o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
piątek, 24 lipca 2009

k&i

Koffie & I - robią sobie fotografię na cieniu. Pokłony dla czytelników.

No i stało się! To już koniec. Nie – nie cieszcie się zbytnio, to nie jest koniec absolutny, tylko początek końca z nadzieją na kolejny początek. Powiem inaczej używając słów, do których zawsze ucieka się nasze MPK kiedy coś kombinują z autobusami lub tramwajami: blog zawieszony do odwołania, oba blogi zawieszone do odwołania. Na czas nieokreślony, ale na pewno na jakiś. Koffie James znika totalnie – bo tam gdzie będzie, to jest bardzo daleko do internetu, a zresztą autor chce uciec od internetu i od ekranu monitora. I od klawiatury wraz z wytartą czerwoną myszką! Autor chce odpocząć, zrozummy autora, wypalił się i teraz chce odpocząć. Uważny czytelnik zgadnie, nawet gdzie będzie zażywał tego relaksu! Autor czekał dwa lata by spełnić swoje marzenia i powrócić do ukochanych miejsc. Niestety jedzie z obawą, iż urocze miejsce zamieniło się w paskudne ciasne osiedle – bo każdy, kto znajdzie to miejsce, chce tam się lokować. Więc jak ostatni raz opuszczał to uroczysko, to już wyrastały ząbki kolejnych fundamentów – więc teraz, co to może być???

Jeszcze raz podkreślam, że przez pewien czas – nie będzie mnie kompletnie w świecie wirtualnym!

Drodzy czytelnicy Trzymajcie się ciepło! Pomyślnych wiatrów i wspaniałych tekstów wam na waszych blogach życzę, a niepiszącym polecam moją czytelnię – każdy znajdzie tam coś dla siebie…

Żegnajcie!!!

salve

czwartek, 23 lipca 2009

Mąż wrócił, po 10 dniach tułaczki po górach. Cieszę się ogromnie. Było jakoś pusto i smutno.

Mąż wrócił, ale będzie miał dziś pracowity wieczór – musi wypakować wielki plecak i zapakować go jeszcze raz…

Mąż wrócił późno i późno pójdzie spać, nie wyśpi się do pracy jutro, a ma pracy dużo.

Mąż wrócił – buuu – koniec swawoli i hulanek – znów trzeba być przykładnym mężem.

Mąż jeszcze nie wrócił…

* * *

Ludzie to wredne kurwy!!! Na kolonie, na których pracował I, została wysłana dziewczynka z domu dziecka. W tej chwili mamy 22:26 i nikt jej jeszcze nie odebrał! Autobus przyjechał o 21ej do miasteczka, z którego została zabrana dziesięć dni temu! Opiekunowie kolonii i dziewczynka dzwonili do domu dziecka, aby ktoś po nią przyjechał na wyznaczoną godzinę. Nie zjawił się nikt, o 22:30 – I dzwoni do kierownictwa i dowiaduje się, co mają dalej robić z dzieckiem, bo to ostateczna godzina oczekiwania na opiekunów lub rodziców. Prawdopodobnie zostanie zabrana do ośrodka organizującego wyjazd! Dziewczynka przeżywa już dość duży stres, jak ona się czuje, kiedy wie że opiekunowie z jej domu – w którym powinna mieć stworzoną namiastkę rodziny – nie kwapią się by przyjechać po odbiór podopiecznej?

Ludzie kurwa gdzie my żyjemy! Co jest grane? Co to za kurestwo? Takich nieodpowiedzialnych ludzi powinno się postawić pod ścianą i rozstrzelać!!!

Dzisiejszy dzień był dobry. Wstałem późno i się wyspałem. Obijałem się jak mogłem. Potem zrobiłem listę do spakowania i w 45% się spakowałem. Zjadłem późne śniadanie i kwaśnych wiśni. Znów się obijałem. Pokłóciłem się z N. Poszedłem na rower, pod kościołem spotkałem Maganunę  i pojechaliśmy na żydowski cmentarz.

Cmentarz jest bardzo duży. Kupiliśmy bilecik, wyżłopaliśmy dużo wody bo straszna parówka i poszliśmy oglądać. Maganiunie się podobało. Pogryzły nas komary i mrówki. Pojechaliśmy następnie do Łagiewnik. Jechaliśmy szybko i skończyła się woda. Zatankowaliśmy ze źródełka w kapliczkach z XVII wieku, co są zabytkiem pośród lasu. Posiedzieliśmy nad mętnym bajorkiem, wróciliśmy przez ciemny las do centrum. Dojechałem z Maganuną, aż pod dawny żydowski szpital. Dałem jej płytkę z dźwiękami w środku, a ona szybko pojechała, bo miała tylko 10 minut na bardzo ważne spotkanie biznesowe, a do porządku się doprowadzić musiała przecież jeszcze.

Ja wróciłem do domu, zgłodniały opowieścią M o tym jak o 4 rano pożarła kawałek szarlotki, zjadłem pączka przed obiadem. A potem wymarzony obiad chiński. I tak upłyną dzień drugi wakacyjny! Bardzo ciekawe te wakacje!!!

Zeszły dzień był dobry. Pierwszy dzień moich wczasów. Spędziłem go na zakupach i u stomatologa. I[1] prosił o miłe sms-y bo miał doła. Z Maganuną wybraliśmy się do koszernej restauracji na rybę. Dałem Maganunie mój stary telefon. Ryba była dobra i Maganuna nie zjadła do końca więc mi oddała kawałek. Do ryby było nie pasteryzowane piwko – bardzo dobre i raczej mocne. Ja dostałem rybę z głową, ale bez oczu. Całość posiłku dopełniła scena rodzajowa ze stolika obok; mianowicie pan pojechał z inną i robił złe rzeczy, pani się dowiedziała. Ta inna to chyba jakaś była pana, z którą ma chyba dzieci. A pani też chciała mieć z panem dzieci, ale już nie chce. Pan się patrzył raz w sufit, raz w talerz i nerwowo jadł. Pani gadała ciągle, aż się popłakała. Pan stwierdził, że to już koniec. Pani cisnęła w niego kawałkiem jedzenia z talerza, a potem szklanką, co się rozbiła. Kucharz żyd, ostrzegł mnie i Maganunę – że jak będziemy mieli już żony, to żeby tak głupio nie wpaść jak biedny pan. Solidarność mężczyzn ponad narodami!!! Państwo zakończyli spektakl i poszli. My zjedliśmy deser na pół. Maganuna zapaliła papierosa. Zapłaciliśmy rachunek i poszliśmy na spacer po mieście. Odwiedziliśmy kilka parków, ja nakrzyczałem na dzieci na kopcu. Maganuna się śmiała. Pojechaliśmy tramwajem na żydowski cmentarz, ale był już zamknięty to go kawałek obeszliśmy. Potem zobaczyliśmy mini muzeum i wróciliśmy do centrum. Padało, więc Maganuna założyła czapkę. Wypiliśmy colę w maku[2] i poruszyliśmy istotne tematy. Odprowadziłem Maganunę na busa, a ona pożyczyła mi komiksy.

Tak to wspaniałe rozpoczęcie wakacji – tak odpoczywać można nawet i w mieście! Zawsze można się dowiedzieć wielu interesujących rzeczy, poznać ciekawych ludzi ze stolika obok i ukrywać wybuchy śmiechu kryjąc się za śmiertelną powagą, bo i samemu można by oberwać, jakim talerzem.

PS. Maganuna jak zwykle czekała jak rozpuści jej się lód w napoju – podobno to nie normalne???

 



[1] I prosił mnie… – w tym kontekście oznacza po prostu I, bo I to I a nie i.

[2] …wypiliśmy colę w maku… – mak, mac, to skrót używany u nas na ohydną restaurację McDonald’s pierwszy raz zasłyszany od moich dwóch znajomych menadżerów tej restauracji w moim miescie.   

wtorek, 21 lipca 2009

Jestem zmęczony pracą i wszystkim, co się wokół niej dzieje. Upodleniem i walką o byt, chamstwem i wrogością ludzi nawzajem. Mam dość i marzę, tylko o tym by stąd już uciec. Odetchnąć i zapomnieć, wrócić do miejsca dzieciństwa, gdzie spędzałem całe wakacje lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, i aż po 2006 rok, całe sierpnie. Pamiętam mój Wolin chyba, od kiedy pierwszy świadomy raz jechałem z Najukochańszą i żoną wuja pociągiem – mam w głowie tylko przedział – i grubą ciotkę naprzeciwko – i to był 1989 rok. Bo tylko raz jechaliśmy z nią koleją!

Pamiętam mały niebieski domek z dwoma mini okienkami bez szyb i ludzi jak w ulu uwijających się w tym małym domku – zbudowanym w 1969 roku, w dużym pokoju w bloku, przez wuja i mojego ojca. Przez lata stał na posesji leśniczego potem u pani, co trzymała kilka takich małych domeczków turystów. Na początku lat dziewięćdziesiątych został przeniesiony kilometr za miasteczko na wzgórze w otulinie WPN – dziś tak zwane osiedle – gdzie wuj od jakiegoś 1993 roku budował sobie normalny duży dom.

Każdy ma swoje miejsce na świecie, swoje miejsce refleksji i wypoczynku, i ja je mam. W zeszłym roku nie udało mi się pojechać, dwa lata wcześniej też nie, bo poszedłem w wakacje do pracy – to tej pracy.

A teraz chcę jak najszybciej uciec i zaszyć się gdzieś na skrzypiącym pomostku wgryzającym się w jezioro, chcę poczuć tamte zapachy, zobaczyć tamte widoki, mojej pofałdowanej i niespokojnej wyspy…

Już wiem, że tak jak w 2006 roku tym razem z I – objedziemy wyspę naokoło, od jezior po zalew – nad zalewem też są klifowe wybrzeża – było to coś niesamowitego – myślałem, że tylko od strony Bałtyku wyspa buduje wysokie mury z piasku. Potem na jeziorko turkusowe, na wyrzutnie rakiet, na zboczone plaże, na Gosań, w dziesiątki innych miejsc – albo pójdziemy w leśne góry.

Dwa tygodnie to tak mało. Byłem głupi, że czasami nie doceniałem tego miejsca, kiedy mogłem tam być ile chciałem i kompletnie za nic.

niedziela, 19 lipca 2009

Dzień 3

 Krakov 1

Zbudziliśmy się wcześnie rano, tym razem trzeba było oddać już nasz pokój aby o 12-ej mógł wprowadzić się następny klient. Szybko więc się zwinęliśmy – pozostawiliśmy bagaż w przechowalni naszego hostelu – bo istniała taka możliwość i pobiegliśmy w miasto!

Pierwszym przystankiem była znów śniadaniowa Vega, poczym pobiegliśmy pod teatr na autobus linii, 124 który zawiózł nas (za namową Kaina) na ulicę Szwedzką!

Pojechaliśmy na skałki Twardowskiego – o zgrozo Kainie trzeba było nam wysiąść przystanek dalej – bo ze Szwedzkiej trzeba kawał drogi biec! Zemścimy się w swoim czasie Kainie! W każdym razie skałki to bardzo miłe miejsce, powstałe po opuszczonym kamieniołomie na fragmencie wzgórza zrębowego Krzemionek Zakrzowskich. Generalnie ukryte są za osiedlem bloczków i ciągnących się za nimi domków jednorodzinnych, a krakowiakom służą jako miejsce wypoczynku – szczególnie młodym szatanom pędzącym zewsząd na rowerach górskich, oraz młodzieży, której pasją jest wspinaczka, a także rozgrywają się tam zapewne nocne bibki – wnioskuję z wielości wypalonych śladów po ogniskach! Skałki są raczej dużym jak na miasto zjawiskiem geologicznym – najwyższe mogłyby przerosnąć nie jeden pięciopiętrowy blok!!! Są według moich i I – ocen – miejscem doskonałym dla szukających ucieczki od zgiełku miasta!

Krakov 2

Po powrocie ze skałek spotkaliśmy się z G i w całym składzie pojechaliśmy na Nową Hutę i pod Kombinat – zasadniczo nie potrafię pojąć, co jest tam zachwycającego! Ok. architektura kombinatu i może sam plac centralny? Ale co jeszcze? Muszę się kiedyś przejść całą aleją Róż, która jak cały socjalizm prowadzi do…. Nikąd.

Wyprawa na Hutę – znów zmusza mnie do zastanowienia się nad Krakowem jako całością. Czy jest jeden wielki Kraków, czy tylko Mały Kraków historyczny oraz osiedla wmuszone w granice metropolii? Jeśli jest wielki Kraków to jednoznacznej oceny nie można wydać, albowiem kontrast między centrum zabytkowym – przedmieściami, (bo to co łączy Kraków z Hutą to są przedmieścia; wyjeżdżamy z miasta – chwilami wiejska zabudowa małych chałupek z ogródkami gdzie latają kury) – a nową hutą – jest ogromny!!!

Krakov 3

Jeśli oceniamy Kraków jako historyczny przedwojenny Krakówek – to jest to perła w koronie naszych wielkich miast! Powiedzmy w czołówce, bo miejsca pierwszego bym nie przyznał!

Ostatnie chwile spędziliśmy z G na rynku, po obiedzie tam gdzie zwykle, poszliśmy pod sukiennice na lody – gdzie do kibelka dają bilecik, a jak go nie masz to płacisz 2zł!!! Poczym wróciliśmy po rzeczy i w trójkę poszliśmy na dworzec by o 17:15 wrócić do szarej rzeczywistości.

Wszyscy nasi znajomi, którzy mieszkali w Krakowie jak to się mówi dłużej niż 3 miesiące z samym G na czele, studzili nasz zachwyt nad miastem. – Zwracając uwagę, że piękne miasto trapione jest licznymi problemami – jego uroda właśnie sprawia, iż jest podobno Kraków bardzo nie funkcjonalnym miastem, i wbrew pozorom nie żyje się tam wcale tak pięknie, jak wygląda…

piątek, 17 lipca 2009

DZIEŃ 2

Po krótkiej nocy dnia drugiego wstaliśmy o 8:40. Z Dolnych Młynów pobiegliśmy do Vegi na śniadanko. – Za okropne dwie jajecznice i coś tam jeszcze; jakąś paprykę z farszem czy coś zapłaciliśmy ponad 30zł!!! Złodziejstwo! Ale ok. to Krakufff.

Pierwszym punktem docelowym było zobaczenie całego, dogłębnie – kościoła Mariackiego i naprawdę – choć nie byłem w nim po raz pierwszy – to wciąż zachwyca. Okazało się, (czego przed rokiem nie wiedziałem), że można wyjść na wierzę gdzie dzwoni trębacz! Poszliśmy tam – spoceni jak myszy, bo gorąco, ciasno i wysoko. Widok jednak jest super-hiper-fajowy. Ludzi pełno tam – jakiś koleś z innego kraju jak wyjrzał, to się wystraszył i musiał oddychać i coś mówił do drugiego, co go trzymał i zeszli. Potem weszli ruscy i zrobiło się tak ciasno, że myślałem że się wieża złamie. I który boi się jak za wysoko, trzymał się mnie, (co pedalstwu też się coś należy, tylko na wieżach się mogą razem publicznie trzymać) – ale go nie straszyłem, bo też z racji mojej klaustrofobii, miałem wrażenie że zaraz spadniemy.

Przed godziną 11-są pojawił się gruby dzwonnik w mundurze – rzucił parę anegdot i zaczął grać dla (o ile zapamiętałem) Króla, władz miasta, mieszkańców i potem dla turystów – a może jeszcze dla kogoś, ale nie pamiętam. Trzeba było uciszyć ludzi, żeby posłuchać jak gra.

Po wierzy na św. Jana weszliśmy do Galerii Czartoryskich – i okazało się, że można za grosze w Krakowie zobaczyć i zażyć kawał kultury!!! W Galerii dołączył do nas G. Galeria była cudowna – zabytki kultury polskiej od XV wieku – można by opowiadać z godzinę po prostu super!!! Pamiątki z Puław Izabeli Niewiernej z Flemingów (co Adama nie chciała, ale i on był dziwny i niewiadomo czyjego ojcostwa małego Adama wydała). Następnie zabytki antyczne!!! Albo raczej zdobycze antyczne! – Ludzie na Galerię trzeba kilku dni!!! No i obrazy – które już poszły po macoszemu, czyli głównie najważniejsze – Dama z Gronostajem – mistrza Leonarda – jest po prostu urzekająca! Oraz jeden z sześciu krajobrazów Rembrandta; w galerii był – Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem!

Po galerii, a zeszło nam sporo – udaliśmy się biegiem na cmentarz Rakowicki – na którym pospacerowaliśmy sobie z godzinkę – zaglądając przy okazji do Matejki.

Z racji tego, że gonił nas czas – tramwajem numer 2 pojechaliśmy do ulicy Franciszkańskiej – doszliśmy z niej na Wawel, by zobaczyć opuszczoną przez nas w piątek Katedrę.

Katedra to chyba jedyne w tym kraju miejsce, które traktuję naprawdę jak święte. Wszystkie te sarkofagi władców, nagrobki, krypty, relikwiarze – jest to miejsce żyjącej przeszłości – nasze piramidy(!!!) i myślę, że trzeba szanować ten bagaż historii, kultury i tożsamości – który ze sobą niesie to miejsce. Dlatego podczas całej naszej wizyty w Krakowie – tam naprawdę czułem się w pewien specyficzny sposób. Jak namaszczony zachowałem pokorę i zachwyt w hołdzie dla wieków minionych.

Zwiedziliśmy też muzeum katedralne, gdzie było już za dużo wspomnień o JP2. To straszne jak uświęca się tego człowieka i jak maltretuje ten kraj – pamięcią o jego fizycznym wizerunku, a nie na przykład o jego twórczości.

Po Wawelu bis – moi chłopcy byli już tak zmordowani, że musieliśmy iść na obiad. Znów do Gruzińskiej knajpy pod Mariackim. Po obiedzie G z racji bólu nóg musiał wracać do domu i odpocząć. My zaś z I polecieliśmy po krótkiej toalecie na Salwator, skąd wspięliśmy się na kopiec Kościuszki. Aż musiałem zapłacić za męża, bo nie chciał tam włazić i trzymał się trawy przy spoglądaniu na panoramę Krakowa – ale jakże urzekającą panoramę, skąpanego w popołudniowym słońcu miasta!

Po kopcu zrobiliśmy sobie czas wolny, I poleciał oglądać śpiewaka na małym rynku, a ja sobie zwiedzałem miasto z tramwaju. Po czym o 21-ej zrobiliśmy zbiórkę pod teatrem – zjawił się wypoczęty G. Poleźliśmy na pizzę i pojechaliśmy szukać słynnego klubu Cocon – gejowskiego kurwidołka na mapie genderowego Krakowa. Znaleźliśmy lokal ten na Kazimierzu, nad samą wielką rzeką i za zabytkową zajezdnią tramwajową! Ale niestety bardzo nam się nie spodobał, odstraszał niemiły napis na drzwiach wejściowych i konieczność zapłaty za każde wejście ponowne do lokalu – kiedy by się chciało odsapnąć od jazgotu w środku! Więc poszliśmy w Kazimierskie ogródki na zimne piwko, znów do późna. Tym razem powrót był spokojny – nic się nie działo – około drugiej większość lokali już się zamykała – a ludzie błądzili ulicami…

środa, 15 lipca 2009

DZIEŃ 1

Wyruszyliśmy około 6:15 rano 3go lipca, by w Krakowie być na 10:55. O dziwo po raz pierwszy jak jeżdżę do Krakowa, pociąg przyjechał o prawie pięć minut za wcześnie. Ha, czyli pięć minut więcej dla Krakowa! Odebrał nas G i szybko przez stare miasto zaprowadził nas na ulicę Dolnych Młynów – kawałek za teatrem Bagatelą, prawie w samym centrum.

Po chwili toalety pobiegliśmy z miejsca na Wawel. Tam czekała nas niemiłosierna kolejka do kas. Zostawiliśmy I przy pierwszej zaraz przy wejściu, a my z G pobiegliśmy do drugiej ukrytej za dziedzińcem – gdzie wydawszy 154 złote kupiliśmy 3 bilety. Na zwiedzanie zamku: komnat prywatnych, reprezentacyjnych i skarbca! Lekki szok 154zł na 3 osoby! W tym bilety są limitowane! Ale było warto.

Po drodze na Wawel objawił się nam na Franciszkańskiej 3 – JP2, oddaliśmy wtedy hołdy dla tegoż okna. Narodził się nawet w mojej głowie pomysł lotu balonem nad miasto (bowiem za zamkiem królewskim wzlatywał co chwilę wielki biały balon), bo I ma lęk wysokości… Ale nie polecieliśmy, bo było za daleko żeby iść…

Po Wawelu którego całego nie zdążyliśmy oblecieć, poszliśmy na obiad do gruzińskiej knajpki pod Mariacki. A tam przeuroczy kelner – jak to się mówi nasz – z lekką wadą wymowy – uroczą zresztą, wszyscy byliśmy zachwyceni!

Po obiedzie zrobiliśmy sobie czas wolny – posłaliśmy G do domu, a my z I poszliśmy do naszego hostelu. Jednak nie siedzieliśmy zbyt długo. – Zaraz pojechaliśmy między innymi na Cichy Kącik, zobaczyć panoramę Krakowa, oraz szczyt kopca Kościuszki z Błoni. Następnie szybciutko wróciliśmy do domu, by po 21ej spotkać się ponownie z G, i wyruszyć na małą pizzę przed szaleństwami na Kazimierzu.

Około 23 złapaliśmy pod Bagatelą ostatnią 3kę i pojechaliśmy na plac Wolnica do branżowego klubu LaF – ukrytego w piwnicy jakiejś kafejko-restauracyjki. Plac powitał nas pierwszą i ostatnią burzą, jaką przyszło nam przeżyć w grodzie Kraka.

Sam LaF jako taki to zwykła, przerobiona w miarę fajnie piwnica – łącząca elementy klubu ze zwykłą dyskoteką. Lokal niestety zimny środku i jak na Kraków około dwunastej w nocy raczej pusty! Przeznaczony skierowany bardziej dla klienteli lesbijskiej niż gejowskiej. Z racji tego, iż do LaF przechodzi się przez knajpkę na górze, niezbyt komfortowym są spojrzenia kelnerów i kelnerek z tego lokalu powyżej.

Po zabawie w LaF udaliśmy się do jednego z licznych ogródków na Kazimierzu – by siedzieć tam, aż po 2gą w nocy. Powrót z Kazimierza okazał się gehenną, ponieważ trzeba było odnaleźć drogę do centrum i iść tam piechotą! Nocna komunikacja miejska w Krakowie to horror! Autobusy jadą raz na godzinę albo rzadziej – nie mają żadnego punktu zbiorczego – a jak już jadą to są tak zatłoczone, że lepiej iść piechotą.

Więc żeśmy poszli ulicami pełnymi ludzi – niektórzy już umierali, na schodkach sklepów, lub wymiotowali na chodnikach ciasnych uliczek. Na starym mieście chyba doszło do jakiejś bójki – zalana krwią kostka i pół nagi facet – mocno wstawiony trzymający się za twarz – polany we krwi brzuch i dłonie…

Poszliśmy jeszcze do nocnego – co trudno znaleźć, po jeszcze jedno małe co nieco na doprawę, i wypiliśmy z G w naszym pokoiku. Po czym sporo po 3 w nocy odprowadziwszy G pod teatr Bagatela poszliśmy spać!

wtorek, 14 lipca 2009

I wyjechał. Na wiele dni. Wstał o 3:30, zagotował herbatę – przygotował śniadanie! Wstałem dwadzieścia minut później.

Ostatni wieczór mimo perturbacji stomatologicznych można uznać za cudownie romantyczny. Zrobiliśmy sobie nasz ostatni spacer po mieście, wstąpiliśmy na pucharek lodów – dla mnie jak zwykle owocowych, dla niego czekoladowych. Wspaniały wieczór został dopełniony finezyjną nocą – bo trzeba się nasycić, przed długim snem!

Po czwartej założył swój wielki plecak na stelażu i małą torbę przerzuciwszy przez ramię, pobiegł na ostatni nocny autobus – by zdążyć na dworzec.

Pojechał do pracy w dalekie, wysokie góry – będzie prowadził zajęcia z dziećmi, około pięciu godzin dziennie – a potem będzie mógł wyruszać na piesze wędrówki. Ma pokój z widokiem na skaliste szczyty…

Około szesnastej zajechali na miejsce – zjedli obiad. Wychowawcy zostali przydzieleni do grup. I przygotował regulamin, a teraz pewnie przy pierwszym powitalnym ognisku – omawia ze wszystkimi „traktat zachowań” – coś w rodzaju umowy między podopiecznymi, ich wychowawcami, a samym I. W ramach której to umowy, wszyscy będą nagradzani bądź karani według regulaminu!

I jest mocno podenerwowany – ponieważ nie wykonywał nigdy jeszcze, tego typu pracy w takich warunkach, może kiedy był wolontariuszem i kiedy pracował w domu starców – liznął odrobinę doświadczenia w pracy z dużą grupą ludzi – ale nigdy z gromadą dzieciaków.

Jedyną sprawą, która nas rzeczywiście irytuje w tym całym wyjeździe jest to, iż kwota wynagrodzenia, którą miał wstępnie otrzymać I, spadła dziś cudownie o 200 złotych!!!

A ja zostałem sam. Poszedłem do pracy, wróciłem, coś porobiłem, pogadałem z I – telefonem. Zapaliłem!!! Zostałem sam jak ta ostatnia madonna, w okienku – jakby kapliczki – za szybą pokoju. W mętnym nastroju, bez kwiatów i bez głowy do jutra. Słomianym wdowcem zostałem – idącym gdzieś z oddali…

20:19, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (14) »
niedziela, 12 lipca 2009

Ten weekend spędziliśmy z Maganuną! Maganuna przyszła punktualnie, nawet za wcześnie, albo to raczej my wyszliśmy po nią! Była ubrana w żółtą podkoszulkę, łamiącą jej czarną manię na czarne ciuchy, oraz jak zwykle oświęcimsko chuda!

Poszliśmy zjeść indyjskie papu – o dziwo Magu pożarła ogromną ilość – bo i deser, i przystawki, i danie główne – połączone z placków indyjskich i serków! Po jedzeniu uiściliśmy względy rachunek i wyruszyliśmy w miasto.

Zobaczyliśmy dworzec i plany jego modernizacji, podglądaliśmy zza płotu wielką fontannę na innym placu, oraz wreszcie zobaczyliśmy – wielką studnię kamienicy Maganuny, wraz z widokiem z piątego piętra i samą jej hacjendę!

Kolejnym punktem naszego wieczoru był zakup wódki oraz soków i pielgrzymka do domu I. W którym to domu urządziliśmy bibkę. Wszyscy się ładnie napili – flachę obalili – muzyczka pograła, pogadało się. I zrobił zagryzeczkę z żółtego serka, ogórka, grzanek i polędwiczki… Dalej, albo znów, albo jeszcze po tym posiłeczku piliśmy chwileczkę – zrobiła się druga i poszliśmy spać… Tak Maganuna spała w pokoju I, a ja z I w dużym pokoju!!!

Rano o dwunastej wysłaliśmy Maganunę po zakupy z psem – kupiła jaja. I zrobił znakomitą jajecznicę na kurkach. A Maganuna ZMYWAŁA!!! – Posiedzieliśmy jeszcze sobie do jakiejś może piętnastej? Maganuna pojechała.

Pobiegliśmy z I do jego babci, a od niej do koszernej żydowskiej restauracji na rybkę. Wieczorem wróciliśmy do mnie.

Tak oto uciekają kolejne dni i godziny – kiedy Koffie James nie ma czasu czytać, zaprzyjaźnionych blogów, ani napisać wspomnień krakowskich. Tak się jakoś to wszystko układa, (a zresztą to wszystko jak widać wina Maganuny) – ale obiecuję, że się jeszcze postaram!

Choć najbliższe godziny będą dla mnie ciężkie, w poniedziałek znów przyjdzie mi zmierzyć się ze stomatologiem – i wiem, że będzie to bardzo nieprzyjemne spotkanie. – Mój problematyczny ząb wciąż nie ustąpił, więc obawiam się, że przez najbliższe cztery dni po zabiegu będę żywym trupem… Już mam pietra…

 
1 , 2