o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
wtorek, 26 lipca 2011

Cover Foto4-go lipca 1997 roku zakończyła się trasa koncertowa promująca album Test For Echo. Jak szybko miało się okazać była to ostatnia trasa koncertowa Rush w XX wieku. Nad zespołem zebrały się czarne chmury życiowej tragedii. 10 sierpnia 1997 roku, w śmiertelnym wypadku samochodowym na autostradzie 401, niedaleko miasta Brighton ginie córka Neila Pearta, 19-letnia Selena Taylor. Śmierć jedynej córki doprowadza do wstrząsu w rodzinie perkusisty. Zwłaszcza negatywnie odbija się to na partnerce Neila,  chorującej na nowotwór Jacqueline Taylor. Jacqueline popada w apatię, zaprzestaje terapii – jak opisuje to Peart później w książce Ghost Rider: Travels on the Healing Road (2002): kolejne dziesięć miesięcy po śmierci Seleny, były okresem powolnej agonii, samobójstwa mojej żony Jackie. Tragiczna śmierć córki odebrała matce wolę życia, zamieniając kolejne miesiące w niekończący się koszmar. Jacqueline Taylor umiera 20 czerwca 1998 roku. W ciągu niespełna roku Neil Peart traci całą swoją rodzinę, 23 lata jego partnerskiego związku, 23 lata swojego życia. Po śmieci żony obwieszcza Geddie’mu i Alexowi, że przechodzi na emeryturę i pragnie, aby chłopcy znaleźli nowego perkusistę na jego miejsce i kontynuowali, jeśli mają na to ochotę pracę pod szyldem Rush.Cover Foto Po pogrzebie Jackie i po doprowadzeniu do porządku wszystkich spraw rodzinnych i formalnych, Neil wyciąga z garażu motor, zakłada skórzane spodnie i kurtkę, zabiera kartę kredytową i wyrusza na początku lipca 1998 roku w 14 miesięczną, samotną, żałobną podróż po Ameryce Północnej i Środkowej. Jak wspomina wiele lat później – zwyczajnie nie mógł nic innego zrobić, a alternatywą było tylko odebranie sobie życia. Potrzebował czasu, drogi, samotności – Peart zerwał praktycznie kontakt ze światem, utrzymując jedynie sporadyczne kontakty z rodzicami, Alexem, Geddy’m i jednym z producentów Rush, bliskim przyjacielem zespołu. Chciał znaleźć spokój i ponowny sens życia, chciał wreszcie zmierzyć się ze swoimi poglądami, filozofią w obliczu życiowej próby.

Rush w zasadzie przestał istnieć, zespół nigdy jednak oficjalnie nie obwieścił zakończenia działalności, ani nawet zawieszenia. Pozostali członkowie zespołu wraz z wspierającymi ich producentami – (zespół zawsze utrzymywał bardzo dobre relacje z ludźmi, z którymi współpracował, stąd producenci oznaczają – wszystkich dotychczasowych producentów zespołu) – postanowili przeczekać ten trudny okres; dać Neilowi tyle czasu ile mu będzie potrzeba, a następnie kiedy wróci – zaproponować mu powrót do zespołu.

Dlaczego Rush nie posłuchał rady Pearta, i nie poszukał kogoś nowego na jego miejsce? Na to pytanie odpowiedział kilka lat później Lee: nie zmienia się członka rodziny, tylko dlatego że przeżył ciężką życiową tragedię, to nienormalne. Bez Neila nie ma Rush, jeśli on nie wróci nie nagramy już więcej nigdy żadnego albumu. Są to dla mnie słowa fundamentalne. Geddy Lee w dwóch, krótkich zdaniach dokonał charakterystyki wartości, na jakich oparty był i jest Rush. Ten zespół był i jest oparty na prawdziwej przyjaźni trojga ludzi, dla których wartości humanitarne są ważniejsze od sławy, pieniędzy i kariery. Liczy się najpierw człowiek! Zespół oparty na wzajemnym partnerstwie i równości – na polu którego, każdy ma takie same prawo do samorealizacji. Gdzie każda z jednostek jest otwarta i tolerancyjna względem drugiej. Rush to zespół kompletny – trio które istnieje tylko dzięki temu, że potrafi na siebie wzajemnie oddziaływać i uzupełniać się.

Brak Pearta, przy jednoczesnej wierze w jego powrót w bliżej nieokreślonej przyszłości popchnął Rush do tego, aby utrwalić istnienie zespołu za pomocą: reedycji albumów, wydawnictwa „the best of” oraz albumu koncertowego – według tradycji (4x studio – 1x live). A od ostatniej koncertówki z 1989 roku, Test For Echo było właśnie czwartym studyjnym albumem. W roku 1997 wznowiono pierwszych dwanaście studyjnych albumów z lat 1974-1987 oraz wszystkie trzy albumy koncertowe. W tym samym roku Rush wypuścił dwa albumy kompilacyjne Retrospective I i II, będące czwartym i piątym wydawnictwem tego typu w historii zespołu. Pierwszy album kompilacyjny Rush, Archives z 1978 roku był reedycją pierwszych trzech albumów i przyniósł zespołowi platynę w USA. Drugi Rush Trough Time z 1981 roku był już bardziej wydawnictwem w stylu the best of. Trzeci dwupłytowy album Chronicles, ukazał się w 1990 roku i był typowym posumowaniem działalności studyjnej z lat 1974-1989, został również znakomicie przyjęty w USA jako przekrojówka działalności grupy – pokrył się podwójną platyną. Kolejną tym razem cykliczną formułą miały zostać albumy Retrospective, pierwszy obejmował lata 1974-1980, drugi lata 1981-1987.

Cover FotoWreszcie 10 listopada 1998 roku Rush wydał czwarty koncertowy album Different Stages składający się trzech krążków. Dwa pierwsze zawierały zapis T4E Tour z 1997 roku, przeplecionej utworami pochodzącymi również z Counterparts Tour z 1994 roku. Specjalną gratką było całe, ponad 20-minutowe wykonanie utworu 2112, który w całości był wykonywany w latach 1976-1981, a następnie specjalnie pod ten album podczas ostatniej trasy koncertowej w latach 1996-1997. Była ona zresztą ostatnią trasą po dziś dzień, podczas której Rush wykonywał pełną wersję tego numeru. Wielu fanów uznaje 2112 z Different Stages za całkowicie nowe spojrzenie na tą rock-operę, podkreślającą jeszcze mocniej neoprogresywny styl zespołu.Cover Foto Trzeci krążek stanowi kolejną gratkę dla fanów Rush – zawiera bowiem historyczny zapis koncertu z 20 lutego 1978 roku z Londynu ze słynnego Hammersmith Odeon. Album Different Stages poświęcony jest pamięci Jackie i Seleny Taylor, których pamięć podkreślono cytatem z utworu Afrerimage z 1984 roku: suddenly...you were gone...from all the lives you left your mark upon. Jak zwykle za grafikę tego, jak i wszystkich wspomnianych wydawnictw odpowiadał Hugh Syme, który nie zapomniał na okładce Different Stages podkreślić, specyfiki sytuacji w jakiej znalazł się zespół. W Kanadzie wydawnictwo pokryło się platyną, a w USA złotem.

Powyższe wydawnictwa wyczerpały działalność fonograficzną Rush w okresie lat 1996-2002. Oczywiście w żaden sposób nie były one w stanie zastąpić działalności, tak koncertowej jak i studyjnej zespołu, ale nie było innego wyjścia jak tylko czekać. Dla fanów spragnionych powrotu Rush – w okresie długich sześciu lat posuchy – otworzyły się jeszcze dwa okienka poprzez które mogli, choć częściowo zetknąć się z twórczością swoich ulubieńców. Były to solowe albumy Alexa Lifesona i Geddy’iego Lee.

Cover FotoLifeson rozpoczął pracę nad swoim solowym albumem jesienią 1994 roku. Całość nagrań została ukończona do połowy 1995 roku, a 9 stycznia 1996 roku płyta zatytułowana Victor ujrzała światło dzienne. Na płytę Alex zaprosił muzyków rock-alternatywy z Kanady: wokalistów Lisę Dalbello oraz niejakiego Edwina, basistę Petera Cardinali oraz Lesa Claypoola (USA), perkusistę Blake’a Manninga, waltornistę Colleena Allena, gitarzystę i programistę gitar Billa Bella, wreszcie swojego syna Adriana Zivojinovicha – który zajmował się programowaniem części utworów. Sam Alex jest autorem wszystkich utworów, gra na gitarze, mandolinie, basie, keyboardzie oraz śpiewa i wydaje głosy. W jednym z utworów bierze udział nawet żona Lifesona, Charlene – znana z tego iż od wielu lat wspiera swoją obecnością Alexa i Rush w każdej trasie koncertowej. Victor jest albumem bardzo zróżnicowanym, ze zdecydowaną przewagą agresywnych hard-rockowych i alternatywno-progresywnych klimatów. Lifeson daje upust swym muzycznym fantazjom, jednocześnie pokazując swoją rolę, jaką spełnia w Rush. W utworze Promise , dominuje hard-rockowa tęsknota. W Start Today , Lisa Dalbello – nie dość, że przypomina nam wokalnie Lee z lat 70-tych, to jeszcze muzycznie druga część utworu brzmi jak wyrwana z A Farewell To Kings, kontrastując z czadowym, poszarpanym hard-rockowym początkiem, rodem z lat 90-tych. Lifeson szybko zmienia konwencje i daje nam popisowy instrumental Mr. X . W kolejnej odsłonie At The End , Alex troszkę Pink Floyduje i wychodzi wreszcie na jaw, że jego rzekoma niechęć do klawiszy to tylko poza macho-gitarzysty. Wreszcie też pokazuje nam swoje wokalne umiejętności w postaci melorecytacji, do której często się ucieka podczas grania na żywo instrumentali Rush, kiedy chce pogaworzyć z publiką. No i przede wszystkim gitara, gitara i gitara – na której pan Alex potrafi grać w swoim charakterystycznym i rozpoznawalnym stylu. W kolejnej eksperymentalno-żartobliwej formule Shut Up Shuttin’Up utwór zostaje oparty na gitarze, przerywanej zwrotkami opartymi na plotkach żony Alexa i jej koleżanki, panie mają przy tym świetny ubaw, zwłaszcza wchodząc w stereotypowe role idiotek, a Alex zarówno jako gitarzysta i wściekły facet, mąż w rolę durnego macho drącego się finalnie na nie zainteresowane jego grą kobiety. Wreszcie mamy mój ulubiony instrumental z całej płyty Strip And Go Naked i jeśli ktoś słuchał kiedykolwiek The Shadows z okresu lat 1958-1970 i choć odrobinę chwyta te klimaty – to ten utwór Alexa jest czymś w rodzaju rockowego hołdu dla tych zgrabniutkich i wesołych miniaturek owego zespołu, jak dla mnie cudowne. Prawie ostatni, kolejny eksperymentalny numer: Victor – zaprasza nas do wysłuchania Lifesonowej recytacji, do dziwacznego elektronicznego klimatu któremu towarzyszą subtelne dźwięki waltorni, która wreszcie pod koniec utworu pokazuje nam troszkę więcej swoich możliwości, toż prawie mamy tu jazz. Zamykający album I Am The Spirit powraca do agresywnego hard-rocka. Nieprzyjemny wokal Edwina nie daje nam spokoju, a jazgotliwa całość wydaje się nieznośna, nawet w spokojniejszych refrenach. Ale mega-kontrastujący most po minucie 2:30 – wszystko rekompensuje, wszystko… Ukryta opcja Rush – pozwala poczuć prawdziwe korzenie Alexowej twórczości.Cover Foto Victor jest płytą nierówną, spontaniczną – pełną różnych pomysłów i zabaw z melodią i instrumentarium. Pokazuje Alexa Lifesona jako muzyka wszechstronnego, poszukującego i pełnego inwencji. Dla fanów Rush był to na pewno istotny album w okresie niepewności, co do dalszych losów zespołu.

Zgoła inną drogą poszedł Geddy Lee nagrywając swój solowy album w połowie 2000 roku. Skład muzyczny zawęził do tria, z małym wyjątkiem jednej kompozycji, byli to: Ben Mink – wieloletni przyjaciel Lee, gitarzysta, wiolonczelista i klawiszowiec, również współautor utworów na albumie Geddy’iego – współpracujący również wielokrotnie z Rush, Matt Cameron perkusista Soundgarden i Pearl Jam, tu grający wiadomo na czym (za wyjątkiem jednego utworu) oraz sam Geddy Lee współautor repertuaru, grający na basie, gitarach, pianinie, perkusji i na wokalu.Cover Foto Album zatytułowany My Favorite Headache ukazał się 14 listopada 2000 roku. Lee w przeciwieństwie do Lifesona poszedł w kierunku pop-rocka z naciskiem na pop. Tym samym nagrywając album równy, przejrzysty i sympatyczny w odbiorze, z bardzo utemperowanym Rush’owym pazurkiem. Za to wzbogacony o utwory nastrojowo-balladowe daleko odbiegające od dokonań Rush na tym polu, wchodzące w pełną definicję muzyki pop. W zasadzie tylko otwierający tytułowy My Favorite Headache , przypomina dokonania macierzystego zespołu z charakterystyczną basową linią oraz ze zmiennym tempem. Niestety albo stety utwory pokroju Working At Perfect , mimo że klasyfikują się do gatunku rock, nie mają nic wspólnego z klimatem Rush. A wreszcie The Angels’ Share pokazuje kompletnie nowe oblicze Geddy'iego Lee - pełne spokoju i ciepła. Próbą powrotu do bardziej popisowego i kreatywnego grania jest Home On The Strange , który niestety zapada się w popowej aranżacji. Kolejne balladowate dzieło – otwierane jeszcze przez pseudopianino Sliping , ostatecznie definiuje album pana Lee, jako być może ładny, ale cholernie zachowawczy, popowy twór. I nie pomaga mu bardziej Rush’owy finał Grace To Grace . Na szczęście to nie jest album Rush, bo trzeba by uznać go za słabiznę, jako zaś album na pocieszenie, na otarcie łez – jest to płyta znakomita, pełna pięknych melodii i przesympatycznego wokalu jednego z trzech filarów kanadyjskiego pałer tria.Cover Foto I coś jest w tym sloganie Lifesona, że osobno członkowie Rush są dupkami a razem geniuszami, żadne z solowych dokonań gitarzystów Rush nie odniosło wielkiego sukcesu. Oba albumy nagrane były zresztą raczej „przy okazji” – Lee i Lifesona bardziej zajmowało wówczas gromadzenie drogich win. Nie bez kozery Geddy nosi nazwisko Weinrib, jego kolekcja jest nie mała. Rush nie imprezował i stronił od alkoholu, Lee zamiast po-koncertowej biby wolał dostać kilka butelek lokalnego wina. Kolekcjonować szlachetny trunek zaczął już w 1968 roku, a niedługo później namówił do tego Alexa. Dziś kolekcja jest wspólna.    

Neil Peart przebywszy 88 tysięcy kilometrów wrócił do Kanady we wrześniu 1999 roku, po 14 miesiącach podróży. Sprzedał tam dom i zbędne ruchomości, a następnie postanowił przenieść się i zamieszkać w Los Angeles – czyli na drugim końcu kontynentu, aby tam rozpocząć nowe życie. Przy aklimatyzacji w nowym miejscu pomagał mu wieloletni fotograf Rush Andrew MacNaughtan. Ów wreszcie na początku 2000 roku podczas jednego z wernisaży fotograficznych, zapoznał Pearta z młodą fotografką Carrie Nuttall. Znajomość rozwinęła się dość dynamicznie i już 9 września 2000 roku Peart i Nuttall stanęli na ślubnym kobiercu. Perkusista Rush rozpoczął kolejny etap swojego życia, ale co ważniejsze potwierdził wszystkie swoje dotychczasowe poglądy, które w obliczu jego życiowej traumy stały się (zawsze zresztą będąc) fundamentem jego życia. Tym samym dla tysięcy fanów Rush oraz zwolenników jego, Pearta poglądów – stał się w pełni wiarygodnym źródłem myśli. Na początku stycznia 2001 roku Neil skontaktował się z Alexem i Geddym, aby zakomunikować im: jestem gotowy, możemy spróbować…

 

Następny odcinek: seria muzyczna o Rush, podobnie jak i jej autor, potrzebują odrobiny wakacji, zatem kolejny odcinek nastąpi 16.VIII.2011, lub w najgorszym wypadku, jeśli autor bardzo się rozleniwi podczas urlopu dopiero 23.VIII.2011 roku.

Dla chętnych: 2112 całość w trzech aktach, wykonywane podczas Test For Echo Tour. Ponadto Rush i wino, oraz dwa bonusy z Rush: Beyond The Lighted Stage (2010) hobby w trasie i kolacja z zespołem.

niedziela, 24 lipca 2011

Nasze motto w tej sprawie to: praca u podstaw.

 

Waga: 172 kilogramy, było 173.

Talia: 203 centymetry, bez zmian.

Wzrost: 348 centymetrów.

sobota, 23 lipca 2011

Obumieranie. Dziś modne jest nie mieć bagażu rodziny. Modne jest bycie singlem z gronem wyczesanych znajomych. Ta moda jest wynikiem tragicznej samotności – jaką narzuca nam nasz styl życia lub wybory jakich dokonujemy. Wertuję ostatnio albumy ze zdjęciami mojej rodziny, głównie z okresu lat 50–70-tych zeszłego wieku. Jest na nich pełno życia. Rodzina Najukochańszej była bardzo liczna, dlatego ona mogła sobie pozwolić na bycie singielką. Jej małżeństwo nie trwało dłużej niż trzy lata. A potem w najlepszych czasach mogła mieć mężczyzn ilu chciała. Zresztą zawsze z rozsądkiem, oczyszczonym z wszelkiego zabobonu korzystała z życia. Na fotkach jednak nigdy nie jest sama, zawsze towarzyszy jej wesoła hałastra dzieciaków, sióstr, siostrzeńców, mężów, braci… I widać jak się przednio bawią. Nawet pogrzeby są eleganckie i pełne tego czegoś, czego już dziś nie ma. Tej chwili zaangażowania, smutku podszytego radością spotkania. Dziś chodzi się na pogrzeby z konieczności: umarł, trudno – kupiliśmy mu wieniec.

Rodzinę łączyła wspólnota majątkowa, cele i zainteresowania, potomstwo, dystans względem obcych. Łączyły ją miejsca na wspólne wypady wakacyjne, cykliczność rodzinnych imprez: urodziny czy imieniny, często święta. Imprezy cywilno-religijne. Jednak pokolenie mojego ojca rozluźniło te więzy. Doszło do znacznego zróżnicowania majątkowego, biedniejsi zaczęli ciążyć bogatszym. Bogatsi woleli poszukać towarzystwa w swojej kaście finansowej. Doszło do polaryzacji celów i zainteresowań – kontakty rodzinne przestały mieć charakter entuzjastyczny, stały się przysłowiową koniecznością, a nawet torturą. Wiek potomstwa, pokolenia kuzynów mojego ojca zróżnicował się o prawie dwie dekady. Ja sam nie pamiętam ilu mam kuzynów i kuzynek, o większości tylko słyszałem. A jeśli nawet moja kuzynka jest obecnie moją sąsiadką, a przez ostatnie 15 lat nie mieszkała w kraju, nasz kontakt był sporadyczny – dziś nasze relacje rodzinne nie istnieją, poza świadomością że to jest rodzina, bliższe więzy łączą mnie/nas z obcymi ludźmi. My dzieci – trzecie pokolenie – nie utrzymujemy ze sobą kontaktów wcale. Nie łączy nas prawie nic. Kilka lat temu, kiedy spędzałem wakacje nad morzem w pewnej mieścince – w której turystów z twarzy było można po tygodniu poznać – była tam też jakaś moja rodzina – mijaliśmy się jak obcy bez świadomości pokrewieństwa. A tymczasem nasi rodzicie i dziadkowie wspólnie 20, 30 i 40 lat temu mieszkali, biwakowali, bawili się w tej samej miejscowości, jedli w tych samych knajpach – w których teraz my kompletnie z osobna, nie mając nawet o sobie pojęcia – szukaliśmy ich śladów, śladów wspólnej przeszłości, w totalnie obcej teraźniejszości. Innym razem okazało się, że znajomy mojej koleżanki to mój kuzyn, albo pracowniczka biblioteki z której dzień w dzień korzystałem pisząc magisterkę, to moja dalsza ciotka… A ja wpadałem w kompletny szok… Jak to? Obcy-rodzina, rodzina-obcy?

Na pewno fundament relacji rodzinnych podważył rok 1989, istota reżimu równych nierówności – powodowała wzajemną nieufność społeczną. Wobec czego rodzina była alternatywą i szansą na odrobinę wolności. Oczywiście że wolności, w gronie „krwi” można było sobie pozwolić na więcej, można było powiedzieć więcej, pozwolić sobie na krytykę ustroju. Wolność jaka przyszła w latach 90-tych oraz rosnące rozwarstwienie ekonomiczne – zburzyło stary model rodziny. Wolność i pełną akceptację odnaleźliśmy w gronie znajomych. Zwykle ludzi dzielących z nami pewną grupę poglądów. Oni stali się alternatywą dla przestarzałej rodziny. Same rodziny zaczęły się rozchodzić i zmniejszać – dziś dla większości z nas hasło rodzina, kojarzy się z jej najmniejszą nuklearną cząstką; są to zwykle rodzice, rodzeństwo krwi i dziadkowie (ci ostatni w zależności od relacji, lub tego czy jeszcze żyją). Dla mnie rodzina ma w sobie sarmacki wydźwięk, rodzina to ród, dynastia, grupa, sfora, wataha, a nie sama nuklearna podstawa. Interesuje mnie czy alternatywa, jaką stanowią znajomi, którzy jednak w stosunku do rodziny mają więcej wad niż zalet, będzie w stanie całkowicie zrekompensować nam obumieranie rodzin? Znajomi mają niewątpliwe zalety: są tolerancyjni i przyjmują nas bez mrugnięcia okiem, są otwarci a wynika to zwykle stąd, że mało się nami przejmują, nie mają wobec nas żadnych planów. Mają też niewątpliwe wady: częstokroć „chemia”, która nas z nimi łączy – jest stosunkowo nietrwała. Tworzymy z nimi wspólnotę interesu, oczywiście wspieramy się nawzajem itd., chociaż nie są to głębokie uczucia. Najważniejsze są jednak crash testy – kiedy potrzebujemy lub oni potrzebują naszej pomocy: finansowej, czasowej itd. Pomocy, która zmusza nas do zaangażowania naszego albo ich życia w cudze sprawy. Nasze kłopoty najprościej jest zwalić na rodzinę – której już zwykle nie ma. Zazwyczaj wtedy z grona znajomych zostaje dosłownie kilka osób, a to nawet zawyżona liczba, reszta zabiera manele i zwyczajnie znika z naszego życia. Wtedy poznajemy przyjaciół – czyli grupkę kilku osób, dla których zdajemy się coś znaczyć, coś wnosić w ich życia. Zwykle to ci ludzie, którzy postanowili zaryzykować i w nas „zainwestować” siebie. Przyjaciele potrafią zbudować silniejszą relację niż członkowie rodzin. Jednak emocjonalne zaangażowanie na linii „znajomy-my” a „rodzina-my” zazwyczaj przechyla szalę na rzecz rodziny.

Obumarcie rodzin rodzi pytanie. Czy czeka nas samotna starość? Czy będziemy skazani tylko na własne dzieci, jeśli ich doczekamy lub jeśli będzie dane nam je mieć? Jeśli tak, to czy będziemy tylko je obarczać naszym dogorywaniem? Czy będziemy obarczać państwo i czy mamy do tego prawo? Czy stworzymy na modłę szwedzką umieralnie samotnych starców? Instytucje, do których będzie się oddawało ludzi nie zważywszy na ich stan umysłu i zaawansowanie niedołężności? Czy wreszcie jak w przypadku nas – gejów i lesbijek – zostaną przyjęte te podobno światłe modele pedalskich komun? Komun, w których leciwi geje i lesbijki żyją, aby się wzajemnie wspierać i grzebać. Jak zalecają amerykańskie środowiska LGBT, już przed 60-tką dobrze jest zacząć szukać swojej komuny, by tam osiąść i godnie dożyć swych dni. Co to za horror? To już wolę powszechną eutanazję niż komuny społecznościowe. Wolę jak Hemingway – strzelić sobie z karabinu w łeb.

 

PS. Dla tych wolno operujących – dla mnie rodzina i tęsknota za rodziną, jest formą refleksji nad przemijalnością pewnych zjawisk. Zdaję sobie bardzo dobrze sprawę, że pewne procesy są nieodwracalne. Nowe czasy przynoszą nowe modele – w które musimy się dopasować. Mówię to jako świadek korozji i zaniku rodzin, tak własnej jak i wielu innych – moich znajomych, przyjaciół, z moim parterem włącznie. Gdzie zazwyczaj tylko jeszcze żyjący nestor rodu – i tylko dlatego że jest matką albo ojcem – powoduje że siostry czy bracia (jego dzieci) z jednej krwi, utrzymują sporadyczny kontakt. Za kilka lat ich więź zostanie zerwana. Wyginą, jak zagrożony endemiczny gatunek.



Podobno najwyższa kara, jaka czeka norweskiego zamachowca to 21 lat więzienia. 21 lat za morderstwo? Za 92 morderstwa!!!!!! Tyle jest warte ludzkie życie? Ta kara bardziej przypomina nagrodę. A ultraprawicowi zwolennicy Breivika po pierwsze mogą poczuć się już w tej chwili bezkarni, a po drugie za 21 lat dostaną 53 letniego „prawicowego męczennika za życia” jako swoje guru. Za 21 lat, ten człowiek będzie mógł wrócić do pełni obywatelskich praw. Będzie mógł stworzyć swoje ugrupowanie polityczne, nawet jeśli nie będzie mógł kandydować do parlamentu, to i tak jako szara eminencja – będzie mógł sprawować nawet władzę. To się nie mieści w głowie. To po prostu jest nienormalne i nie do zaakceptowania. To nie jest oznaka postępu cywilizacyjnego, to jest głupota i nieodpowiedzialność. To jest najlepszy przykład i zaproszenie: mordujmy.

Mam nadzieję, że ten człowiek nigdy nie wyjdzie na wolność!

piątek, 22 lipca 2011

Miasto tonie, pod naporem litrów wody, które dziś (przedwczoraj) zrzucił przechodzący nad naszym województwem i bodaj krajem – front burzowy. Liczyłem, że uda mi się czmychnąć przed burzą do domu, ale się myliłem. Na rower udałem się po godzinie piętnastej. Miałem nadzieję, że skoro przez cały dzień duchota i czarno-chmur nie doprowadziły do żadnej katastrofy; zwłaszcza kiedy do południa bez parasolki szalałem po mieście, po odbiór wygranej migawki na wszystkie linie, co ją zwyciężyłem esemesem dwa tygodnie temu – to że już nic nie będzie i chmurowisko się rozejdzie.

No co, stówka piechotą nie chodzi, a jak jeszcze darmo daje jechać do upadłego tramwajami i autobusami, to jak nie odebrać nagrody, nawet gdyby atomowa wojna eksplodowała? Stówka piechotką nie chodzi, chociaż kiedyś mi się udało jej niebieską siostrę złapać, ach jak smakuje darowane pifko, trzeba to poczuć.

W każdym razie, o złej godzinie postanowiłem zrobić bezpieczne kółko po centrum, zoo, parkach, centrach handlowych – innymi słowy wariant miejski-rowerowy. Tak, aby się można było gdzie schować jak lunie. Wszystko się spieprzyło na skrzyżowaniu za ulubionym przez pedalstwo aquaparku, sami z mężem czasem do niego chodzimy, aby straszyć ludzi lub kiedy Grinpis ma ćwiczenia. Światła na skrzyżowaniu trafił szlag: tramwaje, samochody, tiry i autobusy zaczęły wariować, jedni wymuszali pierwszeństwo na drugich, inni trąbili, krzyczeli, tramwaje dzwoniły, aż w końcu 9-tka zablokowała całe skrzyżowanie. Z trudem udało mi się opuścić ten niebezpieczny węzeł.

Po chwili zaczęło się błyskać. Pomyślałem, że powinienem się sprężać i docisnąłem pedały. Burza była szybsza, na wysokości wielkiego centrum handlowego pioruny już biły tak potwornie, że jak rzadko kiedy poczułem strach. Zdawało mi się, że wielkie wyładowania uderzają tuż obok mnie, zresztą grzmoty zdawały się wzbudzać drgania ziemi albo bliżej nieokreślonej przestrzeni. Przecznice przed Rynkiem Starego Miasta, drobny deszczyk, który towarzyszył temu zjawisku przybrał na sile – nagle zrobiło się jak w środku zimy o osiemnastej – ciemno. Wylała się woda. Z trudem dotarłem w podcienia Rynku do pani Łucji, prowadzącej księgarnie przy Stowarzyszeniu Przyjaciół Starego Miasta. To było moje wielkie szczęście – że udało mi się tam dotrzeć – bo piekło rozpoczęło się kilka minut później.

Deszcz, który wydał mi się straszny, zamienił się raptownie w rwący wodospad, jak w dżungli albo podczas pory monsunowej – wiatr targał strumieniem wody w lewo i w prawo. Plac rynku szybko zamienił się w jezioro, a do podcieni zlecieli się lokalni pijaczkowie i wszyscy, którzy chcieli choć troszkę mniej zmoknąć. W pewnej chwili nawet podcienia nie dały rady nas chronić – wiatr bowiem postanowił zaprosić wodę i pod nie, i tak struga wody wepchnęła nas do księgarni.

Po dwudziestu minutach burza przeszła – została lekka mżawka i rzeki pełne ulic, samochodów oraz zepsutych tramwajów i szpitali bez prądu. Wracając lekko spóźnionym do domu, musiałem pokonać kilka jezior i zwalonych drzew, ledwo kilka pokonanych przez żywioł samochodów: lub prozaicznie pokonanych przez latające donice z kwiatuszkami, drobnych gospodyń i kucharek – miłujących kwiecie na parapecie. Najważniejsze, że na naszym skwerku wszystko żyje, drzewa całe, ofiar brak, studzienki wypompowały zbytek wody.

Burze to piękne zjawiska. Zwłaszcza, kiedy towarzyszy im monsun, mordercze wyładowania sprawiające wrażenie „twoich ostatnich”, kiedy dzień zamienia się w noc. Kiedy nie posiadasz parasolki, jesteś w podkoszulce i krótkich spodenkach, z rowerem lub raczej na nim. Brakowało tylko tornada. Ale wierzę, że i to jeszcze mnie spotka!



wtorek, 19 lipca 2011

Cover FotoTest For Echo – 1996

1.Test For Echo 5:55

2.Driven 4:27

3.Half The World 3:42

4.The Color Of Right 4:48

5.Time And Motion 5:01

6.Totem 4:58

7.Dog Years 4:55

8.Virtuality 5:43

9.Resist 4:23

10.Limbo 5:29

11.Carve Away The Stone 4:07

 

Album Test For Echo stał się dla mnie w pewnym sensie ewenementem (ja wiem, to buńczuczne stwierdzenie). Dyskografię Rush poznawałem stopniowo. Nie dość że było to pierwsze moje własne oryginalne, do tego kasetowe (do dziś mam tą kasetę i zmordowaną książeczkę) wydanie Rush, obok pirackich CD trzech wielkich albumów zespołu (2112, AFTK, MP) i traumie po przesłuchaniu w muzycznym sklepie RTB, to jeszcze trafiło od razu na sam szczyt. Powodów było kilka, lubię witalnych i wyluzowanych facetów po 40-stce, zresztą Rush jest tego najlepszym przykładem, jak również wzorem dla młodych grup. Pokazuje że nie powinno się ciągnąć za sobą żadnego ogona ani maski – uznanych albumów i osiągnięć – wszystko co przed nami jest nowe i powinniśmy to robić z równą werwą i energią, jak 20 lat wcześniej. Innym powodem była muzyka i przekaz liryczny.Cover Foto Ja miałem naprawdę dużo zmartwień i kapele pokroju Nirvany i innych takich pra-emo’wców mnie zwyczajnie męczyły. A kult samobójstwa i całe to wybebeszanie – zwyczajnie były nieznośne, na równi z darciem ryja Panter i innych takich cudów: Slipknotów, tudzież pop-metalowców: Stratovariusów, lub metalowców pokroju: Judas Priest – chociaż tu już lepiej… Słuchałem tego i tamtego, a rozpiętość była szeroka, i wszystko to było albo fajne, albo odpychające. Zawsze padało od 1 do 8 w dziesięciostopniowej skali, a T4E od razu 10. Rush grał tu muzykę wcale lekką ani łatwą: da się ją ugryźć, polizać, przytulić, wczuć, pokrzyczeć, uronić łzę, nauczyć się czegoś, utożsamić się z czymś. Rush stworzył album kompletny, który można słuchać i któremu można się dziwić nawet piętnaście lat po wydaniu i nie mieć go dość. Energetyczną pigułkę – która zachęca do dalszych zmagań z życiem.

Szóstą pozycją na płycie jest kolejna bardzo ciekawa kompozycja Totem . Dynamizm, energia, pełnia życia i znakomity uszczypliwy tekst, są wizytówkami tego kawałka. Wstęp i zwrotka zaczynają się nagle, od uderzenia ściany dźwięku, wszystkie ręce na pokład. Gitara elektryczna i gitara akustyczna nałożone na siebie, basowy szeroki szkielet i perkusja, której de facto wstęp (na kotłach), a następnie przejście do prostego pochodu (z charakterystycznym dla Pearta perkusyjnym riffem talerz-werbel) wyznacza moment rozpoczęcia się zwrotki. Zwrotki zwieńczone są krótkim instrumentalnym mostkiem, mającym uspokoić troszkę muzyczny jazgot, gitara elektryczna cichnie lub schodzi na plan B, a akustyk na pierwszą linię.Cover Foto Po mostku mamy dwuczęściowy refren, pierwsza część utrzymana w klimacie zwrotek jest wyliczanką „wierzeń” autora tekstu, następnie tylko w pierwszym refrenie występuje kolejny mostek: gitara zaczyna ciągnąć swój tajemniczy riff, a Geddy delikatnie wokalizuje do melodii coś w stylu: ło łoouu ło łoouu ło łoouu – jest magicznie. Na owym riffe i wyciszonym „ło łoouuu” zaśpiewana zostaje druga część refrenu, zakończona otwierającym tą część mostkiem. Zwrotka numer dwa i wstęp do niej są identyczne ze zwrotką pierwszą i motywem otwierającym. Różnica jest tylko w drugiej części refrenu, zamiast mostków – jest on zwyczajnie powtórzony dwukrotnie. Wreszcie po drugim refrenie mamy finał oparty na dwóch elementach: na gitarowym, wyciszającym cały utwór mostku (2:57-3:04) oraz na popisie (3:05-3:22). Po finale mamy coś na kształt klimatycznej, spokojnej trzeciej zwrotki (choć formalną zwrotką nie jest) opartej na budzącym się do życia riffie znanym z refrenu. Ta cześć numeru stanowi kontynuację wyciszonej części finałowej. Zwieńczeniem ostatniej zwrotki (nieformalnej) jest powrót do otwierającego utwór motywu i powtórka refrenu. Wszystko to dość skomplikowane i utrzymane w zmiennym tempie. A lirycznie jest to piosenka troszkę podśmiewająca się z zabobonów. Neil Peart napisał ją po lekturze Totem i Tabu (1913) Sigmunda Freuda (1856-1939). To co otaczamy czcią i to co wzbudza nasz lęk, Peart postanowił uwspółcześnić, podciągnąć pod zabobon albo pokpić – chociaż czy ostatecznie nie wychodzi z tego jakiś obraz rzeczywistości?

I've got twelve disciples and a Buddha smile
The Garden of Allah, Viking Valhalla
A miracle once in a while
I've got a pantheon of animals in a pagan soul
Vishnu and Gaia - Aztec and Maya
Dance around my totem pole 

I've got celestial mechanics
To synchronize my stars
Seasonal migrations - daily variations
World of the unlikely and bizarre
I've got idols and icons, unspoken holy vows
Thoughts to keep well-hidden -
Sacred and forbidden
Free to browse among the holy cows
That's why I believe.

Ale w co wierzy nasz autor? W to co widzi, w to co usłyszy, w to co poczuje – tylko te trzy czynniki powodują zmiany w postrzeganiu przez niego otaczającego go Świata. Puentą, troszkę gmatwającą obraz całości jest druga zwrotka refrenów, która na równi stawia dziecięce strachy z celowym działaniem mediów i pop kultury. To znaczy iż ongiś zabobony wywoływały religie, a dziś robi to telewizja i internet. 

Angels and demons dancing in my head
Lunatics and monsters underneath my bed
Media messiahs preying on my fears
Pop culture prophets playing in my ears.

Siódmą propozycją jest Dog Years . To zaskakujący utwór w skali albumu, utrzymany bowiem w post-punkowym klimacie, zwłaszcza wstęp. Krótki, hałaśliwy gitarowo-basowy kocioł przekształca się w zwrotkę, którą wyznaczają akordy gitary Alexa. Bardzo istotną rolę gra tu perkusja, wyraźnie rozdzielająca wszystkie formalne części utworu. Mimo melodycznego wokalu, zwrotki sprawiają wrażenie dość kakofonicznych.Cover Foto Skrócony pierwszy refren – jak zresztą i pozostałe – wyróżnia od zwrotek przeciągany wokalnie i powtarzany jak mantra tytuł utworu oraz gitarowa zagrywka, zwykle pojawiająca się dwukrotnie w danym refrenie. Po drugim bloku zwrotka-refren mamy finałowy most zamiast solówki (2:18-3:30), charakteryzujący się uspokojeniem i wyciszeniem agresywnej linii melodycznej. Mamy w nim jak w poprzednim utworze coś na kształt zwrotki (choć nieformalnej), po zwrotce Geddy zaczyna wyć jak „pies”. Mostek w naturalny sposób stopniowo się dynamizuje i wraca do agresywnego klimatu na trzecią zwrotkę, zwieńczoną zamykającym utwór refrenem. Tematem tej kompozycji jest nasze pieskie życie i czas, który nam tak szybko ucieka przez palce. Dla psa rok to jak dla nas siedem lat, a dla nas siedem lat mija jak jeden rok. Tekst czerpie z mitu o nieszczęśliwej miłości Artemis i Oriona oraz wierności jego psa Syriusza. Jest również nawiązanie do Psich Dni w Roku – czyli okresu, kiedy w letnie miesiące znika Syriusz z gwiazdozbioru Wielkiego Psa, wtedy też nasze szczekające czworonogi zaczynają wyć do księżyca. Peart wykazuje podobieństwa naszych z psimi żywotów i ich marność w obliczu przemijania. Zresztą dobitnie podkreśla to tekst zwrotki finałowej/mostowej (ta abstrakcja moim zdaniem jest genialna – zwłaszcza bycie geologicznym okresem):

I'd rather be a tortoise from Galapagos
Or a span of geological time
Than be living in these dog years
Living in these dog years.

Ósmą pozycją jest skomplikowany i najcięższy na płycie, podchodzący pod nu-metal Virtuality . Utwór rozpoczyna, jak zwykle to określam: „skoczna polka”, chociaż z polką nie ma wiele wspólnego. Na owym akordowym motywie zbudowane są zwrotki, z tym wyjątkiem, że finały zwrotek są poprzedzone i oparte na riffowym moście i troszkę innym metrum. Ów mostek jest okazją dla popisów basu i bębnów – zwłaszcza dla urozmaicających utwór dźwięków cowbell’ków (krowich dzwonków), które w charakterystyczny sposób poszerzają brzmienie perkusji. Zwrotki zwieńczone są powrotem do instrumentalnej „zawrotnej polki”. Refreny są szybkie i rytmiczne – opierają się na prostych akordach gitary elektrycznej i nałożonych na nią dynamicznych akordach granych na akustyku – coś w stylu mixu piosenki harcerskiej z oazową, na podwójnym biegu. Po drugim refrenie, zakończonym znanym już nam motywem „polki”, rozpoczyna się finałowy most (3:05-3:55) uspokajający siłę utworu, okraszony specjalną zwrotką, a zarazem wprowadzający zaskakujący taneczny klimat (Geddy zwykł żartował, iż Rush zwykle robi dość taneczną muzykę). Most zwieńczony jest czymś na kształt solówki, choć trudno tu nawiązywać do klasyki rockowych rozwiązań tego typu, Alex po prostu powtarza kilkakrotnie jeden takt akordów.Cover Foto Zakończaniem utworu jest ostatni blok: zwrotka trzecia i refren. Virtuality, jak sama nazwa wskazuje to utwór o „modnej rzeczywistości wirtualnej” – jak to ujął Peart. Tekst z założenia miał być lekko prześmiewczy, ale jak się błyskawicznie okazało, stał się pochwałą internetu i przepowiednią bogatego wirtualnego życia. Sieciowy chłopiec, sieciowa dziewczyna – wysyłają sygnały dookoła świata, pławią się w cybernetycznym morzu. Zostawiają ślady stóp na wirtualnych wydmach. Zamykają świat w ziarenku pisaku. I mogą poczuć swój zapach, ciepło za pomocą wirtualnego świata. Czy to nie stało się przepowiednią? Tak dziś przecież jest. Nawet męża poznałem za pomocą wirtualnej randki (i gro moich znajomych – nie tylko homo, bo wśród hetero jest obecnie szał wirtualnych znajomości). Wreszcie mówię o wirtualnej piosence na wirtualnym blogu, wirtualnego chłopca, którego kreuję i przez modem wykopuję do wirtualnego morza. Virtuality uwielbiam za kapitalny tekst, w którym Neil używa cudownych przenośni i metafor opisujących wirtualny świat oraz za „świadomy” wokal. Lee akcentuje frazy vibrato lub je spłaszcza, podbija je lub wyciąga – „świadomy” wokal w stosunku do „intuicyjnego”, jakim posługiwał się w okresie do 1980 roku, kiedy śpiewał w wyższych rejestrach. W tej piosence słychać z jakim wyczuciem śpiewa i akcentuje. I jak jest to dopracowane.

Dziewiątą pozycją na płycie jest jedna z najpiękniejszych ballad w stylu Rush Resist . Jest to utwór najbardziej zbliżony do ballady od czasu Different Strings z Permanent Waves (1980). Całość otwierają spokojne akordy gitary elektrycznej, którym akompaniują trudne w identyfikacji dźwięki, prawdopodobnie ograniczonej klamrą skracającą skalę gitary akustycznej, chociaż mam czasem wątpliwości – ale na mandolinę to nie brzmi, a tylko mandolina jest nowym instrumentem, na którym gra Lifeson na T4E. Zwrotki prowadzi klasyczna gitara akustyczna, mosty między zwrotkami stanowiące też formę refrenu znów prowadzą akordy gitary elektrycznej. W tym utworze brakuje refrenów, wynika to z formy tekstu jaki napisał Peart, luźno lawirującej między poetyckimi formami Pantoum a Villanelle – jednocześnie nie będąc żadną z tych form. Wobec czego dwie zwrotki zwykłe i jedna finałowa wraz z muzyką, muszą samoistnie wygenerować refreny. Dzieje się tak za pomocą odpowiedniej wokalizy, instrumentarium oraz tempa utworu. Po dwóch zwrotkach i powiedzmy refrenie (zwrotka pierwsza), następuje finałowy most (2:17-2:47) ze specjalną zwrotką, oparty jedynie na spokojnym i prostym akustycznym chwycie.Cover Foto Po mostku mamy kolejny „refren” (obie zwrotki w akompaniamencie gitary elektrycznej) okraszone samogłoskową ekspresyjną wokalizą. Ta część utworu ciągnie się aż do końca, z zamykającą namiastką solówki – powtórką motywu stanowiącego łącznik pierwszej i drugiej zwrotki. Resist zainspirował cytat ze sztuki Oscara Wilde’a (1854-1900) Wachlarz Lady Windermare (1892): I can resist everything except temptation. Peart, pyta wobec czego możemy się jeszcze oprzeć, jakich postaw możemy się nauczyć, i co stanowi wyjątek od reguły, naszą słabość albo wartość. Puentą tekstu jest finałowa zwrotka i jej metaforyczny tekst: możemy przegrać bez modlitwy, ale nie będziemy się nigdy szczerze modlić bez przegranej; możemy walczyć nie osiągając nigdy zwycięstwa, ale nie wygramy nigdy bez walki. Resist jest przykładem wrażliwości muzycznej muzyków Rush. W 2002 roku, podczas kolejnej trasy koncertowej, zespół przerobił ten utwór na całkowicie akustyczny: na dwie gitary i bez perkusji – dając tym samym wiele radości swym fanom.

Dziesiątą pozycją jest Limbo . Pełen dynamizmu i agresywnych gitar instrumental. Stanowi on kolejny przykład kunsztu muzycznego grupy. Całkowicie odbiega od wirtuozerskich utworów instrumentalnych Rush, znanych nam od czasów YYZ (1981). Limbo czerpie swe inspiracje bardziej z lat 70-tych z La Villa Strangiato (1978), zresztą pod względem długości plasuje się na drugiej pozycji, za wspomnianą kompozycją w XX wieku. Limbo jest utworem „granym” aniżeli wirtuozerskim, odciągając swym istnieniem album w kierunku alternatywy. Obok basu, gitary i perkusji – mamy tu bardzo istotne klawisze, skowyt Geddy’iego oraz odgłosy i cytat, który podłożony zostaje w środku utworu: Whatever happened to my Transylvania twist? Ów cytat i odgłosy pochodzą z piosenki Monster Mash (1962) Bobby’iego „Borisa” Picketta (1938-2007) & The Criptkickers. Oczywiście jak w każdym instrumentalu Rush i tu całe trio może się wykazać, mimo nieco innej koncepcji utworu.

Ostatnią jedenastą pozycją jest Carve Away The Stone . Utwór rozpoczyna dość monotonna akordowa gitara, na której oparta zostaje pierwsza zwrotka. Dopiero przed refrenem wchodzi bas i perkusja, będące wprowadzeniem do refrenu. Pierwszy refren jest stosunkowo spokojny w porównaniu z pozostałymi; wszystkie cechuje rytmika, a wyróżnia subtelna partia (drugiej) gitary wychodząca ponad ścianę dźwięków: akordowej elektrycznej, basu i perkusji. Kolejne dwie zwrotki zbudowane są w podobny sposób, jak pierwsza z tą różnicą, że nie występuje w nich taki minimalizm muzyczny, jak w przypadku zwrotki pierwszej.Cover Foto Przy pełnym instrumentarium zwrotki zdają się być pełne werwy i dynamizmu. Krótka zagrywka przed refrenami (poza pierwszym), okraszona jest wokalizą na literkę „u”. Wreszcie po drugim refrenie mamy instrumentalną wstawkę, w której pojawia się (jak już wcześniej na tym albumie) dynamiczna gitara akustyczna, jako podkładka pod akordy elektrycznej. Zakończeniem wstawki jest solówka Alexa (2:10-2:32) nałożona jako trzecia partia gitary na elektryczną i akustyczną. Po finale mamy trzecią zwrotkę i refren. Lirycznie Carve Away The Stone jest wyraźnym manifestem dysonansu światopoglądowego jaki odróżnia egzystencjalizm Pearta pod wpływem liberalnych poglądów Rand, od socjalizującego egzystencjalizmu Sartre’a. Odrzuć swoją dolę, rozwal kamień Syzyfie (to imię pada w tekście ale jest nieme – Lee go ani razu nie śpiewa), podejmij własną decyzję, nie czekaj na wyrok zbiegów okoliczności. To od twojej inwencji zależy w jakimś stopniu twój los. Rozwal głaz, dojedź do końca tej drogi, albo wtocz go na szczyt i nie blokuj przejścia innym.Cover Foto Oszukuj się, że ciężar nie jest ciężarem, trzeba zerwać z tym zbytecznym heroizmem. A najlepiej wyrzeźb w głazie swój własny wizerunek i bądź sam swoim panem!

Album Test For Echo sprzedał się „poprawnie” zdobywając złoto w USA i Kanadzie, lądując odpowiednio na 5 i 1 miejscu notowań w owych krajach. Znacznie gorzej uplasował się na Wyspach, zajmując 25 pozycję. Po wydaniu albumu zespół wyruszył w dwuczęściową trasę koncertową po Ameryce Północnej: październik-grudzień 1996 roku i maj-lipiec 1997 roku. Do Europy zespół nie przybył, czy był plany kolejnej trzymiesięcznej trasy tylko po Europie jesienią 1997 roku, lub wiosną 1998 roku? – Źródła podają sprzeczne dane.                     

 

Następny odcinek: 26.VII.2011

Dla chętnych: Virtuality z 26 listopada 1996 roku z Los Angeles, Kalifornia, USA. Z tego samego koncertu Limbo. Resist z Toronto z 30 czerwca 1997 i dla kontrastu z Nowego Yorku z 18 sierpnia 2004 roku. I na koniec Driven z 13 października 2002 roku z Atlanty, Georgia, USA.

piątek, 15 lipca 2011

Kocham Polskę, kocham tą polityczną zawiść. Jeśli kiedyś tu będzie normalnie, to chyba zrobi się bardzo smutno. Czekam na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie noweli ustawy wyborczej. A tymczasem jedna z partii już rozpoczęła agresywne działania… Ale internet nie śpi. I oto mamy polityczny ping-pong. A to przecież dopiero przystawka – przed wzajemnym oblewaniem się szambem. Ach, to będzie kolejna, wspaniała uczta!

Ping

Pong

czwartek, 14 lipca 2011

Lato, wakacje i upał. To niby taki zwykły okres jak każdy inny, a jednak wciąż nie można się uwolnić od tego potwornego poczucia, iż panuje u nas w kraju dwumiesięczna sjesta. A ja nienawidzę tego nudnego, leniwego i ospałego czasu. Ci, którzy ciężko pracują (jak nasze znajome po 12 godzin – które kochają ponad wszystko pracę, albo nasz znajomy który do pracy dojeżdża 2 godziny) powiedzą że marudzę. Ale czy do końca jest to prawda? Sezon teatralny zamknięty, filharmonia szaleje po małych wioskach w ramach letniego festiwalu – to znaczy że stacjonarnie nie działa, kina są zawalone badziewiem, że nawet żal na popcorn. Komunikacja miejska wprowadziła letnie rozkłady jazdy, przez co dłużej się na wszystko czeka, złośliwi znajomi wyjeżdżają na praktyki do Jordanii albo na jakieś inne urlopy… Ok ironizuje, tyle że w tej ironii jest odrobina gorzkiej prawdy, a mianowicie niezależnie czy jako uczniak, student czy jako post-student – wciąż odczuwam ten straszliwy dołujący wakacyjny marazm.

Miałem napisać notkę o polityce PO względem ustawy, no ale to przecież wybory – wszyscy zrobią wszystko żeby się wyborcom przypodobać. Mój krytyczny głos odnośnie (sensowności) pierwszego czytania w kończącej się kadencji przedstawiłem na IS. Ok poczekajmy, zobaczymy – nie będę krakać. Ale wczorajsze zaproszenie do klubu PO panów posłów Libickiego i „chwalebnie” zapisującego się dla LGBT w poznańskim okręgu wyborczym Tomczaka – mówi samo za siebie. PO chce być wszystkim i niczym! Jest to partia interesu. Z Diagnozy Społecznej 2011, omówionej w nr. 26 (2816), tygodnika „Polityka”, s.18-20, wynika jasno że polskie społeczeństwo jest wciąż konserwatywne. Że młode pokolenia w większości są wciąż konserwatywnie nastawione światopoglądowo. Że jesteśmy jak społeczeństwa europejskie 100 lat temu przywiązani do hierarchii społecznej, ekonomicznie tylko żądamy wyrównywania szans. Na polu takich badań, wyczulone na opinię społeczną PO – nawet jeśli próbuje nas mamić tworzeniem BBWR-u III RP – będzie miało interesy naszej mniejszości na samym końcu swych politycznych celów. Zwłaszcza, że jak mówi profesor Janusz Czapiński – opisując wyniki ostatniego badania: 40% wyborców nie identyfikuje się z żadną partią polityczną, w tej grupie większość ma społeczno-psychologiczny profil zwolenników PiS z trzema różnicami; są to ludzie młodsi od statystycznego wyborcy PiS, mniej podatni na teorie spiskowe oraz zdecydowanie mniej religijni. Gdyby PiS przestał mówić ciągle o Smoleńsku i odspawał się od Kościoła, mógłby zagarnąć sporą część tej grupy. A przecież PO nie może dopuścić do takiej sytuacji, stąd teraz taka wolta w kierunku lewicowo-konsewatywnego wyborcy, bo co też ciekawe (choć od dawna znane) starsi wyborcy SLD to ludzie o poglądach konserwatywnych nawet bardziej niż statystyczny poddany PiS. Ponadto, nie będzie w interesie PO narażanie się światopoglądową rewolucją ustawodawczą, na krytykę niezidentyfikowanej partyjnie konserwy, jej ucieczka do PiS byłaby tragedią.

13:48, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lipca 2011

Cover FotoTest For Echo – 1996

1.Test For Echo 5:55

2.Driven 4:27

3.Half The World 3:42

4.The Color Of Right 4:48

5.Time And Motion 5:01

6.Totem 4:58

7.Dog Years 4:55

8.Virtuality 5:43

9.Resist 4:23

10.Limbo 5:29

11.Carve Away The Stone 4:07

 

Po udanym albumie Counterparts i po promującej go trasie, która zakończyła się na początku maja 1994 roku, zespół Rush postanowił po raz pierwszy od 1974 roku odpocząć! To jest zrobić sobie całkowitą przerwę od pracy na dłużej niż rok czasu. W efekcie na prawie półtora roku kompletnie zaprzestano działania. Zresztą najlepiej opisuje ten okres oraz powrót do pracy nad kolejnym albumem niestrudzony Neil Peart.   

Cover FotoHalloooo! Jest tam kto? O to właśnie chodzi. Każdy potrzebuje własnego "echa", poczucia obecności innego człowieka. Jednym z najwspanialszych uczuć, jakiego możemy doświadczyć w życiu  jest pewność, że ktoś myśli i postrzega świat tak samo jak my. Pytamy siebie- "jestem nienormalny?", "jestem dziwny?" i potrzebujemy potwierdzenia- jakiegoś "echa". Nawet jeśli odpowiedź na te pytania brzmi "tak!", to i tak wiesz, że nie jesteś jedyny, że nie jesteś sam. I rzeczywiście nie jesteśmy. Podczas pracy nad naszym nowym wydawnictwem, Geddy i Alex wymyślili kilka ciekawych haseł, które miały nam pomagać podczas nagrań, m.in.: oddzielnie jesteśmy dupkami, ale razem stajemy się geniuszami.

Jak każdy "Inspirujący Slogan", tak i ten jest przesadzony i brzmi głupkowato, ale wyraża najszczerszą prawdę: najlepiej pracuje nam się razem. I mamy z tego dużo radości (do tego odnosi się ta "genialna" część hasła).

Od bycia "geniuszami" zrobiliśmy sobie długą przerwę po nagraniu "Counterparts". Przez ten czas Geddy wyprodukował z żoną córeczkę, natomiast Alex swój solowy album (więcej o tym w kolejnych odcinkach – przypis KJ). Ja z kolei zająłem się produkcją nagranego w hołdzie Buddy'emu Richowi wydawnictwa typu "tribute". Pracowaliśmy, podróżowaliśmy, żyliśmy i to było wspaniałe. Te wszystkie formy aktywności urozmaicały nasze życie, aż do momentu, gdy w październiku 1995 roku, spotkaliśmy się ponownie w Chalet Studio, położonym na wsi niedaleko Toronto. (Albumem Counterparts Rush pożegnał się już na zawsze z ukochanym Le Studio - przypis KJ). Z mojego małego pokoiku, w którym pisałem teksty, codziennie spoglądałem na pola i spadające z drzew jesienne liście, urozmaicające krajobraz wokół jeziora Ontario. Zachwycony tym wspaniałym widokiem, zacząłem przesyłać za pomocą komputera kolejne teksty, które natychmiast trafiały do znajdującego się na drugim końcu budynku pokoju, gdzie Geddy i Alex pracowali nad muzyką. (Kiedy powstały szkielety utworów i dopasowane do nich teksty - przypis KJ) zaczęliśmy wspólnie pracować nad aranżacjami i szlifowaniem własnych partii. W końcu, na początku listopada zacząć padać śnieg. Biały puch sypał z nieba w "proporcjach biblijnych", a mroźny wiatr roznosił go po okolicznych drzewach i polach, nic nie wskazywało na to, że pogoda zmieni się w ciągu najbliższych miesięcy. Zimowa aura, towarzysząca nam podczas nagrywania "Test For Echo", bezpośrednio zainspirowała nas do stworzenia takiej, a nie innej okładki i całego projektu graficznego naszego nowego wydawnictwa. (Hugh Syme postanowił nawiązać do rdzennych mieszkańców kanadyjskiego koła podbiegunowego Inuitów i na okładce przedstawić postać Inuksuka – rzeźby, symbolu – służącego do nawigacji, spełniającego również funkcje kultowe, symbol człowieka – przypis KJ).  

Cover FotoNa początku grudnia wszystkie piosenki były już napisane, zaaranżowane i nagrane, a my przystąpiliśmy do pracy z Peterem Collinsem. Cały czas czuwał on nad efektem końcowym naszych prac, podczas gdy my, wraz z inżynierem dźwięku Clifem Norellem mogliśmy skupić całą uwagę na nadawaniu naszej muzyce odpowiedniego brzmienia. Na początku stycznia rozpoczęliśmy ostatecznie sesję nagraniową w Bearsville Studios, położonym w górach Catskill, w stanie Nowy York. Oczywiście cały czas trwała mroźna zima 1996 roku. Później, gdy wróciliśmy do małego studia w Toronto, Reaction Studio śnieg wciąż padał (od 40 dni i 40 nocy). Gdy w kwietniu przenieśliśmy się do McClear Place, by rozpocząć końcowe mixowanie materiału, zima nadal trwała. Zaczęliśmy pracować z inżynierem dźwięku, Andym Wallace'm (Nirvana, Rage Against The Machine, Faith No More, etc.), dzięki któremu nowe kompozycje zyskały sporo dynamiki i świeżości. Pracując szybko i spontanicznie, Andy był w stanie odkryć niuanse i ciekawostki, które nam samym wydawały się podczas nagrywania nieistotne i nieważne. Kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy nową muzykę, zmiksowaną przez Andy'ego pomyśleliśmy- "Wow, nigdy nie podejrzewałem, że to może TAK zabrzmieć!". Oto cała historia. Zrobiliśmy sobie długą przerwę. Nagraliśmy płytę. Dużo padało.

10 września 1996 roku nastąpiła premiera długo wyczekiwanego szesnastego studyjnego albumu Rush zatytułowanego Test For Echo. Brzmienie albumu, dzięki pomocy Andy’iego Wallaca – nabrało wyrazistego i przybrudzonego kolorytu, troszkę było tu Grunge’u, odrobinę Punk Rocka. Hard Rock stał się bardziej hard, a nawet bardziej wymykający się na pogranicze z jeszcze cięższym stylem. Peart jest tu pod całkowitym wpływem Freddiego Grubera, do tego stopnia, iż powraca do tak zwanego tradycyjnej szkoły trzymania pałeczek, stosowanego w perkusji marszowej lub przy grze na samym werblu. Lee gra znakomicie i w zamian za brak klawiszy, wprowadza dużo popisów na basie, wokalnie po zaangażowanym poprzednim albumie, Geddy śpiewa oszczędnie. Lifeson jest bardzo szczęśliwy gdyż jest to po Counterparts jeden z najbardziej gitarowych albumów w historii Rush, w XX wieku. Jakim albumem jest Test For Echo? W historii zespołów muzycznych, nieważne jaką muzykę by nie grały, jest kilka etapów życiowo-rozwojowych: udany debiut, lub dążenie do udanego debiutu; drugi album, lub kolejny po wcześniejszym uznanym przez krytykę; próba utrzymania formy (zwykle spowodowana kolejnymi słabszymi albumami); aż wreszcie udany powrót. A co się robi później? Później już się gra dla przyjemności. Test For Echo jest moim zdaniem najlepszym wydawnictwem Rush w latach 90-tych, właśnie dlatego, że jest to album zrobiony dla przyjemności. Nie ma tu żadnego ciśnienia, żadnego wielkiego celu, który trzeba zrealizować: Alex, Geddy i Neil – wchodzą do studia i świetnie się bawią – mając dosłownie „wyjebane” (ups, ale to moje ulubione przekleństwo) na to, czy to co zrobią się komuś spodoba czy nie, wszystko jedno. I wychodzi z tego coś magicznego, pełnego pasji i pomysłów: album lekki i ciężki zarazem, ambitny acz nieskomplikowany, pełen luzu i witalności. I słychać, że tym facetom się chce to robić mimo 43/44 lat na karku. Gdyby nie Test For Echo, który wpadł mi w ręce zaraz po Roll The Bones jako piąty album Rush, to już bym dawno zapomniał ten zespół, a tak jest to jeden z najważniejszych albumów w dorobku grupy.

Album otwiera tytułowy, potężny i klimatyczny Test For Echo . Od razu słychać, że to kompletnie inna bajka niż Counterparts. Wszystko brzmi ciężej, brudniej, a klawisze są zmarginalizowane do minimum. Utwór otwiera długi, dość posępny wstęp-refren oparty na szarpanej gitarze, basowych zagrywkach i niesamowitej perkusji Neila. Zwieńczeniem wstępu jest agresywny i dynamiczny instrumentalny jam, stanowiący wprowadzenie do zwrotki. Zwrotki oparte są na połamanej akordowej gitarze, która wplata w niektóre wokalne frazy mini popisy. Wokal Lee ewoluuje w trakcie utworu: od kompletnego zniechęcenia do pełnego, emocjonalnego zaangażowania, słychać to zwłaszcza w melodycznych pełnych ekspresji refrenach-wstępach.Cover Foto Zwrotkę pierwszą wieńczy powrót do agresywnego jamu, na którym opiera się drugi refren. W sumie mamy dwa refreny oparte na agresywnym gitarowym motywie i trzy refreny-wstępy. Szybko następuje bliźniacza druga zwrotka, tym razem zwieńczona refrenem-wstępem. Po nim następuje znów agresywny jam stanowiący wprowadzenie do finałowej instrumentalnej części utworu, solówka Alexa (3:39-4:00) jest tylko preludium do szalonego gitarowego riffu stanowiącego tło, wieńczącego tą część utworu refrenu. Ostatnia zwrotka, śpiewana pełnym emocji wokalem – nie odbiega muzycznie od dwóch poprzednich, kończy ją otwierający refren, a cały utwór instrumentalny jam. Kawałek jest zatem dość skomplikowany i pełen interesujących „zwrotów akcji”. Lirycznie Test For Echo (napisany przez Pearta i Dubois’a) odbiega od znaczenia i przekazu tytułu albumu, jest to bowiem piosenka o inwigilacji. Test for echo – to innymi słowy – próba sprzętu. Jest to potępienie nadmiernej ingerencji służb państwa, w prywatne życie obywateli, przez nieustanne i wszędobylskie monitorowanie ulic, skwerów czy parków. Nagrywanie wszystkich działań policji, straży pożarnej, pogotowia, które potem trafiają do kryminalnych, ratowniczych czy medycznych seriali dokumentalnych, lub paradokumentalnych. Obrzydliwe jest oglądanie agonii umierających, czy pościgów policyjnych, a następnie brutalnych zachowań funkcjonariuszy (zwłaszcza w USA) względem swoich „ofiar”. Może takie zachowania powinno się stosować – tylko po co je pokazywać, rządnej krwi gawiedzi? To się nie różni niczym od mordowania byków w Hiszpanii. Dość sprzedaży zbrodni w TV. Precz z Reality Show.

Drugą pozycją z Test For Echo jest uwielbiany przez fanów Driven . Parafrazując tytuł, utwór prowadzony jest przez szybką i głośną gitarę, której niewątpliwie ciężki klimat niwelowany jest przez jej dynamikę. Przez co utwór staje się w zasadzie przebojowy. Otwiera go gitarowy riff, do którego po chwili dochodzi perkusja i bas. Tak oto króciutki wstęp zamienia się w zwrotkę pierwszą. Ale żeby nie było tak nudno, bo to w końcu Rush, zwieńczeniem zwrotki jest króciutki akustyczny, ba wsparty nawet odrobinką klawiszy temacik, stanowiący chwilę wytchnienia przed akordowym i troszkę cichszym (od zwrotki) refrenem. Bez żadnych przerywników konstrukcja zwrotka-refren powtarza się z żelazną konsekwencją. Po drugim refrenie mamy instrumentalne rozwinięcie utworu, które rozpoczyna basowa „solówka” (nie jest to solówka, tylko partia basu a cpella) uwielbiana na koncertach i stanowiąca pole do popisu dla Geddy’iego, kiedy udaje że zapomina, jak powinien grać ten fragment i gra kolejno różne popisy, aż wreszcie trafia na ten właściwy – wywołując aplauz. Na drugą część basowej solówki nałożona jest subtelna partia perkusji (perkusja i pykające w zwrotkach i refrenach talerze sprawiają, że ten prosty temat nabiera klimatu) i pierwsze frazy krótkiego, acz technicznie morderczego popisu Alexa (1:47-2:06).Cover Foto Następnie utwór wraca do kolejnej zwrotki zapętlonej z elementami refrenu, po której pojawia się ponownie schemat: zwrotka-refren, zwieńczony kończącym całość – gitarowym szaleństwem z solówki. Driven – to świetny dynamiczny motyw spod znaku R. Lirycznie opiera się na schemacie motoryzacyjnym, ale przecież szybko dowiadujemy się, że to my prowadzimy. Prowadzimy nasze życie przez najróżniejsze drogi, ekstrema, miejsca znane i kompletnie obce, i że to my wybieramy naszą drogę z pośród dziesiątek, setek, tysięcy, milionów czy nieskończonej ilości dróg/możliwości.

Half The World – jest trzecią i zarazem najkrótszą pozycją na całej płycie. Podobnie jak Driven, jest to kawałek przeznaczony na promocję albumu. Stąd jego podobieństwo do wcześniejszej kompozycji: wspólnymi punktami są dynamika i prostota tematu oraz brak wyraźnej granicy między zwrotką a refrenem. Całość otwiera ciekawy gitarowy akord z nałożonych na siebie gitar: akustycznej i elektrycznej wsparty dynamicznym basem. Z tego połączenia szybko wychodzi pierwsza zwrotka. Zwrotki są bardzo krótkie, a dwukrotnie od nich dłuższe refreny – stanowiące wokalną wyliczankę różnicy między połowami Świata – podkreśla ledwie partia dynamicznej gitary akustycznej, podłożonej pod elektryczną siostrę.Cover Foto Takich efektów w Half The World jest klika i urozmaicają one ten krótki temat. Trzecia zwrotka nie kończy się jak poprzednie refrenem, tylko instrumentalnym rozwinięciem (2:14-2:41), w którym mamy aż trzy ciekawe elementy: dynamiczne instrumentalne zwieńczenie zwrotki, basowy popis Geddy’iego oraz popis Alexa na mandolinie. Na tą ostatnią partię wchodzi czwarta zwrotka, w tle której obok mandoliny słyszymy dalsze tym razem już gitarowe popisy gitarzysty. Całość kończy refren, również nie oszczędzony od gitarowych ozdobników. Tekst jest oczywisty, mówienie o programowości lirycznej nawet nie ma sensu. Bo jeśli wartością Rush jest świat myślących i wrażliwych społecznie indywidualistów, to znaczy że jeśli by ich skomasować i tak nie uzyskamy równości społecznej. Równość, to my może możemy mieć, wobec prawa i może nawet powinniśmy ją mieć. Jednak Czerwone czy też ufajdane Wyznaniowo pojęcia równości społecznej – są zwyczajnie chorymi utopiami – które już w latach 1917-1991 pokazały swoje doskonałe oblicze. Zatem połowa Świata nienawidzi tego, co druga połowa Świata robi na co dzień, połowa płacze, a połowa się cieszy. Połowa żyje, połowa tworzy, połowa daje, a połowa zabiera, połowa rozmyśla, połowa działa, połowa była, a połowa jest. Wszędzie różnice, w każdym aspekcie, na każdym polu. Jedni uciekają od drugich, jedni się nienawidzą, inni chcą być tacy jak ci drudzy… Czy nie jest to piękne, że jesteśmy tacy różni?

Czwartą pozycją jest klimatyczny The Color Of Right . Nieprzychylnie nastawieni do Rush krytycy mówią, że jest to utwór oparty na jednym riffie. Ale ci panowie/panie – pisząc zapewne za Rolling Stone albo nie słuchali tego utworu, albo nie umyli uszu – a to niehigieniczny zwyczaj. Jeśli nawet dominuje przez większość utworu jeden skomplikowany, a zarazem sprawiający wrażenie wyjątkowości (owej piosenki) riff, to co z tego? Jeśli wtóruje mu dynamiczny bas i rytmiczna perkusja, jeśli Geddy Lee buduje napięcie za pomocą prym i sekund, tak charakterystycznych dla brzmienia Rush – przez co na myśl słuchaczowi przychodzi wybitny A Farewell To Kings, to chyba jesteśmy w domu. Tak, Rush zachowuje ciągłość muzyczną od 1974 roku, to nam chcą powiedzieć panowie Peart, Lee i Lifeson; i jestem gotów im uwierzyć, tym bardziej, że Rush to zespół stanowiący nierozerwalne trio, w którym każdy element, każdy człowiek i Człowiek przede wszystkim jest jedyny i niezastąpiony.Cover Foto Szybciej można uwierzyć w muzyczną ciągłość takiego zespołu, niż wybitniejszych kapel, które ciągle zmieniały składy (a dziś w większości są już muzycznymi trupami lub odcinającymi kupony chałturnikami). Rush jest w porównaniu z nimi wiarygodny, stąd też jego siła, witalność i długowieczność. Oczywiście prowadzący riff ulega zmianom, ewoluuje, poza tym nie wiem czy w zwrotkach można jeszcze mówić o riffie, a nie już o grze akordowej – na gitarze elektrycznej nigdy nie grałem – więc nie wiem, a mój słuch i mózg mówią raz jedno raz drugie. W refrenach ów gitarowy motyw jest wspierany dynamicznym basem oraz drugą gitarą lub mandoliną. Utwór składa się z dwóch zwrotek i dwóch refrenów zwieńczonych finałowym refrenem głównym, po którym następuje gitarowy finał (2:31-2:47). Po finale Geddy za pomocą basowych interwałów i zabawie ze skalą wraca do motywu ze wstępu, wspierany powrotem znanego już nam gitarowego riffu, aby finałowo powtórzyć wszystkie zwrotki refrenów. The Color Of Right – to kolejny utwór, który Rush napisał dla mnie. Bo kiedy człowiek stoi na rozdrożu swoich fizycznych i emocjonalnych potrzeb oraz zabobonów, ma przed sobą dwie soczewki przez które filtruje swoje życie, a są nimi poczucie słuszności i poczucie dobra. Oba te pojęcia potrafią być kompletnie sprzeczne. Historia nakreślona przez Pearta o osamotnionym człowieku, nie mogącym zmrużyć oka przez całą noc – jest tematem otwartym interpretacyjnie. Zdrada, rozstanie, porzucenie, wybór fizycznej i emocjonalnej banicji? Wiemy ledwie dwie rzeczy – że nie jest dobrze i że kompletnie nie ogarniamy dlaczego. Doskonale rozumiem słowa i ich przekaz, sam bowiem byłem więźniem poczucia słuszności, które zaślepiało moje potrzeby i naturę, które pozbawiało mnie przez kilka dobrych lat dobra i szczęścia. W głównym refrenie Peart w piękny i przenośny sposób ukazuje przyczynę tego zafiksowania i święte słowa: jakość sprawiedliwości – którą wartościujemy nasze życie. Tak, proszę państwa nie ma jednej sprawiedliwości, sprawiedliwość ma wiele jakości, które zależą od naszych schematycznych systemów wartości. Ciekawostką tekstu tej piosenki jest to, iż pierwsze dwa wersy ostatniej zwrotki głównego refrenu stanowią część definicji określającej jakieś zjawisko fizyczne związane z zachowaniem światła: (wave/particle duality of light – z 1970 roku, z racji, iż nie mam w tym temacie więcej wiedzy, to tyle).

Piątą pozycją jest kolejny dynamiczny utwór Time And Motion . Utwór rozpoczynają gitarowe akordy, troszkę przypominające stylistyką bardziej metal niż hard rock. Szybko dochodzi jednak do zmiany klimatu na spokojniejsze i mniej melodyczne akordy, które dopełniają wreszcie pełnoprawne klawisze. Po klawiszach wchodzi dominujący riff, wokół którego oparte są wszystkie trzy zwrotki. Co ciekawe, nie występują tu wcale refreny, a jedyną formą podkreślenia finału zwrotek jest powtórzenie i wyciągnięcie ich ostatnich dwóch fraz/wersów – stanowiących kadłubowaty refren. Po dwóch kolejnych zwrotkach, mamy powrót do akordowej gitary i klawiszowego motywu stanowiącego wstęp do krótkiego finału (2:21-2:42). Finał kończy kadłubowaty refren, po czym następuje powrót do para-metalowych akordów otwierających cały utwór, przeplatane są one kontrastującymi z nimi spokojnymi gitarowo-basowymi mostami; na to wszystko nałożona jest specjalna mini zwrotka.Cover Foto Lee śpiewa hipnotycznie między potężnymi akordami a spokojnym mostem. Wrażenie niesamowite, oraz powrót do 2112, gdzie w jednym z utworów pojawia się podobne, wokalne rozwiązane w pamiętnym fragmencie: „naj naj na na naj na na” – znów ta muzyczna ciągłość. Po metalowych akordach utwór przechodzi identyczną, jak na początku metamorfozę stylistyczną, by ostatecznie na znanym nam riffie doprowadzić trzecią zwrotką całość do końca. Czas i ruch. Wiatr i słońce i deszcz. Dni łączą się jak wagony w pociągu. Napełnij je cennym ładunkiem. Wepchnij wszystko co znajdziesz. Spontaniczne uniesienie i długotrwały rodzaj – pisze Neil Peart w zwrotce pierwszej – czy tu trzeba coś wyjaśniać? W drugiej zwrotce Peart kontynuuje reformację światopoglądową – nawołując do rozpięcia nici cennych kontaktów, nawet jeśli będą to tylko spontaniczne relacje, to zawsze warto je przeżyć. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy pajęczyny ze złota naszych relacji – zamienią się w kolczaste druty. Wreszcie trzecia zwrotka jest o człowieku i o wspólnocie. Wszyscy mamy prawo stać się superczłowiekiem w supernaturze i korzystać z wszelkich wygód, jakie uda nam się znaleźć w naszym życiu – ograniczonym czasem i ruchem (naszą własną aktywnością i wyborami).

 

Następny odcinek: 19.VII.2011

Dla chętnych: Test For Echo kręcony “z ręki w tłumie” z 30 czerwca 1997 roku, Toronto, Kanada. Numer dwa to klip do Driven. Numer trzy to klip do Half The World. I na zakończenie  Time And Motion z Buffalo, Nowy York, USA z 20 października 1996 roku (jakość dość kiepska).        

sobota, 09 lipca 2011

W ramach odpowiedzi na, w pewnym sensie, komplement – jakim mnie obdarzono, oraz aby nie odpowiadać wprost – wzajemnym. Bo jeszcze by wyszło, że potrafię być miły, co mogłoby zagrozić mojemu negatywnemu społecznemu odbiorowi. Pozwolę sobie na wspomnienie.

Do roku 2000 kiedy chodziłem do podstawówki, nie słuchałem prawie muzyki (tak to widzę z perspektywy, tego co stało się po owym roku i jak rozumiem dziś słuchanie muzyki). Za wyjątkiem tego, czego słuchał mój ojciec w samochodzie, gdy gdzieś jeździliśmy, co zdarzało się wówczas nawet często. On słuchał: Deep Purple, Scorpions, Queen, Perfect, Marillion, Roxette, Bee Gees, trochę Oldfielda i kilku innych nienazwanych wówczas artystów, skompilowanych na własnej roboty pirackiej kasecie. Zresztą cała ta muzyka nie reprezentowała poszczególnych wydawnictw owych grup czy artystów, to były straszliwe „the (very) best of”. Dopiero w wakacje pod wpływem pewnego maniaka, dostałem szału na punkcie Queena i do jesieni zebrałem całą dyskografię i było mi mało. Tak się zaczęły moje nastoletnie rozmowy o muzyce i wymienianie się z dwójką najlepszych przyjaciół odkryciami muzycznymi. Wtedy też, nie pamiętam czy była to owa jesień 2000 roku, czy późna zima i przedwiośnie 2001 roku, kiedy usłyszałem te cztery kompozycje, które na kilka lat ukierunkowały moje poszukiwania i wpłynęły na mój gust. I nie byli to Doorsi, Zeppelini, Floydzi ani nawet Rush. To były kapele, których nazwa się dla mnie wówczas nie liczyła, nie liczyły się też ich dyskografie, ani muzyczne style. Do dziś większości z tych kapel nie słucham całościowo, poza jednym zespołem (na pewno się domyślicie). Wtedy to było, to coś – ten najpierwszy i osobisty strzał – jakby wejście na wielką górę i odkrycie, że po jej drugiej stronie jest ogromny, pociągający i totalnie nieznany świat. To też wspomnienie szczeniackiej przyjaźni i prawdziwego kumpelstwa – które nie przetrwało próby czasu.   

1. To był hit, i ciągle wyciska łzę wspomnień.

2. Pełen emocji, choć dziś już ograny przez Ozzy'iego.

3. To naprawdę ten zespół?

4. Król jest tylko jeden...

 
1 , 2