o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
piątek, 29 sierpnia 2008

W świecie ułudy! Trzeba ciągle coś udawać, trzeba być kimś innym niż się jest. I ciągle wierzyć w królewny i królewiczów z bajki. Chuj. Gówno prawda – trzeba zacząć myśleć. Trzeba się drogo sprzedawać i pierdolić opinię innych. Na drodze samotnego jeźdźca trzeba mieć przypięty u pasa potężny miecz, by ścinać łby wszystkim … (generalnie nieprzyjaznym córom i synom mateczki ziemi) albo opatulić trotylem jak palestyński terrorysta i BOOOM! w miejscu którego się nienawidzi. Trzeba się urealnić – trzeba pomyśleć o tym, że to co robię dziś, zaowocuje jutro, – bo chcę żeby jutro było fajnie. Żeby było mi ciepło, żebym miał swój własny schron. I mógł ci pokazać słodko środkowy palec: nie udało ci się… debilu, debilu tra la la la la! Dlatego musisz być twardy, musisz obalać mity, urealniać baśniowy świat – kreować własny tak, aby w twojej bajce – reguły były twojego autorstwa…

środa, 27 sierpnia 2008

Ostatnio jest tak dotkliwie pusto w moim umyśle, dotkliwie głucho. Wszystko gra, praca, jedzenie i sen. A ja wpatruję się bezmyślnie w ściany. Ktoś coś mówi, coś robi, nic mnie nie interesuje. Kompletnie nic. Po pracy tylko komp i coraz mniej czasu do następnego dnia. Z kimś tam rozmawiam, ale po co, duszę swoje pragnienia, duszę swoje potrzeby. Znów w lustrze widzę kogoś obcego – w obcym niesatysfakcjonującym mnie ciele. Znów rozeszły się pieniądze z wypłaty na jakieś totalne bzdury, że nawet nie pamiętam kiedy. Kolejny dzień i kolejny, wstaję za dziesięć czwarta rano, zjadam jogurt – potem użeram się (8h) z jakimiś obcymi kurwa ludźmi, – tłukę się autobusem i tramwajem do domu. Jestem wypruty, sinieją mi worki pod oczami, jestem obolały, brudny, nieogolony. Ciało odmawia mi posłuszeństwa, szprycuję się jakimiś dopalaczami. Zero kultury. Tylko biorę rower około piątej pod wieczór jadę do Łagiewnik – zapierdalam do tego lasu nad sztuczne jeziorko, – w ciszy spalam papierosa, wracam inną drogą. Zawsze zatkany jakimiś słuchawkami, – z jakąś inną płytą, godzina jazdy z muzyką. Znów myślami uciekam do pustki i do tego, że chce mi się rzygać. Że o 10.30 mam dwadzieścia minut przerwy i znów będę się opychał zeschłą zapiekanką za dwa pięćdziesiąt. Tak bardzo inaczej miało być wszystko, tak coraz mocniej dominują mnie potrzeby – innego cichego – zabudowanego szczelnie przed światem – życia…

04:07, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (13) »
sobota, 23 sierpnia 2008

Za piętnaście czwarta, a ja jestem nie-do-jebany – stoi mi przed oczami cały jebany tydzień. Miałem się dziś dobić, zabić, uśmierzyć i chuj wyszedł, nic. Piję kolejne piwo. Wyjście po pracy raczej okazało się porażką. Zamiast miłej zabawy wyszły jakieś debilne gry, podchody chłopaczka do dziewczyny. Chłopaczka który jest słaby, do słabej dziewczyny. Więc był komediodramat, w którym okazałem się tylko pionkiem. Że niby może ich zostawić, albo coś – nikt mnie nie wtajemniczał w cele wyjścia na piwko do gejowa w dodatku. Cóż skończyło się niby nie miło – na jakichś pretensjach. A ja się chciałem tylko upić! Nikogo nie poznawać, z nikim nie rozmawiać tylko zapomnieć na chwilę – powygłupiać, ok. najebać w trzy dupy, bo wykończony jestem potwornie…

Wróciłem do domu zły – i doszła mnie jak strzała potworna wiadomość, że mój kolega Marcjusz nie żyje. Potrącił go pijany kierowca, kiedy ten jechał do domu rowerem. Marcjusz to kolega z POSu – poeta, w zeszłym roku wydał swój pierwszy (i już ostatni) tomik. Facet zafascynowany fotografią artystyczną, wokalista i gitarzysta, poeta i prozaik, szalony podróżnik i psycholog z wykształcenia. Koleś pełen życia i chłopięcego mimo lat uroku, koleś, z którym potrafiłem się dogadać, i który potrafił gadać ze mną (a nie wielu potrafi). Kiedyś zafascynował mnie swoją dziewczyną – (Patrycją?) – żydówką polskiego pochodzenia, jedna z najbardziej niesamowitych kobiet, jakie poznałem w życiu. Marcjusz dziś już śpi – dziś już ma spokój…

środa, 20 sierpnia 2008

Dziś obchodzę specyficzne urodziny. Mija dziś rok, od kiedy podjąłem pracę w zakładzie produkcyjnym. Nigdy do tamtej pory nie pracowałem nigdzie dłużej niż tydzień czy dwa. Założenie było proste, idę na dwa tygodnie do września, a zostałem do dziś. Jako robotnik, jako śmieć. Z zawistnymi, wrogimi sobie ludźmi, – stałem się tam zimnym, nieprzyjaznym kolesiem. Bo jeśli wydaje się komukolwiek, że bywam miłym człowiekiem, to lepiej żeby nigdy mnie nie oglądał w pracy. Nauczyłem się tam jak być naprawdę złośliwym chujem. Wydawać szybkie wyroki, nie patyczkować się z nikim, iść do kierownika, kiedy ktokolwiek próbuje zmusić mnie do robienia nie swojej roboty, albo nie wykonuje swojej działki należycie. Nauczyłem się wypychać innych z kolejki w kantynie, mówiąc – trudno jutro sobie coś zjesz, bo za 8 minut koniec przerwy, jak się spóźnisz to wiesz widzimy się u kiera… Ale prawdą jest, że psychicznie tam nie wyrabiam. To jest dżungla, a ja jestem gdzieś pośrodku jej pierwotnego przewodu pokarmowego, – gardzą mną i wypychają z kolejek ci, co stoją nademną, ja gardzę tymi, którzy mi podlegają. Tam nie ma miejsca na litość na uczucia na człowieka, tam staję się żywą maszyną. Chodzę codziennie do tego pierdolonego obozu. Kiedy oglądam ten kompleks zza krat wejściowych, – nowoczesny zakład – nowoczesne więzienie. Na 6, na 14 lub na 22, zawsze dwie godziny wcześniej muszę wyjść z domu by się broń boże nie spóźnić. – Spóźnienie oznacza dzień wolny, nie ma że boli, że się ktokolwiek źle czuje, – albo zapierdalasz albo won! W pewnych okresach mojej pracy tam, stałem się pracoholikiem. Wrzesień 276 godzin, grudzień 192, a średnio 120-170 miesięcznie, za marną kasę – studencka gaża na piwo i fajki. To mój najdłuższy związek z czymkolwiek, jaki miałem w życiu. Dobrowolnie się poddaję. Choć już od jakiegoś czasu robi mi się słabo, kiedy jadę do zakładu, kiedy widzę tych wszystkich ludzi. Jedyne pozytywy to kilka miłych osób dosłownie garstka: Ola, Łukasz, Magda, Sylwia, Ata, Radż, Pankerdż, Cesar, Ramzi, Gabrysia. – Kilku Polaków, kilku Nepalczyków, kilku Pakistańczyków, Hindus… W tej pracy wreszcie stałem się w jakimś stopniu rasistą. – Rasizmu nie można opisać, – jest to coś okropnego, niewytłumaczalnego, ale kiedy wchodzę na zakład i pracuję grupą Nigeryjczyków – wyglądających jakby cały czas poza pracą spędzali na siłowni, – a oni kompletnie nic nie chcą robić, poza kłóceniem się między sobą, nie potrafiąc ruszyć dupy, nic nie potrafią, poza uciekaniem do kibla i na fajkę – to szlag mnie trafia… Poza zakładem to dziwne uczucie rasizmu znika, wszyscy jesteśmy tacy sami, śmiejemy się z tych samych bzdur, jesteśmy tak samo zmęczeni, ale w pracy to narasta… Trzeba (chyba) kiedyś doświadczyć tego na własnej skórze żeby zrozumieć, – na czym polega to zjawisko jakim bywa niechęć…

Jebany zakład zniszczył mi psychikę, złamał mnie! Zanim podjąłem tam pracę byłem szczęśliwym człowiekiem, spokojnym i zadowolonym ze swojego życia. Długowłosym grubaskiem (92kg), który cieszył się z każdego dnia, który żył ze świadomością tego, że jest troszkę nie normalny, ale wszystkie dni, w które nie napadały go popędy traktował jako dobre. Radość sprawiał każdy dobry dzień walki ze sobą, kiedy triumfowałem nad nienormalnym jak wtedy sobie wpajałem potrzebami. Słońce, wyjście na piwko, zero zmartwień, wszystko było ułożone. Byłem świadomy całkowicie siebie, byłem świadomy walki ze sobą i było mi tak dobrze, nie dopuszczałem żadnych odstępstw od filozofii na życie, jaką wybrałem kilka lat wcześniej. Miały być studia, praca i samorealizacja, – miało być samotne i normalne życie, takie i już. Byłem całkowicie samo wystarczalny, nie chciałem niczego więcej, kompletnie niczego! Miałem wyrobioną opinię wśród kilku dobrych znajomych, – wierzyli całkowicie w moją grę którą stosowałem od wielu lat, w maskę prostego, naiwnego Koffiego. A ja byłem dumny, że ustawiłem się tak, że zawsze miałem na wszystko odpowiedzi. – Nie było drażliwych tematów. Wszystko było utkane w perfekcyjną sieć ułudy, w którą przecież sam tak mocno wierzyłem… Fasada skrywająca moje życie była nie do przejścia przez nikogo, nawet ja próbowałem na siebie patrzeć tylko przez pryzmat fasady. – Wmawiałem sobie, że tak jest ale dajesz radę, stary dajesz radę!!! Nie przypuszczałem, że to były ostatnie chwile mojego starego zasiedziałego w złudzeniach życia. – Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek cokolwiek mnie będzie w stanie zmienić… Jak bardzo się myliłem. Prawdą jest, że coraz trudniej mi było żyć oszukując samego siebie, – że nie dawałem sobie czasami kompletnie już rady, – ale zawsze żmudnie wracałem do wszystkiego tego, co było założeniem mojej filozofii, do podwalin które pozwalały mi egzystować w matni kłamstw…

Wszystko kompletnie runęło po 20 sierpnia 2007 roku! Moje życie runęło. Zrozumiałem to jak dalece wyidealizowana postać w jaką wierzyłem, – jaką miałem być – nie istnieje. Jak bardzo jestem słaby kiedy miażdżą mnie tryby tego niby prawdziwego życia…

Dlaczego tego nie rzucisz? Jestem uzależniony, mam zawsze swobodny grafik, zostaję tylko do końca września (tere-fere), jestem tchórzem, jestem leniwy, moja pozycja rośnie – nie wiem, teraz, dziś nie potrafię odejść… już nie albo jeszcze nie… nienawidzę tej pracy. Dziś znów na 14 i byle do piątku, – w piątek piję – kroi się chyba jakaś impreza – bosche chcę znów umrzeć, – doprowadzić się do nieprzytomności – bo od niedzieli ruszamy na 6 hurra!!!

niedziela, 17 sierpnia 2008

Trudno jest stanąć twarzą w twarz ze sobą i przyznać się do słabości. No, bo jak JA? JA do kurwy nędzy jestem słaby? Nie to przecież jest kłamstwo… Zdjąć maskę, zostać nagim!?! Przyznać się do tego, że nic nie można zrobić, że jest się niczym. JA? Ja przecież sobie świetnie daję radę, tylko straciłem sterowność swojego życia. Panie kapitanie dryfujemy bezcelowo, spadamy… Co ty pierdolisz!?! Jest wszystko ok. Trzeba tylko odzyskać władzę, tylko już nie potrafię…

I’m just so weak man, fucking weak man and I hate it, hate myself…

why they don't kill me? weakness is an ugliness...

sobota, 16 sierpnia 2008

Właśnie skończyły się bajki – i leciały reklamy telesklepu oferującego mydło i powidło… Atmosfera była gorąca, cześć biegła do toalety na pierwszym piętrze, cześć rozpychała się przed telewizorem trzymając miejsca dla kolegów, którzy akurat wybyli za potrzebą. Inni odgrywali sceny i obradowali o ostatnim odcinku ulubionej japońskiej kreskówki. Ul i harmider, pani rwała włosy z głowy i straszyła dyrektorką… Nic nie pomagało. Do czasu aż zabrzmiał ten dźwięk:

Tak to byli oni - niepokonana drużyna A

Potem w zależności od dnia tygodnia drugi MEGA kultowy serial, który potem przejął Polsat:

Aaaa samotny idol... Dobro zawsze wygrywało...

Lub ten, (choć chyba to już był na pewno Polsat nie pamiętam dokładnie)


Tak oto wyglądało nasze małe życie – szkoła była poligonem przetrwania (na przerwach odgrywaliśmy wszystkie sceny z ostatnich odcinków, bum-bum, pościg, ucieczka do kibla, -trzask - mam się łotrze!!!), świetlica była sensem życia, pani oszalała, a dyrektorka przybiegała ciągle z mordą...
czwartek, 14 sierpnia 2008

Dziś cała prawda o mnie – oto numer w enneagram.pl jestem 5w4 :)

Piątki to ludzie którzy wycofują się ze świata i żyją we własnym umyśle. Mogą być inteligentne (ale nie muszą), dalekowzroczne i posiadać dużą wiedzę, lub też mogą być oderwane od rzeczywistości, sknerowate i schizofreniczne.
Piątki, szóstki i siódemki należą do grupy odczuwającej strach i tworzą kolejne emocjonalne trio. Jednak w przeciwieństwie do dwójek, trójek i czwórek, nie czują one zmieszania czy zażenowania tym kim są lub jak się czują. Zamiast tego, mają tendencje do nieświadomego przeczuwania grożącego im niebezpieczeństwa i odpowiednio na nie reagują. Piątki, szóstki i siódemki są typami myślącymi, które żyją więcej we własnych głowach niż we własnych ciałach. Zmagają się z podejmowaniem decyzji, ciągle muszą dowodzić swojej siły woli.
Strach piątek jest socjologiczny. Ludzie z tym stylem, notorycznie bronią się przed "inwazją" lub "pochłonięciem" przez innych. To jest zdecydowanie najbardziej antysocjalny typ w enneagramie. Generalnie, obawiają się bliskich kontaktów, które mogą prowadzić do uczucia bycia przytłoczonym przez uczucia innych. Piątki mają dobrze rozwinięte zdolności do analizowania i gromadzenia wiedzy. Mogą być dobrymi jej odbiorcami, być inteligentni i rzeczowi, zdolni do pozostania w centrum i bycia logicznym, podczas gdy inni wokół mogą się zachowywać jak zmieszani lub spanikowani.

Zdrowe piątki zazwyczaj znajdują równowagę pomiędzy interakcją z otoczeniem i wycofywaniem się z niego. Ten styl jest często powiązany z posiadaniem dużej wiedzy i czasami intelektualnym geniuszem. Zdrowe piątki aktywnie oferują światu, owoce swojej wiedzy, często ucząc i pisząc o niej. Piątki mogą być idealistami i czasem mężnie ofiarowują się ku dobru ogółu. Zdrowi ludzie z tym typem, często praktykują to co Buddyści nazywają nie zaangażowaniem, czyli postawę charakteryzującą się mieszanką bezstronności jak i współczucia. W tym stanie piątki potrafią grać w życie nie będąc generalnie przywiązanym do wyników, a jako przyjaciele, mogą rozumieć twój punkt widzenia tak jak swój własny. Są oni współczujący i mają szczere serce, ale posiadają możliwość obserwowania życia z pewnej perspektywy i unikają bycia samemu niespokojnym.

Piątki mniej zdrowe, przesuwają się z bycia nie zaangażowanym w kierunku nie wiązania się, wewnętrznego stanu bycia odciętym od uczuć. Mogą być nadwrażliwi na oczekiwania innych i odpowiadać na to przez pasywne wycofywanie się. Większość osób postrzega zdolność piątek do wycofywania się jako rodzaj niezależności. Jest to jednak jest również forma obrony. Piątki tworzą wokół siebie silną barierę aby zrównoważyć uczucie bycia nadwrażliwym. Odcinanie się od innych staje się nawykiem obronnym. Zasada jest: Jeśli nauczę się żyć z mniejszymi wymaganiami, bardziej we własnym świecie, to uniknę złego wpływu innych. To prowadzi do skłonności oszczędzania tych małych rzeczy które mają, aby mniej wymagać od innych. Często przekłada się to na oszczędzanie czasu (dla siebie), pieniędzy, przestrzeni, miejsca, informacji i emocji. Nie jest istotne co jest oszczędzane, schemat jest ten sam: piątki starają się ochronić przed zalaniem (np. emocjami), gromadząc siły gdzieś wewnątrz siebie. Niezdrowe piątki mogą też mieć dystans do własnych emocji, żyjąc w świecie informacji i pomysłów. Jednak im bardziej się od nich (własnych emocji) odcinają, tym bardziej zmagają się z uczuciem pustki, samotności i przymusowych potrzeb. To zupełnie jakby starać się przekonać słownie do tego, że nie jest się głodnym. Na tym etapie piątki mogą być bardzo powolne w okazywaniu swoich uczuć, ponieważ tylko piątka potrafi dosięgnąć tych uczuć poprzez długie i żmudne okresy przemyśleń. Niezdrowe piątki czczą boga przyczyny i starają się spoglądać z dystansu na swoje własne emocje. To się może czasami przełożyć na lekceważący i wywyższający się stosunek do innych.

OBRAZOBURCA

Skrzydło cztery, daje piątce zmysł abstrakcyjny oraz intuicyjny odcień myślom, tak jakby piątka myślała za pomocą geometrycznych kształtów zamiast myśleć słowami lub realnymi obrazami. Piątka ze skrzydłem 4 może być artystycznie utalentowana i doświadczać emocjonalnych nastrojów jak czwórka. Połączenie intelektualnej i emocjonalnej wyobraźni. Ceni sobie świat filozofii i pięknego konstruowania myśli. Najlepszym dla niej światem jest połączenie umysłowych horyzontów i estetyki. Połączenie ciekawości i wrażliwości na odbiór z potrzebą tworzenia własnej unikalnej wizji.
Gdy 5w4 jest w stresie, wydaje się być jakby nieobecna, gdy jest o coś spytana, odpowiada szeptem. Jej zachowanie oscyluje pomiędzy chęcią odosobnienia, a przypływami przyjacielskiej troski. Może stać się nieuchwytna, niedostępna i abstrakcyjna. Zachowuje się jakby znajdowała się wewnątrz swojej kuli izolującej ją od świata. Czasem odnosi się wrażenie nieznacznego wywyższania się ponad innych. Wizerunek "nieobecnego profesora" dobrze opisuje piątki z tym skrzydłem. 5w4 jest niezwykle wrażliwa na otoczenie i uczucie zbytniej nadopiekuńczości innych. Bardzo przewrażliwiona na krytykę. Może bardzo wolno powracać do siebie po traumatycznych przeżyciach. Typowymi pułapkami dla 5w4 są izolowanie się i popadanie w melancholię oraz depresje o podłożu egzystencjalnym.

5 W MIŁOŚCI

· ponieważ piątka ma opóźnione reakcje na uczucia, jej emocje mogą się ujawnić gdy piątka będzie sama. Czułość wobec kogoś, może się rozwinąć bez potrzeby wypowiadania słów lub bez kontaktu z tą osobą

· ciągły cykl izolowania się od innych, może doprowadzić piątkę do potrzeby wyciągnięcia jej przez kogoś. Piątka staje na granicy potrzeby kontaktu i chęcią odejścia

· coraz bliższa zażyłość może stymulować chęć do odizolowania się. Piątka daje komunikaty "Poradzę sobie i bez Ciebie" lub "Mogę się zaangażować, ale nie będę z tobą mieszkać"

· możesz być odseparowany od innych aspektów życia piątki

· piątka często okazuje zażyłość za pomocą niewerbalnych komunikatów. Piątka wyczuwa, że uczucia mogą być łatwiej ukazane, jeżeli są niewypowiedziane

· emocjonalnie związana piątka może stać się zawzięcie zaborcza o ciebie. Możesz odczuwać jakbyś żył w jej emocjonalnym świecie


SONDA NA MOIM BLOGU…

No więc pojawiła się na moim blogu sonda, której wektorem jest pytanie o sensowność mojego pisania dalej tegoż bloga. Sonda narodziła się pod koniec lipca, a umieściłem ją około 3-4 sierpnia w zakładkach. Zanim jeszcze pojawiła się na stronie mojego dziennika myśli, widziało ją kilka osób, – które pytały po cholerę mi ona w ogóle jest. Powstawała ona w dniach mojego narastającego kryzysu – i była pomysłem czysto egzystencjalnym, szczególnie po kilkunastu wrogich głosach, które dostałem drogą mailową w stylu: wypierdalaj….. itp. Zasadniczo w czasie jej istnienia dostałem sporo głosów od ludzi wspierających mnie. Dlatego wraz z poprawą mojego nastroju sonda stała się rodzajem barometru – nastrojów, opinii, odbioru moich czytelników względem myśli i poglądów, jakie wylewam na karty mojego bloga. Niestety znów pojawiło się kilka natrętnych postaci, które postanowiły łamać wszelkie zasady panujące w cywilizowanym świecie i oświadczyły, iż pogwałcą wszelkie prawa i z nienawiści do mnie będą głosowały, co dnia, co godzinę i kiedy się tylko da na określoną opcję, bym usunął mojego bloga. – Uznałem to za podejście raczej nie uczciwe. Szczególnie na tym polu wykazują się S&J (czyli Obleśny Grubas i Chudas lub Bracia Ultra-Katole - pozdrawiam serdecznie) Generalnie wkurwiło mnie kompletne nieposzanowanie jakichkolwiek zasad. Dlatego poważnie muszę rozważyć wiarygodność wyników sondy. Cóż przy kolejnych tego typu zabawach, aby głos był ważny będę żądał najprostszych komentarzy… Konkluzja jest jedna: są ludzie i jest bydło. Skoro najprostsze niepisane zasady są łamane z premedytacją i następuje czas wolnej amerykanki – niech nie będzie żadnych zasad...

23:13, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (5) »
wtorek, 12 sierpnia 2008

Kurcze kocham Youtube’a. Dziś odnalazłem na nim swoje przecudne wspomnienia z dzieciństwa. Były wczesne lata dziewięćdziesiąte (1992-1994). Okres szkoły podstawowej klasy 1-3, w domu wszyscy pracowali, więc ja byłem o 7 czasami 6 rano odprowadzany do świetlicy szkolnej. I tam czasami po 2-3 godziny siedziałem z innymi dzieciakami czekając na lekcje. Nasza świetliczanka (tzn. pani ze świetlicy) nie mogąc uporać się rozwydrzoną watahą małych bachorów – o godzinie 8:30 brała do ręki kluczyk. Wtedy cały skowyt małych przestępców gasł momentalnie :) a oczy rozbłyskiwały iskrą podniety i psiej ufności, – za chwilę zostanie otwarta za pomocą kluczyka magiczna szafa z telewizorem. A pani puści nam Polonię1 i bajki… aaaaa!!!!!! Wszyscy siadali dookoła wysokiej szafy jakby była ołtarzem i się zaczynało – wszyscy czekali na swoje ulubione, a ja w sumie na tą jedną serię szczególnie :)

Tak obok Kapitana Jastrzębia, Ytamana czy Dżidżi – generał był najważniejszym dziennym wydarzeniem naszych żyć. Śmiać mi się chcę, ale, te małe brzdące naprawdę się utożsamiały z bohaterami tej bajki. Żyliśmy ich życiem, odgrywaliśmy scenki torturując się wzajemnie ku przerażeniu pani. – Utożsamialiśmy się z bohaterami coś w stylu tego jak nasi dziadkowie Klanem? Dla mnie szczególnie właśnie ta bajka była ważna – nie wiem czemu. Wnosiła do mojego szczenięcego żywota jakąś nadzieję, proste przesłanie – może to głupie, ale tak było... coś jak Romeo i, albo Julia i… Puszczali potem powtórki całych serii i ja znów je oglądałem, a pewnie gdyby Generała pokazała dziś jakaś telewizja to zobaczyłbym jeszcze raz :)

Najlepsza była końcówka

Jak troszkę podrośliśmy to na Poloni1 pozwolono nam na oglądanie seriali sensacyjnych, ale o tym już innym razem – wtedy też były niesamowite jazdy :) A tu coś bardziej uwspółcześnionego DAIMOS theme w wersji „metalowej” jak sami autorzy nazwali AnimeMetal :))) uuuh-yeeah!!!!

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Ideą mojego bloga zawsze było założenie, że nie będę się na nim wypowiadał na tematy polityczne. NIGDY!!! Ale dziś nie mogę milczeć, dziś nikt nie może milczeć. Dzisiejszą notką chce wyrazić moją mentalną jedność i solidarność z niszczonym właśnie Narodem i przepięknym krajem, jakim jest Gruzja. Chce wyrazić swoje ogromne oburzenie z powodu bezprawnej agresji rosyjskich Barbarzyńców! (Tylko tak mogę to nazwać – prymitywne, nieludzkie BARBARZYŃSTWO). Piszę tą notkę przerażony tym, jak wbrew pozorom kruchy jest stan pokoju i złudnego dobrobytu, w którym ludzie budują swoje małe życia, realizują się, kochają, nienawidzą, potrzebują nawzajem, - kruchy wobec jednej tylko bomby spadającej na mieszkalny blok. I nagle wszystko, co jest „naszym” przestaje istnieć, przestaje mieć znaczenie. Mieszkam w mieście bloków i kiedy widzę zabitych i pokrwawionych ludzi, zniszczone budynki, gruzy i ryk rozpaczy – nie mieści mi się to w głowie. Że my jako ludzie i nasi wybrańcy u steru władzy, pozwalają by kiedykolwiek dochodziło do takich dramatów. Jestem oburzony (jakkolwiek staram się rozumieć) postawą Unii Europejskiej, szczególnie Niemiec oraz Stanów Zjednoczonych. Podziwiam Gruzinów i popieram, choć skazani są na pewną porażkę, ten mały naród walczy o swoją terytorialną jedność i wolność. Choć jestem przeciwnikiem wojny, podziwiam ducha walki i ogólno Gruzińską mobilizację. Walczą by przetrwać. Piszę bo to jedna z niewielu dróg, jakimi mogę ich wesprzeć, – bo nie potrafię zamknąć oczu i tylko tak mogę wyrazić swoje człowieczeństwo. Dziś jestem Gruzinem

sobota, 09 sierpnia 2008
A dzisiaj? Dzisiaj uciekam na wyspę. Wyspę, na której zamykam oczy coraz częściej, kiedy wpadam w krótkie sny. Na wyspę, którą widzę chwilę przed trudną decyzją o powrocie do piekła. Która jest nie realna i mieszka tylko w mojej świadomości… Może nauczę się tam realizować; własne marzenia? Które mam gdzieś pochowane jak bilety, po kieszeniach i nigdy nie mogę ich znaleźć, kiedy trzeba. Poszukam tam jakichkolwiek sensów w tym nonsensownym świecie. Zamknę się na niej i będę spał w bezpieczne noce i żył w zwykłe dni. I będę miał pragnienia. I będę miał siły do ich realizacji. I nie będę już musiał uciekać. Nauczę się walczyć i bronić tego, co moje. I będę leżał - z piaskiem na skórze, który roznosi wiatr - na widokowej wierzy zwinięty jak kot, bo nikt tu nie przyjdzie – zakaz wstępu dla nie wtajemniczonych, – a motłoch zostaje na dole. Wyspa jest daleko, od całego tego bezsensownego Świata. W którym osiąga się wszystko będąc kompletnym zerem. A moi nieprzyjaciele odlecą w zimną otchłań, – już ich nie będzie – ich zamarznięte obrosłe w smutek ciała, skruszą się w pył. Przestaną istnieć.

A przecież nie o tym miała być ta notka… Myślałem o czymś bardziej teraźniejszym: wojna, wojna, wojna. Albo: prawda, prawda, prawda… hm lub kłamstwo.


- jeśli masz odrobinę odwagi (nie masz) nie oszukuj się, że jest ci dobrze, że wszystko gra i że jesteś tak bardzo szczęśliwy, – kiedy to nie jest prawdą i kiedy nic nie masz, kiedy substytutami życia, półśrodkami, próbujesz łatać wszystkie klęski i karmić wszystkie pragnienia – przecież dalej będziesz głodny i wszyscy w końcu zobaczą twoje nagie i zgniłe ciało. A mówią, że podobno jesteś człowiekiem, że podobno wszyscy jesteśmy ludźmi – ale wiesz, to chyba też jest kłamstwo…


… o czym to miało być? Lepiej nie mówić – przez ostatnie dni przetoczyła się w mojej głowie fala emocji. – Moja ulubiona agresja najszybciej wylewa się w słowach – aż czasem boję się tego co piszę, ale piszę tylko po to żeby się już więcej nie bać…

C. Key & G.P. Orridge
Beauty Is The Enemy
Oh you thin insipid lullabies of compliance
Do we not see the ripping flesh of countless pretty creatures
When they become the food of my grotesque lust
All bodies require food
It's their right
Defiled
Defiled
Defiled are they
Those who remain at the surface do so at their own peril
Those who dive beneath the surface glorify the grotesque
Glorify the grotesque
Uprooting ugliness to be their heroic standard
Ugliness my flag
Ugliness my flag
Be warned you are marred
Misshapen
Measly
Your desperation is disfigured devotion
Beauty is the enemy
Acceptance of ugliness is the redemption of sanity
There is no beauty only ugliness
There is no glamour only ghastly blemish
All romance disfigured
All morals monstrous
All beauty our enemy
They are the elect to whom grotesque things bring only rapture
Genocidal chatter
Merely nodding
Ugliness is a form of genius

Can you hear me out there?
Can you hear me out there? Do you remember that one?
Ok, well, there's your message
 
1 , 2