o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 30 czerwca 2018

Obiecane Małpy Retro Extra - zarówno wizualnie jak i audialnie - wszystko spłaszczone - mniej agresywne i bardziej w klimacie minionych lat. Świetna robota do wcale banalnej muzyki. Jestem pod ogromnym wrażeniem drogi jaką obrał zespół w dobie komercji i populizmu. Wybrać kierunek wolności artystycznej wypowiedzi, zamiast łatwego sukcesu - szacunek chłopaki. 

 

 

Arctic Monkeys - Star Treatment

Czas pożegnać miesiąc Małpy Arktycznej chyba najbardziej piosenkowym z kawałków z najnowszej płyty Brytyjczyków Tranquility Base Hotel & Casino, oraz moim kandydatem na kolejnego singla, numerem She Looks Like Fun. Ale, jest jeszcze pewne ale! Siadając do notki znalazłem jeszcze coś! Przed tygodniem ukazał się klip nagrany dla BBC do otwierającego nowe Małpy numeru Star Treatment, w wersji retro extra. Zarówno w aspekcie wizualnym jaki muzycznym BBC cofnęło Małpy do początku lat 70-tych.

  

 

 

One, two, three, four

 

She looks like fun

She looks like fun

She looks like fun

She looks like

 

Smile like you've got a straw in something tropical

I've got the party plugged right into my skull

Wayne Manor, what a memorable N.Y.E

 

(She looks like fun)

Good morning

(She looks like fun)

Cheeseburger

(She looks like fun)

Snowboarding

(She looks like)

 

Finally, I can share with you through cloudy skies

Every whimsical thought that enters my mind

There ain't no limit to the length of the dickheads we can be

 

(She looks like fun)

Bukowski

(She looks like fun)

Dogsitting

(She looks like fun)

Screwballing

(She looks like)

 

Finally, there's a place where you can wag your tongue

Baby, but why can't we all just get along?

Dance as if somebody's watching, because they are

 

No one's on the streets

We moved it all online

As of March

I'm so full of shite, I need to spend less time stood around in bars waffling on to strangers all about martial arts

And how much I respect them

 

(She looks like fun)

Key changes

(She looks like fun)

Re-thinking

(She looks like fun)

New order

(She looks like fun)

 

Arctic Monkeys - She Looks Like Fun

piątek, 29 czerwca 2018

Czy obawiam się, że przywódca wolnego Świata przypomina mi zapaśnika w pozłacanych galotach? Hm, w sytuacji która obecnie dzieje się na Świecie czasem trudno powiedzieć, kto jest tym przywódcą. Nasz glob i jego wartości się zsiadły, dlatego pragniemy ucieczki poza ziemię, może gdzieś tam z oddali uda się dostrzec ten cud, na jakim maleńkim ziarenku piasku żyjemy – może dzięki temu przystopujemy we wzajemnej walce o banalne sprawy…

Taka to niezwiązana z niczym refleksja. A tym czasem zbliżamy się do końca miesiąca z Małpami i ich nowym arcydziełem Tranquility Base Hotel & Casino… Dziś jedna z najfajniejszych piosenek z albumu, z której zainspirował mnie cytat o przywódcę wolnego Świata, Golden Trunks.

 

Last night when my psyche's subcommittee sang to me in it's scary voice

You slowly dropped your eyelids

When true love takes a grip it leaves you without a choice

 

And in response to what you whispered in my ear

I must admit sometimes I fantasize about you too

 

The leader of the free world reminds you of a wrestler wearing tight golden trunks

He's got himself a theme tune

They play it for him as he makes his way to the ring

 

And in response to what you whispered in my ear

I must admit sometimes I fantasize about you too

 

In the daytime, bendable figures with a fresh new pack of lies

Summat else to publicise

I'm sure you've heard about enough

 

So in response to what you whispered in my ear

I'll be upfront, sometimes I fantasize about you too

 

Arctic Monkeys - Golden Trunks

 

wtorek, 26 czerwca 2018

Naprawdę odpoczynek psychiczny od Andrzejów, Jarosławów, Marków, Antonich, Beat, Krystyn itd., jest jak wyjazd do sanatorium. Rano śniadanko, potem inhalacje, masaże, obiad i dwie godziny sjesty, wreszcie podwieczorek i zajęcia indywidualne, kolacja i wieczór przy płynącej w nieskończoność muzyce. Ach, jak cudownie – nawet nie wiecie, stresy puszczają – robi się coraz przyjemniej… Tak, możecie znów otworzyć flaszki i nalać sobie w szklaneczkę aby oddać się czystej przyjemności…

Dziś ponownie Arctic Monkeys w tytułowej odsłonie z najnowszej, magicznej płyty Tranquility Base Hotel & Casino

 

 

 

Jesus in the day spa filling out the information form

Mama got her hair done

Just popping out to sing a protest song

I've been on a bender back to that prophetic esplanade

Where I ponder all the questions but just manage to miss the mark

 

Uh-uh

Good afternoon

Tranquility Base Hotel and Casino

Mark speaking

Please tell me how may I direct your call?

 

This magical thinking

Feels as if it really might catch on

Mama wants some answers

Do you remember where it all went wrong?

Technological advances

Really bloody get me in the mood

Pull me in close on a crisp eve baby

Kiss me underneath the moon's side boob

 

Good afternoon

Tranquility Base Hotel and Casino

Mark speaking

Please tell me how may I direct your call?

Do you celebrate your dark side

Then wish you'd never left the house?

Have you ever spent a generation trying to figure that one out?

 

Good afternoon

Tranquility Base Hotel and Casino

Mark speaking

Please tell me how may I direct your call?

 

 

Arctic Monkeys - Tranquility Base Hotel & Casino

 

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Prorok przemówił przed laty, ale czy dziś z honorem poniesie swoje słowa? Nie moi drodzy to nie jest polityka, to sport na Boga!

sportowyPAD

piątek, 22 czerwca 2018

Powiedziałem sobie jedno – w czerwcu nie będę zalewał się żadnym kwasem. Tylko moje przyjemności – tylko ja! I dlatego nie planuję tu wielkich filozoficznych wywodów ani opowieści. Tylko czysta przyjemność! Dlatego otwórzcie serca i uszy dzieci kochane, bo dziś będzie wyzwanie. Nalejcie sobie kolejny kielich i pijcie godzinami, słuchając na ten dobry łikęd poetycznego soku i wirtuozerii smaczków Arktycznych Małpek. Jak to napisali w jakiejś recenzji: chłopcy wylali wszystkie składniki pozwalające na łatwy sukces do zlewu i podnieśli bardzo wysoko poprzeczkę. I dobrze – trzeba stawiać poprzeczki, a nie walić populizmem po oczach. Ups! Puszczam muzykę, bo mnie język się plącze i gryzie z ideą zaplanowaną!

Arctic Monkeys w kolejnej odsłonie Tranquility Base Hotel & Casino… Przed wami jeden z najdziwniejszych i najmniej chwytliwych utworów z całej płyty Batphone. Pięknie go robią na żywo – naprawdę!

 

 

I want an interesting synonym to describe this thing

That you say we're all grandfathered in

I'll use the search engine

(We've got much to discuss)

Too much to discuss over a bucket of balls

I can recall the glow of your low beams

 

It's the big night in Tinsel City

Life became a spectator sport

I launch my fragrance called 'Integrity'

I sell the fact that I can't be bought

Have I told you all about the time that I got sucked into a hole

Through a handheld device?

I will flashback now and again, but I'm usually alright

Thankfully, the process has been simplified

Since the last time you tried

 

I've recognised the glow of your low beams numerous times

I'll be by the Batphone if you need to get a hold

Making a selection, opening credits roll

Panoramic windows looking out across your soul

 

You go in through the door

Vengeance trilogy wallpaper walls

They have re-decorated it all

They've changed all the lights and the bar's down the side

 

I've recognised the glow of your low beams numerous times

Through fairly opaque blinds in the sitting room

Vehicles will pass by, but I know when it's you

I'll be in a nose dive in my flying shoes

Right behind your closed eyes like a memory from your youth

I'll be by the Batphone if you need to get a hold

Making a selection, opening credits roll

Killer Pink Flamingos, computer controlled

Panoramic windows looking out across your soul

 

 

 

Arctic Monkeys - Batphone (+ live)

środa, 20 czerwca 2018

Ach, wspaniale, wróciliśmy z I' z cudownej szkockiej zatoczki Firth Of Forth i jej dumnego dziecka Edynburga i jak tu się nie zachwycać tym co wydała na przestrzeni ostatnich stuleci i dekad Brytania? Brytania, Brytania, Brytania - tak zaczynał się chyba każdy odcinek serialu Little Britain, a przecież wyśmiewali się autorzy również ze Szkotów. Kiedyś chyba przyjdzie mi coś tu napisać w temacie naszej ostatniej wyprawy ale teraz czas na powrót do mojej muzycznej miłości ostatniego miesiąca, do chłopców z Brytanii...

Arctic Monkeys w kolejnej odsłonie Tranquility Base Hotel & Casino… Przed wami wspaniały walczyk One Point Perspective. 


 

Dancing in my underpants

I'm gonna run for government

I'm gonna form a covers band and all

Back there by the baby grand

Did Mr. Winter Wonderland say

"Come here kid, we really need to talk"?

Bear with me, man, I lost my train of thought

 

I fantasize I call it quits

I swim with the economists

And I get to the bottom of it for good

By the time reality hits

The chimes of freedom fell to bits

The shining city on the fritz

They come out of the cracks

Thirsty for blood

 

Just as the apocalypse finally gets prioritized

And you cry some of the hottest tears you ever cried

Multiplied by five

I suppose a singer must die

 

"Singsong 'round the money tree"

This stunning documentary that no one else unfortunately saw

Such beautiful photography, it's worth it for the opening scene

I've been driving 'round listening to the score

Or maybe, I just imagined it all

I've played to quiet rooms like this before

Bear with me, man, I lost my train of thought

 

Arctic Monkey - One Point Peresective

 

środa, 13 czerwca 2018

Wpis końcowy. Bo wszystko dobiega końca. Każda podróż. Ostatni dzień i godziny, to czas spędzony w wietrznym Reykjaviku. Muzeum Penisów, wieża kościoła, domki, antykwariaty, jakiś strit fud i strit art, Harpa za dnia i The Sun Voyager… Cudowny dzień!

 

15. Wieczory w Reykjaviku

Większość czasu spędzonego w stolicy Islandii przypadło nam na wieczory, noce i mroczne poranki. Reykjavik jest miastem przede wszystkim bardzo drogim. Według niektórych jest to najdroższe miasto Świata. Wydanie 70PLN na chlebek, kostkę sera i kilka plastrów wędliny – będzie nas prześladować już do końca życia. Żałuję, ale nie mieliśmy okazji spróbować oryginalnej wyspiarskiej kuchni. Nawet nie znaleźliśmy po temu odpowiedniego miejsca. Co prawda nie objechaliśmy całego miasta, ale w obrębie turystycznego centrum raczej dominowała kuchnia Świata ze szczególnym naciskiem (tak mi się zdawało) na włoszczyznę i odmiany smaków Azji: chińskie, wietnamskie, indyjskie, tajskie! O bosh mniam – my jedliśmy azjatycką kuchnię z powodów cenowych. Półlitrowa zupa wietnamska z makaronem ryżowym i wołowiną kosztowała nas 1650ISK, czyli jakieś 60PLN za jedną miskę. To stanowiło nasz podstawowy ciepły posiłek. Zrobiliśmy raz wyjątek i wyskoczyliśmy do innej knajpki na makaron Pad-Thai (bardzo dobry wybór) w restauracyjce połączonej z rodzinnym azjatyckim marketem, cena była wyższa o 100 koron, czyli niecałe 4 złote. Jednak generalnie nigdzie – nie trafiliśmy na posiłek poniżej 1600ISK za talerz. Być może niższe ceny są poza stolicą, ale nie liczyłbym na to, że będzie dużo taniej. Nawet hot-dogi kosztowały majątek, nie mam pewności czy braliśmy je w słynnej sieci Bæjarins Beztu Pylsur gdzie podobno jadł sam Bill Clinton i James Hetfield – koszt parówki w napompowanej parą bułeczce, to koszt o ile mnie pamięć nie myli od 600 koron wzwyż, czyli od 20 złotych w górę za dwa kęsy produktu, który jest podobny od hot doga produkowanego w IKEI za 2,50PLN z kawą. Ale to są różnice ekonomiczne między Polską a Islandią, raczej nie do nadrobienia przez wiele dekad.

Reykjavik jest miastem kompaktowym. A przynajmniej ta część skupiona wokół głównych ulic jak Laugavegur, Skólavörðustígur, jeziora Tjörnin czy sali koncertowej Harpa. To jest miasto kolorów, strit artu, handlu i kultury. Gorzej jest poza małym centrum, gdzie kamieniczki i kolorowe domki zamieniają się w ponure bloczki z różnych okresów rozwoju miasta. Oczywiście to budownictwo z lat 40-tych i 50-tych, surowe i zimne aby przetrwać! Zdaje się czasem dominować ta szarość ale w pewnej chwili przechodzi się ulicę i kolejna wypychana jest już przez nowoczesne budynki, projektowane z myślą pod nowe biura oraz wysokościowce wzdłuż wybrzeża miasta. Co ciekawe zabudowa wysoka wcale nie jest dobrze widoczna ze ścisłego centrum, dzieje się tak dzięki pagórkowatemu ukształtowaniu powierzchni stolicy. Zatem architektura jest w Reykjaviku mocno zróżnicowana. Najpiękniejszą panoramę można zobaczyć z wierzy kościoła Hallgrímura, którego futurystyczny styl budzi podziw i nawiązanie do natury, do wzoru z bazaltowej ściany z czarnej plaży. To wbrew pozorom i pomimo kapryśnej pogody bardzo fajne miejsce do życia z zakręconymi, ale przygotowanymi na wiele mieszkańcami. Warto pojechać chyba o każdej porze roku i poczuć troszkę luzu. Islandczycy to lud bez spiny!   

16. Komiks

Kiedy nasza gospodyni po przyjęciu nas wreszcie do apartamentu w ramach pokuty postanowiła nas zwieść i pokazać jakieś księgarnie w mieście, ucieszyłem się bardzo. Jednak po zwiedzeniu kilku dyskontów książkowych – poczułem rozczarowanie! W żadnej nie znalazłem tego, na czym mi zależało. A był to komiks zatytułowany Þórgnýr. Wreszcie zaczęliśmy z I’ szukać tej pozycji po antykwariatach. Naszła mnie mania na ten komiks pod koniec 2016 roku, kiedy zobaczyłem fotkę Piotra Rosińskiego (syna Grzegorza, rysownika Thorgala) dzierżącego w rękach islandzkie wydanie jednego z tomów serii. Pośród fotek z kosmicznych islandzkich plenerów wrzucił to jedno foto i już mnie miał w garści! Dopiero ostatni antykwariat znajdujący się w samym sercu miasta obok Death Gallery, miał wydane już dość dawno temu, bo w 2007 roku albumy. Na Islandii wydano lewo dwa tomy Þórgnýra. Znalezienie tych komiksów dodało mi skrzydeł. A było to moje kolejne podejście do owego antykwariatu tego dnia. Ale jak powiedział mi facet z lokalu sąsiadującego z antykwariatem, właściciel poznał nową dziewczynę i z tego powodu godziny otwarcia będą w ów dzień bardzo umowne, żebym sobie co jakiś czas zaglądał – może mi się trafi. Niestety kończył nam się ostatni dzień, który mieliśmy na Islandii i za chwilę trzeba było lecieć do domu. Po wejściu do antykwariatu – eureka – trafiony zatopiony, moje kochane dwa wydawnictwa stały na półeczce. Po krótkiej rozmowie i małym targowaniu się – sprzedawca spuścił o 1000 koron cenę przy zakupie obu egzemplarzy. Ostatni punkt wyprawy, po ciekawym a odwiedzonym rano Muzeum Penisów, opuszczając antykwariusza mieliśmy za sobą. Teraz mogliśmy wracać do domu. 

thorgal

17. Finał

Islandia? Nic o niej wiedziałem. Ledwo co czytałem o wyspie na blogu Kiljana. Wiecie jak to jest? Dużo piszą mało kto czyta i przyswaja zdobytą w ten sposób wiedzę. Nie warto czytać przewodników, tylko rzucić się na żywioł. Trzeba poczuć wichurę, bryzę morską, deszcz, mgły, lodowce, plaże z czarnym piaskiem na własnym ciele. Islandię trzeba zobaczyć, trzeba jej doświadczyć. I albo wpada się zachwyt albo w nienawiść. Podczas odprawy w drodze powrotnej podsłuchaliśmy z I’ rozmowę Polaków wracających z krótkiego wypadu, parka z kolegą, byli rozczarowani. Kraj bez drzew, z wyblakłą zielenią (zima była przypominam), z niewielką ilością zwierząt (tylko w zasadzie ptactwo i jeden gatunek lisa są endemitami wyspy, resztę bardzo niewielkiej liczby zwierząt stanowią gatunki sprowadzone przez człowieka), depresyjny klimat, długa noc, niewielka ilość światła słonecznego – można dostać doła. Tak jest w rzeczywistości, ale jest tam coś jeszcze – jest jakiś magnetyzm coś, co przyciąga i budzi ciekawość tego lądu, człowiek pragnie jechać dalej, zobaczyć więcej, to może jest indywidualna ciekawość jednostki, ale nagroda jest wspaniała. Lodowiec, wodospady, gejzery, siarkowa gorąca woda z kranu, wietrzne czarne plaże, małe miasteczka, sztuka stolicy kraju, majestatyczne widoki, rwące rzeki, wyrastające nagle pasma górskie, krajobrazy jak nie z tego Świata. Oj zaczarowała nas ta dziwna kraina. Trochę nas na nią nie stać, ale chcemy wrócić. Troszkę popytaliśmy i dostaliśmy kilka porad od naszej gospodyni, od Kiljana, z różnych stron, oraz sami zdobyliśmy nieco doświadczenia, dlatego chcemy zobaczyć Islandię na przełomie lata i jesieni (kiedyś tam). Chcemy zobaczyć jak złoci się ten kraj. Musimy zebrać sporo funduszy, bo jest masakrycznie drogo, musimy zebrać znajomych z prawem jazdy, bo poruszanie się autobusami po wyspie jest krytycznie drogie i w drogę… Chcemy tam wrócić straszliwie! Zrobimy to! Warto się tam zatracić!!!

A teraz znów ruszamy na północ. Dużo bliższą, ale równie ekscytującą!!!     

 

wtorek, 12 czerwca 2018

Dotarliśmy z przygodami na Islandię. Cykl dziwacznych zdarzeń prześladował nas od początku pomysłu na wyprawę. Wyjazd prawie się nie odbył, złapała nas na miejscu diabelna pogoda, a nasza gospodyni zapomniała nam podać numeru do skrzynki na klucz i o mały włos nie spędziliśmy pierwszej nocy na ulicy. Ale finalnie po szalonych dwóch dniach bardzo intensywnej islandyzacji, trzeci mogliśmy spędzić w spokoju na kolejnej wycieczce. Oczywiście mieliśmy obawę jak w przypadku wyjazdu na półwysep Snæfellsnes, że odwołają nam eskapadę, więc do rana do pobudki czekaliśmy bez zakładania niczego. Ale nie odwołali! 

 

14. Druga wyprawa

Nad ranem, kiedy było pewne, że wyprawa numer dwa się odbędzie błyskawicznie pobiegłem pod prysznic na długi, śmierdzący i gorący seans – z wodą wyciąganą z piekielnych czeluści wyspy. Potem zjedliśmy z I’ szybkie śniadanko z produktów, które zakupiliśmy pierwszej nocy w całodobowym markecie Krambúð – gdzie za chleb, wędlinę i kawałek sera wydaliśmy majątek. Około godziny dziewiątej rano, mieliśmy być zgarnięci z przystanku operatora wycieczek zlokalizowanego naprzeciwko Muzeum Penisów. Słońce na Islandii wstaje i zachodzi na przestrzeni roku o każdej możliwej godzinie. W okresie wiosny obserwuje się zjawisko białych nocy na wyspie – czyli że świetlista kula życia praktycznie nie zachodzi, w związku z tym zimą mamy zjawisko odwrotne – choć nie można mówić o nocy polarnej – tylko o bardzo krótkiej eskpozycji słońca. Na przełomie lutego i marca dzień trwał plus-minus w godzinach 9-18. W związku z czym w okolice ryneczku Hlemmur dotarliśmy jeszcze przed wchodem. Dla mnie to była prawdziwa frajda, bo nie doświadczyłem nigdy tak późno wstającego dnia i jedzenie śniadania w mrokach nocy – było dla mnie ciekawym doświadczeniem.

Z przystanku zabrał nas autobus dowożący turystów na BSI, centralny dworzec autobusowy Reykjaviku. Na dworcu panował bardzo duży ruch i ludzie wywoływani byli do autobusów wedle ich destynacji. Nasz pojazd dwa razy większy niż na wyprawę Golden Circle, wypchany był aż po same brzegi. Ruszyliśmy na wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża do miasta Vík í Mýrdal.

Pierwsze atrakcje pojawiły się już po wyjechaniu ze stolicy, kiedy przekroczyliśmy linię Błękitnych Gór będących dla Islandczyków szusują tam na nartach – wspaniała atrakcją i miejscem rekreacji. Za linią gór na płaskowyżu złapała nas wielka chmura. W ciągu kilku sekund widoczność spadła do zera, ledwo było widać auta jadące przed autobusem, a zupełnie niewidoczne stały się pojazdy na przeciwległym pasie drogi. Nie widziałem jeszcze takiej mgły (chmury) – czyste białe mleko, kłębiące się za oknem pojazdu niczym dym. Jak kierowca dał radę to przejechać w zasadzie wiele nie zwalniając? Jak wreszcie dał radę – nie stracić kontroli nad kierownicą, wobec odczuwalnego spadku ciśnienia atmosferycznego w tej wielkiej chmurze? Mgła momentalnie ustała, kiedy wijącą się drogą zjeżdżaliśmy w dół z płaskowyżu do miasteczka Hveragerði. W owej chwili zjazdu w dół w moim mózgu poczułem dosłownie to samo uczucie, jak podczas lądowania samolotu.

Ominąwszy kolejne miasteczka na szlaku słynnej drogi numer 1, która okala całą wyspę zatem trzymając się jednego kierunku można objechać nią całą Islandię, dotarliśmy do naszego pierwszego celu. Było to stosunkowe nowiutkie centrum wulkaniczne, które znajduje się wzdłuż naszej drogi w miejscu, z którego rozciąga się przepiękna panorama na monumentalnie wyrastający z ziemi wał górski, który pod słynnym lodowcem Eyjafjallajökull skrywa mroczny wulkan o tej samej nazwie. W niepozornym ośrodku, gdzie znaleźliśmy standardowo sklep z pamiątkami i jedzenie w cenach z kosmosu, wdarliśmy się na krzywy ryj do nadzwyczaj wielkiej sali projekcyjnej, w której puszczano różne dokumenty o islandzkich wulkanach, ich aktywności i zniszczeniach, jakie powodują. Niewiarygodne jak natura wyspy daje sobie radę z tonami popiołów i pyłów wulkanicznych – a robi to ku zaskoczeniu człowieka bardzo skutecznie i szybko! Deszcze i wiatry systematycznie omiatające i przepłukujące wyspę nie zostawią nawet skrawka ziemi bez ingerencji. W przeciągu kilku miesięcy są w stanie oczyścić ziemię z wszelkich osadów.

Kilkanaście kilometrów dalej po przejechaniu dość długiego i wąskiego mostu, przerzuconego nad niewielką bezimienną rzeką (nie mogę nigdzie znaleźć jej nazwy), nazwijmy ją mini-Jökulsá (od miejsca jej pochodzenia), która meandrowała środkiem czarnej niepokojąco wyglądającej alei pokrytej mnóstwem kamieni, jakby ktoś wyorał kilka boisk z matowej zieleni krajobrazu i zamiast potężnej wielgachnej rzeki puścił strumyczek po środku, skręciliśmy w kierunku gór. To był nasz prawdziwy pierwszy punkt obcowania z przyrodą wyspy tego dnia. Po chwili w błyskawicznie zmieniającym się krajobrazie dotarliśmy do parkingu, który równie dobrze mógłby znajdować się na księżycu – otoczony wzgórzami i czarną kamienistą ziemią – dojechaliśmy do lodowca Sólheimajökull, stanowiącego w zasadzie najdalej wysunięty na południe kutasik większej lodowcowej formacji zwanej Mýrdalsjökull. Czapa tego lodowca skrywa potwora wulkanicznego Katlę, która jednak nie wybuchła po swoim kumplu Eyjafjallajökull’u, a dotychczas zwykle lubiły strzelać razem. Wracając na księżycowy parking pod lodowcem Sólheimajökull, to już samo wyjście na ten ląd robiło piorunujące wrażenie. Wielka wyżłobina, która zwróciła moją uwagę to glacjalna aleja, którą cofał się jęzor lodowca. Tuż za parkingiem na dnie doliny, wokół której wyrastała korona gór, zbierała się woda w jeziorze glacjalnym, powstającym z topiących się lodów. To miejsce malownicze i zapierające dech w piersiach, szczególnie kiedy stalowe chmury przelewają się nad szczytami okalającymi małego człowieczka, a z zachodniego masywu – prawdopodobnie z powodu zalegania górskich śniegów lub po prostu z sąsiedniego lodowca, ze ścian w kilku miejscach tryskały niewielkie wodospady, a ich wody rozbijały się o skały – tworząc perłowe refleksy. Ruszyliśmy księżycową drogą – zatopieni w kamieniach pośród czarnej ziemi, chrzęszczącej pod podeszwami. W dole jezioro, za nim masywy górskie, a przed nami błękit. Po chwili staliśmy u podnóża błękitu. Jeśli kiedykolwiek czułem się w taki sposób to chyba tylko w jakiejś imponującej budowli sakralnej. Ale w tamtym miejscu poczucie zachwytu i pokory względem sił natury było zdumiewająco ożywcze – byliśmy z I’ zachwyceni. Po chwili nasz zachwyt zamienił się w pewien rodzaj smutku – przewodnicy opowiedzieli nam, że jezioro które zaczyna się prawie tuż przy parkingu, przed dekadą stanowiło czoło lodowca. Sólheimajökull jest najszybciej topniejącym lodowcem Islandii, a powstające u jego podnóża jezioro za 80 lat będzie jedyną pamiątką po tej niewielkiej odnodze Mýrdalsjökull’a. Wpływ człowieka na planetę jest tak ogromny, że ocieplenie klimatu jest już namacalnym faktem. Nie tylko odczuwalnym w postaci rosnących zjawisk pogodowych takich jak tropikalne burze w umiarkowanym klimacie, zanik zim, lub nieprzewidywalne zmiany pór roku całkowicie rozregulowane względem tego, o czym wspominają nasi przodkowie, takim dowodem jest też zanik lodowców. Islandczycy dokumentują ten proces bardzo skrupulatnie. Informacja o zaniku lodowca, który z każdą wizytą wygląda inaczej, potęguje wrażenie obcowania z czymś unikalnym – z czymś, co jest z jednej strony bardzo ulotne, a z drugiej strony jest historycznym dowodem zjawisk oraz epok geologicznych i klimatycznych naszej planety. Miejsce zupełnie niesamowite i budzące respekt – wyzwalające w człowieku bardzo fajny rodzaj energii. Choć nie dokonywaliśmy trawersu lodowca, ani nie było tego w planach – nie chciało się stamtąd odchodzić – to miejsce jakby żądało, aby sprowadzić tam wszystkich mieszkańców ziemi by uświadomić im, jaki potężny wpływ mamy na życie naszej planety – której kiedyś byliśmy częścią a dziś wrogiem.

Z trudem i jakąś wyrwą w duszy pojechaliśmy dalej, naszym kolejnym punktem było malownicze miasteczko Vík í Mýrdal. Jest to najbardziej na południe wysunięty punkt Islandii i nasz najdalszy punkt docelowy wyprawy. Aby się do niego dostać trzeba objechać potężną górę i zjechać nad sam Ocean Atlantycki malowniczą w tym miejscu drogą numer 1. Oczywiście nie mieliśmy czasu na urokliwie wiszący nad miasteczkiem kościółek. Postój w Vík był typowo konsumpcyjny. Po przejechaniu przez miasteczko zatrzymaliśmy się w supermarkecie przy plaży. Większość turystów poleciała jeść bułki i kupować przypinki. A my przebiliśmy się polem przez wał, na który trzeba było się lekko wdrapać na czarną plażę. Zeszliśmy przywitać się z oceanem i podsłuchać jego opowieści. Islandzkie czarne plaże są zachwycająco piękne, a lekko niespokojny Atlantyk mruczy naprawdę cudownie i te pięknie łamiące się fale – wspaniałe. Ostry spad w kierunku oceanu pozwolił na zniknięcie z horyzontu budy marketu i wreszcie zobaczyliśmy ten obrazek – górującego nad miasteczkiem kościoła. Plażą poszliśmy do czegoś o charakterze falochronu, albo molo by przyjrzeć się wystającym z oceanu skalnym kłom zwanym Reynisdrangar. To tam musi się zaczynać komiksowa saga o Thorgalu Aegirsonie pomyślałem. Może Jean Van Hamme był tu w latach 70-tych, kiedy pisał pierwsze scenariusze? Reynisdrangar to bazaltowe kolumny wystające z oceanu – pozostałość geologicznej aktywności rejonu. Lepszy widok na te cuda mieliśmy mieć z naszego następnego punktu wyprawy. Kiedy wszyscy się najedli i napili i nabyli to, czego nie chcieli, ale z braku pomysłu na wolny czas musieli to kupić, ruszyliśmy na zabójczą czarną plażę Reynisfjarę.   

Reynisfjara znajduje się zachód od Vík, oddzielona od miasta wdzierającym się w ocean skalistym wzgórzem Reynisfjall. Podobnie jak w miasteczku plaża jest w całości z bazaltowego piasku i kamieni, co nadaje jej intensywnego czarnego koloru, jest to skała pochodzenia wulkanicznego, lawa w tym miejscu spotkała się z wodą a resztę załatwił czas. W zestawieniu z prawie pionowym klifem góry, z zamienionymi w słupy przez słońce trollami, którym nie udało się wyciągnąć przez noc na brzeg statku nieszczęśników – tak powstały kły skalne nazywane Reynisdrangar, oraz malowniczą ścianą Gardar złożoną ze sklejonych ze sobą bazaltowych słupów tworzących jakby współczesną geometryczną rzeźbę (robota Atlantyku i lawy), wreszcie mrocznej bazaltowej jaskini Hálsanefshellir – tworzy czarna plaża mroczny iście baśniowy klimat, całkowicie odejmujący mowę. A trafiliśmy na dzień, w którym ocean bawił się mgłą spowijającą co chwilę kły, lub wierzchołek klifu, nad którym kłębiły się roje ptaków, a fala była dość wysoka, więc bałwany biły raz po raz. Z powodu specyficznego ukształtowania dna nawet przy umiarkowanych wiatrach przy plaży fale wypiętrzają się pokazując potęgę oceanu. A do tego jeszcze ta obecność śmierci, każdego roku ta plaża zabija ludzi. Ocean i okruchy czarnej skały są bezlitosne i nieświadome – to człowiek jest durniem, który sobie wszystko lekceważy. Bazalt w połączeniu z wodą oceanu powoduje podmycie stojącej na takiej pułapce osoby, czarny piach pod ciężarem osuwa się spod stóp, co powoduje najczęściej upadek i wciągnięcie nieszczęśnika do oceanu, a jeśli do tego dojdzie – przy temperaturze wody, sile prądów morskich i bardzo skalistego dna – szanse na wyjście o własnych siłach są znikome. Przewodnicy upraszali nas o rozsądek, o to, aby nikt nie pozwolił na kontakt stóp z nadpływającą falą. A jednak I’ zobaczył chłopaka z zupełnie innej wycieczki pochodzącego z Ameryki Południowej, którego podmyła fala, podcinając mu nogi aż tamten upadł na plecy. Grupa znajomych, z którymi był błyskawicznie wyciągnęła go z wody zanim nadszedł kolejny jęzor wody, ale strach na jego twarzy zrobił niesamowite wrażenie – dostał lekcję tego, kto dyktuje tam warunki i to nie był człowiek. Jedyną stratą chłopaka był chyba aparat fotograficzny, o którym zawodził przez chwilę po zdarzeniu, tym razem ceną nie było życie. Reynisfjara jest miejscem wyrwanym z innej rzeczywistości, nie sposób stamtąd wyjść, hipnotyzuje zwiedzającego ją gościa i dostarcza całej mocy atrakcji wizualnych i nie tylko. Nawet pomimo dziesiątek turystów, przy ryku oceanu jesteśmy z nim naprawdę sami, i możemy sobie łatwo wyobrazić, że przenieśliśmy się do innego wymiaru. Obie czarne plaże nas zafascynowały – zakochaliśmy się w tych potężnych i pięknych miejscach. To kolejne po lodowcu świątynie natury.

Następnym punktem wyprawy południowej w drodze powrotnej do islandzkiej stolicy był majestatyczny Skógafoss – leśny wodospad, który tworzy się na rzece Skógá spływającej z lodowców. Jego majestatyczność polega na tym, że spada blisko 60 metrów w dół rozciągając ścianę wody na szerokości 25 metrów. Przed tysiącami lat prawdopodobnie wodospad wpadał prosto do oceanu lub na plażę znajdującą się u podnóża klifu, z którego spada rzeka. Dziś ocean znajduje się w odległości 5 kilometrów od wodospadu. Stojąc tuż pod klifem pięknego Skógafossa nie sposób nie zostać przemoczonym wodnym pyłem latającym na wietrze w promieniu kilkudziesięciu metrów wokół wodnej ściany. Skógafoss należy do czołówki największych wodospadów Islandii. Warto stanąć u jego podnóża i posłuchać jego pieśni, poczuć drobiny wody w nosie i na twarzy – szalenie relaksujący widok. Oczywiście wraz I’ zamiast się relaksować, mając ledwo kilka minut wolnego czasu postanowiliśmy wspiąć się na górny taras widokowy. Wbiegliśmy dosłownie na szczyt po stromych chodach, co oczywiście o mało nie przypłaciłem zatrzymaniem akcji serca. Widok z góry jest interesujący, a jednak przewodniczka miała racje, że majestat wodospadu najlepiej oddaje dolna perspektywa. Z górnego tarasu można jednak iść dalej w górę rzeki do kolejnych klimatycznych katarakt. Po powrocie do autokaru byłem ledwo żywy. Ale czemu nazywają go leśnym wodospadem? Tam nie było ani jednego drzewa. Zresztą dendrologia to osobny i złożony temat na Islandii.

Ostatnim punktem wyprawy był nie tak ogromny, ale równie piękny – również spadający z klifu wodospad Seljalandsfoss i jego kuzyni. Wodospad jest zlokalizowany na rzece Seljalands, która wypływa bezpośrednio spod lodowca Eyjafjallajökull, a nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza wodospad pośród pól, ale nie mogę znaleźć nigdzie potwierdzenia tego znaczenia, ale o ile mnie pamięć nie myli nazwa ta pochodzi od bardzo starego islandzkiego słowa oznaczającego właśnie ziemię pod uprawę. Byliśmy z I’ jednak na tym punkcie już totalnie wykończeni wcześniejszymi atrakcjami dnia, że nasze mózgi mogły totalnie to wszystko zmyśleć. Ledwo poczłapaliśmy się pod wodospad, a już był czas na odjazd. W okresie zimowym niedostępna jest grota znajdując się za wodospadem, do której w okresie ciepłym można wejść by schować się pod taflą spadającej wody.

Po powrocie do autokaru resztę drogi do Reykjaviku spaliśmy jak dzieci… Ta jednodniowa wycieczka rozłożyła nas na łopatki – a to przecież jest tylko kawałek tortu, jakim jest ta niesamowita wyspa. Byliśmy z I’ całkowicie zahipnotyzowani dwoma dniami intensywnego zwiedzania Islandii. Po krótkim śnie – wrażenia i ich pozytywne oddziaływanie na nasze samopoczucie, dodały nam tyle energii, że ruszyliśmy na kolejny wieczór buszowania po Reykjaviku… 

 

c.d.n.                 

czwartek, 07 czerwca 2018

Co ja mówiłem w poprzednim wpisie? A-ha to: ale w tej muzyce coś jest, jakaś taka dojrzałość, pewność siebie, bezkompromisowość, a jednocześnie pokora, ogromny ładunek liryczny, autoironia, polityka, literatura, popkultura – tak-tak – zawładnął mną całkowicie (nowy album Małp)! Ten retro-futuryzm, eksperyment godny tylko najwybitniejszych artystów, wbrew pozorom przy całkowitym odrzuceniu klasycznej konstrukcji piosenki, a jednocześnie w hołdzie klasyce – zakręcone to wszystko, dziwne, niedające się klasyfikować w oczywisty sposób – osobiste i uniwersalne. Dajcie tej muzyce szanse, nalejcie sobie drinka i po piątym odsłuchu – kiedy wasze uszy usłyszą, o co w tym wszystkim chodzi, a wasz mózg poukłada wszystkie nuty, które są tu bezbłędne – kiedy rozgryziecie kompleksowość sekcji rytmicznej – o boshe – będziecie w raju…

Dziś chcę wam przekazać to samo. Przed wami blisko sześć minut otwieracza płyty - najbardziej chyba intrygującej kompozycji nowego wydawnictwa AM, ten anty-przebojowy kawałek jest po prostu zajebisty, a tekst hipnotyzuje na równi z muzyką. Siadać i słuchać to jest muzyka!

Numer otwierający małpi gaj na Tranquility Base Hotel & Casino… Przed wami Star Treatment.

 

 

I just wanted to be one of The Strokes

Now look at the mess you made me make

Hitchhiking with a monogrammed suitcase

Miles away from any half-useful imaginary highway

I'm a big name in deep space, ask your mates

But golden boy's in bad shape

I found out the hard way that

Here ain't no place for dolls like you and me

Everybody's on a barge

Floating down the endless stream of great TV

1984, 2019

 

Maybe I was a little too wild in the '70s

Rocket-ship grease down the cracks of my knuckles

Karate bandana, warp speed chic

Hair down to there, impressive moustache

Love came in a bottle with a twist-off cap

Let's all have a swig and do a hot lap

 

So who you gonna call?

The martini police?

Baby, that isn't how they look tonight, oh no

It took the light forever to get to your eyes

 

I just wanted to be one of those ghosts

You thought that you could forget

And then I haunt you via the rear view mirror

On a long drive from the back seat

But it's alright, 'cause you love me

And you recognise that it's ain't how it should be

Your eyes are heavy and the weather's getting ugly

So pull over, I know the place

Don't you know an apparition is a cheap date?

What exactly is it you've been drinking these days?

Jukebox in the corner, long, hot summer

They've got a film up on the wall and it's dark enough to dance

What do you mean you've never seen Blade Runner?

 

Oh, maybe I was a little too wild in the '70s

Back down to earth with a lounge singer shimmer

Elevator down to my make-believe residency

From the honeymoon suite

Two shows a day, four nights a week

Easy money

 

So who you gonna call?

The martini police?

So who you gonna call?

The martini police?

Oh, baby, that isn't how they look tonight

It took the light absolutely forever to get to your eyes

 

And as we gaze skyward, ain't it dark early?

It's the star treatment

Yeah, and as we gaze skyward, ain't it dark early?

It's the star treatment

It's the star treatment

The star treatment

 

Arctic Monkeys - Star Treatment

 

 
1 , 2