2002), w której opisał swoją 14-stomiesięczną podróż po Ameryce po śmierci córki i żony oraz to jak odnalazł nowy sens życia i energię do pracy. Za pomocą tego ogromnego eseju Peart wykłada podstawy swoich filozoficznych przekonań.

Cover FotoPisanie utworów zajęło Kanadyjczykom rekordowo długi czas ponad sześciu miesięcy, wtedy też nadszedł czas na znalezienie producenta i nagranie materiału. Nieszczęśliwy jak się potem okazało wybór padł na Paula Northfielda – pracującego jako inżynier dźwięku z Rush w latach 1981-1983. Northfield nigdy nie stracił kontaktu z zespołem i często wspierał go swoimi inżynierskimi poradami. Tym razem Rush powierzył mu pracę najwyższej odpowiedzialności – miał wyprodukować cały album. Wybór na niego padł z powodu niechęci muzyków do szukania kogoś kompletnie zielonego i obcego względem zespołu – Northfield był człowiekiem zaufanym. Niestety bardzo mocno zawiódł i kompletnie nie sprawdził się jako producent. Nie potrafił zapanować nad inżynierią dźwięku i produkcją – w materiał wdały się złośliwe chochliki w postaci trzasków, szumów, a wreszcie kompletnie nie porozdzielał ścieżek dźwiękowych oraz tragicznie je nagłośnił, sytuując nową płytę Rush w czołówce tak zwanego Loudness War. Błędy popełniono na każdym etapie produkcji albumu.

Cover FotoOstatecznie prace nad nowym albumem trwały od stycznia do listopada 2001 roku w Reaction Studios w Toronto, miksowanie materiału trwało do marca 2002 roku. Za okładkę i projekt graficzny odpowiadał jak zwykle Hugh Syme. Premiera siedemnastego studyjnego albumu Rush zatytułowanego Vapor Trails nastąpiła 14 maja 2002 roku. Elementy okładki i słowa z tytułu – nieprzypadkowo znajdują odzwierciedlenie w wyglądzie i nazwie mojego bloga. Kula ognia symbolizująca powrót oraz teraźniejszość, oraz ślad, smuga dymu jaki za sobą pozostawia – będące zanikającym wspomnieniem tego co przeminęło. Vapor Trails to najdłuższy i najcięższy album Rush, podchodzący pod nu-metal. Tak muzycznie jak i wokalnie znacznie różni się od poprzedniego albumu – zespół rezygnuje całkowicie z instrumentów klawiszowych, instrumentarium gitarowe wzbogaca podobnie jak na T4E o mandolinę, po raz pierwszy od 1991 roku zespół rezygnuje z utworu instrumentalnego. Po pierwszym przesłuchaniu zdaje się, że Vapor Trails jest jednolitą ścianą dźwięku, potężnych gitar (podchodzących nawet pod klimaty industrialne), dudniącego basu i niemiłosiernej perkusji. Tak oczywiście nie jest – jednak spokojniejsze utwory są mało „odczuwalne”. Wracając do wokalu to po dość monotonnie śpiewanym poprzednim albumie (co jest jego zaletą) Vapor Trails to kopalnia różnorodności i zabaw z głosem – od przesterowanych dźwięków (modnego w owym czasie w muzyce pop śpiewania „przez telefon”), poprzez krzyki, zmiany tembru i siły wokalu w poszczególnych zwrotkach, aż po różne figury wokaliz – jest czego posłuchać – zwłaszcza, że wokal cudownie tonie, jakby przytłoczony rumoszem ciężkich dźwięków. Mimo licznych wad produkcyjnych – przyznać należy, że Rush osiągnął zamierzony cel – nagrał album, którym udowodnił, że blisko 50-letni panowie są jeszcze w grze. Mój osobisty eksperyment udowodnił, że Rush – się nic a nic nie postarzał – kiedy podrzucałem ten album nieświadomym znajomym – większość z nich stwierdziła, że płytę nagrał: jakiś młody nu-metalowy amerykański zespół i że pewnie jest to debiut albo może druga, w porywach trzecia płyta. Na wieść, że to 17 album i że zespół gra od 28 lat – większość kompletnie nieznających Rush ludzi – stwierdziła że to niemożliwe albo że kłamię.

Album otwiera potężny One Little Victory . Na początek mamy niesamowity popis Pearta, do którego dochodzi brudna i agresywna gitara, a na końcu bas. Rozbudowana figura wstępna powtarzana jest dwukrotnie, aby wreszcie po niespełna minucie zamienić się we właściwy spokojniejszy temat, na którym zbudowane są dwie zwrotki i refren. I tu już mamy pierwszą konstrukcję wokalną: zwrotka pierwsza jest spokojna, druga jest wykrzykiwana, przed refrenem mamy sympatyczną wokalizę na literkę „a”, która będzie przewijać się przez cały utwór. Po pierwszym cyklu zwrotkowo-refrenowym – mamy kolejne dwie zwrotki zakończone wyśpiewywaniem tytułu utworu – następnie pojawia się króciutka pauza i znów instrumentarium daje po żebrach – refren. Lekko przeciągnięty refren zamienia się w karłowatą solówkę (4:00-4:15 i 4:18-4:30).Cover Foto Co ciekawe ten fragment utworu brzmi kompletnie inaczej w wersji zremiksowanej. W 2010 roku Rush ogłosił iż VT nie ma sensu masterować, bo jakość nagrania jest zbyt słaba – wobec czego współpracujący z zespołem od 2006 roku – chwalony przez krytyków inżynier dźwięku Richard Chycki – remiksuje obecnie cały album. Może już w 2012 roku doczekamy jego kompletnie nowej wersji – dotychczasowe efekty pracy Chyckiego są zdumiewające (patrz One Little Victory mix w dla chętnych), ten facet naprawdę czuje Rush. Zakończeniem utworu jest posolówkowa dynamiczna gitarowa puenta. Czy trzeba objaśniać znaczenie tego utworu w obliczu przeżyć Neila Pearta? Myślę, że nie. Ten numer jest oczywisty, jego miejsce na płycie jest oczywiste (oznajmia: że Oni wróóó-óó-ciii-lllii!!! – Neil Peart), perkusyjny wstęp jest oczywisty, tekst tego utworu jest oczywisty. Doceniaj każde małe zwycięstwo, bo może być ostatnim. Ciesz się chwilą, bo może już nie będzie następnych tak wspaniałych. Wykorzystuj każdą okazję, wszystkie punkty się liczą. Wystarczy pewna miara prawości, pewna jednostka siły i pewien stopień determinacji, by mieć odwagę iść własną drogą i to jest już sukces, bo przecież ryzykowałeś przegraną. Największy możliwy wyczyn – jedno małe zwycięstwo – ostatnie albo pierwsze.

Utwór numer dwa pomijamy z powodu straszliwej produkcji. Niestety nie pomaga mu przeintelektualizowany tekst dotyczący kondycji kultury we współczesnym świecie. Nie pomagają mu odwołania do Oscara Wilde’a, Lewisa Carrolla (1832-1898), ani odwołanie do noweli Of Time And The River (1935) Thomasa Wolfe (1900-1938), ani nawet otwierający cytat z musicalu Brigadoon (1954). Może w wersji Chycki’iego Ceiling Unlimited odzyska swój blask – tymczasem zamieszczam go tylko w dziale dla chętnych.

Trzecią pozycją jest Ghost Rider będący zarazem jednym z bardziej – otwarcie osobistych – utworów Pearta na płycie, określany przeze mnie jako pierwszy Tren. Otwiera go miarowe uderzanie w hi-hat (na koncercie znacznie dłuższe i z niesamowitym emocjonalnym zaangażowaniem Neila – patrz dla chętnych) oraz gra basu. Po chwili do tej pary dołącza się szarpana, zdająca się grać jakieś nostalgiczne wspomnienie, gitara. Na tym motywie rozpoczyna się pierwsza zwrotka wsparta po chwili przybrudzonymi dźwiękami kolejnej gitary.Cover Foto Druga zwrotka prowadzona w podobnym klimacie, wprowadza nas w pełni do utworu i podobnie jak w pierwszej zwrotce mamy tu motyw przybrudzonej gitary. Refren jest w tym utworze dość skomplikowany – podzielony na dwie różniące się części: na dość a-rytmiczny i kakofoniczny para-refren, oparty na akordowej gitarze i oddzielony gitarowo-perkusyjną pauzą refren właściwy – również oparty na akordach, jednak tym razem wespół z bardzo rytmiczną melodią. Druga część utworu jest odwrócona proporcjami – tylko jedna zwrotka poprzedza wydłużony para-refren, po którym wskakuje ten drugi standardowy. Po stałych elementach mamy stanowiący pierwszą część finału most z wokalizą Geddy’iego, a następnie powrót do motywu otwierającego, po którym następuje pseudosolówka (4:37-4:51) – mająca obrazować instrumentalne rozwinięcie zwrotki. Ów motyw gitarowy, co prawda ciągnie się do końca utworu, jednak we wskazanym wcześniej momencie Lee zaczyna dośpiewywać charakterystyczny dla refrenu fragment – kończąc w ten sposób cały numer. Inspiracją dla tego tekstu była rodzinna tragedia i żałobna motocyklowa wyprawa Pearta po Ameryce. Jest to w zasadzie historia, w której ideolog Rush wyjaśnia co się właściwe stało po śmierci najbliższych mu kobiet i jak sobie dał radę. Podróż, w którą zabrał wszystkie zjawy na swych barkach – miała być zarówno ucieczką, jak i lekarstwem. Każdy świt sprawiał, że ciężar był coraz lżejszy. Jazda nie miała jednego celu, wszystko co zostawało za Peartem i wszystko co było przed nim było ukryte w cieniu niewiadomej. Nawiedzał różne krainy i zachwycał się ich pięknem nie znajdując spokoju, był jak jeździec widmo. Wiadomym było tylko jedno, że nic nie może powstrzymać tej drogi. Obok osobistych doświadczeń, inspiracją dla Ghost Rider był pogrzebowy wiersz Wystana Hugh Audena (1907-1973) Funeral Blues (1938).

Czwartą propozycją jest potężny zarówno brzmieniowo jak i znaczeniowo Peaceable Kingdom . Jest to utwór zbudowany wokół charakterystycznego dla Rush schematu szybkiej lub głośnej zwrotki i przeciągniętego spokojnego refrenu. Rozpoczyna go króciutka gitarowa wariacja – choć to bardziej wydobywanie dźwięku ze struny okraszone przesterowanym krótkim fragmentem wokalnym. Po tym mini wstępie następuje potężne uderzenie niskich dźwięków basu, które układają się w interwałowy szkielet zwrotek. Wypełnienie stanowi bardzo brudna akordowa gitara – której partie gubią się gdzieś pomiędzy basem, drapieżną perkusją a wokalizami Lee, które wypełniają tło zwrotek i refrenów w różnych konfiguracjach. Cały jazgot znika zastąpiony „anielskim” basem i delikatnymi talerzami perkusyjnymi, kiedy rozpoczyna się pierwsza cześć refrenu. Ale żeby schemat nie był oczywisty – w drugiej części refrenu – tej opisującej trwającą wojnę zamiast wyśnionego Niebiańskiego Królestwa Pokoju – instrumentarium znów (nie mogę tego inaczej określić) przypierdala, odległość interwałów basowych wyczuwalnie się zmniejsza tworząc bardziej dramatyczną atmosferę, a słuchacz czeka na kolejną „spokojniejszą” zwrotkę. Refren po drugiej zwrotce jest dłuższy, zarówno w części spokojnej jak i agresywnej – wokalnie wraca motyw ze wstępu. Po drugim refrenie następuje coś na kształt finału (3:19-3:39). Utwór wieńczy trzeci blok zwrotka-refren, tym razem z ograniczonym do minimum wokalem w refrenie. Interesującą mieszanką motywów zainspirowany jest Peaceable Kingdom. W zasadzie cały utwór jest zestawieniem wyidealizowanej wizji z podkolorowaną tragiczną rzeczywistością. Zwrotki oddają stan Świata, emocji i uprzedzeń po zamachu 11 września 2001 roku. Tu nawet Peart jest pesymistą i nie wierzy w jakiekolwiek pokojowe rozwiązanie. Ponieważ Ci, którzy mają słuchać racji drugich – nie zamierzają tego czynić, a Ci, którzy mieli usłyszeć, już usłyszeli. Na mnie największe wrażenie robi zwrotka druga:

All this time we're shuffling and laying out all our cards
While a billion other dealers are slipping past our guards
All this time we're hoping and praying we all might learn
While a billion other teachers are teaching them how to burn.

Spokojne i jakby wnoszące odrobinę nadziei części refrenów są nawiązaniem do Królestwa Pokoju – prawie 60 obrazów amerykańskiego malarza prymitywisty Edwarda Hicksa (1780-1849). Zaś agresywne finały refrenów to obraz konfliktu interesów, kultur i religii – zobrazowane przedstawieniem wojny – kart Tarota, gdzie Wieża symbolizuje WTC. Generalnie po roku 2001 pesymizm Pearta będzie narastał…

Piątą propozycją jest utwór-hołd dla Led Zeppelin (jak wielu krytyków go określa) The Stars Look Down . Wreszcie Rush wraca troszkę bardziej w swe klimaty oraz troszkę w klimaty grupy, z którą był u progu swej kariery porównywany. Dziś jak wiemy Robert Plant odcina kupony, smutno spoglądając na nasz świat z tragicznych bilbordów promujących jego trasę koncertową – pewnie czasem wspomina czasy swej świetności. Tymczasem Rush bije nieskromny pokłon tej bądź co bądź istotnej grupie. Kawałek jest skrojony prosto i treściwie – dwie zwrotki, dwa refreny. Motyw otwierający jest już w zasadzie zwrotką pierwszą – prostą, rytmiczną z akordową gitarą oraz malutką instrumentalną wstawką w połowie.Cover Foto Refreny zaczynają się od „pływających” dźwięków gitary, każda nowa fraza wsparta jest akustycznym szarpnięciem z drugiego planu, a każda fraza mantry tytułowej wsparta jest przyjaznym gitarowym chwytem. Po drugim refrenie mamy coś w stylu dynamicznego gitarowo-basowego finału (2:46-3:23) płynnie przechodzącego od tematu zwrotkowego w temat (trzeciego) refrenu. Dziwny refren jest to – zagrany inaczej niż dwa wcześniejsze powiązane ze zwrotkami, do klimatu poprzedników wraca dopiero w ostatnich dwóch wersach wieńcząc tym samym całość piosenki. Inspiracją dla tytułu oraz dość pesymistycznego rozważania stanowiła powieść The Stars Look Down (1935) Archibalda Josepha Cronina (1896-1981). Spersonifikowane zwierzątka: mucha i szczur – które w zwrotkach wypowiadają swoje kwestie – pochodzą z bajek Ezopa, a w zasadzie z ich zmienionych wersji XV-wiecznego profesora literatury na Uniwersytecie Urbino, Lauretiusa Abstemiusa, który nie dość że tłumaczył Ezopa, sam pisał na jego podstawie własne (obrazoburcze) bajki – wydane w dwóch tomach w latach 1495 i 1499. Tematycznie Peart krąży wokół pytania – co rządzi naszym losem? Czy wystarczy rzucić kośćmi – czy wynik będzie i tak bez znaczenia? Czy mucha przyklejona do koła ma prawo chwalić się tabunami kurzu jakie wznosi? Albo czy szczur chodzący w labiryncie – podejmuje decyzje tylko w oparciu o wolną wolę – przecież i tak jest niewolnikiem – możliwości, których sam nie kreuje. Wobec tego żyjemy w ciągłym złudzeniu? Kiedyś w młodości mogliśmy być dumni z naszego świata marzeń – ale prawdą jest, że nikogo nic a nic one nie obchodzą. Droga, którą wydaje się że kreujemy – zwodzi nas na manowce. Jak wielkie jest zdziwienie – kiedy nasze decyzje i plany zamiast być nam podległe – podporządkowują sobie nas. Czy przeżywamy nasz życie, czy raczej ono ponosi nas w nieznanym kierunku? I jakie to ma ostatecznie znaczenie, wszystko to co mówimy, co robimy, jak żyjemy, jak umieramy w obliczu nieskończonych kosmicznych procesów…? W obliczu gwiazd, które spoglądają w dół...

Szóstą propozycją jest How It Is – będący optymistycznym bratem wcześniejszej kompozycji, a zarazem dość zakamuflowanym następnym Trenem – wobec czego mam zwykle problemy z klasyfikacją tego utworu. Niemniej pozostańmy przy określeniu „nieoficjalny”, które oddaje w pełni charakter osobistego motywu przewodniego – rozpostarty on bowiem zostaje w szerszym tle. Całość otwiera krótkie, spokojne intro, na które składa się gitara, wsparta subtelnie perkusją i zawiązującym temat basem. Po chwili jednak całość wybucha w dość „skoczną” zwrotkę skonstruowaną przez szybki basowo-perkusyjny szkielet wypełniony przesterowaną gitarą. Refreny dla kontrastu lekko zwalniają skupiając się początkowo wokół rozwinięcia tematu ze wstępu, aby następnie już bez uporczywego basowego szkieletu wrócić do tempa zwrotki. Przesterowana gitara ustępuje w nich hybrydzie elektro-akustycznej oraz…, no właśnie co to jest? Mandolina? Na pewno pojawia się ona w drugiej zwrotce jako wsparcie dla dźwięczących delikatnie talerzy oraz w trzeciej „mostowo-finałowej” zwrotce jako „śmietana do żuru” – zagęszczając tło, wspierane już wszechobecnymi wokalizami Geddy’iego. Wspomniana trzecia zwrotka wraca całkowicie do motywów ze wstępu – stając się jednocześnie finałem i popisem basowym. Całość kończy dynamiczny refren. Wokalnie ten numer podzielony jest według pewnego schematu – w pierwszych dwóch zwrotkach głos Lee przesterowany zostaje przez vocoder, w refrenach i trzeciej zwrotce Lee śpiewa bez pomocy maszyny.Cover Foto Tematem przewodnim utworu jest próba ucieczki od codziennego marazmu. Czasem, kiedy jesteśmy przytłoczeni życiem, przestajemy sięgać wzrokiem dalej niż do końca obecnego dnia. Nie widzimy szans ani nadziei na lepsze jutro. Frustracja dniem dzisiejszym determinuje nasz ogląd wszystkiego – popadamy w chandrę i depresję. Zaczynam mieć dość samych siebie. Stajemy się niewolnikami swych czarnych myśli i złego samopoczucia, przez co miotamy się między tym jak jest – którego nie potrafimy zmienić – a tym jak powinno być – które jest nierealne. To jest jak w pochmurny dzień, brak nam wyobraźni i chęci, gubimy szanse jakie niesie nam każda godzina, wszystko zamienia się w niepewność. Panaceum niesie ostatnia zwrotka – rozpoczęta cytatem z Of Time And The River – Thomasa Wolfe: Foot upon the stair, shoulder to the wheel…, nie możesz kazać sobie przestać dbać, nie możesz powiedzieć sobie jak masz się czuć. Kiedyś te chmury rozwieje wiatr, kieruj swoim życiem, a przynajmniej próbuj to robić.

         

Następny odcinek: 30.VIII.2011

Dla chętnych: One Little Vivctory w dwóch wersjach z 18 sierpnia 2004 roku z Nowego Yorku, USA, oraz remix z albumu Retrospective 3 (2009). Ghost Rider z 23 listopada 2002 z Rio de Janeiro, Brazylia – z koncertu Rush In Rio (2003). I na koniec Ceiling Unlimited z 13 października 2002 roku z Atlanty, Georgia, USA.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Pracujemy nad sobą mimo opóźnień w odnotowywaniu postępów. Jeszcze tylko jeden miesiąc lata nam został, niestety, ale oby był ciepły i słoneczny, wtedy nasze rozmiary znów pójdą w dół – przed długą i smutną jesienią i zimą!

           

Waga: 168,5 kilogramy, było 172[i].

Talia: 201 centymetry, było 203[ii].

Wzrost: 348 centymetrów[iii].

 



[i]

[iii] Wszystkie dane liczbowe są sumą – naszych wspólnych rozmiarów.



czwartek, 18 sierpnia 2011

Powroty są zawsze trudne. Co za banał – zwłaszcza w obliczu niepisania bloga ledwo przez tydzień. A jednak tydzień. Krótki okres totalnej prawie izolacji od Internetu (przynajmniej informacji) i telewizji. Kiedy Najukochańsza umknęła na wakacje – na długi weekend przyjechała do nas Natalia Oreiro z Żoną i spędziliśmy z nimi cztery intensywne i kończące się bardzo późno dni… Oczywiście jak zwykle zawiedli Ci, którzy zawsze zawodzą, to nie nowość! Zawiedli też Ci, którzy nie zawodzą prawie nigdy – to trudno, czasem zwyczajnie tak wychodzi. Dlatego też długi weekend z Natalią O., stał się bardziej hermetyczny niż przypuszczałem, dopisało też miasto wypędzając zbytek ludności na wyjazdy poza granice. Wiele było przypadku, a nawet utarczek… Docieramy się coraz bardziej. Natalia Oreiro tylko na blogu wydaje się nieskazitelna, w rzeczywistości jest z krwi i kości, istotą ludzką wypełnioną niepowtarzalnym i niezależnym charakterem, choć chyba żona ma bardziej burzliwą naturę. I to jest piękne – bo za cholerę nie lubię papierowych charakterów, plastikowych poprawności ani sztuczności. Sam jestem eksplozywnym despotą. I fajnie że następnego dnia – wczorajsze zgrzyty stają się lepiej zbadanym terenem, płaszczyzną porozumienia. Bo nie oszukujmy się, mamy inne poglądy z dziewczynami, a mimo to potrafimy znaleźć wspólny mianownik.

Weekend szybko zleciał i zostało kilka dni wolności. Definitywnie kończą się wakacje – nasze dziwne wakacje. Troszkę tu, troszkę tam – najważniejsze odnowione i umocnione. Czas, który nadchodzi pachnie niebezpieczeństwem zmian. Boję się zmian. Znów mam ochotę wykopać sobie mały bunkier i schować się pod kamieniem. I’ dostał propozycję reorganizacji swojej pracy, nie wiadomo co się może z tym wiązać? Awans i lepsza gratyfikacja, czy tylko pozorna zmiana stanowiska na gorszych warunkach? Drugą sprawą jest inwestycja w samokształcenie: chciałby rozpocząć drugie studia podyplomowe – kompletnie oderwane od jego macierzystych zainteresowań – ale może to by mu mogło dać kiedyś szanse na stanowisko kierownicze albo chociaż w okolicy kierownictwa. Bo kierownikiem w pracy I’ zostaje się z nadania politycznego. Mama powiedziała, że mu pożyczy z roczną zwłoką – na spłatę – potrzebną sumę. Ale czy te decyzje są trafione? Ze studiami jeszcze czas do 15 września na ostateczną decyzję. W pracy już zapisał się na listę rekrutacyjną. Nowe decyzje, nowe stresy, nowe niewiadome? Chciałbym się schować pod kamieniem i przespać do kolejnej wiosny – mam sentymentalną rozkminę…

czwartek, 11 sierpnia 2011

Mąż mój ma bzika na punkcie ekonomii i różnych form oszczędzania pieniędzy. Dzień w dzień wertuje portale bankowe i notowania. Czyta wszelki ekonomiczny – dla mnie – bełkot, dla niego – wykładnię, i co pozytywne uczy się nowych rzeczy, których ja nie kumam ni w ząb. Dzięki temu potrafi szybko wytrącić argumenty ekonomiczno-społeczne naszych patrzących w lewo znajomych. Ale mniejsza o to. Pewnego razu zostawił otwartą jakąś stronę, na której jakiś mądry ekonomista pisał na temat siły i oddziaływania fejsbóka a czegoś tam na coś tam. Bla bla bla. Zwróciło moją uwagę jedno zdanie, a mianowicie „nie ważna jest ilość fanów/znajomych danej organizacji czy inicjatywy tylko jej jakość i skuteczność działania”. Co za banialuki pomyślałem i tydzień później wyplułem tą myśl.

Magazyn Rolling Stone ogłosił kilka tygodni temu fejsbókowo-tłiterowe głosowania na najlepszy progresywny zespół wszechczasów. Do rywalizacji stanęły takie giganty jak Pink Floyd, King Crimson, Yes, Genesis, Tool czy Rush. Wiecie kto wygrał? To oczywiste; Rush.

1.Rush

2.Pink Floyd

3.Genesis

4.Jethro Tull

5.King Crimson

Oczywiście dla polskiego czytelnika tego magazynu i generalnie dla anglojęzycznego czytelnika tego magazynu z ostatnich 20 lat – jest to szok. Ale lud tak wybrał. Demokracja moi państwo. Tym trudniejsza do zaakceptowania, że magazyn RS nienawidził przez lata zespołu Rush i prowadził na całej linii negację wszelkich dokonań owego tria. Ogłaszając wyniki nie omieszkał użyć kilku wykrętów… Jak stwierdzili dziennikarze magazynu: Rush wygrał, ponieważ pozostałe zespoły wypadły z rywalizacji rozpadając się z powodu swej chciwości lub lenistwa! To dość smutne wnioski odnośnie sceny muzycznej i jej wiarygodności. Oczywiście RS padł przed Rush po raz kolejny na kolana uznając Pearta najlepszym perkusistą na świecie, a fanów zespołu, których zwykł nazywać „bandą” określono jako jedną z najwierniejszych i najbardziej entuzjastycznych grup fanowskich w historii rocka.

Oczywiście nie będę się spierał o to, który zespół jest najlepszy a który najgorszy. Porównywanie powyższych 5 grup nie ma dla mnie sensu – ponieważ każdy z tych artystów gra coś innego. Dziwi mnie za to, że Rush pokonał Pink Floyd, który w samych Stanach sprzedał trzy razy więcej płyt niż kanadyjskie trio. Mam oczywiście kilka swoich teorii. Przede wszystkim PF to grupa nadmuchana medialnie, po drugie dość nudna, po trzecie nie niosąca ze sobą głębszego przekazu. Podczas gdy Rush od początku uderzał w filozoficzno-ekonomiczny przekaz, kreował i promował pewien styl życia. Docelowym odbiorcą miała być uboższa klasa średnia, którą zespół nawoływał do odwrócenia się od polityki kolektywnej końca lat 60-tych i do szukania poprzez ryzykowny indywidualizm samorealizacji ekonomicznej i awansu społecznego. Dalej zespół nawoływał do umiarkowania i wypośrodkowania postaw, do tolerancyjnego ateizmu, umiarkowanego konserwatyzmu gospodarczego, do rozsądnej otwartości światopoglądowej i tolerancji odmienności – które de facto nie są różnicami, tylko normami występującymi nieco rzadziej w przyrodzie. Peart zapytany o to, co jest ważniejsze w historii XX wieku rok 1967 czy 1969 (rewolucja seksualna czy rewolucja techniczna [księżyc]) odpowiedział inaczej niż większość jego muzycznych kolegów z innych zespołów, którzy wskazywali na rewolucje seksualną. Według Rush oba wydarzenia są istotne jednakowo i powinny się wzajemnie uzupełniać, promowanie jednego tylko z nich jest krótkowzroczne. Dla Rush klasa średnia jest najważniejszym podmiotem społeczeństwa, dlatego musi to być silna, świadoma i samodzielna grupa społeczna. Państwo powinno ograniczać swój wpływ do roli stróża, kreatywnie pomagać w awansie społecznym biedniejszym grupom (jeśli są zainteresowane) oraz bronić bezpieczeństwa i interesów ludzi skupionych w granicach umownego państwa – w i poza jego granicami, w tym jeśli trzeba używać siły militarnej. Swój światopogląd Rush przekazuje konsekwentnie od 1974 roku, będąc nieustannie w jednym składzie, budując niesamowitą wiarygodność i zaufanie ludzi, którzy słuchają muzyki zespołu oraz czytają eseje Pearta.

Wobec zatem tylu argumentów, ten pomijany przez lata w mediach zespół – wcale nie bijący rekordów sprzedaży, jak na przykład Pink Floyd, zbudował sobie grupę sprawdzonych fanów, którzy potrafią oddać zwyczajnie głos w głupim głosowaniu, pokonując kolosy na glinianych nogach. Albowiem Rushlifestyle jest chyba jednym z najzdrowszych, jakie można spotkać w dzisiejszych niespokojnych czasach. Zespół dorobił się i dorabia się ciągle publikacji naukowych w USA, odnośnie filozofii, którą promuje, bo niewielu udało się zerwać z wykładnią swoich mistrzów, a Rush czerpie z wielkich myślicieli prawicowych i lewicowych tworząc nową jakość, tworząc syntetyczną nowość.

Wczoraj, w środę wyjechała wreszcie na wakacje Najukochańsza, zatem i my z mężem mamy wakacje. Wreszcie możemy z I’ troszkę odpocząć – uff… I doładować baterie na kolejny rok. Nie liczy się pogoda, nie liczy się nic – poza relaksem. W zeszłym roku mieliśmy krótsze wakacje, bo ciotce L’ zmarł nagle mąż. Znaczy nie nagle, bo jeszcze przed ich wyjazdem jak na złość cukrzyk rozwalił sobie głowę o schody, więc leżał w szpitalu powoli umierając. A że to było fikcyjne małżeństwo – to L’ nie chciała marnować sobie wakacyjnego wyjazdu oczekując zgonu „sztucznego męża” – wszyscy liczyli, że jeszcze pożyje z tydzień albo dwa i uda się miło spędzić wakacje. Niestety po trzech dniach wyjazdu umarł i trzeba było robić pogrzeb i z wakacji nici. Ale odbiły sobie to jesienią, kiedy spokojnie mogły dokończyć zaplanowany wyjazd.              

23:49, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (6) »
niedziela, 07 sierpnia 2011

woda

Sobota w Płocku. To miasto wiąże się z moją historią i pradawni czytelnicy wiedzą. Pojechałem tam zrobić małe śledztwo rodzinne. A przede wszystkim spotkać się ze znajomym gejem. Którego tu już kiedyś na tym blogu ochrzciłem ksywą gej-mutant i chyba lekko opisałem, nieważne. Jego historia i to jak ze Szczecina przywędrował do Płocka to materiał na kilka notek – więc nie będę się tu rozwijał. Życie się tak układa, że nie pojechaliśmy z I’ do jednego tylko znajomego – a w zasadzie do dwóch, poznając tym samym M, chłopka G-M. Który to naszego znajomego ze Szczecina porwał. To piękna i romantyczna historia, choć też pełna różnych tragicznych epizodów. Ale czyż życie nie jest najlepszym dramatem, jaki możemy przeżyć? Ważne jest to, że mimo wielu, wierzcie mi bardzo wielu przeciwności (przeciwności, które dla mnie i większości moich znajomych są czystą abstrakcją) – ci dwaj faceci potrafią razem być bez darcia szat i strzelania fochów. Ba, potrafią myśleć o przyszłości – która w ich przypadku naprawdę nie wydaje się być usłana różami. Bo nad wszystkim co robią ciąży lub może ciążyć fatum odrzucenia – nawet przez własne środowisko. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko trzymać za nich kciuki. 

widok woda

PKS jak zwykle nie przyjechał... Następny był za pół godziny...

pks

piątek, 05 sierpnia 2011

Przepraszam, jeśli ktoś poczuje się tym wpisem urażony. Ale dobrze pamiętam to, co się działo 10 lat temu po wyborach do sejmu. Pamiętam też, jak jako młokosy ironizowaliśmy i komentowaliśmy za pomocą muzyki – tak zwaną politykę. Pamiętam też, co działo się później w latach 2005-2007 (bardzo niedawno). I po prostu muszę dziś zamieścić ten wpis – to jest po prostu jakaś drwina historii. Uroboros znów się dławi…

Z najlepszego chyba albumu tego zespołu, kiedy muzyka którą wykonywał była jeszcze oryginalna i pomysłowa. A przede wszystkim nie próbowała upodobniać się do brzmienia Madonny – co wybitnie dziś robi na przykład pan Osbourne i jego naśladowcy grający pop-metal.

A za motto niech posłuży cytat z utworu:

Time for lust, time for lie
time to kiss your life goodbye   

21:27, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (5) »
środa, 03 sierpnia 2011

Dziś, to jest 3-go sierpnia, 70-te urodziny obchodzi jeden z najwybitniejszych polskich, belgijskich i szwajcarskich rysowników i twórców komiksu europejskiego – Grzegorz Rosiński. Co do belgijskiego obywatelstwa Rosińskiego mam wątpliwość, ale wydaje mi się że też je posiada.

BDGrzegorz urodził się w Stalowej Woli na Podkarpaciu. W warszawskim liceum sztuk plastycznych spotkał Bogusława Polcha, który jednak zrezygnował z Akademii Sztuk Pięknych, którą Rosiński ukończył w 1967 roku. Następną dekadę spędził w Polsce zajmując się różnorakiego typu grafikami: ilustracjami do książek, podręczników, okładkami płytowymi, plakatem oraz komiksem. Był autorem między innymi kilku odcinków „Kapitana Żbika” (1968-1972), kilku odcinków „Pilota śmigłowca” (1974-1976), do scenariusza Barbary Seidler narysował trzy zeszyty „Legendarnej historii Polski” (1974-1977), wznowionej kilka lat temu przez Egmont w zbiorczym wydaniu. W połowie lat 70-tych Rosiński został kierownikiem artystycznym kultowego już dziś komiksowego magazynu „Relax”. W 1976 roku wyjechał po raz pierwszy do Belgii, gdzie zetknął się z tamtejszym ogromnym rynkiem komiksowym oraz jego twórcami. BDZaproponowano mu zrobienie kilku krótkich historyjek dla magazynów: „Trombone Illustre”, „Tintin” a dla magazynu „Spirou” pierwszego bardziej profesjonalnego stripu „Fantastyczna Podróż” do scenariusza Jeana Claudea Smit-le-Benedicte. Po ciepłym przyjęciu „La Croisière fantastique” (w postaci 2 albumów historia ta ukazała się w latach 1987-1988) do Rosińskiego odezwał się Jean Van Hamme z propozycją zrobienia pilotowego odcinka serii o wikingach, którą planował już od kilku lat. Van Hamme niedoszły prawnik i ekonomista od kilku dobrych lat będący uznanym scenarzystą komiksowym – głównie komiksów realistycznych i sensacyjnych – był podobnie jak Rosiński początkującą gwiazdą rynku frankofońskiego. W owym czasie, drugiej połowy lat 70-tych poszukiwał młodych twórców, aby zapoczątkować z nimi drugie (po epoce Asterixa), trzecie (po epoce Tintina) pokolenie klasyków komiksu europejskiego. I nie mówię tego bezpodstawnie – Van Hamme jest scenarzystą wybitnym – wpisującym się w główny nurt komiksu belgijskiego (francuski, belgijski, europejski to synonimy jednego dominującego w Europie stylu). BDJest kontynuatorem klasycznej serii „Blake and Mortimer” oraz twórcą obecnie kultowych serii „Thorgal”, „XIII”, największego hitu we Francji „Largo Winch”, ponadto obyczajowej sagi o belgijskich piwowarach „Władcy Chmielu”, która to seria jako kolejne dzieło Van Hamme doczekało się adaptacji filmowej w postaci serialu. Ponad to jest autorem kilku pilotażowych serii kontynuowanych przez innych artystów oraz autorem scenariuszy do licznych one-shotów: „Western”, „Szninkiel”, „Historia bez bohatera”, „Krwawe gody” – komiks opowiadający autentyczną historię masakry, której dokonali na sobie goście imprezy weselnej na południu Francji z powodu nieświeżych pomidorów.

BDMiędzy 1976 a 1977 rokiem Rosiński narysował pierwszy album Thorgala – komiksu, który miał stać się jego przepustką na Zachód. W tym samym roku ów album: „Zdradzona Czarodziejka” został opublikowany na łamach magazynu „Tintin”, a w 1978 roku w polskim „Relaxie”. Początkowo we Francji komiks przeszedł bez echa, w Polsce od razu wzbudził zainteresowanie. Dopiero drugi tom „Wyspa lodowych mórz” (1977-1978) mający być w założeniu Van Hamme’a ostatnim tomem serii – został przyjęty bardzo dobrze na francuskim rynku. Spowodowało to decyzję belgijskiego wydawnictwa Le Lombard o wydaniu Thorgala jako osobnego wydawnictwa w albumach z twardą obwolutą – czyli jak standardowy francuski komiks. BDStało się to w 1980 roku, do tego czasu Rosiński i Van Hamme otrzymali swój pierwszy kontrakt i zdążyli przygotować kolejne dwa albumy serii (Trzech starców z krainy Aran – 1981 i Czarną Galerę – 1982). Dla rysownika Thorgala były to pierwsze poważne pieniądze.

Wraz z wybuchem Stanu Wojennego w Polsce w 1981 roku, Rosiński ostatecznie emigruje z kraju, a w zasadzie w raz z rodziną uciekają stąd. Początkowo Rosińscy osiedlają się w Belgii, aby w połowie lat osiemdziesiątych dostać zaproszenie od państwa szwajcarskiego do osiedlenia się w tym kraju, z czego oczywiście rysownik korzysta – osadzając się u podnóża Alp, nomen omen w bliskim sąsiedztwie państwa Polańskich. Tam Rosiński znajduje swoje twórcze zacisze. Zanim jednak Stan Wojenny się rozpoczął Rosiński próbował promować w Belgii swoich kolegów: Bogusława Polcha i Tadeusza Baranowskiego. BDNiestety obu tym znakomitym grafikom nie udało się zdobyć rynku frankofońskiego, ostatecznie po 1985 roku dla nich zamkniętego (Baranowski jeszcze próbował do 1992 roku coś publikować we franko-belgijskich wydawnictwach, ale bez wielkich osiągnięć). Stąd też w latach 90-tych (w okresie tragicznej posuchy i zaniku polskiego komiksu z lat 80-tych) z ust obu tych rysowników padły pod adresem Rosińskiego zarzuty o to: iż miał on być agentem służb wywiadu PRL, bo jak by inaczej w czasie Stanu Wojennego mógł z rodziną wyjechać z kraju? Innymi zarzutami miało być działanie na szkodę polskiego komiksu oraz sympatyzowanie z Rosińskim władz, zarówno PRL jak i post-Solidarnościowych ekip ze względu na limity jakie otrzymywali Polch i Baranowski względem nieograniczonej ilości druku jaką otrzymywał Rosiński w Polsce.BD Cała sprawa wyszła ponownie na jaw po latach milczenia, z powodu pewnej wypowiedzi Tadeusza Baranowskiego dla prasy w roku 2009 lub 2010 oraz po ostentacyjnym i wrogim mijaniu się obu twórców podczas festiwalowych dni MFKiG 2010. Komentarza w tej sprawie udzielił sam Grzegorz Rosiński, żartobliwie puentując całe zajście oraz to że z Polchem udało mu się wszystko wyjaśnić, a Baranowski jest dalej zapiekły w niechęci do Grzegorza: „nie będę się kopał z koniem”. 

Aby umocnić swoją pozycję na rynku francuskim Rosiński nawiązał szybko kontakt z kolejnym scenarzystą  André-Paul’em Duchâteau – starym wygą francuskiego rynku i stworzył z nim drugą swoją szlagierową serię tym razem s-f „Hans” znaną u nas jako „Yans”.BD W latach 1983-1992 powstało 6 albumów serii, w tym ostatni narysowany został przez przejmującego rolę rysownika Yansa: Kasa (Zbigniewa Kasprzaka – drugiego w tej chwili po Rosińskim liczącego się Polaka na rynku frankofońskim). Kas kontynuował Yansa aż do 2000 roku tworząc kolejne 6 odcinków, po 12 tomie zbuntował się przeciwko scenarzyście, którego oskarżył o strywializowanie historii, której w takim wypadku Kas już nie chciał prowadzić. Poza tym szukał własnej serii, która by mogła się stać jego własnym dziełem, a nie kontynuacją czegoś, po kimś.

W ramach rozrywki, między robionym iście maszynowo Thorgalem i stosunkowo sporadycznym Yansem, w 1986 roku w magazynie „A suivre” został opublikowany w odcinkach czarno-biały komiks o tematyce fantasy „Szninkiel” do scenariusza J. Van Hamme.BD Znakomite przyjęcie spowodowało, że wydawnictwo Casterman postanowiło wydać w całości tą opowieść graficzną w 1988 roku. Co ciekawe pierwsze polskie wydanie tego komiksu (uznane za wybitne i kultowe) było ledwie kserokopią oryginału.

BDDo końca lat 80-tych to jest do roku 1990 tandem Rosiński-Van Hamme stworzył 16 albumów Thorgala(!!!), odcinkiem „Wilczyca” kończąc. Stawiało to Thorgala w jednej prawie że linii, z tak dynamicznie powstającymi seriami jak „Asterix”, „Lucky Luke” czy „Spraycjan i Fantazjusz „ – w tym Thorgal był jedyną niehumorystyczną serią z powyższych. W zasadzie poza popytem na serię, Rosiński mógł tak szybko tworzyć kolejne odcinki ze względu na to, iż poza pierwszymi kilkoma albumami nie kładł kolorów na swoje grafiki.BD W połowie lat 80-tych kolorowanie Thorgala przejęła Graza (Grażyna Kasprzak żona Kasa, robiąca kolory do wielu francuskich serii, w tym do wszystkich prac męża).

W latach 90-tych kiedy pozycja Rosińskiego była już ugruntowana zwolniono z masową produkcją Thorgala, kontrakty układano coraz bardziej pod twórców, a nie pod potrzeby nasycania rynku. Wtedy też Rosiński rozpoczął kolejny projekt, wraz ze scenarzystą Jeanem Dufaux; serię fantasy osadzoną w późno-celtyckim świecie „Skarga Utraconych Ziem” (Complainte des landes perdues). W latach 1993-1998 ukazały się nakładem wydawnictwa Dargaud cztery epizody, składające się na pierwszą serię. BDDrugą niedokończoną jeszcze serię przejął po niezainteresowanym nią Rosińskim, Philippe Delaby. Do końca lat 90-tych Rosiński narysował kolejnych 9 epizodów Thorgala – kończąc na 25 odcinku „Błękitna Zaraza”. Większość fanów (polskich) uznaje drugą dekadę Thorgala za osłabienie scenariuszowe serii. Tytułowy bohater uwikłany w problemy głównie z powodu swojej rodziny – staje się mniej wyrazisty i łagodnieje.BD A to błąd straszliwy w oczach żądnej krwi gawiedzi.

Na powitanie nowego stulecia tandem Rosiński-Van Hamme postanawia stworzyć kolejnego One-Shot’a, historię oderwaną od uniwersum heroic-fantasy, a opartą w realnym świecie połowy XIX wieku na dzikim zachodzie – obyczajowy „Western”. Dzieło przeplatane olejnymi obrazami Grzegorza ukazuje się w 2001 roku, nakładem macierzystego wydawnictwa Le Lombard. BD„Western” poza olejnymi rozkładówkami odznacza się zerwaniem Rosińskiego ze starym graficznym stylem konturowym. Przede wszystkim grafiki opierają się na szkicu i na wykończeniu akwarelą. Tak więc artysta jest sam odpowiedzialny w pełni za swoje dzieło i kolorystykę (celowo utrzymaną w sepii).

Styl malarski prowadzi Rosińskiego dalej i w latach 2004-2005 wraz z początkującym scenarzystą Yves Sentem zabiera czytelnika w dwutomową historię (wydaną przez Dargaud), rozgrywającą się w paryskim środowisku malarskim roku 1843, zatytułowaną „Zemsta hrabiego Skarbka” (La Vengeance du comte Skarbek). BDŚwietnie napisana historia polskiego szlachcica szukającego szczęścia na paryskim bruku jako malarza kobiecych aktów, splata się z trudną historią pierwszej połowy XIX wieku zarówno we Francji jak i w Królestwie Kongresowym. Historia nabiera rumieńców podlana odrobiną fantastyki i awanturniczości. Ponadto obok świetnego scenariusza, Grzegorz Rosiński postanowił iść na całość w eksperymentalnym nowym stylu rezygnując z rysunku na korzyść lekkiego szkicu pokrytego farbą olejną na płótnie. Każdy kadr jest małym olejnym obrazem – skanowanym i zmniejszanym na potrzeby kompozycji strony. BDNowy artystyczny styl Rosińskiego znów wysuwa go do czołówki europejskich grafików komiksowych.

W roku 2006 ukazał się 29. album Thorgala „Ofiara”, będący zarazem ostatnim albumem prowadzonym przez scenarzystę Jeana Van Hamme, który zapowiedział swoje przejście na emeryturę – równoznaczną z rezygnacją z prawie wszystkich prowadzonych przez siebie serii komiksowych poza najbardziej dochodowym „Largo Winch” oraz pojedynczymi One-Shot’ami, które będzie pisać dla wybranych przez siebie rysowników. Van Hamme pozwolił Rosińskiemu wybrać nowego scenarzystę Thorgala, jeśli ten będzie chciał kontynuować serię, pod warunkiem, że rolę głównego bohatera przejmie syn Thorgala, Jolan. „Ofiara” jest też pierwszym albumem serii, w którym Rosiński zaczyna tworzyć Thorgala w stylu malarskim, tak jak przed dwoma laty zrobił Skarbka. BDDla warstwy graficznej serii jest to pozytywna rewolucja, która po blisko 30 latach od jej powstania doprowadza do wizualnego odnowienia oblicza komiksu. Podnosząc artystyczną wartość komiksu, Rosiński świadomie dąży ku wielkim europejskim twórcom tego gatunku. W 2007 roku ukazuje się 30. album serii „Ja, Jolan” podpisany nazwiskiem Yves Sente’a, który dość nieudolnie próbuje udźwignąć schedę po Van Hammie. Do dziś ukazały się 32 albumy serii Thorgal, 33. będzie miał premierę już w listopadzie tego roku.

Do 2010 roku ukazało się 7 kolejnych odcinków serii – wykazujących scenariuszowo coraz niższą wartość. Nadzieja dla Thorgala zrodziła się z chwilą kiedy Van Hamme zezwolił obecnemu scenarzyście wrócić do tytułowego bohatera – wobec dość słabego przyjęcia przez fanów serii, Jolana w roli głównej.

BDThorgal i jego świat na mocy porozumienia wszystkich trzech ojców komiksu (podobnie jak inne wielkie francuskie serie) w 2010 roku doczekał się poszerzenia swojego uniwersum o serie spin-off. Do 2020 roku obok zaplanowanego do 40. albumu Thorgala, ma powstać około 5-u serii spin-off składających się z 7 odcinków każda, tak aby za 10 lat łączna ilość wszystkich odcinków ze świata Thorgala przekroczyła 70-75 tomów. W roku zeszłym rozpoczęła się seria o „Kriss de Valnor” (De-Vita - Sente), a w tym roku wraz z premierą nowego albumu Thorgala ukaże się pierwszy album serii o „Louve” (Surzhenko-Yann) córce Thorgala. Elementem łączącym wszystkie spin-offy będą malowane przez Rosińskiego okładki i spójność ze scenariuszem serii głównej. BDCo stanie się z Thorgalem po 2020 roku? Pewnie to samo co ze Smerfami, Asteriksem i wszystkim co przynosi dochód… będzie kontynuowany przez kolejnych autorów. Prawa autorskie Van Hamme przekazał wydawnictwu Le Lombard. Prawa autorskie Rosiński – co zjawiskowe Grzegorz wywalczył sobie prawa autorskie jako grafik, co jest precedensem, we Francji bowiem tylko scenarzystę uznaje/uznawało się za artystę, który miał większościowe prawo autorskie – grafik był równoznaczny z wykonawcą, rzemieślnikiem, bez prawa głosu. Rosiński wywalczył sobie pełne prawo autorskie do wizerunku postaci i połowę praw do marek serii, które tworzył. Obecnie rysownicy również zaczynają uzyskiwać we Francji pełnię praw autorskich do komiksów, które tworzą. Nawet rysownik i współautor „Asterixa” Albert Uderzo musiał stoczyć kilka batalii sądowych o pełnię praw do komiksów po zmarłym w 1977 roku Rene Goscinnym. BDPrawa Autorskie Rosińskiego przejdą na jego syna i Y. Sente’a.

Czy powstaną jeszcze jakieś poboczne projekty Grzegorza Rosińskiego i czy przetrwają wszystkie zaplanowane spinn-offy? Czas pokaże. Dziś obchodzimy urodziny faceta, który zrobił naprawdę wiele dla komiksu francuskiego oraz dla rodzimego rynku. Zwłaszcza dzięki temu, że jego kolejne prace powodują wzrost zainteresowania i sprzedaży komiksów na polskim rynku w ogóle. BDThorgal to komiks głównego nurtu – nie żądający praw do bycia arcydziełem, to łatwa i banalna rozrywka – która pozwala na istnienie to znaczy sprzedaż czegoś więcej… 150 lat panie Grzegorzu!!! BD  



 

 

 

 

 

A poniżej próbka ścieżki dźwiękowej do komiksów o Thorgalu. A wierzcie mi, to nie jest wszystko co francuski rynek zrobił z tą serią. Gry karciane, figurki, plakaty promocyjne, McDonald's and Thorgal itd. itp. No i ogromne nakłady wydawnicze...

 

 

 
1 , 2