o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
niedziela, 20 lipca 2008
Zaczyna się najgorszy okres w roku. Środek wakacji. Sezon ogórkowy w pełni. Nuda wszędzie. Pozostaje mi tylko cicha nuta dobrego ambientu do przygaszonych świateł. Ludzie zniknęli ze świata jak po zarazie. Ulice są opustoszałe, a ja chyba powoli się muszę chować do swojego małego bunkra. Siostrzyczka przyjeżdża tylko na trzy dni, a nie na pięć jak było planowane, jestem troszkę tym zawiedziony. Ale cóż życie polega na tym by godnie znosić jego wszystkie zawody. Czyli zostaje do środy do wieczora no chyba, że się zmienią plany, ale już chyba nie. Więc pewnie przez resztę wakacji znaczy moich wolnych dni nie będę wychodził z domu, a może wrócę wcześniej o tydzień do pracy. Dziś idę z kumplami na piwko, oh boshe jak ja dawno nie byłem nigdzie na piwku (w Krakowie jak byłem 3 lipca). Zobaczymy jakoś to będzie, na pewno jakoś… trzymajcie się :-)
sobota, 19 lipca 2008
W czwartek mój ojciec upadł całkowicie, zrobił sobie, albo zrobili mu coś w pracy czy diabli wiedzą gdzie. Przyszedł ogolony na łyso i jakimiś plamami na głowie. Jakby je ktoś czymś wypalił trudno mi to określić, ale nie są to żadne rany. Jakby z dnia na dzień zgubił część włosów i już. Nie wzruszył mnie tym kompletnie, choć wygląda jak totalny debil. Jak zwykle czuć %. Ale to już wałkowałem całe zeszłe lato. Powiem wam, że jestem ostatnio potwornie, ale to potwornie już zmęczony. Nic mnie nie podnieca: ktoś umarł to fajnie, ktoś się urodził też fajnie… Chyba psuje mi się humor, oj chyba nawet bardzo. Czuję się jakbym błąkał się wśród mgieł, ludzie są coraz odleglejsi, pada deszcz i wszędzie jest zimno. – Wszystkie drogi prowadzą do nikąd, i tułam się po nich coraz szybciej i szybciej. Z jednych jasnych świateł w drugie światła oślepiony, ogłuszony śmiechem i nie ma drogi powrotu i nie ma drogi do domu…
Wakacje???? Już od jutra w sumie od dziś, w sumie od zawsze… Co mam robić jak nie będę pracował???? Kurcze polubiłem swoją pracę! Nawet jako robotnik! Pracuję w większości z prostymi ludźmi, dla których jedyną nadzieją jest piwko po robocie i nic więcej. Tacy dobrzy prostaczkowie, bez wykształcenia, bez nadziei na cokolwiek lepszego. Pracuję po osiem godzin dziennie, plus po godzinie dojazdu czasem półtorej. Zajmuje mi to, więc ok. 10 – 11 godzin dziennie. Godzin w których nie muszę myśleć o tym pojebanym życiu tylko wykonywać i wykonywać i wykonywać i wykonywać…
W poniedziałek przyjeżdża do mnie siostra z płocka, córka ojca. Ojciec odwiedza rodzinę w Płocku okazyjnie na święta i na pogrzeby. Od mojej komunii (1994) nie widziałem się z siostrą, aż do zeszłego roku (2007). Wszystko dzięki tatusiowi. W Płocku mówił, że nienawidzę siostry ani macochy za to, że niby odebrały mi ojca. Uśmiałem się jak usłyszałem tą historię. Prawdą było coś innego. To, że ojciec był zawsze maminsynkiem i chciał mieszkać blisko mamusi: obiadki, pranie i te sprawy (do dziś nie ma własnego prawdziwego domu i wszystko trzyma u nas). Drugim powodem była jego kochanka – najpotworniejsze babsko, jakie znam. Koffie miał zawsze za długi jęzor i pewnie macocha by zaraz się o wszystkim dowiedziała. Dziś, kiedy przyjeżdża rodzina z płocka musimy udawać, że ojciec jest zaharowanym na śmierć człowiekiem. Że pracuje w dzień, a w nocy jest stróżem w miejscu swojej pracy – paranoja. Od poniedziałku, więc zaczynamy kolejną komedię, pięciodniowy maraton nie mówienia sobie prawdy. Ojciec nie wie jeszcze, że przyjeżdża jego córka, będzie zaskoczony i zestresowany zapewne. Nie cierpi naszych spotkań. Sam mam bardzo wiele obaw! Od kiedy stary wie, że jestem, jaki jestem – robi wszystko i wszędzie żeby niszczyć mi opinię. I być może siostra już wie wszystko, boję się głupiej sytuacji, pytania czy sugestii pod moim adresem. Chyba bym się musiał zapaść pod ziemię. Nie dlatego że mam problem z tym, że jestem gejem, tylko dlatego że lubię mieć tą wiedzę i inicjatywę do przekazywania tej wiadomości tylko dla siebie. A siostra jest chyba jeszcze nie gotowa by jej przekazywać wszystkie informacje na mój temat, nasz kontakt jest zbyt nikły, a zależy mi na nim. Zobaczymy jak to będzie. Mam z nią naprawdę bardzo sporadyczne kontakty, a jest (mam takie wrażenie) dobrze wychowaną jak na swój wiek (16l.) dziewczyną. Ale wciąż nie mam z nią tak swobodnej relacji jak z kimś, kogo znam od lat. Choć naprawdę się lubimy. Ma być u mnie pięć dni już od tygodnia obmyślałem plan „zajęć” i chyba się nie będziemy nudzić…
19:06, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 lipca 2008
W tych czasach zaprzeszłych wykułem sobie pewną filozofię życia, by być tylko dla nich. By kiedy w smutnych przyszłych latach będę się tłukł między sobą, światem a trybikami codziennej szarości. Znaleźć u nich ukojenie w rozmowie, pociechy gram przy popołudniowej kawie. Wtedy już wiedziałem jak będzie ze mną, tylko nie mogłem określić formy tego jakby to miało wyglądać. I nie zakładałem takiej, jaka jest dziś. Myślałem o (grze) chłopca idealisty pochłoniętego swoimi pasjami, który poświęca swoje życie dla celów wyższych, przez co zagubił w czasoprzestrzeni samego siebie i atomową prywatność. Prywatność do pewnego czasu okoloną potężnym murem dla wszystkich bez wyjątku. Przez co bałem się pewnych rozmów i dziś nawet nie mogę unikać pewnych kłamstw. Idealistę pokonał pomysł na mizogina, bo zawsze było łatwiej – nikt nie wnikał w nic, a głupi uśmiech nic nie znaczył. Aż przegrałem, a oni pozostali. Ostatni rok. Dziwny – widzę to teraz. Niby całkowicie taki sam jak wszystkie, a jednak przełamany gdzieś dokładnie w połowie. Do połowy bezbarwny jak zawsze, przełom, całkowicie inny. – Taki sam, a mimo wszystko pełen nowych chęci – bardziej radosny? I wszystko też dla nich – by nie wyjść kiedyś na totalnego debila i kłamcę – by móc im uczciwie patrzeć w oczy. I wszystko wyszło niby dobrze, ale poprzez różne zbiegi okoliczności (samo życie przez duże RZY) coś się zaczęło wytracać i dziś nie wiem gdzie jestem i gdzie są moi… czasem myślę że już ich też nie ma(m)…
wtorek, 15 lipca 2008
Różne czynniki ostatnio powodują, że nachodzi mnie refleksja nad czymś, co nazywamy miłością. Przeraża mnie to słowo, a z drugiej strony jest tak puste i naiwne. Czy istnieje i czym jest pytam. Rozważam. I nie przychodzi mi nic do głowy. Wspominam swój stan zauroczenia, – ale było to już dawno temu i nie pamiętam zbytnio czy było prawdą czy tylko urojeniem. A może miłość jest tylko właśnie urojeniem chwilową słabością, która zmusza nas do poszukiwania innego człowieka dla ukojenia i zaspokojenia swoich potrzeb? Matczyna miłość wypływa z instynktów, ojcowska dla zaspokojenia dumy, partnerska z potrzeb seksualnych i różnorakich lęków oraz w jakimś stopniu z tej rodzicielskiej. Wydaje się, że jest więc tylko biologicznym czynnikiem, że wystarczy zażywać dobre leki hormonalne i świat może się bez niej obyć. Ktoś powie, a altruizm nie jest formą miłowania? Nie, jest formą litowania się nad. Litujemy się by zaspokoić nasz głodny egoizm by się dowartościować, pomagamy głodnym dzieciom w Afryce. Przecież nie można im pomóc. Zachowujemy się poprawnie wobec pewnych problemów; walczymy o wolny Tybet – to totalny idiotyzm, bo nic nie wywalczymy. Dlaczego więc nie zająć się lepiej własnym podwórkiem? Miejscem gdzie potrzeba naszego zaangażowania. Szukamy miłości myląc ją bardzo często tylko z jakimś jej pojedynczym czynnikiem, tylko z potrzebami, tylko myśląc o sobie zakładając, że tylko moje (twoje) zasady są święte a cudzych już nie szanuję, że tylko ja (ty) jako jednostka się liczę. Był kiedyś jakiś tam znajomy mojego znajomego, którego nie lubiano w klasie i przez to go izolowano. Chłopak nie mógł się odnaleźć, więc postanowił sobie poszukać dziewczyny i znalazł po roku poszukiwań. Najbardziej zastanawia mnie jednak to, czy ta laska wiedziała, że stała się antidotum na jego jakieś tam niepowodzenia. Jego „życiowym celem - zabawką”, z czym koleś się kompletnie nie ukrywał mówiąc głośno; że szuka dziewczyny, bo go w szkole nie lubią i nikogo nie ma, więc taka laska mu się przyda. Ona według mnie stała się tylko jego przedmiotem. Podobno to miłość. Inni uważają, że miłość to seks, ale chyba raczej nie, bo kiedy pierdolisz się z kurwą na parkingu pod lasem to zaspokajasz tylko pewne (istotne) potrzeby dodatkowo za nie płacąc, i zasadniczo z każdym można iść do wyra nie ma żadnych przeszkód, – więc tu miłość wkreślamy. Może to mieszanka wielu elementów i świadomych potrzeb połączonych z fascynacją drugim człowiekiem? No może. Tylko ja się pytam, po co? Dochodzę, bowiem ostatnio do wniosków, że slogan „Love” jest wytworem, popkultury, mody, stylu i marketingu. Miłość jest nikomu do niczego potrzebna jest fałszem. Człowiekowi drugi człowiek jest potrzebny tylko interesownie: załatwić coś, dać, zabrać, przespać, pogadać, wypłakać i nic więcej. Człowiek musi się realizować, musi żyć, łatwiej mu kiedy jest wolny, kiedy nic go truje, nie ściąga w dół, nie rani… Bez ludzi można się obyć, i być szczęśliwym… Mając jakieś cele w życiu… Zresztą może ja jestem nie dojrzałym gnojem, miłości nie ma, a ja w nią nie ufam nie wierzę…
niedziela, 13 lipca 2008
Ludzie to wstrętne mendy. Mendy. Pierdolone mendy. Ale to, że tacy są nie boli tak bardzo. Boli wtedy, kiedy ci zdawałoby się bliscy nam ludzie, ci zaufani okazują się najgorszymi jebanymi mendami!
(…)
Ale burza, wow pioruny szaleją, deszcz zmienia ulice w potoki, czas na rejs… na dno… ale ciemno...
sobota, 12 lipca 2008
Dopadają mnie ostatnio słodkie marzenia. By wstać rano odpalić motor i ruszyć gdzieś przed siebie. Czuć wiatr i kurz na twarzy, i nie myśleć o powrocie. Ścigać zachodzące słońce i uciekać od wschodów. Tankować na zagubionych stacjach benzynowych. Ale nawet nie mam motorka, by o tym myśleć. Kiedyś z kumplem mieliśmy ambitne plany aby pojechać do Krynicy Morskiej i wyruszyć stamtąd na wyprawę wzdłuż polskiego wybrzeża aż po Świnoujście. Tylko z namiocikiem i kartą płatniczą. W sumie kiedyś (niedawno) wydawało się to być tak realnym pomysłem… Kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, przed chwilą.
Nocna zmiana była znośna. Zatankowałem w domu trzy mocne kawy, po drodze ze dwa napoje dodające skrzydeł i rozpierała mnie energia. Pracowałem w miłej atmosferze. Kierownictwo sennie snuło się po hali jak widmo. Maszynę prowadziło znośne gejątko (zmiana B, która miała w tym tygodniu nocki jest w ogóle jakaś taka dewiacyjna). Nad ranem zepsuła się maszyna i ostatnie półtorej godziny szło jak krew z nosa. Gejątko i przyjaciele zaczęli szaleć na maszynie, oklejać się taśmą klejącą, prawie że ganiać dookoła linii, produkcja szła ledwo-ledwo, po kryjomu kilka osób coś żarło z samym Gejątkiem na czele. Więc jak o coś pytałem to w odpowiedzi słyszałem tylko: bła-bła-bła. Wszyscy się chichrali, a mi jakoś nie było do śmiechu. Ale udawałem, że też się śmieję. Choć naszła mnie pewna myśl w końcu. Że za łamanie wszystkich możliwych przepisów, które obowiązują w miejscu pracy całą to załogę bym z miejsca zwolnił, gdybym tylko był kierownikiem. Ale kiedyś będę – myślałem uśmiechając się słodko…
Wracałem po szóstej zatłoczonym autobusem, słońce wypalało oczy. Potem w tramwaju po drugiej stronie wagonu zobaczyłem specyficznego kolesia – pedał pomyślałem. Taki picuś glancuś. Tyle że stary już, za stary na taki styl – modnej ciotki z lokalu. Zrobiło mi się go żal, nie wiem czemu – wyglądał na cztery dychy, lekko już obwisły choć szczupły, twarz nieco zorana, potwornie smutna. Żuł nerwowo gumę i cały jakiś taki rozdygotany był, taki facet nie facet. I jakby ciągle wołał „jestem gotów, czekam”. Na co czeka(sz)? Na kogo czeka(sz)? Po co czeka(sz)? Myślę że na nic, na nic czekanie… Dałbym rękę sobie uciąć, że był sam, kompletnie sam, koleś dobry na noc, urealniony, zdający sobie sprawę z tego że „nasze” życie zasadniczo jest porażką. Że nic go już nie spotka, że powoli więdnie ten jedyny atrybut „naszego” życia którym mógł szafować, dzięki któremu kilka lat temu zapewniał sobie chwile rozkoszy, wierząc że osiąga najwyższe szczęście. Pewnie już poznał dalszą historię tego, co jest jutro, co go spotka. Tego jak będzie się budził rano marząc by jak najszybciej dojść do barku i sobie nalać by zagłuszyć… A zabolała mnie chyba najbardziej nieuchronna powtarzalność tego schematu, który mnie już wdrożył do realizacji…
02:57, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 lipca 2008

Burzy się (we mnie) burzowo i pada. Dzień za dniem. Pachnie nicością. Wierzę, że się wznoszę, kiedy upadam. Kiedy zapominam o sobie myśląc tylko o sobie. Nie trafiam sam we własne potrzeby, czyli nie wiem, czego chcę. Najchętniej uciec gdzieś daleko, daleko. Ale to nie realne coraz bardziej jestem zespolony z miejscem, w którym jestem i nic nie jest w stanie mnie stąd wyrwać. Już kolejny rok. Wiem że przez to, kiedy przyjdzie nowy semestr będę potwornie zmęczony, wkurwiony. Znów, kiedy będę patrzył na ludzi będzie mi się chciało rzygać. Teraz z godziny na godzinę uśmiecham się serdecznie do siebie, wiszę na gg nie odzywając się do nikogo pierwszy, czytam teksty Andrzeja z tomiku „Mars wita nas” i trochę mnie uspokajają. Dlaczego? Bo skutecznie zagłuszają jakąś potworną pustkę, zacierają ślady próchna, jakim się staję… (usprawiedliwiają życie z jakim się muszę pogodzić???)

„Ten chłopiec”

ten chłopiec

którego

poznałem

przy barze

nie ma woli

życia

nie ma siły

umierać

.

ten chłopiec

którego

nie ma woli

nie ma siły

.

ten chłopiec

którego

nie ma

.

ten chłopiec

to chłopiec

.

ten chłopiec

to ja

A.S. (Mars wita nas 2006).

Albo to:

„d.o.m.”

ala ma kota

adam ma dom

dom jest drewniany

drewniany jak tratwa

.

dom stoi w sadzie

adam ma sad

sadomasochizm

adam przesadza

sadzi milowe kroki

przez martwe morze

.

przed domem stoi

jabłoń

ta jabłoń rodzi

robaczywe myśli

te myśli z hukiem

spadają

na drewniany blat

nieba

.

na skraju sadu

syczy samotny wąż

zwija się z

gumowego bólu

.

adam ma potrzaskane

żebro

i chociaż ma dom

ewa nigdy z tego

żebra

się nie narodzi

i w tym domu nigdy

się nie zadomowi

A.S. (Mars wita nas 2006).

Albo jeszcze to:

„Zwierzątko”

jest we mnie

takie jedno małe

zwierzątko

które wyje

do księżyca

.

jest we mnie

takie małe

bezmyślne

zwierzątko

ale posiada

instynkt życia

i stadny

.

potrzebuje jeść

i pić

i pieszczot

potrzebuje

pana

ale ja jestem

mu tylko

budą

.

jest we mnie

małe zwierzątko

które kurczy się

ze strachu

i czasem ze strachu

kąsa

.

jest we mnie

jedno

małe

skurczone

serce

A.S. (Mars wita nas 2006).

wtorek, 08 lipca 2008
Mad Season
Wake Up
Taki wesoły kawałek na początek nowego tygodnia...
Mój humor utrzymuje się na porządnym stałym i zadowolonym poziomie mimo wszystko! Ostatnio działo się sporo dobrego wokół mojej głowy i wokół mojego życia, jakieś odmiany oderwanie się od szarej rzeczywistości, – nawet na kilkanaście sekund było wytchnieniem. A i tak życie nie rozpieszcza nie pokazuje ciągle zielonego światełka, tunel jest czarny jak noc i idę po omacku jak ślepiec. Mój mózg pełen jest buzujących myśli, szukam nowych recept na stare problemy i odpowiedź jest jedna, że mam za mało siły i woli walki do jakichkolwiek zmian. Tak, najlepiej sobie posiedzieć i posłuchać muzyki przed kompem zamiast robić cokolwiek. Ostatnio nadwątliła moje dobre samopoczucie informacja, że P. (mój the best friend), który w październiku zeszłego roku poleciał do Anglii nie wróci w czerwcu. (No i nie wrócił) ani w sierpniu tylko dopiero w grudniu, albo nawet i w lutym. Wszyscy z tej kilkunastoosobowej ekipy, która pojechała po wielką kasę, wrócili już do polski rzygając Anglią i Angolami. A on – zajebiście inteligentny facet i jego tajemnicza i uwodzicielska kobieta Ines pracują tam dalej, – jak robole. Gadałem z nim wiem, czemu tam siedzi wiem, czemu nie chce do polski wrócić, to mieszanka męskiej dumy, (bo przecież nie może się przyznać do porażki tych wspaniałych zamierzeń, które miała zafundować praca na wyspach) oraz potrzeba prywatności, życia na swoim tak jak on chce, nie tak jak mu tu nakazują… Ale już mi go (ich) bardzo brakuje, był ostoją mojego ukulturalniania się, dobrej rady, i dodawania otuchy w tym szarym świecie – jakoś tak potrafił mnie rozumieć, dotrzeć do mojej podświadomości. Wakacje. Rodzina zrobiła mi małego psikusa, nie ma dla mnie miejsca na rodzinnej działce nad morzem nawet za 30zł za dobę. W mieścince jest masa kwater, ale wszędzie gdzie dzwonię są albo rezerwacje w terminach, w których chciałem jechać, a puste stoją teraz-dziś – tak, że trzeba by je brać teraz, a ja do 20 lipca nie mogę się stąd ruszyć. Albo nikt nie chce brać jednej osoby nawet na dwójkę, bo przecież za dwie głowy wychodzi sześć dyszek z dnia. I jak mówię czternaście dni dla jednej osoby to słyszę odmowy. Z drugiej strony jest siostra w Płocku, z którą widziałem się ostatnio na święta, może z nią spędzić tydzień, a potem sobie pojeździć po kilku fajnych mieścinach w Polsce. Nie wiem jestem zagubiony co do wakacji. Wyjdzie pewnie tak, że mając kasę przesiedzę całe wakacje w domu, przepiję ją i skonsumuję w sklepach z ciuchami, albo na inne bzdety – czyli zero odmiany…   
niedziela, 06 lipca 2008

Znów wszystko się układa wspak. Jestem człowiekiem z tendencją do palenia mostów. W ostatnim roku spaliłem ich bardzo dużo. Czasem mi przykro, czasem duma nie pozwala mi na wspomnienia. Dobrze, że tak się stało i już. Nie tylko ja palę mosty palone są również ze mną. Moja rodzina bliższa i ta dalsza to raczej pomyłka, – stado interesownych ludzi, którzy potrafią jedynie brać nic nie dając w zamian. Ja potrafię czasami dawać i zawsze potem dostaję kopa w dupę, moja struktura pseudo atomowej komórki rodzinnej zawsze miała zwyczaj do polityki ugiętego karku względem reszty familii, zawsze podlizywanie dupy innym i usłużność, wtedy byliśmy szanowani. Jak Koffie przyniósł, wyniósł, pozamiatał i jeszcze przeprosił za to, że go ta święta ziemia nosi. Ale to się kurwa skończyło. Dlatego profity z postawy poddańczej się skończyły, postawa harda zaś prowadzi tylko do niepokojów, – ale moim zdaniem, jeśli ktoś nie potrafi uszanować mojej osoby ani najmniejszej pseudo komórki rodzinnej, którą tworzę w moim malutkim mieszkanku to… To niech kurwa wypierdala, wynocha. Nie wiem, ale jakoś się ostatnio u mnie zrobiła krótka piłka z tymi wszystkimi ludźmi. Rodzina czy obcy wszyscy jakoś lecą po równo. Robię się coraz bardziej drażliwym facetem, do tego wybuchowym. Zaczynają mi się walić plany wakacyjne. Dziś dostały mocno po fundamentach. Mój humor ulega drastycznemu pogorszeniu, jestem normalnie wściekły. A może to po prostu mój egoizm został utemperowany, może pora nie patrzeć już tylko na siebie tylko popatrzeć troszkę na innych, stać się bardziej ludzkim. Dziś jedno jest faktem jestem po prostu zły!!!!!    

piątek, 04 lipca 2008

Ile można tak żyć??? Praca, szkoła, dom i tak w kółko. A ostatnio w sezonie ogórkowym w zasadzie tylko praca. Dodatkowo problemy rodzinne – wszystko tak ludzkie, ale bariery wytrzymałości zawsze gdzieś są i czasami, kiedy są przesadnie nagięte człowiek psychicznie nie daje rady. I ja miałem dość!!! W środę babcia wróciła do domu. Już nie jestem sam. W czwartek pojechałem do Krakowa. Żeby trochę odetchnąć i wyluzować. Kraków. Byłem tam ze dwa razy tak zwanym tranzytem, więc nic nie widziałem, tym razem pojechałem tylko w jednym celu, by zobaczyć to miasto. No i co. W sumie nie odbiega od miast z dominującą pozycją starego miasta z rynkiem w centrum, ale jest jakoś urzekający, klimatyczny. Zachwyciłem się (branżowo-pasjonacko) zamkiem na Wawelu i Katedrą tamże. Kontakt z przeszłością, grobowce – klimat. Cudowne. Muszę tam jeszcze raz szybko wrócić. Z moim wspaniałym przewodnikiem pobiegłem też na Kazimierz liznąć trochę klimatu kultury żydowskiej, oraz do smakowitej gruzińskiej knajpki koło kościoła Mariackiego, (dlaczego u mnie w mieście nie ma gruzińskiej knajpki???). Byłem też oczywiście na franciszkańskiej 3, i jej ci ludzie, kiedy ci papierze tam im machali z tego okna musieli się tratować na tym małym skwerku pod tym oknem. Zawiodłem się trochę tym, że w centrum poza plantami, które są komicznie małe nie ma kompletnie żadnej zieleni, oraz tym, (choć to oczywiste w tego typu miastach), że całe centrum jest potwornie zbite, ciasne!!! Kraków urzeka, może zachwycać, widać kupę kasy, która jest wpompowana z rozmysłem w całe centrum i to dobrze, bo warto inwestować w zabytki, które są naszym dziedzictwem. Muszę też pochylić głowę przed moim przewodnikiem, gdyby nie on (choć lubię zazwyczaj poznawać wszystko, co mi nieznane samotnie) nie zwróciłbym uwagi na masę fajnych szczegółów i nie dowiedziałbym się tylu ciekawych informacji na temat oglądanych obiektów w mieście królów. Dlatego G. dzięki wielkie!!! Wracając do domu rozpamiętywałem wrażenia doznane oglądając fotki, które zrobiłem i rozmyślałem nad tym, dokąd wracam. Moje miasto. Moje miasto tak inne od Krakowa, tak zubożałe względem rozsławionych polskich miast, tak zapomniane. Nie potrafi wykorzystać potencjału, które w nim drzemie, nie potrafi zmobilizować ludzi ani władz, i chyba tylko tego dziś zazdroszczę Krakowowi tej inicjatywy, która zmieniła go w europejską metropolię, której tak bardzo nie widać na moim podwórku…