o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
czwartek, 30 czerwca 2011

Pamiętam że już w przedszkolu żartowano, że „trzeba mieć ciotkę w Ameryce”, aby mieć na wszystkie zabawki, które byśmy chcieli. A ja naprawdę miałem ciotkę w Ameryce. Chociaż nigdy się o tym za specjalnie głośno nie mówiło. Ciotka Irena była żoną najstarszego brata Najukochańszej. W zasadzie drugą żoną – bo jak powszechnie się mówiło o tym mężczyźnie (choć w tajemnicy międzysłowiami) – był niezwykłym kobieciarzem, co Irena skracała to trafnego określenia – dziwkarz, gdyż nie blokowały go nigdy żadne formalne związki. Do tego stopnia, że kiedy ciotka Ira była w szpitalu po porodzie – ten już zajmował się młodszymi od niej o dekadę studentkami – które u niego zaliczały. Razu pewno, gdy przy trzeciej ciąży wróciła z badań, dzień wcześniej niż planowano – zastała męża w towarzystwie kolejnej przygodnej dziewczyny. Ciąże ową po owym zajściu poroniła. Ale różnie się układają losy ludzkie. Mój pradziad był istnym ogierem rozpłodowym, płodził dzieci przez prawie 30 lat. Dlatego większość z jego synów – dość mocno się w niego wrodziła – pod względem popędu seksualnego jak i bardzo twardego (i mówię tu bardzo poważnie) charakteru. Charakteru do tego stopnia straszliwego, że dorastający syn średniego brata Najukochańszej, z powodu konfliktu z ojcem postanowił się zagazować wiosną 1970 roku, jednak nawet samobójstwo dziecka nie zmieniło postawy ojca. Najstarszy brat Najukochańszej nie był jednak aż takim tyranem: po swoim ojcu przejął tylko cechy nerwusa, raptusa, i lekkiego despoty – którego można było ułagodzić, a nawet podejść sprytem – na spokojnie rozważając każdy ruch. Ira rozgryzła męża i dzielnie znosiła jego charakter oraz odwracała wzrok, kiedy trzeba było czegoś nie zobaczyć. Pochodziła z biednej rodziny, z prowincjonalnego miasteczka, w którym nie miała szans. A tu, w wielkim dla niej mieście, jako mężatka ustabilizowanego wykładowcy akademickiego na uniwersytecie medycznym – mogła osiągnąć to czego było jej trzeba. W zasadzie nie pracowała będąc żoną mego wuja. Zajmowała się odchowaniem córek. Jednak kiedy lata 70-te chyliły się ku końcowi, mąż jej wpadł na pomysł (do dziś niewiadomo skąd się ów zrodził), aby Irę przerzucić do Londynu, skąd by mogła emigrować do USA. I tak się stało – nagle w 1979 roku ciotka wyjechała. Nie wiem jak było to możliwe, nikt mnie nigdy nie wtajemniczał, wiem też, że wraz z przełomem 1980/1981 roku Ira wylądowała w mekce polaków w USA, w Chicago. Tam pracując jako wiadomo kto i wiadomo jak, udało jej się trafić na dobre czasy, Reganowskie zielone karty i obywatelstwo – które uzyskała przed 1989 rokiem. Dzięki niemu znalazła lepszą pracę i załapała się na cały system rozliczeniowo-socjalny. To historia, której doświadczyć nie mogłem.

Ja pamiętam ciotkę Irę jako postawnie zbudowaną kobietę, noszącą spodnie za łydki, kolorowe bluzy opinające wydatne, jeśli nie ogromne piersi, zawsze obstrzyżoną na bardzo krótko i ufarbowaną na miedź, opaloną, żująca imbirową gumę Orbit. Na emigracji ułożyła sobie życie, małżeństwo stało się fikcją absolutną, jej mąż zaczął dopiero od 1996 roku latać na zimę do Stanów, a na lato wracać do Polski. Osobno, prowadzili kompletnie oddzielne życie, a kiedy byli razem – nawet specjalnie nie udawali, że każde żyje jakby z sąsiadem, a nie z życiowym partnerem. Od kiedy pamiętam ciotka wysyłała tony paczek dla swoich córek, a potem wnuczki – mojej kuzynki. Tą drogą uszczknął się czasem dla mnie jakiś upominek. Tak, dostawałem prezenty z Ameryki, sporadycznie i na święta. Słodkie granulowane herbatki, szklanki z Garfieldem, filtry na wodę (bo w Polsce podobno była zatruta), jakieś ciuchy, czasem coś słodkiego, przepyszne kakao rozpuszczalne – tak słodkie jakiego do dziś nie piłem. Ciotka symbolizowała: prezent. Paczki przychodziły zawsze w postaci kartonowych pudeł – do których się można było schować. To były czasy. Najfajniejszym prezentem był keyboard, który dostała moja kuzynka – ale to był prezent nasz. Dzień w dzień łaziłem do niej (piętro wyżej), przychodził jeszcze inny kuzyn z jej strony rodziny i urządzaliśmy koci skowyt – który gdzieś zresztą nagrywaliśmy na kasety. Sąsiedzi już od lat 80-tych patrzyli na wuja i jego siostrę (Najukochańszą) spode łba: bo dostawali paczki cholerni imperialiści. A dla mnie – już z przełomu lat 80/90-tych był to synonim mojego małego bogactwa. Pierwszy raz do Polski ciotka przyjechała w 1989 roku i od tego czasu starała się regularnie, co dwa-trzy lata spędzać w kraju wakacje. Za każdym razem przybywała grubsza i pełniejsza humoru, stąd już mój świętej pamięci (umarły za życia) ojciec nazwał ją wiele lat wcześniej (kiedy zaobserwował tą tendencję do rozrostu), ciotką Areną. Dzieciaki ją uwielbiały – miała jako pani po 60-tce, nowoczesność Najukochańszej i styl bycia, tak kompletnie odstający od jej rówieśnic za starego kraju, aż porażająco młodzieżowy, ludzie nie lubili jej stylu – nie była szarą postacią. Ameryka wyprostowała jej mentalność. Wizyty w kraju – tak jak dla większości Polaczków wiązały się z badaniami, dentystami – i innymi usługami, na które tu nie potrzeba było mieć prywatnego ubezpieczenia. Jako obdarowywany przez lata zawsze służyłem jej za przewodnika i towarzysza okolicznych wypraw. Jako że zjawiała się zwykle w okresie wakacyjnym – spędzane z nią dwa tygodnie były czystą przyjemnością. Zresztą potem widzieliśmy się nad morzem: na jej i wuja działce. Ostatni raz do Polski przyleciała w czerwcu 2001 roku. Wieloletnia otyłość: niezdrowe jedzenie, słabość do domowych przepalanek (przepysznych zresztą), uwielbienie do dobrych ciast – wpędziła ją w problemy z przewodem pokarmowym. Cierpiała na potworne ataki zgag – przez które nie mogła spać w nocy. Mój ojciec się śmiał, że jak Arena chrapie, to cały domek na działce drży w posadach i coś w tym było. Lato 2001 roku było bardzo intensywne, Ira zamiast odpoczywać pracowała całe dwa miesiące w ogrodzie – przekopując działkę, sadząc drzewka, karczując chaszcze: jak nazywała to co posadził jej mąż. Na dwa tygodnie przed odlotem wróciwszy do miasta, aby spotkać się z umówionymi znajomymi zasłabła, lekarze stwierdzili, że ma cukrzycę – dalsze badania wykazały, że poza cukrem – jest zdrową 66-latką. W ostatnim dniu przed odlotem (pierwszy tydzień września) wpadła do nas na pożegnalną herbatkę. Jak zawsze przy pożegnaniach naszedł wszystkich nostalgiczny nastrój, Ira snuła plany odnośnie działki, tego co zrobi jak za dwa lata znów przyleci do kraju. Nie przyleciała, ledwo tydzień po powrocie do Stanów dostała ciężkiego bólu brzucha – diagnoza była wyrokiem – rak trzustki. Nie miała ubezpieczenia obejmującego kompleksowe leczenie tej choroby. Lekarze rutynowo ją tylko otworzyli zaraz po zdiagnozowaniu – stwierdzając, iż złośliwy nowotwór jest już w ostatnim stadium z przerzutami do innych organów. Zastosowano środki przeciwbólowe i chemioterapię. Rozmawialiśmy z nią jeszcze dwa razy pod koniec października i po świętach bożego narodzenia – miała jeszcze nadzieję. Poddała się jakiejś znachorzej dietetycznej terapii – która dała jej złudną nadzieję wyzdrowienia. To były rozmowy straszne – wszyscy wiedzieli, że są nikłe szanse i wszyscy się wzajemnie okłamywali, że będzie dobrze. Choroba spotęgowała swoją aktywność pod koniec stycznia 2002 roku, bóle stały się nieznośnie. Pamiętam ten lutowy poranek 17-go w niedzielę, kiedy zadzwoniła jej córka: że Ira jest już w śpiączce – że to już koniec. Wytrzymała jeszcze tydzień. I tak się skończyła ciotka z Ameryki. Córki, które w latach 90-tych sprowadziła z Polski do Stanów – nigdy nie weszły nawet w cień swojej matki: otyłej, dobrotliwej, emocjonalnej a zarazem silnej i pełnej bijącego od niej – irracjonalnego zarazem – optymizmu; ciotki Areny. Niektórych ludzi szybko się zapomina, a ona ciągle żyje, ciągle się zaśmiewa aż do łez i przepala wódeczkę aż czuć zapach w całym domku… To są dopiero udane wakacje – zwłaszcza wieczory przy długiej kanapie z rodziną, wymieszaną z obcymi (podobno z dalszej rodziny) ludźmi, atmosfera biesiady i dużo marzeń, jutro będzie kolejny słoneczny dzień… Zatargi, zdrady, animozje – przy tym jednym stole są nieistotne. Wszystko co przynosi życie i co zabiera – zawiera się w tym roześmianym stole – który łączy nas ponad wszystko, przy którym wszyscy mają równe prawa, wszyscy snują jakąś opowieść, przyczyniając się do tej biesiady.  To były czasy! Szkoda, że już umarły.   

wtorek, 28 czerwca 2011

Cover FotoCounterparts – 1993

1.Animate 6:03

2.Stick It Out 4:30

3.Cut To The Chase 4:48

4.Nobody’s Hero 4:55

5.Between Sun & Moon 4:37

6.Alien Shore 5:47

7.The Speed Of Love 5:02

8.Double Agent 4:52

9.Leave That Thing Alone 4:05

10.Cold Fire 4:26

11.Everyday Glory 5:11

 

Rush wraca do pracy. Nic nowego. Od 20 lat prawie Rush jest w pracy. Nie różni się w pewnym sensie niczym od standardowego zakładu pracy, okresy urlopów są krótkie, czas produkcji i sprzedaży towarów jest długi i żmudny. Panowie z zespołu daleko mają do celebrytów, są zauważani przez media, jednak zamiast flirtów ze światem wolą swoje trudne rzemiosło. Mamy rok 1993, upłynęło około ośmiu miesięcy od zakończenia Roll The Bones Tour, zbliża się okrągła rocznica działalności zespołu (29 lipca 1994). Neil trochę w to niedowierza, że trzech dorosłych facetów, posiadających bogate życie rodzinne – od dwudziestu lat skacze i szaleje po scenie, sprzedając swoje albumy, ciągle tworząc nowe i znajdując wciąż i wciąż nowych fanów, i że się jeszcze nie pozabijali nawzajem, bo w swym trójkącie są konserwatywnie monogamiczni. Oczywiście, aby uczcić nadchodzącą rocznicę zespół postanawia nagrać nowy album. Najpierw jednak następuje pożegnanie ze starym producentem. Geddy mówi, iż zespół był zawiedziony zbyt łagodnym brzmieniem ostatniego albumu, przez co jego oceny zostały zaniżone, dlatego też trzeba poszukać świeżej krwi, młodszego spojrzenia, wyrobionego ucha, a zarazem kogoś doświadczonego, kogoś kto pozwoli uzyskać grupie wyraziste brzmienie. Nowym producentem zostaje Peter Collins – ten sam, z którym w 1985 roku Rush nagrał Power Windows i w 1987 roku Hold Your Fire. Peter dojrzał i zmienił podejście do muzyki, absolutnie się nie wtrącał do pracy inżynierów dźwięku. Zwłaszcza do pracy miłośnika surowych brzmień – Kevina Shirleya, dzięki któremu udało się Rush uzyskać zamierzony cięższy, gitarowy nastrój albumu, co od dawna postulował spragniony powrotu do korzeni Alex. Collins – pilnował tylko elementów formalnych utworów (aby brzmiały spójnie) oraz pomagał załatwić niezbędne efekty i ludzi od efektów (smyki do jednego z utworów, melotrony). Proces komponowania i rejestrowania materiału – nastąpił tam, gdzie muzycy Rush mieli na to ochotę. W latach 80-tych Collins ciągał zespół po świecie, aby uzyskać efekt świeżości – co do końca dla Rush nie wyszło na dobre. Tym razem zadecydowali chłopcy. Tradycyjnie po napisaniu szkieletów i nagraniu dem utworów – zespół na trzy miesiące zamknął się w Le Studio w Morin Heights, Quebec oraz w McClear Place, Toronto gdzie do końca czerwca 1993 roku nagrano nowy materiał.

19 października 1993 roku następuje premiera piętnastego studyjnego albumu Rush: Counterparts. Tytuł albumu zawiera się między oksfordzkimi znaczeniami: duplikat i przeciwieństwo w znaczeniu dopełnienia. Dopełnia się praktycznie wszystko, co nie stoi ze sobą w sprzeczności: dopełniają się relacje międzyludzkie, pary, rasy, prawo równouprawnienia płci, natury ludzkie w myśl teorii Animy/Animusa - Carla Junga. Cover FotoPrzeciwieństwa odbijają się od siebie, uzupełniając się – nie są zaś sprzeczne, są źródłem refleksji na temat naszej natury i cywilizacyjnego postępu. Ważne abyśmy wszyscy mieli chwilę na refleksję, nie tylko opartą na prostym wspomnieniu linearnych zdarzeń, ale abyśmy mogli spojrzeć w siebie jak opisuje to T. S. Eliot w Gerontion (1920) – „spojrzeć na siebie na pustyni luster”, może niekoniecznie z takim bagażem doświadczenia jak starzec „człowiek XIX wieku” po I Wojnie Światowej. Sprowadzając zaś tą myśl do samego Rush – „counterparts” – to określenie charakteryzujące poszczególnych członków zespołu. Perkusja, bas, gitara – uzupełniają się, tworzą całość; próby, muzyka, teksty, koncerty – dopełniają się tworząc grupę. A prawie dwadzieścia lat udanego związku, jakim jest ten zespół sprawił, iż muzycy pomimo wzajemnego dopełniania się, stanowią swoje duplikaty. Tak tłumaczył znaczenie tytułu i dominującą tematykę albumu – Neil Peart.

Albumem Counterparts Rush zaskoczył swoich fanów. Jest to bowiem połączenie dotychczasowego wyrafinowanego i żywiołowego grania zespołu ze znacznie cięższym brzmieniem. 40/41-letni panowie zaskoczyli zmianą konwencji, wokal Lee dla wzmocnienia został w wielu utworach nagrany na dwóch ścieżkach, Peart pod kierunkiem Freddiego Grubera zaczął zmieniać (wzbogacać) swój styl o elementy jazzu. Rush powrócił do hard-rockowego brzmienia, mimo to album jest zróżnicowany: mamy gitarę akustyczną, smyki, melotron, eksperymenty z melorecytacją, klawisze schodzą całkowicie na drugi plan – choć ich istotna obecność porównywana jest z tymi z Moving Pictures. Wreszcie mamy do czynienia z odważną tematyką. Feminizm, homoseksualizm, patologia w rodzinie, rasizm, tolerancja, stosunki partnerskie… Wszystko w myśl Counterparts – oparte gdzieś między innymi o Junga i Eliota. Album okrzyknięto „wielkim powrotem Rush”, uznano za najlepszy od czasu Moving Pictures, najwybitniejszy w latach 90-tych. Za grafikę odpowiadał jak zwykle Hugh Syme – okładka symbolizuje tytuł albumu. „Pozorne Trójkąty” z ostatniej strony okładki zainspirowane zostały artykułem z National Geographic vol. 182, 11 Nov. 1992. Inspiracją dla książeczki był Cover Art kompilacyjnego albumu Pink Floyd – A Nice Pair (1973).

Album otwiera potężny Animate . Rozpoczyna się odliczaniem w wykonaniu Neila, następnie niesamowitym perkusyjnym wstępem (mój znajomy perkusista uwielbia partie Pearta z Animate). Po chwili, na ów wstęp nałożona zostaje jednolita ściana dźwięków – surowej gitary, basu i klawiszowego wsparcia. Utwór skupia się wokół ciężkiego refrenu – zamieniając miejscami tradycyjny układ: zwrotka-refren. Po refrenach następują zwrotki, muzycznie klimat zmienia się nieznacznie – zwrotkę prowadzi gitara i bas – linia perkusji wydaje się być jednolita z refrenem. Drugą zwrotkę prowadzi w większości sam bas, gitara pojawia się tylko w niektórych miejscach. Tak skonstruowany utwór zostaje nagle przełamany po trzecim refrenie kiedy w minucie 3:19 – przybrudzona gitara zaczyna wciągać nas pseudosolówką w nastrojową, finałową część utworu. Wszystko zwalnia, prowadzi nas solo Alexa, perkusja wybija w tle różne układy dźwięków, Geddy bawi się swoją gitarą – i śpiewa spokojnie pierwszą z finałowych zwrotek. Po niej następuje właściwy gitarowy finał (3:59-4:18), w solówkę wchodzi, bez zapowiedzi druga z finałowych zwrotek. Po zwrotce mamy błyskawiczny perkusyjny szał i powrót do monumentalnego refrenu. Tekst utworu wydawałby się skierowany jest do kobiety. Nic bardziej mylnego, to jest prośba męskiego pierwiastka osobowości – animusa do żeńskiego pierwiastka osobowości – animy o dopełnienie i uczłowieczenie mężczyzny, będącego podmiotem lirycznym. W myśl filozofii Carla Junga człowiek ma dwie natury męską i żeńską. Motyw ten wykorzystał pisarz Tom Robbins (1936) w Skinny Legs And All (1990), z której czerpał również inspirację Peart. W zwrotkach Neil powrócił do motywów z wiersza Kubla Khan, Samuela Taylora Coleridge’a (1772-1834). Peart ostatecznie dochodzi do przekonania, iż męski pierwiastek powinien „delikatnie dominować” w dwoistej męskiej naturze. Jednak zadanie żeńskiego pierwiastka, dla równowagi psychicznej człowieka jest niezbędne do:

Polarize me
Sensitize me
Criticize me
Civilize me
Compensate me
Animate me
Complicate me
Elevate me.

Stick It Out – to pozycja numer dwa. Rush chyba jeszcze nigdy nie brzmiał tak ciężko. Cały utwór opiera się na prostych gitarowych akordach, wspartych mocną basową ścianą dźwięków nadającą rytmikę. Perkusja zagęszcza jeszcze bardziej ten gęsto tkany, duszny klimat utworu. Refreny są popisem szału instrumentalnego muzyków, choć nie odbiegają daleko od i tak dynamicznej konwencji zwrotek. Dopiero trzecia zwrotka od minuty 2:09 – stanowi odrobinę zaledwie schładzający agresywną dynamikę utworu most. Wtedy też, nawet w tym gitarowym temacie – mamy chwilę dla subtelnych klawiszy – przypominających, że to dalej jest Rush.Cover Foto Trzecia zwrotka kończy się dynamiczną solówką Alexa (2:40-2:56), po której następuje powtórzenie drugiej części pierwszej zwrotki i finałowy refren. Stick It Out to utwór o dwóch przeciwstawnych cechach, ukazanych w ironicznym świetle: męstwo i cierpliwość. Dla Pearta są one zarówno duplikatami, jak i uzupełniającymi się przeciwieństwami. Tekst jest formą odezwy do młodego człowieka: z jednej strony każe zaufać swojemu instynktowi, z drugiej nakazuje robić wszystko z wielką ostrożnością. Niby to sprzeczność, ale czy nie dopełnienie? Wyrzuć z siebie gniew, nie trzymaj języka za zębami, nie chowaj swojej dumy – taką postawę pochwala Peart, za wszelką cenę trzeba unikać poprawności „politycznej”. Świat narzuca nam pewne schematy zachowań – tak sugestywnie, że nie wiemy do końca co robić. Poszukajmy cierpliwie własnej drogi.

Trzecią pozycją jest Cut To The Chase . Jest to kolejny cięższy utwór. Zwrotki skonstruowane są wokół budującej napięcie szarpanej gitary i minimalizmu pozostałego instrumentarium (zwłaszcza zwrotka pierwsza). Refreny są zdynamizowane przez ciężką akordową gitarę i poprzedzone mostem łączącym je ze zwrotkami. Mostki stanowią zerwanie z minimalizmem instrumentalnym w zwrotkach (jest i dynamiczna perkusja, i klawisze udające organy). Po drugim refrenie następuje, jak to mówią w Stanach, epicka solówka Alexa (2:43-3:09) – jedna z jego najbardziej popisowych – aczkolwiek odbiegająca znacznie od konwencji Rush. Trzecia zwrotka odchodzi stylistycznie od dwóch poprzednich i jest bardziej rozwinięciem motywu muzycznego znanego nam już z refrenów. Zakończenie utworu, jak zwykle w Rush, stanowi kolejna powtórka refrenu. Cut To The Chase – jest kolejną opowieścią Pearta na temat pochwalanych przez niego postaw. Zresztą użył też jednej ze swoich ulubionych form przekazu – mianowicie tekstu z motywami motoryzacyjnymi. Można odnieść wrażenie, że tekst traktuje od pędzącym przez hajłeje usańskie (autostrady) motocyklu bez jeźdźca. Ale nie, tu chodzi o człowieka, który sam decyduje o swoim życiu, będąc skrojonym na miarę – wie na co go stać i co może zaryzykować. Pomimo opinii innych ludzi, że marnuje swój czas. Ten silnik sam prowadzi, wybierając drogą pod górę. W życiu nie wszystko można osiągnąć idąc na łatwiznę. Nie możesz powstrzymać jego ruchu. Zresztą jak mawia Neil Peart: od ruchu gorszy jest tylko brak ruchu! Od działania gorszy jest tylko marazm. Podmiot liryczny gotów jest podjąć ryzyko, aby osiągnąć cele. Niebezpieczeństwu – o którym mu prawią morały ludzie dookoła – jest w stanie sprostać. W tekście pojawia się wyraźna pochwała zachodniego stylu życia. Jest to utwór o dążeniu do szczęścia. Frazę „dążenie do szczęścia” – Neil Peart uznaje za jedną z najbardziej udanych i istotnych w historii. Jednak szczęściem nie są chwilowe przyjemności. Szczęściem jest możliwość pogoni i realizacji – planów, marzeń, idei i ideałów. Tym, którym odebrano możliwość samorealizacji – odebrano poniekąd sens życia, przynajmniej na kontynencie amerykańskim…

Nobody’s Hero – jest czwartym utworem na Counterparts. Jest to jedna z najpiękniejszych Rushllad w historii grupy. I nie bez kozery używam tej nazwy – jest to ballada w stylu Rush na szybko, odbiegająca daleko od typowego balladowego dzieła jakim było na przykład Bravado z poprzedniej płyty. Utwór rozpoczyna szybki motyw na gitarze akustycznej, co jest już mocno kontrastującym elementem z wcześniejszymi hardrockowymi kompozycjami. Na motywie otwierającym oparta jest pierwsza zwrotka, wsparta w drugiej części przez grupę smyczkową pod batutą Michaela A. Kamena (1948-2003). Smyki będą pojawiać się przez cały utwór, odgrywając rolę zazwyczaj wspierających kompozycję klawiszy, choć ich rola będzie wzrastać. Refren zaczyna uderzenie całego instrumentarium: pojawia się bas, perkusja i elektryczna gitara nałożona na akustyczną podkładkę.Cover Foto Melodia refrenu wraz z pełnym emocji wokalem szybko tworzy podniosły nastrój. Drugą zwrotkę rozpoczyna dynamiczna gitara elektryczna (czymś w stylu mini solówki) nałożona na wyraźnie słyszalną akustyczną. Gitara akustyczna szybko przejmuje prym, tym razem już w towarzystwie basu i perkusji. Drugi refren jest silniej zdominowany przez dźwięki skrzypiec, analogicznie w trzecim refrenie smyki mają już prawie połowę pasma brzmieniowego dla siebie. Po drugim refrenie mamy gitarowy finał (2:50-3:08) nałożony na stały akustyczny motyw. Po finale mamy powtórzenie drugiej części, wspólnej obu zwrotek i smyczkowy refren, którego temat będzie ciągnął się aż do końca utworu. Nobody’s Hero – to piosenka w której Neil zestawia wartości, zarazem oddając hołd swojemu zmarłemu na AIDS przyjacielowi oraz bestialsko zamordowanej w 1992 roku nastolatce Kristen French. Zastanawia się nad heroicznością tych postaci. Czy sam fakt tragicznej śmierci młodej dziewczyny oraz przynależność do mniejszości seksualnej bohatera pierwszej zwrotki – uprawnia do nazwania ich losu bohaterskim? Oczywiście, że... Tak! Neil idąc prostym zestawieniem – zamierzonym banałem – naświetla hierarchię wartości, które przyjmuje, między kanonami postaw znajduje też miejsce dla jednostki. Bohaterem byłby ten kto uratował by dziewczynę lub wynalazł lek na HIV, na równi z samymi protagonistami. Peart potępia patologię, która doprowadziła do śmierci dziewczyny, ukazuje swój przyjazny stosunek do mniejszości homoseksualnej. Imprezował razem ze swoim kumplem gejem i poznał dzięki niemu szerszą rzeczywistość. Łamiąc stereotypy – pisze, iż nigdy nie czuł żadnego zagrożenia ze strony homoseksualnych przyjaciół. Mamy rok 1993, tęczowa Kanada walczy o prawa, dopiero w 1996 roku mieszkańcy LGBT tego kraju zaczynają otrzymywać pierwsze ustawy równouprawniające. Co ciekawe postawa i wartości Pearta – przedstawione w tym utworze – są raczej lewicujące. Owo bohaterstwo w hierarchii wartości to najpierw uczynienie czegoś dla ogółu, dla drugiego człowieka, a dopiero potem sama postawa, lub tragedia wynikająca z danej postawy (heroiczność). Jest to sprzeczne z randowskim indywidualizmem – który gardzi kolektywem i nie pochwala nawet zainteresowania drugim człowiekiem (jednostką żyjącą obok nas) – egoizm ponad wszystko. Peart pokazuje jak daleko odszedł, ewoluował, odwrócił orbitę zainteresowań, zrezygnował z części poglądów tzw. prawicowych (choć to określenie jest raczej stygmatem określającym polski system wartości politycznych) na rzecz poglądów centrowych (j.w.), liberalnych ekonomicznie i nieznacznie socjalizujących społecznie. Takie przedstawienie problemu ściągnęło na Rush łatkę grupy wspierającej homopropagandę. Zespół nie skomentował tego zarzutu. 

I knew he was different, in his sexuality
I went to his parties, as a straight minority
It never seemed a threat to my masculinity
He only introduced me to a wider reality
As the years went by, we drifted apart
When I heard that he was gone
I felt a shadow cross my heart
But he's nobody's - hero

Piątą propozycją jest jeden z moich faworytów z tego albumu Between Sun & Moon . Po kilku agresywnych utworach i jednej Rushlladzie – mamy wreszcie rzadko spotykany w twórczości Rush: dobry stary rock’n’roll, oczywiście podlany typowym dla zespołu klimatem i pewną dozą humoru – zwłaszcza w żartobliwym refrenie. Wszystko zaczyna się z marszu, żadnego wstępu – same akordy, zwrotka ledwie wsparta klawiszowym łoskotem. Trudno się zresztą połapać, co jest zwrotką a co para-refrenem i czy nie jest on drugą częścią zwrotki? Zdecydowanie nie jest, muzycznie wszystko ulega dynamizacji, podbiciu – dalej utrzymując się jednak w konwencji. Wreszcie mamy właściwy refren – będący kontynuacją poprzedniego elementu, gdyż z racji swej irracjonalności lirycznej nie miał by prawa istnieć samoistnie. Ów refren jest formą kpiny i muzycznego rozwinięcia tematu para-refrenu. Geddy śpiewa: “aah aah yes to yes, to aah aah to yes, why the sun, why the sun”. Drugi refren to już totalne jajo – otwierające tekst “aah aah” jest przeciągnięte i przepuszczone przez jakiś vocoder lub inne urządzenie mutujące głos – przez co brzmi to jakby Lee był pod wpływem silnych środków odurzających lub podkładał głos do taniego filmu erotycznego. Panowie z Rush mieli pewnie przy tym masę zabawy, zresztą słuchacz też ją ma, bo Geddy niezbyt często dzieli się swoimi wokalnymi impresjami, stąd każda inicjatywa jest cenna. Po drugim refrenie następuje kulminacja utworu (2:39-3:21) – bez wyraźnie zarysowanej solówki – panowie po prostu grają i dają czadu (nie tylko w tym instrumentalnym fragmencie).Cover Foto Gitary, bas, perkusja i klawisze – wszystko co wpadnie triu o nazwie Rush w łapy – wydaje mnóstwo pozytywnych wibracji. W tej grze słychać masę entuzjazmu i dobrej zabawy. Ostatnia zwrotka odbiega stylistycznie od dwóch wcześniejszych – rock’n’roll wyłącza charakterystyczną gitarę; zwrotkę prowadzi bas, spokojna perkusja i organy – a brzmi to bardzo ciekawie. Zresztą jak na konwencję muzyczną jaką przyjął Rush, ten utwór jest nadzwyczaj świeży i zabawny. Końcówka to znów powtórzenie para-refrenu i refrenu. Tekst pierwotnie napisał Pye Dubois w 1992 roku. Peart po zapoznaniu się z wierszem, postanowił przerobić i wykorzystać go dla potrzeb nowego albumu. I tak na bazie szkieletu pomysłu Duboisa – powstał tekst oddający niepokój twórczy Pearta w okresie Counterparts. Pustynia luster, samotnia refleksji. Tajemnicze miejsce nad jeziorem między słońcem a księżycem – to błyskotliwa przenośnia na ową pustelnię. Tam bohaterowie lub tylko sam podmiot liryczny poszukują odpowiedzi na dręczące ich pytania. To miejsce istnieje naprawdę, między szeptem a krzykiem, pomiędzy zastanowieniem a zwątpieniem. Tam można dostrzec zacierające się różnice, różnice które się uzupełniają: między aktorem a sztuką, granicę między miłością a złudzeniem. Dlaczego dobrze jest się schować we własnych świątyniach rozważań? Aby nie zwariować, aby nie zacząć modlić się do słońca, ani wyć do księżyca. Potrzebujemy czasem chwili przerwy w codziennym pędzie.

 

Następny odcinek: 5.VII.2011

Dla chętnych: Animate z 22 marca 1994 roku z Auburn Hills, Michigan, USA, Counterparts Tour. Klip do Stick It Out. Nobody’s Hero w dwóch wersjach na żywo (Alex grający na dwóch wiosłach ach!!!) z 22 marca 1994 (j.w.) oraz klip do tego utworu. A na koniec Between Sun & Moon z bliżej nieokreślonego miejsca podczas Vapour Trails Tour z 2002 roku. 

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Czas tego roku jest wyjątkowo okrutny. Poza krótkim zachwytem rodzącą się wiosną, prawie nic mnie nie bawi. Straciłem szanse na pracę marzenie, choć dopiero do mnie dociera – jaka okazja mnie ominęła. Wszystko wydaje się dość nijakie i bez polotu, monotonne. Zaczęło się lato – fajnie, co mnie ono obchodzi? Przestałem być chłopcem. Chłopcy czują kiedy przychodzi lato, kiedy są wolni i mogą robić co chcą, nawet jeśli już wyrośli ze szkół i uczelni, nawet w pracy lub bez pracy czują wiatr w skrzydłach. Ja nie. Kiedyś się podniecałem na blogu, jakimiś pierdołami a teraz wiem, że są to nic niewarte bzdety. Alternatywą dla chłopca jest dziad, zgrzybiały, zgnuśniały dziad, nudziarz. I właśnie staję się takim dziadem. Pewnie już od jakiegoś czasu się nim staję, ale teraz to dostrzegłem. Kurczowo trzymam się swojego związku – ostatniej alternatywy na pogodne życie. A kiedy zostaję sam – mam ochotę usiąść i nic nie robić, nic nie robić godzinami, tygodniami, miesiącami. Nic mnie nie ciekawi, nie pociąga – a nawet to, co robię na swojego bloga – moja seria notek, tak bardzo mnie męczy, że mam ochotę rzucić wszystko w cholerę. Jako twórca i odbiorca – własnej działalności wirtualnej – mam jej dość.

Pewnego razu poszliśmy z mężem do restauracji w niedzielne popołudnie. A tam szok! Kelner okazał się być kolegą z pracy I’. Dorabia w tej restauracji w soboty i niedziele. W tygodniu pracuje jako „ktośtam” od rodziny (ukrywając skrzętnie, że jest gejem) – bo „kimśtam” od rodziny – w Polsce nie może być pedał. Ponadto robi jeszcze na 3 innych etatach, z kelnerką włącznie. Podobno jest w szczęśliwym związku. Trudno nie być, jeśli się jest w pracy: od poniedziałku do poniedziałku. Nasza wspólna, z Natalką O. znajoma – pracuje codziennie po 12 godzin, kocha swoją pracę, nie ma nic ponad pracę, nie ma dnia urlopu na znajomych – tylko praca i praca, modli się do pracy. Jeśli alternatywą dla dziada jest taka postawa jak dwie powyższe – to wybaczcie kupię sobie pistolet… Ja już to przerabiałem, lepszy jest sznur niż jakiekolwiek pieniądze, których i tak nie ma czasu wydać – no chyba, że się składa na zacny pogrzeb.

Jakby tego było mało – wczoraj się spotkaliśmy wraz z I’ z młodym, osiedlowym gejątkiem. Świeża krew, świeże mięso – człowiek od razu odżywa widząc młodą istotę. Człowieka nieskażonego, lekko dzikiego, naiwnego i zarazem ufnego. Ja też tak kiedyś byłem. Stałem nad brzegiem jeziora i kijem sprawdzałem dno, uciekając panicznie na brzeg, kiedy cokolwiek mnie zaniepokoiło. Nasz młody kompan – ma jeszcze tyle ideałów, tyle wiary w naiwne marzenia, w szlachetność Świata i ludzi. Aż chce się go przytulić i wykrzyczeć: spierdalaj stąd chłopaku, z tego miasta, z tego kraju – goń swoje marzenia, tu wszyscy cię zgnoją i zrównają do szeregu – szarych obywateli. Z drugiej strony – moja naturalna podłość i cynizm podszeptują mi, aby poczekać: bo już za chwilę, za króciutką chwilę – marzenia i ideały tego chłopca runą jak zamek z piasku. Stanie się takim samym dziadem jak ja. Bo każdy musi dostać w pysk swoją partię batów. Jak to będzie satysfakcja – kiedy chłopca pokryje łuska zawodu, niechęci, straty. Będzie taki jak wszyscy – szary. Wtedy założymy klub „zgnuśniałego dziada”: miejsce lamentów, narzekania i dopingowania w szybkim upadku tych, którzy się jeszcze trzymają.



wtorek, 21 czerwca 2011

Cover FotoRoll The Bones – 1991

1.Dreamline 4:36

2.Bravado 4:35

3.Roll The Bones 5:30

4.Face Up 3:53

5.Where’s My Thing? (Part IV “Gangster Of Boats” Trilogy) 3:49

6.The Big Wheel 5:13

7.Heresy 5:25

8.Ghost Of A Chance 5:19

9.Neurotica 4:40

10.You Bet Your Life 5:00

 

Piątą pozycją z Roll The Bones – jest zagadkowo nazwany utwór Where’s My Thing?(Part IV „Gangster Of Boats” Trilogy) . Ten posiadający najdłuższy tytuł numer jest jednoczenie najkrótszą kompozycją na całym albumie. Ponadto jest to utwór instrumentalny, pierwszy od 1981 roku (YYZ z Moving Pictures). Całą dekadę kazał Rush czekać na kolejny popis, na trzeci w pełni instrumentalny utwór na albumie. Jest to też oczywiście jasny sygnał: wracamy z dalekiej wyprawy. Żartobliwy tytuł utworu wynika stąd, iż Neil Peart długo nie mógł wymyślić nazwy na nowe dziełko – wobec czego Alex i Geddy wymyślili własny tytuł (w nawiasie), którego pochodzenie jest nieznane; zaś określenie, iż jest to część jakiejś większej całości było już kompletnym żartem. Wraz z Where’s My Thing? (...) stawiam zasadnicze pytanie, czy Polacy znają twórczość Rush? Może Polacy nie, ale dziesiątki słuchaczy Radiowej Trójki zapewne, gdyż przez długie lata (nie wiem jak teraz, bo moje drogi po 2008 roku się troszkę rozeszły z radiem w ogóle) wstęp tego utworu otwierał jedną z najpopularniejszych audycji muzycznych programu trzeciego (nie wiem czy nie listy przebojów – nie chcę w tej chwili kłamać). To było podprogowe 20-25 sekund oddziaływania Rush na Polskę. Tak jak pisałem to już kilkakrotnie – instrumentale Rush są utworami równie dobrymi, a nawet lepszymi od utworów wokalnych. Zatem do słuchania!

Drugą połowę albumu otwiera The Big Wheel . Przez zwolenników Szatana okrzyknięty kolejną prodiaboliczną kompozycją Rush. Utwór otwiera potężny i charakterystyczny wstęp oparty na podstawowym żywym instrumentarium zespołu oraz na zabawie z interwałami – co Rush robił już wielokrotnie – czasem zmieniając skale i tony a czasem nie.Cover Foto Całość wstępu zostaje okraszona nieprzerwanymi, przenikliwymi, doskonale dobranymi klawiszami, które będą pojawiały się jeszcze w kilku momentach utworu. Wstęp posiada jeszcze króciutkie rozwinięcie – w którym dominującą rolę przejmuje gitara. Wraz z rozpoczęciem zwrotki, całość ciekawie zapowiadającego się utworu ulega spłaszczeniu i zbytniemu uproszczeniu. W refrenach powracać będzie gitarowe rozwinięcie wstępu oraz cudowne klawisze, zwrotki będą oparte na prostym akordzie. Niewątpliwym plusem tego utworu jest kadłubowa solówka Alexa (2:54-3:08). The Big Wheel z lekka oddala się od tematyki dominującej pierwszą połowę. Tym razem przenosi ciężar na podmiot liryczny – którym jest sam Neil Peart. To jest po części jego wspomnienie. Wspomnienie gry w życie, walki i wyborów. Istnienie przyrównane do diabelskiego młyna – jest mimo wszystko dość pesymistyczną wizją. Peart pisze moim zdaniem jeden z najciekawszych (całkowicie programowych) swoich tekstów. „Byłem tylko dzieciakiem – zbyt mało wiedziałem by się bać. Grając w tą grę – lecz  nie tak jak starsi chłopcy. Nic do stracenia – a może miałem coś do zaoferowania? Byłem tylko dzieciakiem na świętej krucjacie. Nie miałem zaufania do wiary, którą mi podano. Nie szukałem szansy w odłożonym raju. Byłem tylko dzieciakiem włóczącym się w transie. Więźniem losu, ofiarą zbiegów okoliczności. Przygotowano mnie na chwałę, lecz bilety wcześniej wyprzedano. Byłem tylko dzieciakiem, który odszedł nie oglądając się za siebie. Zmierzającym do bankructwa, idącym za kolejną szansą. Mającym nadzieję na niebo – nadzieję na wspaniały romans. Jeśli dobrze zatańczę. Młyn się kręci zatrzymując się w chwilowym zwątpieniu. Próbując swoich szans znajdziesz właściwe odpowiedzi. Kiedy rozpocznie się sąd ostateczny. Młyn się kręci zatrzymując się na uśmiechu losu. Życie reżyserowane w nieoczekiwany sposób. Czasami wygrywają nieparzyste. Tak kręci się diabelski młyn…” Mierne polskie tłumaczenie nie oddaje siły tych słów, mocy przekonań, determinacji i konsekwencji człowieka, który je wypowiada (pisze czy śpiewa). Wielu zarzucało Peart’owi hipokryzję. A ja wam mówię, że nie ma żadnych podstaw, by temu facetowi nie wierzyć. Co więcej, kiedy pisał teksty jako zasmarkany dwudziestoparolatek – jego kręgosłup ideowy był już w zasadniczym stopniu ukształtowany – Peart nigdy nie wyparł się żadnego swojego tekstu ani przekazu. Skrytykował swoje pewne postawy, ewoluował, ale nigdy nie zaprzeczył – taka postawa charakteryzuje jednak tylko znakomite jednostki. Jego filozofia życiowa miała przejść w latach 90-tych poważny i tragiczny test – bo takie jest życie, niesprawiedliwe – czasem wygrywają nieparzyste, a czasem zwycięzca nie bierze nic. Szatany i Szataniści – umiłowali sobie ten tekst, a zwłaszcza refren udowadniając a priori zamiłowanie Pearta do filozofii i ideologii, różnego pokroju debili intelektualnych z kręgów satanistycznych (kiedyś dawno temu się nad tym rozpisałem, a teraz mi się nie chce). Niestety Piekielnicy nie posłuchali utworu numer osiem, z tego samego albumu – w którym Peart jasno określa swoją wiarę i potrzeby odnośnie pewnych standardów międzyludzkich zachowań. W każdym razie idąc tropem Złego – jest to utwór mówiący o tym, aby chodzić po świecie i folgować sobie bezkarnie – czerpiąc garściami z życia i jego zmysłowych przyjemności. Peart nigdy nie potępiał takiej postawy – ale o czym zapomniały Diabliki – dokładał do swojej wykładni pewien aspekt humanistyczny, (??)moralny/etyczny(??), oparty na swoistej klasyce (w porównaniu z XIX i XX wieczną myślą Złego) filozoficznej. Zatem do tych, którzy rozumieją (z szerokiego kontekstu) lub nie pojmują wcale:

Playing for time
Don't want to wait for heaven
Looking for love
For an angel to forgive my sins
Playing with fire
Chasing something new to believe in
Looking for love
The way the big wheel spins

Heresy – to utrzymany w dość spokojnym klimacie utwór zaangażowany. Otwiera go narastający perkusyjny wstęp, który po 10 sekundzie dopiero zostaje poszerzony o klawisze i łagodny bas z ciekawą akordową gitarą. Pierwsze dwie długie zwrotki utrzymane są w stonowanym klimacie: nad słuchaczem krąży klawiszowe tło oraz drugi klawiszowy motyw będący wypadkową syntetycznego brzmienia, gdzieś na pograniczu klawesynu i klawikordu.Cover Foto Przesterowana gitara w pierwszej zwrotce przypomina różne zabawy Alexa z drugiej połowy lat 80-tych. W drugiej zwrotce znika klawesyn, zostaje tylko tło, a gitara ze wsparciem basu zamienia się w potężne narzędzie rodem z lat 90-tych, choć ukryta jednak za wokalem. Na uwagę zwraca też bardzo interesująca linia perkusji. (Inspiracją Neila było jedno z plemiennych afrykańskich świąt, jakie miał okazję widzieć podczas przeprawy przez Togo. Pewnej nocy usłyszał kilka ciekawych partii bębnów i stwierdził, że musi je wykorzystać w Rush). Prosty refren oparty na gitarze i troszkę szybszym metrum, jest jedynym dopełnieniem utworu. Po nim następuje trzecia zwrotka i refren poprzedzony dłuższą instrumentalną przygrywką. Nad całym utworem dominuje, co jakiś czas przejmowany przez gitarę (w formie pseudo-solowego popisu), motyw klawiszy z tła. Kiedy w 1989 roku dokonała się dekonstrukcja Bloku Wschodniego, wielu artystów sztuk wszelakich, zaczęło dość bezmyślnie tworzyć pochwalne peany dla mądrości narodów, pokojowości zmian i takie tam bla bla bla. Tymczasem pragmatyczny Rush się pyta: kto za to wszystko zapłaci? Za zmarnowane lata, za to wielkie półwieczne kłamstwo. Peart we wspomnieniach pisze, że szał radości z powodu upadku żelaznej kurtyny szybko przemieni się w zawód. Zbyt długo ludzie żyjący w tych krajach – mieli papier toaletowy na kartki, paskudne samochody, okropne ubrania itd. Ci ludzie w nowej rzeczywistości się pogubią. Będą musieli zapłacić za komunizm, za czyjąś chorą ideologię, w którą zostali wtłoczeni i w której zostali wychowani. W tekście Peart pyta i stawia dziś już oczywiste i prawdziwe przypuszczenia. Kto zwróci tym wszystkim ludziom stracone lata? Ludzie zaczną szturmować supermarkety, aby kupić swoje fantazje, będą kupować i pożyczać pieniądze na więcej. Z jednego dyktatu wpadną w następny. Peart zastanawia się też, jak rozliczyć się z historią i odsuniętą władzą. Pisze słowa, za które będą kłaść mu u stóp czerwone sztandary oraz opluwać za skręt w lewo:

Do we have to be forgiving at last?
What else can we do?
Do we have to say goodbye to the past?
Yes I guess we do

Bo co możemy lepszego zrobić? Zabijać, lustrować, więzić? Mamy się stać oprawcami? Nie wiem czy potrafię do końca zgodzić z tą wizją – gdyż uważam że historia ma prawo osądzać wszystkich, ale po śmierci. Jednak jednostki, które własnoręcznie dokonywały zbrodni powinny być ukarane. Jak również ci, którzy tworzyli tzw. rząd. Lustracja i to całe prawicowe paskudztwo teczkowe, wobec wszystkich innych powinno być zaniechane, a nawet ścigane. Nie wybieramy bowiem czasów w jakich przychodzi nam żyć, w każdych czasach jednak możemy być porządnymi ludźmi albo bandytami – niezależnie od stanowisk jakie piastujemy.

Ghost Of A Chance – to dla mnie najważniejszy utwór na Roll The Bones. Jak to określił Neil Peart – to materiał na hit. I miał oczywiście rację. Utwór rozpoczyna prosty akordowy rockowy wstęp podparty klawiszowym tłem. W zwrotkach rock’n’rollowy pazur wychodzi jeszcze okazalej – zarówno dość prosta perkusja, bas i gitara – wszystkie mają swoje równoważne miejsce. Wtem następuje refren – wszystko cichnie, robi się klimatycznie i tajemniczo.Cover Foto Klawisze ładnie ciągną, gitarka plumka i zawodzi, perkusja stuka, Geddy snuje wyznanie wiary według Rush. W największym stopniu moje wyznanie. Potem znów rockowa zwrotka i znów nastrojowy refren. To dobrze nam znany piosenkowy silnik Rush – i co z tego? Jeśli jest to utwór, w którym można się zatracić i rozpłynąć. Bo ja wierzę w to, co oni mi mówią w tym misterium, to jest bardzo moje – dzielimy się wspólnotą przekonań (nie wszystkich – większości). Bo wierzyłem w ten cholerny cień szansy i wierzę, że to może trwać, że nie ma tu żadnego mistycznego romantyzmu, żadnych kretyńskich motylków, żadnych złudzeń w tej maskaradzie… Tylko drugi człowiek. No i jeszcze ta solówka Alexa (3:49-4:22) bosh, I believe! Nie ma sensu opisywania tekstu zwrotek, można sobie przeczytać – prosty, komponujący się z tematyką albumu tekst, a w sumie rozważania na temat zjawiskowości egzystencji i zadziwiającego fenomenu jakim jest odnajdywanie się nawzajem istot ludzkich, w tej grze przypadku i okoliczności zwanej życiem.

Somehow we find each other
Through all that masquerade

Somehow we found each other
Somehow we have stayed
In a state of grace

I don't believe in destiny
Or the guiding hand of fate
I don't believe in forever
Or love as a mystical state
I don't believe in the stars or the planets
Or angels watching from above
But I believe there's a ghost of a chance we can find someone to love
And make it last...

Dziewiątym utworem jest Neurotica . Jest to kolejny naprawdę interesujący utwór na płycie – zarówno muzycznie jaki i tekstowo. Rozpoczyna go przeciągły dźwięk niskiego basu. Po chwili wchodzą klawisze symulujące organy i mocna, acz oparta na prostych akordach nieśpieszna gitara. Na tym temacie zbudowane są zwrotki (w drugiej zwrotce jak zwykle jest ciekawiej – zwłaszcza jeśli idzie o gitary). Każda zwrotka zwieńczona jest para-refrenem, który zapowiada zmiana akordowych chwytów i dynamizacja partii basu i perkusji.Cover Foto Motyw para-refrenu zmienia się płynnie w refren – w którym gitara schodzi na drugi plan, a pałeczkę lidera przejmuje bas. Po drugim refrenie utwór rozciąga instrumentalna wstawka, a trzecia zwrotka, która po niej następuje, jest – jak często to bywa w kompozycjach Rush – wyraźnie odmienna od dwóch pierwszych, ciekawsza, inaczej zagrana… Ostatnią zwrotkę wieńczy gitarowy finał Alexa (3:25-3:40), no i (co oczywiste) powtórka refrenu. Neurotica, jak to stwierdził w komentarzu do utworu Neil Peart, to piosenka o grupie pewnych ludzi, którzy nie potrafią sobie poradzić ze światem ani samymi sobą. Nie potrafią zrozumieć zasad kierujących światem i międzyludzkimi relacjami. Czują się bezsilni i bezradni – wariują. Marnują swoje życie w urojeniach, paranojach, bezcelowej złości i nerwicach. Ich najbliżsi częstokroć na tym cierpią – życie z taką osobą sprawia wiele przykrości. Znajomości stają się napięte, pary się rozpadają, a dzieci zostają skrzywione emocjonalnie… Takie relacje powinno się zerwać – co jest oczywiście pobożnym życzeniem. Tekst jest formą wypowiedzi mężczyzny do kobiety – jego partnerki, która ma właśnie problem ze sobą i ze światem. „Życie to diament, który marnujesz, zmieniając w pył. Czekając na ratunek, którego nigdy nie dostaniesz”.

Ostatnim, dziesiątym utworem na Roll The Bones jest You Bet Your Life . I jest to utwór, którego przez lata szczerze nienawidziłem. Zaczynają go dziwaczne dźwięki perkusji, po nich równie dziwaczna gitara. Po krótkim wstępie rozpoczyna się pierwsza seria: zwrotka-refren, spokojny klimat zwrotki opartej na basie i gitarze przypominającej lata 80-te, łamie dziwacznie podbity gitarowym szarpaniem refren. Całość powtarza się jeszcze raz – po czym po drugim refrenie – wszystko nagle staje się melodyczne i rytmiczne do bólu (przez co słuchacz ma mylne wrażenie, że wcześniejsze partie utworu są dysharmoniczne). Następuje refren-mantra, dziwaczny eksperyment na koniec. Geddy na pierwszym planie, jak gdyby nigdy nic: śpiewa do melodii tytuł utworu, gdy tymczasem w tle leci monotonnie nagrana litania tych, którzy grają o życie. Inspiracja dla utworu i oczywistego tytułu nie jest chyba żadną zagadką? Pochodzi z teleturnieju radiowo-telewizyjnego ukazującego się w latach 1947-1960 w amerykańskim radiu ABC i telewizji NBC-TV, prowadzonego przez kultowego komika i aktora Groucho Marxa (1890-1977). Na zasadzie paraleli jak i bohaterowie turnieju, tak i bohaterowie tekstu Neila Pearta grają o życie. Nie istotne jest kim kto jest, jakie ma poglądy, pochodzenie, kolor skóry, ani w co wierzy – każdy na swój sposób bierze udział w tej grze. Jeszcze jeden myśliwy, ćpun na haju, ofiara własnych czynów, w kolejnym dniu z życia nabitego pistoletu. Jeszcze jeden zwycięzca przepijający fortunę, wyspa w huraganie, straceniec…

Zagraj o swoje życie
Anarchisto reakcjonisto sługusie rewizjonisto
Hindusie muzułmaninie katoliku kreacjonisto/ewolucjonisto
Racjonalisto romantyku mistyku cyniczny idealisto
Minimalistyczny ekspresjonisto postmodernistyczny neosymbolisto
Naukowcu od rakiet egzystencjalisto od graffiti
Dekonstrukcjonistyczny prymitywie fotorealistyczny twórco
Muzyku be-bopowy albo hip-hopowy popowy metalowcu
Twórco złotych płyt dla starszych wielkomiejski kapitalisto
Zagraj o swoje życie.

Piękna puenta.

Cover FotoRoll The Bones okazał się dla Rush ogromnym sukcesem, nawet pomimo wielu cierpkich słów: że zespół (średnia wieku muzyków 38/39 lat) „pięknie się postarzał”, jak pisała polska prasa muzyczna (bo niby atutem Rush miał być tylko wokal Lee – większej bzdury nie czytałem, poza tym tak czy siak wokal Lee niezależnie od okresu jest atutem, gdyż jest dość niestandardowy). W samych Stanach album sprzedał się w milionowym nakładzie. Zespół zdobył kolejną platynę też w Kanadzie. Historycznie również uplasował się jak Moving Pictures na 3 pozycji The Billboard 200 w USA. W Kanadzie uplasował się na 1 pozycji, a w UK zdobył 10 miejsce. Tym samym Roll The Bones wszedł do pierwszych 5-u najlepiej sprzedających się albumów studyjnych zespołu. Co ciekawe, zespół promował album zaledwie jednym klipem (na pięć singli), i to do dość kontrowersyjnego tytułowego utworu. Pod koniec października 1991 roku Rush wyruszył w trasę, jak zwykle po Ameryce Północnej, a w drugim kwartale 1992 roku po Europie. I była to z różnych przyczyn ostatnia trasa koncertowa zespołu na starym kontynencie w latach 90-tych.

Albumem Roll The Bones Rush zakończył dekadę muzycznych poszukiwań.                  

 

Następny odcinek: 28.VI.2011

Dla chętnych: Najpierw dwa występy z 12 grudnia 1991 roku z Albany, Nowy York, USA: Ghost Of A Chance oraz Where’s My Thing? Trzecim klipem jest ponownie Ghost Of A Chance tym razem z 13 czerwca 2007, z inaugurującego Snakes & Arrows Tour występu w Atlancie, Georgia, USA. Jak słychać Geddy jest jeszcze nierozśpiewany.

niedziela, 19 czerwca 2011

Tak jak i przed miesiącem – posuwamy się stopniowo do przodu, nic na siłę, wszystko w zgodzie z naturą. I’ jest już na pograniczu ważnych cyferek, mi brakuje dwóch kilo do przejścia w równie magiczną dziesiątkę, jaką miałem we wrześniu zeszłego roku.


Waga: 173 kilogramów, było 178.

Talia: 203 centymetry, było 204.

Wzrost: 348 centymetrów.



sobota, 18 czerwca 2011

Oto i promocyjny singiel (z videoklipem) nowego albumu Karmazynowego Króla!

Jeśli tak jak ja, nie przekonaliście się do obu recenzowanych przeze mnie filmów, albo nie daj bosh zmarnowaliście na nie pieniądze – które mogliście przeznaczyć na fajny koncert, kilka dobrych książek lub komiksów, tudzież na małe arcydzieło rzemiosł rękodzielniczych – to nie lękajcie się, mam odtrutkę. Właśnie ukazała się bardzo porządna płyta – którą każdy meloman muzyk wszelakich powinien mieć! Jest to album zatytułowany A Scarcity Of Miracles, a stworzony pod dziwną nazwą Jakszy, Fripp i Collins: A King Crimson ProjeKct. Co to się znaczy dla szarego odbiorcy? W sumie nic. Choć dla zaangażowanych w progresywne klimaty to prawdziwy cud, wobec braku tych prawdziwych.

Robert Fripp (1946) to założyciel w 1968 roku, gitarzysta (twórca kilku stylów gry na gitarze) i guru legendarnego i wybitnego zespołu King Crimson. Jeden z najwybitniejszych muzyków XX wieku. Pierwszy wykonawca gitarowego motywu z utworu Heroes Davida Bowiego. King Crimson zresztą, wykonuje zwykle oryginalną wersję tego utworu podczas swoich koncertów. Lista muzyków i projektów w jakich brał udział Fripp – wymagałaby osobnej notki: ja zachwycam się współpracą z Sylvinem i Eno. Podobno ma bardzo trudny i despotyczny charakter, za co go cenię jeszcze bardziej!

Opisu tu chyba nie trzeba?

Mell Collins (1947) to genialny saksofonista i flecista – współpracujący w latach 1970-1974 z zespołem King Crimson. Jego współpracy jako muzyka sesyjnego z dziesiątakami artystów różnych kategorii muzycznych zliczyć nie sposób.

Jakko Jakszyk (1958) to brytyjski gitarzysta, multiinstrumentalista, wokalista i producent, na scenie  muzycznej od połowy lat 70-tych ubiegłego wieku. Z każdą dekadą formacje które współtworzył, odchodziły od pop-rockowej konwencji w kierunku art-rocka, aż wreszcie do grania progresywnego. Od 2002 roku związany z 21.st Centaury Schizoid Band, który współtworzą byli (wyrzuceni przez Frippa) muzycy King Crimson, z okresu pierwszych trzech składów do 1974 roku.

Ponadto w nagraniach udział wzięli:

Tony Levin (1946) który jest wybitnym gitarzystą basowym i chapman sickerem. Związany z King Crimson w latach 1981-1996/98. Poza tym znany ze współpracy z Gabrielem, Brufordem, współtwórca Liquid Tension. W latach 70-tych współpracował jako muzyk sesyjny z wieloma brytyjskimi i amerykańskimi grupami.

Tu opis też jest oczywisty.

Gavin Harrison (1963) najmłodszy członek projeKctu, to od 2002 roku pałkarz Porcupine Tree oraz od 2008 członek najnowszego składu King Crimson.

Jak widać dość zawodowa ekipa. Ale czym są ProjeKcty? Są to poboczne wydawnictwa King Crimson oparte na improwizacji. Muzyka King Crimson w dużym stopniu wywodzi się z improwizacji w ogóle. Zwykle na koncertach niezależnie od okresu, Fripp i reszta składu improwizowali między stałymi pozycjami setlisty. Jednak w latach 1997-1999 odbyło się kilkanaście występów zespołu, podczas których zamiast standardowych utworów – tworzono je wyłącznie na żywo, zmieniając do tego skład grupy na scenie, albo instrumenty na których zazwyczaj muzycy grali. Tak powstały cztery albumy ProjeKct (I-IV), następne dwa (choć nie do końca dwa) powstały w 2000 i 2006 roku.

Jedna z moich ulubionych improwizacji z ProjeKct Three.

Oraz utwór poza wszelkimi klasyfikacjami: mistrzostwo, geniusz - to jest improwizacja na miarę tego stulecia!!! Muzyczna dekonstrukcja tworząca nową jakość, nową wizję muzyki! Dzieło wybitne i kompletne.

Wobec tego do sześciu obecnych albumów improwizacyjnych, zgodnie z nazwą powstał kolejny siódmy. Nic bardziej mylnego. ProjeKcty nie zawierały nigdy partii wokalnych, a w przypadku nowego albumu wszystkie sześć premierowych kompozycji zawiera wokale. Na A Scarcity Of Miracles mamy konstrukcję utworów w oparciu o improwizację, album nie był nagrywany z publicznością tylko w studiu, przysposobiony do bardziej piosenkowego formatu. Zatem mamy do czynienia (mimo udanego kamuflażu) z nowym studyjnym wydawnictwem King Crimson!!! Po ośmioletniej przerwie – oto ukazuje się 14 studyjny album. Bardzo dobry, wyważony, pełen intymności i istotnych pytań – muzyczny pejzaż. Album ten wyciąga rękę w kierunku twórczości grupy z lat 70-tych, ale myślę że po 42 latach dość aktywnej działalności Frippa i tworzonych przez niego składów, taka droga jest oczywista. Naturalnie znajdziemy tu i echa ostatnich dwóch albumów i dorobku Frippa na polu improwizacyjnych szaleństw oraz solowych projektów z ostatnich lat, jaki całej jego długiej muzycznej drogi. Jest to zbiór sześciu nastrojowych, głębokich i klimatycznych utworów. Nawet mimo pewnej powtarzalności, albo słabości wokalu (choć mi się podoba) jest na czym ucho zawiesić i zrelaksować się – najlepiej jak tylko muzyka pozwala. Nowy singiel King Crimson już w następnej notce! 

czwartek, 16 czerwca 2011

Drzewo Życia. Film teksańskiego filozofa pił mechanicznych – potwierdza tylko tezę iż ani wykształcenie, ani pochodzenie, ani wpływy kulturowe – nic nie znaczą w obliczu jednostkowego pojmowania świata – i to jest zaprawdę wiosek najbardziej pozytywny! To w jakimś sensie fabuła bez fabuły. Film opowiadający w zasadzie banalną historyjkę – która nie ma prawa przekroczyć 60 minut. Pojawia się pierwsze i zasadnicze pytanie po co robić taki film? Film oparty na archetypie. Mamy archetypowego ojca – surowego i miłującego. Archetypową matkę – stojącą w cieniu męża, istotę słabą, ale błogosławioną, prawie świętą, trzymającą zawsze stronę dziatwy. Archetypowego najstarszego syna, konkurującego z ojcem i buntującego się przeciw niemu, konflikt na tej linii jest równie oczywisty i ograny. Wreszcie archetypowe role przypisane do pozostałych dwóch młodszych braci. Proszę państwa – biblijny standard. Typowy obraz i ulubiony motyw filmowy kina amerykańskiego w ogóle. Ale nie, tu nic nie jest typowe – tu wszystko jest ze wskazaniem, albowiem mamy jeszcze boga. Nikt mi nie wmówi, że to obraz Teistyczny. To jest obraz jednoznacznie indoktrynujący w jedną stronę i tylko zaślepieni (owładnięci miłością do reżysera) będą uważać inaczej. Najlepszym miejscem na projekcję tego obrazu są kościoły i basta. Reżyser metodą szpadlową – pokazuje nam swoją wizję świata. Dialog z bogiem, umocniony za pomocą hiperbolicznej retrospekcji staje się faktyczny, głos narratorów kontrastuje z obrazami galaktyk, ziemi, tryszczących wulkanów, dinozaurów, tryszczących wodospadów, cwałujących wód bałwanów, wreszcie zagłady dinozaurów, z lotu satelity, bezgłośnego mordu. O zgrozo, nawet kilku poważnych recenzentów dostrzega z uznaniem pewną dozę szarlataństwa w tym obrazie – uznając spotkanie dinozaurów nad strumyczkiem za (uwaga zapnijcie pasy): narodziny moralności na ziemi!!! Ja nie wierzę w to co czytam, ale tak, dinozaury przyniosły nam moralność – gady i płazy – były i zapewne są istotami myślącymi! Toż jest filozoficzne objawienie. Spotykały się nad strumyczkami i wnioskowały: o jesteś ranny, to dziś cię nie zabiję, zrobię to jutro jak się podkurujesz. W świecie Malicka Bozia kreuje świat, reaguje – prowadzi do stworzenia nas, na swój obraz i podobieństwo. Widzimy komórki, układ limfatyczny, zarodek z bijącym sercem aż wreszcie narodziny dziecka – wszystko to jest ultrasugestywną odpowiedzią na ten nasz głosik. Dobro wygrywa za każdym razem, za każdym razem jesteśmy moralni. To jest film niosący jako żywo nauki kościelne: musimy kochać w życiu, aby je godnie przeżyć, miłość nas dowartościowuje. Dążenie do samorealizacji jest złe, potępiony zostaje zły ojciec. Sam się wreszcie samobiczuje: byłem głupcem – stwierdza. Wewnętrzna rozterka dorosłego Jacka, głównego bohatera – który uwielbia przyglądać się niebu w odbiciach wieżowców i jeździć panoramiczną windą w górę i w dół oraz palić świeczuszkę: wspominając zmarłego braciszka – rozterka w związku z sensem istnienia – znika pod koniec filmu. Wszyscy bohaterowie (niezależnie od cezury czasowej – gdyż oś fabuły dzieje się w dzieciństwie Jacka) spotykają się na plaży za wrotami pustkowia (jakież to teistycznie symboliczne wejście do… ano tak to nie teizm, to raj boski w niebiosach świętych), tam dorosły główny bohater w pełnym stroju urzędniczym pada na kolana unosząc do góry ręce dziękczynnie. Wiecie do czego/kogo – czy wolicie dalej się oszukiwać? Pojął wszech sens! Wtedy też wszyscy się zaczynają ściskać i cieszyć. (Publika albo wymiotuje, albo płacze i woła hosanna, albo gwiżdże).

Nieuchronnie powraca pytanie po cholerę kręcić taki badziew? To już w Pasji Gibsona było mniej tej (((kur*w*kiej))) indoktrynacji. Generalnie jednak jest to film piękny, za zdjęcia powinien dostać Oscara. Za muzykę powinien zostać pobłogosławiony przez Benedykta XVI – jak zobaczycie film, a zwłaszcza niektóre kawałki skomponowane przez Desplata to zwyczajnie zamrzecie z zachwytu nad jego kościółkowo-chóralnym, mistycznym i organowym rozmachem. Za sceny stwarzania Świata – nie muszę przez najbliższe trzy miesiące kupować National Geographic. Powiem tak, widziałem lepsze filmy przyrodnicze, widziałem ciekawsze dramaty, widziałem lepsze filmy indoktrynujące religijnie, a nawet kiedyś mi dali Świadkowie Jehowy taką książeczkę o Stworzeniu Świata i czy to zrobiła bozia czy eksplozja – wypisz wymaluj obrazki z Drzewa Życia (mgławice, galaktyki, kosmos, gwizdy, wulkany, dinozaury, komórki i inne tam biologie) więc dalej pozostaje pytanie po co? Jak stwierdził mój mąż – to jest kolejny obraz megalomana, a do tego kaznodziei, obraz, w którym mamy całkowity przerost formy nad treścią. Ale to wszystko można byłoby znieść, gdyby Malick dał swoim bohaterom odrobinę prawdziwej wolności, wolnej woli, gdyby uczłowieczył te marionetki – u niego jednak wszyscy bez wyjątku – wracają jak baranki do jednej trzódki, a skrzywdzony brat, któremu mały Jack strzela z wiatrówki w palec – nie uderza Jacka belką w twarz, kiedy ten każe sobie oddać, nie robi tego, gdyż brata swego bliźniego kocha. A miłość (tak pojmowana!!!) jest sensem życia! Prawda? Prawda? Prawda? Prawda? Stąd też dobrze jest na ten film wziąć mały popcorn – tak aby szybko opróżniwszy pudełeczko – można było mieć w co wymiotować podczas tej przypowieści. Pytań o narodziny zła, o dobro, itp. nie stwierdzono i nie mam chęci pisać notki o tym czemu tych pytań tam nie ma – mój mąż zrobił mi na ten temat środowiskowy wkład – i naprawdę tych pytań w filmie nie ma!

Publika wyszła dość odrętwiała, kompletnie bezpłciowo, padło kilka wesołych komentarzy i kilka smutnych.

 

Co do Melancholii – to obraz w porównaniu z Drzewkiem – wybitny – i mówię tu bez ironii. Ale jak też psychologicznie zauważył mój mąż – naciągana jest teoria krytyków, iż główna bohaterka pierwszej części nie chciała ślubu, bardzo chciała! Młodych łączyły emocje i wspólne plany – mąż zakupił ziemię w jej wymarzonym zakątku. Podczas podróży do domu siostry (na wesele) – panna młoda nie przejawiała problemów na tle depresyjnym. Jeśli więc byłaby to melancholia, jej zachowanie już w podróży byłoby chwiejne emocjonalnie i jest to błąd reżysera – podważający autentyczność historii którą buduje!                      



wtorek, 14 czerwca 2011

Cover FotoRoll The Bones – 1991

1.Dreamline 4:36

2.Bravado 4:35

3.Roll The Bones 5:30

4.Face Up 3:53

5.Where’s My Thing? (Part IV “Gangster Of Boats” Trilogy) 3:49

6.The Big Wheel 5:13

7.Heresy 5:25

8.Ghost Of A Chance 5:19

9.Neurotica 4:40

10.You Bet Your Life 5:00

 

Trasa promująca album Presto zaczęła się w dwa miesiące po jego wydaniu, było to spowodowane afrykańskimi wojażami Neila Pearta – wtedy już pod koniec 1989 roku napisał pierwsze teksty na kolejną płytę. Kiedy na początku lipca roku 1990 chłopcy z Rush znów byli wolni – Peart ponownie powrócił na czarny ląd, aby tam szukać inspiracji. Rush zawsze był zbiorowiskiem facetów lubiących wypróbowane rozwiązania i zaufanych ludzi. Stąd po sukcesie wydawniczym ostatniego albumu, a zwłaszcza pamiętając dobrotliwą aprobatę producenta do praktycznie wszystkich pomysłów muzyków, ponownie nawiązano współpracę z Rupertem Hine’em i jego ekipą producencką, z współpracy z którą Rush był niezwykle zadowolony. To był niewątpliwie błąd zespołu. Ale do rzeczy: wypoczęci i zrelaksowani muzycy, spotkali się po siedmiomiesięcznej przerwie w działalności pod koniec stycznia 1991 roku z silnym postanowieniem nagrania kolejnego albumu. W lutym wynajęto mały domek nad jakimś jeziorkiem, w jakiejś głuszy. W rekordowym czasie dwóch miesięcy – udało się napisać wszystkie utwory, a w kolejne dwa miesiące do końca maja 1991 roku w Le Studio w Morin-Heights, Quebec, oraz w McClear Place Studio, Toronto dokonano nagrania całości materiału, który następnie zmiksowano w Nomis Studios w Londynie.

Cover FotoPodobnie jak z Presto, tak i przy pracy nad nowym albumem zespołowi przyświecały następujące cele: powrotu do piosenkowego standardu, powrotu w kierunku jeszcze bardziej gitarowych brzmień oraz redukcji jak również zmiany siły i znaczenia syntezatorów. Ostatecznym celem był powrót do korzeni hardrockowych, prostych tematów. Niestety o ile Rupert Hine w przypadku poprzedniego albumu nie przeszkadzał w realizacji zamierzeń zespołu, tak w przypadku nowego albumu, położył go produkcyjnie i brzmieniowo. Hine został w latach 80-tych, zapominając że jest rok 1991 i że muzyka rock, a nawet pop-rock oczekuje „pierdolnięcia”! Producent tymczasem łagodził brzmienie i pozwalał na realizację najbardziej odważnych pomysłów – za które na początku lat 90-tych posypały się na Rush gromy i obelgi ze strony rozczarowanych fanów. Dziś owe eksperymenty (zwłaszcza jeden) uważane są za odważne i pionierskie, ale trzeba było poczekać 20 lat na aprobatę. Nowy, czternasty studyjny album Rush zatytułowany Roll The Bones ukazał się 3 września 1991 roku. Można określić go sprzecznymi opiniami, że: jest to najgorszy album Rush w historii, a zarazem jest jednym z najlepszych albumów Rush w dorobku. Jest to album, który zawiódł największą grupę fanów, a zarazem jest to album podobnie jak: 2112, Moving Pictures czy Signals który zrobił wokół zespołu najwięcej medialnego szumu i przyciągnął nową rzeszę fanów.

Cover FotoKiedy pierwszy raz zetknąłem się z tym albumem – przeżyłem poważny szok i kryzys mojego zaufania w muzykę Rush. Był to czwarty album, z którym się zetknąłem  po 2112, A Farewell To Kings i Moving Pictures i to był szok. Ten album był po prostu nieporównywalny, mierny, okropny i straszny. Żywiłem wobec tej płyty niepohamowaną nienawiść. I gdyby nie kolejny, znakomity album Rush, pewnie porzuciłbym ten zespół w niepamięć. Jednak z czasem poznawania całej dyskografii grupy, wraz ze wzrostem mojej świadomości i zrozumieniem o co na Roll The Bones chodzi i z czym to się je, i czemu ten album musiał powstać, zacząłem bardzo powoli – przekonywać się do tego dzieła. Ciekawostką jest, iż najmłodsze rzesze fanów Rush – dają bardzo wysoką ocenę dla tego krążka. Ja przez ostatnie lata ukułem błyskotliwą śpiewkę, iż jest to słaby album, ale z bardzo dobrymi kompozycjami (to zawsze jakieś zabezpieczenie, kiedy wołają na mnie – bezkrytyczny ;] ). Byłby to zajebisty album, gdyby jego brzmienie posiadało pazury. Jedno jest ciągle aktualne, że Roll The Bones dzieli fanów i krytykę. Prasa zwykle przychylna Rush – album krytykowała, prasa nienawidząca Rush – album wychwalała twierdząc, że to pierwszy dobry (a nawet znakomity) album w 17-letnim dorobku zespołu. Tak więc szumiało.

Okładka, uznana w Kanadzie za najlepszy Cover Art roku 1991, nawiązuje do stylu Vanitas, ulubionego zwłaszcza przez XVII wieczne malarstwo holenderskie. Styl ów miał przypominać o marności i relatywnie krótkim czasie ludzkiego życia oraz o ostatecznym przemijaniu wszystkich rzeczy materialnych i przyjemności zmysłowych. Jednak to tylko jeden z trzech symboli owej okładki, drugim są kości do gry.Cover Foto Motyw rzucania (kopania czaszki) kośćmi, nawiązuje do tytułowego i kilku innych utworów – ma symbolizować grę o życie i ryzyko jakie podejmujemy podczas podejmowania decyzji, oraz cenę wolności. Kości (do gry) stanowiące tło mają zawsze wyrzuconą liczbę trzy, co chyba jest oczywistym symbolem? Ostatni motyw to chłopiec kopiący czaszkę (sam symbol), poza Vanitas, jest to symbol całokształtu życia, od narodzin po śmierć, jest to nawiązanie do wspomnień i rozliczania młodości przez Pearta, jest to też jakby swoisty wykres w nawiązaniu do pierwszego utworu – pokazujący za pomocą dwóch zmiennych: naiwną młodość i powagę starości/ śmierci/przemijalności.

Utworem otwierającym album jest Dreamline . Jest to przebojowy hymn młodości. Rush pokazuje już na początku albumu swoją zdolność do pisania lekkich i chwytliwych numerów. Wstęp rozpoczyna szum, jakby pogłos mijającego nas pojazdu na jakiejś autostradzie, a po chwili rozpoczyna się gitarowo-perkusyjna wyliczanka, do której dołącza się po chwili bas. Na tak skonstruowanym wstępie przechodzi pierwsza zwrotka. Refren zbudowany zostaje wokół bardzo wyrazistego gitarowego pochodu akordów. Zwrotka numer dwa i kolejny refren są identyczne. Ale po oczywistym fragmencie utworu Rush lubi namieszać. Po drugim refrenie następuje jakby dwuczęściowy refren nadrzędny – który rozpoczyna silne wybicie na werblu, w przeciwieństwie do refrenów dominują tu akordy basowe i delikatne klawisze w tle, gitara powraca dopiero w drugiej spokojniejszej części nadrzędnego refrenu, dalej obok silnego basu i spokojnych klawiszy. Po nadrzędnym refrenie następuje refren standardowy znów oparty na silnej gitarze, a po nim solówka Alexa (2:57-3:34). Po finale dochodzi do kolejnej wymiany refrenu nadrzędnego (w skróconej formie) ze zwykłym. Dreamline, jak zresztą każdy numer na tej płycie niesie ze sobą ukryty przekaz. Jest to tekst napisany w dużej mierze pod afrykańskim niebem. Peart zastanawia się w nim nad „młodością” i jej naiwną wiarą w nieśmiertelność, do której mamy prawo, ale tylko przez jakiś czas. Kiedy jesteśmy młodzi chcemy mierzyć się ze światem, chcemy się po nim włóczyć i zobaczyć ile warte są nasze marzenia. Kiedy jesteśmy młodzi powinniśmy się nauczyć, że jesteśmy nieśmiertelni tylko przez krótką chwilę. Bo czas ucieka, a z nim młodość bardzo szybko. Zwrotki opowiadają fantazyjne historyjki o kilku młodych bohaterach, których małe sprawy są wywyższone, a małe marzenia są podkoloryzowane. Bohaterowie posiadają nierealne przedmioty, takie jak: mapa autostrad na Jowiszu, plan gwiazd w Hollywood lub siostrę w Vegas, która obiecała załatwić im(nam) tam pracę. Refreny opowiadają o różnych podróżach, bo życie to podróż. Jesteśmy w drodze tak jak oni, ciągle podążamy już jakimś najczęściej utartym lub sporadycznie nowym szlakiem, szukając spełnienia marzeń, radości, bezpieczeństwa. Na podróżowanie mamy młodość, bo jest wtedy najłatwiej, z czasem dojrzewamy i miło by było mieć gdzie czasem zaparkować. Nie do wszystkich i nie zawsze, choć wobec Rush na pewno – jeszcze inne stwierdzenie jest adekwatne: jesteśmy w domu kiedy jesteśmy w drodze… Dreamline jest nieodłącznym koncertowym hitem i afirmacją siły i witalności grającego na scenie zespołu.

Po przebojowym pierwszym utworze mamy kolejny hit Bravado . Jest to prosta, oparta na w zasadzie jednym motywie, rockowa ballada. Do szkieletu i metrum kawałka w zależności od punktu utworu, dokłada się tylko odpowiednio zagrane dźwięki, bawiąc się zmianami stylu gry gitary: z szarpanej w akordową lub instrumentarium perkusyjnym, które niezależnie od zmian wybija ten sam motyw. Ciekawiej jest w drugiej części, po tkliwej solówce Alexa (2:00-2:33), kiedy Neil Peart dramatyzuje swoje partie w bardziej poruszających fragmentach, a Alex Lifeson rasuje trochę swoją gitarę, wydobywając z niej cięższe zagrywki. Tekst Brawury krąży wokół mitu o Dedalu i Ikarze. Młody i naiwny Ikar zapłacił najwyższą cenę, za swoje… No właśnie za co? Za marzenie, za głupotę, za naiwność, za brawurę, za młodość? Czy tylko pragmatycy mają rację? Nie można w życiu zaszaleć? Za wszystko trzeba płacić, za każdy niewinny błąd, lub nawet za to co nie wydaje się być błędem? Peart stwierdza, iż niestety, nawet jeśli nam się nie uda i tak będziemy musieli zapłacić cenę, nie licząc kosztów – życie nie jest bowiem sprawiedliwe. Do napisania Bravado zainspirowała Neila Pearta książka The Tidewater Tales (1987) Johna Barth’sa (1930), a cytat: We will pay the price, but we will not count the cost – sam autor pozwolił Neilowi wykorzystać w Brawurze.

Trzecią propozycją na albumie jest tytułowy utwór Roll The Bones . Muzycznie jest to forma małego żartu, w konwencji przypominającej lata 80-te. Po mini wstępie na perkusji utwór rozpoczyna się od uderzenia charakterystycznych ostrych klawiszy, odpowiada im ostra gitara. Taniec obu instrumentów będzie motywem przewodnim utworu. W zwrotkach dominuje linia basowo-perkusyjna, gitara pojawia się tylko w postaci pojedynczych akordowych szarpnięć. Pierwszą część refrenu zapowiadają klawisze imitujące organy, po nich wchodzi znana już nam gitara, która w dość dynamicznym tempie prowadzi tą część. Druga cześć refrenu jest o wiele prostsza i bardziej chwytliwa – zwykle utożsamiana z refrenem właściwym – prowadzi ją dynamiczna gitara akustyczna i towarzyszące jej w tle klawisze. Druga zwrotka jest zbudowana identycznie z pierwszą, z tą tylko różnicą, że jest w niej krótki dźwięk „magicznych klawiszy”, poza tym refren jest również identyczny z pierwszym. Po drugim refrenie rozpoczyna się piękna solówka (2:55-3:12), a po niej…Cover Foto No właśnie. Po niej zaczyna się inny utwór, bardzo poważny eksperyment, bardzo radykalny eksperyment, motyw, który wzbudził wiele kontrowersji i niechęci starych fanów względem Rush. Coś co mnie poraziło i zniechęciło – co rzuciło fatum na mój odbiór tego albumu, co zagłuszyło całą resztę (byłem wtedy bardzo ortodoksyjny, jeśli idzie o muzykę) naprawdę dobrych kompozycji z tej płyty. Rush zaczął rapować!!! Kur#@%*wa, co to jest!?!?! Dziś to nazywamy Hip-Hop, wówczas Rap… Był już Chór, był Duet, były Dźwięki z Automatu, ale Rap??? Oczywiście – to jest taki „malutki żarcik” wymyślony przez zespół – a w zasadzie przez Neila Pearta, aby druga połowa utworu była w takiej konwencji. Zespół nawet zaczął szukać rapera, który by wykonał ten fragment, jednak z powodu zbyt krótkiego czasu nagraniowego raperem został… Tak zgadliście: Geddy Lee – któremu zwyczajnie zmieniono brzmienie głosu i powiem wam, że się chłop w tej konwencji sprawdził. Dziś z uśmiechem słucham Roll The Bones i kompletnie mi nie przeszkadza, że jest tam ten fragment – ponadto zawsze można sobie poslamować z Geddy’im. Ocena tego eksperymentu – po latach zmieniła się diametralnie, po dawnej totalnej krytyce nie ma śladu, są oczywiście tacy, którzy nie mogą przez to przebrnąć, ale większość twierdzi zgodnie – że jeśli zespół o pewnej reputacji robi coś takiego, to musi mieć przysłowiowe jaja. Rush nigdy nie oglądał się na opinię fanów – tym samym okazywał zarówno im, jak i sobie szacunek. Dlatego też od początku Roll The Bones nawet mimo początkowych gwizdów był grany na koncertach i jest tak do dziś. Część rapowaną utworu poza tym, że upodobniono do konwencji, zespół postarał się uatrakcyjnić – o co zadbał: szalejący w tle z gitarą wśród raperów Alex. Całość kończy powrót do konwencji pop-rockowej i powtórzenie chwytliwej drugiej części refrenu. Roll The Bones to utwór (jak również tytuł albumu) zainspirowany nowelą Gonna Roll The Bones (1967) amerykańskiego pisarza SF Fritza Leibera (1910-1992). Tekst utworu wpisuje się w Peartowskie rozumienie pojęcia wolnej woli, ateizmu, równości społecznej i zależności jednostki od nieprzewidywalnych zdarzeń losowych. Czego powinniśmy oczekiwać od życia? Zasady, że dobra praca jest kluczem do sukcesu, że zwycięzca zabiera nagrodę, ale przegrani nie zawsze są winni, czasem bowiem nie sprzyja im los, a czasem po prostu nie podejmują walki. Życie nie jest sprawiedliwe. Powinniśmy oczekiwać też tego, że czasem zwycięzca nie dostaje nic, obchodzi się tylko ze smakiem. Przychodzimy na świat i próbujemy swojej szansy. Los wpływa na okoliczności, tak właśnie tańczy z nami Pani Szczęście. Zaryzykuj, rzuć kości! Wiara jest zimna jak lód. Po co rodzą się maleństwa, aby cierpieć za miskę ryżu? Kto wyznaczyłby nagrodę za głowy niewinnych dzieci, gdyby jakaś nieśmiertelna siła kontrolowała kości? Sami sobie jesteśmy panem, sterem i żeglarzem – jednak na wielkim morzu zdarzają się sztormy, siedząc ciągle w porcie tracimy wszystko. Nie istnieją żadne siły, nic nie kieruje losem – to wszystko przypadek, wypadła zła liczba, złe pole, wracamy na start, wygrywamy albo umieramy – takie jest życie, takie są fakty. Całość tego przekazu – poza oczywiście rozbudowanym tekstem rapowanym – podsumowuje druga część refrenu, którą określiłem przymiotnikiem – chwytliwy. Jest to łatwo wpadający w ucho genialny banał, oczywista oczywistość – kiedy testowałem Roll Teh Bones na znajomych – to większość z nich po drugim, czy trzecim razie już to sobie nuciła albo podśpiewywała:

Why are we here?
Because we're here
Roll the bones
Why does it happen?
Because it happens
Roll the bones                    
               

Face Up – jest czwartą propozycją albumu Roll The Bones. I mamy tu do czynienia z utworem iście rock’n’rollowym, a jednocześnie wreszcie brzmi w nim troszkę drapieżnego Rush. Temat jest dość krótki, nie przekracza czterech minut, jest więc dynamicznie, ostro, ale i z domieszką sympatycznych klawiszy. Numer otwiera bogaty gitarowy riff, wzmocniony pokazem sił i sprzętu w bojowym wstępie Neila Pearta. Jest to piękne. W 12 sekundzie wchodzi leciutki klawiszowy motyw – i podoba mi się jeszcze bardziej – w niesamowity sposób wszystko tu pasuje, i to są naprawdę lata 90-te!!! Po kilku kolejnych sekundach rozpoczyna się pierwsza zwrotka, riff ustępuje połowicznie akordom, które prowadzą zwrotkę i dynamiczny refren – który od zwrotki dzieli ledwo króciutka przerwa. Cała konstrukcja zwrotka / refren powtarza się identycznie raz jeszcze, aby po drugim refrenie utwór nagle popłynął (od 1:54) w klawiszowo-basowo-perkusyjnym długim moście. W tej nastrojowej części mamy kolejną zwrotkę (według zapisu dwie), zwieńczoną dość dziwnym finałem Alexa (2:32-2:44). Po solówce do końca numeru powtarzany jest refren. Mamy więc bardzo ciekawą miniaturę. Face Up, to utwór bliźniak dla Roll The Bones. Neil napisał go w domu przy kominku, kiedy przeglądał zapiski z ostatnich dwóch lat, które poczynił na potrzeby nowych tekstów piosenek i esejów do książki lub artykułów. Znalazł tam frazę „turn it up, or turn it down that wild card”. Odwracać można karty, które śle nam los, możemy czasem nad nimi zapanować. Życie rozdaje z talii kart, wśród których są „straszne karty”, takimi kartami mogą być: Wiara, Zaufanie, Miłość oraz oczywiście także bardzo złowrogie zdarzenia z różnych miejsc i okresów naszego życia (geny, choroba, nieodpowiednie towarzystwo, natrętni sąsiedzi), niemniej jednak trzy pierwsze mogą nas sprowadzić na manowce, ogłupić albo zranić. Trudno jest znaleźć prawdziwą miłość, trudno jest zaufać drugiemu człowiekowi, nie istnieje chyba wiara bez obłędu. Oczywiście możemy grać „straszną kartą” na własną odpowiedzialność, czasem nawet jej pożądamy, ale powinniśmy mieć prawo, aby taką kartę odrzucić, mamy takie prawo. Inną sprawą jest obalenie naiwnej wiary w popularne slogany, że im ciężej pracujemy tym szczęśliwsi jesteśmy, albo że nasze szczęście w głównej mierze zależy od tego czy uda nam się wykorzystać okazję jaką dostaniemy przy kolejnym rozdaniu kart od życia! Jedno i drugie stwierdzenie jest tak samo prawdziwe jak i fałszywe – wszystko bowiem rozbije się o okoliczności. I nieważne jak jesteśmy, piękni, mądrzy, wysportowani czy ambitni – nie mamy pojęcia co wydarzy się jutro, czy nie stracimy wszystkiego, a może podwoimy to co posiadamy. Głowa do góry – woła Neil w refrenie – albo możesz najwyżej wrócić na dół, uderz w cel albo lepiej uderz w ziemię, wciąż jest czas, aby zmienić przebieg gry, zmień ją – odwróć tą straszną kartę. To jest ulubiony temat Pearta: człowiek i jego brzemię wolności. „Dobrze jest być samemu, źle jest być samemu” – odwróć kartę albo ją przyjmij – wybór jest twój – okoliczności są przypadkiem – mogą ci pomóc, choć równie dobrze mogą cię zabić – takie są reguły gry i pogódź się z tym! To nie jest okrutna wizja rzeczywistości – to jest rzeczywistość.     

 

Następny odcinek: 21.VI.2011

Dla chętnych: Dreamline z Auburn Hills, Michigan, USA z 22 marca 1994 roku z Counterparts Tour. Bravado z R30 z 24 września 2004 z Frankfurtu n/m, Niemcy. Klip do utworu Roll The Bones oraz wykonanie na żywo z 13 października 2002 roku z Atlanta, Georgia, USA.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Czy nabierzemy się na Melancholię? Czy damy sobie wmówić, że ten film jest dobry a nasza dezaprobata wynika z tego „że nam nie jest dane zrozumieć”? Nie.

Nowy film Larsa von Triera jest naiwny i nudny. Reżyser popadł już chyba w manię swojej maniery dzielenia obrazu na części. Co jest być może przy pierwszym kontakcie z filmami Triera ciekawym rozwiązaniem, ale jeśli autor bez pomysłu wraca ponownie do tej maniery – robi się to zwyczajnie nudne. Wstęp do filmu to istne preludium, pieśń chóru zapowiadająca za pomocą zwolnionych scen-obrazów (zaczerpniętych z kontrastujących porządków) oraz katastroficznej fantasmagorii, finał utworu. Tylko czy statyczność scen plus gwałtowna muzyka robią jeszcze na kimś wrażenie, czy scenka spadających martwych ptaszków nie jest komiczna? To już było, a element melodramatu zaczyna się przemieniać w melo-kicz. Pomijając najlepszą ze scen, kiedy panna młoda tonie w kipieli – ale ach i och jakież to romantyczne – jest to jedna z niewielu scen ze wstępu – które poruszają. Najbardziej przykuła mnie też w owej części utworu scena pokazująca panoramę „ogródka-pola golfowego” siostry głównej bohaterki Claire (Charlotte Gainsbourg), które uderzająco podobne jest do jednego z plenerów ostatniej adaptacji Alicji w Krainie Czarów.

Po nudnawym wstępie mamy akt pierwszy „Justine” (Kirsten Dunst). To historia imprezy weselnej głównej bohaterki. Wszystko zaczyna się niewinnie, problemami z manewrowaniem limuzyną państwa młodych po krętej drodze prowadzącej do posiadłości siostry, gdzie ma owa impreza mieć miejsce. Justine z mężem przybywają dwie godziny po czasie. Od początku pojawiają się wobec młodych wyrzuty wynikające z wypaczenia szczegółowo rozplanowanego harmonogramu wesela. Dopiero jednak nieudana mowa ojca panny młodej i niesnaska wywołana brawurowym wtrętem jego byłej żony i matki Justine, doprowadzają do ujawnienia się u naszej bohaterki symptomów melancholii. Okazuje się jednak, że wszyscy wiedzą że panna młoda ma zrytą psychę (tylko dlaczego na tak ważny dzień nie nafaszerowała się prochami – choroby się leczy), wszystko co się wokół niej dzieje to forma gry, aby tylko ją rozweselić (troszkę ironizuję oczywiście). W końcu pada kardynalne zdanie męża Claire, że wydał w cholerę kasy na to wesele, a umowa miała być taka że ona (Justine) ma się dobrze bawić – ten jakże szlachetny czyn jest potępiany przez wszystkich krytyków ze względu na to, iż rzekomo odkrywa prawdę odnośnie całego weselicha. Wszystko ma być ukartowane, goście to tylko pionki odgrywające wyznaczone role, świat jest zły i niemoralny a główna bohaterka to niewinna owieczka w świecie wilków? Szef z pracy Justine, drużba i kumpel pana młodego chce już na weselu załatwiać biznesowe interesy. W prezencie awansuje Justine w firmie na stanowisko kierownicze, od razu wysyła agenta (swojego kuzyna) aby wyciągnął od niej nowe hasło reklamowe. Kuzynek natarczywie męczy Justine, nic mu się jednak nie udaje – wobec czego zostaje zwolniony z pracy. Na pocieszenie Justine uprawia z nim seks na polu golfowym… Prowadzący imprezę – przezabawny w tej roli Udo Krier – który zasłania sobie ręką oczy, aby nie patrzeć na pannę młodą, bo przez dwugodzinne spóźnienie „zepsuła moje wesele” mówi… To wszystko jest groteską. A jeśli zamiarem Triera była groteska – to ten film (akt pierwszy) jest wybitnym dziełem, wybitnym dziełem. Ale jeśli to nie jest groteska – to jest to słaba próba nakreślenia – oczywistego, negatywnego obrazu społecznego przekroju. Ze z góry założoną tezą, że wszystko jest Be – więc stąd nasza bohaterka ma melancholię. Wesele kończy się „rozwodem”, co też jest groteską: scena jak Szef rzuca talerzem – (po tym jak Justine powiedziała co o nim naprawdę myśli) – kiedy tłumaczy swoje zachowanie słowami „ups talerz mi upadł” – wywołuje salwy śmiechu. Tuż po wyjeździe Szefa, mąż Justine wyjeżdża za nim wraz z większością gości. Tymczasem Kuzynek proponuje opuszczonej pannie młodej kolejny numerek. Organizator, Szef , Ojciec i Matka nadają odrobinę człowieczeństwa do mocno wydumanego, a przynajmniej celowo przerysowanego – dla obrony tezy – obrazu społeczeństwa. Ta pozbawiona skrupułów, zła ludzkość zasługuje tylko na zagładę.

Akt drugi „Claire” dzieje się nieokreślony czas później – w tej samej, co wesele posiadłości tytułowej bohaterki. W przeciwieństwie do Justine, Claire to kobieta ułożona, bogata, zamężna, matka. W akcie pierwszym była wzorem dyscypliny i zimnej miłości. Wraz z mężem byli na tle owej zdemoralizowanej weselnej bandy – lekko tlącą się latarnią przyzwoitości. Jednak ich względne dobro podszyte jest próchnicą. Do ich posiadłości przybywa wycieńczona chorobą Justine. Mimo moralnej walki wewnętrznej – godzą się na podjęcie ciężaru niańczenia chorej. Jeśli w części pierwszej mieliśmy groteskę, to część druga miesza elementy dramatu, horroru, obyczajówy i w finale groteski (katastroficznej) ponownie. Do ziemi zbliża się wędrująca planeta „Melancholia”, której istnienie tylko zasygnalizowano w części pierwszej – symbolicznie dostrzegła ją, niewinna między smokami (panna młoda). Początkowo Justine jest w stanie przypominającym osłupienie katatoniczne – co jest oczywistym przejaskrawieniem reżysera – nie występują takie stany u chorych na depresję, zresztą chorzy w takim stanie podlegają hospitalizacji – więc to co widzimy w filmie to bzdura totalna. No ale już – Lars broni swojej wizji. Wraz ze zbliżaniem się wielkiej błękitnej planety do ziemi – wzrasta napięcie. Claire w tajmnicy przed mężem – który z zamiłowania jest astronomem – wyczytuje w kłamliwym Internecie, że „Melancholia” zderzy się za pięć dni z ziemią, za co gani ją wierzący w zapewnienia naukowców John. Przezorna żona przywozi z miasteczka środki nasenne lub jaką inną trutkę – gdyby jednak małżonek się mylił i trzeba by było zmienić taktykę – z przyjaznej obserwacji niesamowitego zjawiska na grobowy taniec. Wraz z nadchodzącą planetą – do zdrowia powraca Justine. Jest jakby troszkę nieobecna, wyczekująca, tajemnicza. Siostry powoli odbudowują relacje – galopują konno po okolicy. Lars nas przy okazji trochę straszy konikami – bo rumak Claire boi się mostku za posiadłością i zawsze się go boi, raczej dość bezcelowo. Zresztą zwierzątka poczciwie budują napięcie w swojej stajni, kiedy pewnego razu zamierają w ciszy. Cisza ta spowodowana jest samobójczym trupem ich pana, który dowiedziawszy się że jednak dojdzie do katastrofy – postanawia ukraść żonie truciznę w celu samolubnej jej konsumpcji w stajni. To jest właśnie chwila owego próchna i niestabilności – mąż, tchórz, samolub, dupek, kłamca sam wybiera śmierć lekką, skazując żonę na piekło zagłady. Czyli dobro nie istnieje? Zanim jednak dochodzi do samobója, ozdrowiała Justine przeobraża się w Kasandrę wieszcząc „iż ona wie że dojdzie do zderzenia i zagłady” jej moc objawiła się w trakcie wesela, kiedy odgadła numer w loterii fasolkowej. To jest powrót groteski. Groteskowy jest również finał kiedy Claire proponuje w ramach pożegnania ze światem napicie się lampki wina i wysłuchanie IX symfonii Beethovena, na co Justine kwituje „ten pomysł jest do dupy”. Następnie idzie do lasu z synkiem siostry – po kilka badyli – i budują na polance przed domem nieobleczone szmatą tipi. W nim siedząc w okręgu i trzymając się mocno za dłonie w iście hipisowskim stylu, lekko kiwając się na boki z powodu wichury, którą powoduje niczym Tir nadciągająca planeta – oczekują na śmierć.

Ktoś pisze, że to film o wewnętrznej przemianie i zamianie ról. O dojrzewaniu i odbudowie więzi. O nieuchronności losu. O tym, że zło zdominowało nasz świat i idziemy ku zagładzie. Inny ktoś napisał, że nie ma tu żadnej moralnej oceny. A ja myślę, że moralna ocena jest, że jest tu łopatologiczny wykład, naiwny i nic nie wnoszący orgazm śmierci. Ja myślę, że Lars bardzo by chciał zrobić komedię, ale się wstydzi. Doza ironii jaką naładowany jest ten film, sprzeczności, niespójności aż wreszcie ostateczna ocena: że świat jest zły i nikt by po nim nie tęsknił – świadczą niestety o tym że po raz kolejny Lars von Trier pogubił się w swojej filmowej układance. Zlepił coś, przyklepał, zmieszał świetną muzykę z miejscami genialnymi ujęciami i tym „wyzwolonym” stylem prowadzenia kamery, z chwilami po prostu (jeśli nie groteskowymi to) żenującymi. Jak to mówi mój mąż – wyszła megalomania artystyczna, wszystko czyli nic. Reakcji żenująco pustej (w piątek!!!!!!) widowni wraz z pierwszymi napisami nie opisuje lepiej nic innego, jak tylko głośne „uff” oraz wstydliwy rechot podczas najbardziej pompatycznych i tragicznych chwil, smutno jest wychodzić z kina, kiedy ktoś za nami szepcze – „widzieliśmy gorsze filmy”, albo przez ostatnie minuty drugiego aktu gra na telefonie w kulki.                          

 
1 , 2