o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
środa, 30 czerwca 2010

 

Kolejny Wierszyk Wyborczy:

Podchody i kłótnie, i broń bratobójcza,
Prezencik od Wodza, od Stryjcia, od Wujcia!

Kto winien? On milczy. Kto winien? Nie on!
On wzrusza sie nagle w tym ciepłym lokalu!
On biedny, on chory, on biedny, on chory,
On biedny, on chory, on leży w szpitalu.

On wzrusza ramieniem, i krawat mu zwisł,
Wódz a za Wodzem PiS!
On wzrusza ramieniem jak gdyby nic,
Wódz a za Wodzem - PiC!

Poeci Łódzcy.

wtorek, 29 czerwca 2010

Już tylko 5 dni do wyborów! Czas oddać głos poezji!

Nie jestem już żaden smarkacz,
Łeb mam pokryty siwizną.
Nie zagłosuję na Jarka,
Bo zbyt cię kocham, Ojczyzno!

Niejeden ciężar na barkach
Dźwigałem, znosiłem trudy.
Nie zagłosuję na Jarka,
Bo dość mam kłamstw i obłudy.

Gdy spytasz mnie, niedowiarka,
Dlaczego? Wyznam ci szczerze:
Nie zagłosuję na Jarka,
Bo w żadną zmianę nie wierzę.

Skąd wiem, że wybór niedobry?
Nie wierzę w zmiany oblicza,
Bo nie chcę powrotu Ziobry
I teczek Macierewicza.

Bo nie chcę mieć Prezydenta,
Co straszy gejem i Żydem,
Co w każdym widzi agenta,
I może zaszczuć jak Blidę.

Na Jarka nie oddam głosu
Za czasy, gdy był premierem,
Za ten upadek etosu,
I koalicję z Lepperem.

Za to, co wciska ludowi,
Na co pozwala i sprzyja,
Za to, co pisze Sakiewicz
I głosi Radio Maryja.

Za sieć podsłuchów i haków,
Wydanie walki elitom,
Za to, że skłócił Rodaków,
Za IV Rzeczpospolitą.

Dziś w duszy mej zakamarkach
Odkrywam decyzji sedno:
Nie zagłosuję na Jarka,
Bo nie jest mi wszystko jedno.

Wybaczcie drwinę i sarkazm,
Odporność z wiekiem się zmniejsza.
Nie zagłosuję na Jarka,
Bo Polska jest najważniejsza!

Wojciech Dąbrowski.

Nie zagłosuję na Jarka - recytuje Autor + mini wywiad!

niedziela, 27 czerwca 2010

1.

Chyba mi już emocje wyborcze troszkę opadły po niedzieli. Choć dalej jestem orędownikiem postaw obywatelskich. Bo nie wolno nie pamiętać, o minionych czasach. Ale spokojnie i tak będzie, co ma być…

2.

Czas dzień za dniem mija. Przychodzą i odchodzą okazje i okoliczności. Tak jak wszystko, co mnie czekało, tak nadszedł smutny dzień pogrzebu i spotkania z liczną rodziną. Abstrahując od tego, że 90% ludzi zgromadzonych na uroczystości kompletnie nie znałem i tak było początkowo bardziej niż obco! Niektórzy z nich, o dziwo znali mnie! Jako małe bobo – wspominali, jak wyprowadzali mnie na spacer, kiedy moja mama była już w bardzo złym stanie. Mimo tego wszystkie te relacje były niezwykle płytkie; kompletnie beznadziejne, jeśli idzie o jakiekolwiek podtrzymanie lub odbudowę dawno straconych więzi. Dopiero podczas stypy, nawiązałem minimalny kontakt z bratem, który oparł się na krytyce mojego ojca, a jego ojczyma. Wspólny ten pułap, chyba pozwolił mu się trochę otworzyć – więc opowiedział mi kilka swoich złych wspomnień, bardzo zbieżnych zresztą z tym, co mi już kiedyś mówiono. Użerając się na co dzień z moim ojcem, potrafiłem empatyzować z bratem – mam dziś z tym człowiekiem podobne problemy, jakie on miał dwadzieścia lat temu. Jednak na polu relacji braterskich, podobnie jak przy 90% nieznanej mi rodziny babci, nie widzę zbyt wielkiej nadziei na normalizację stosunków. Mój brat kompletnie się ode mnie różni – jest ustatkowanym 37 letnim facetem posiadającym to, co zwykło się uważać za wzorzec dla mężczyzny przed czterdziestką; rodzinę, mieszkanie, samochód i własną firmę – nie posiadamy wspólnych zainteresowań, przyjaciół, wspomnień, nawet fotografii, ani nie jesteśmy znajomymi na fejsbóku. Łączą nas w jakimś stopniu pokrewieństwa krwi, nic poza nimi i nic już nas nie połączy…

3.

W piątek przed wczoraj! Zamiast na Rowerową Masę z powodu niesympatycznego pływu klimatycznego, postanowiliśmy wybrać się z I’ na spotkanie z nauczycielką lesbijką: Martą Konarzewską. Która to jako pierwsza nauczycielka chyba w Polsce, ujawniła na forum publicznym swoją homoorientację, w murach skostniałej instytucji jaką jest państwowa szkoła. Przybyło na spotkanie kilkanaście osób, które szczelnie zakleiły pomieszczenia księgarni Mała Litera i rozpoczęła się rozmowa. Niczego nowego nikt się nie dowiedział, albowiem po łebkach streszczono znany wszystkim zainteresowanym artykuł z GW. Wypromowano troszkę nową, przyszłą książkę autorki nauczycielki i oddano głos publiczności. Oczywiście moje uwagi, wcale nie mają na celu obniżenia znaczenia tego, co się wydarzyło: publicznego autowania się, sprzeciwu wobec heteronormy, walki o równość, ani nawet promocji książki (bo jak Martę zwolnią – a za pewne zwolnią – to z czegoś będzie musiała żyć). – Nie! Absolutnie nie jestem przeciwnikiem robienia takich spędów! Sam tam byłem, miód i wódkę piłem! Tylko ja mam pytanie szanowni geje i lesbijki: Co zrobimy z tym dalej? Bo spotkania na dysputy w gronie pedalskim i frendli, to tak jakby zrobić spotkanie czarnych sutann z moherami, albo ślepych z niemowami. Grono wzajemnej adoracji – które słucha, rozumie i podziela swoje racje, może jest fajne z punktu widzenia psychologicznego – ale taki swoisty klub „AA” z natury zamknięty i odizolowany od świata nie może nic! Nie istnieje w świadomości ludzi spoza! Więcej, dyrekcja szkoły i nauczyciele mimo zaproszenia nie wzięli udziału w dyskusji! Więc po co ona? Skoro my poszkodowani już o wszystkim wiemy! A problem powinien być prezentowany, na opiniotwórczych plenach! Czy będzie cokolwiek więcej w tej materii? Czy ruch LGBT wpisze sobie tylko kolejną męczennicę do grona świętych?

13:28, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 czerwca 2010

głos ciemnego ludu, to złoto się nie świeci!!! BIG CYC - Warto Rozmawiać (2010)

Cudowny żywot Kaczyńskich: mohery czytajcie to o waszych idolach! 

1) Pierwszy cudowny przypadek w życiu Jarosława to zawrotna kariera jego ojca Rajmunda. Tuż po wojnie żołnierzy AK, rozstrzeliwano, osadzano w więzieniach, sadzano na nogach od stołka, torturowano, w najlepszym razie wykluczano z życia społecznego. Tymczasem Rajmund Kaczyński, żołnierz AK, tuż po wojnie dostaje od stalinowskiej władzy wypasiony apartament na Żoliborzu, jak na tamte czasy rzecz poza zasięgiem zwykłego obywatela, nawet szarego członka PZPR.


2) Cud drugi, żołnierz AK, mąż sanitariuszki AK, dostaje posadę wykładowcy na Politechnice Warszawskiej i oboje żyją sobie z jednej pensji jak pączki w maśle. W tym czasie, gdy w Polsce rządzi Bierut, a właściwie Stalin rządzi Bierutem, posada dla Akowca na uczelni brzmi jak ponury żart, jednak rzecz miała miejsce.


3) Cud trzeci, rodzą się bliźniaki i jako dzieci akowskiego małżeństwa, na początku lat 60, kiedy większość dzieci akowców opłakuje swoich rodziców, albo czeka na ich powrót z więzienia, nasze orły zabawiają się w reżimowej TV.


4) Cud czwarty. Jarosław Kaczyński jako jedyny działacz opozycji, z kręgu doradców Lecha Wałęsy nie zostaje internowany.


5) Cud piąty, Jarosław Kaczyński odmawia (tak twierdzi) podpisania lojalki i jako jedyny opozycjonista odmawiający władzy PRL zostaje zwolniony do domu, co więcej nikt go nie nęka, w okresie 1982-1989.


6) Cud szósty, Jarosław Kaczyński jako jedyny opozycjonista ma sfałszowaną teczkę i jako jedyny opozycjonista domagający się powszechnej lustracji ujawnia swoją teczkę dopiero po naciskach prasy.


7) Cud siódmy to cud zagadka. Jaki jest związek między ofiarowanym Rajmundowi Kaczyńskiemu przez PRL apartamentem na Żoliborzu, pracą w czasach stalinowskich na Politechnice Warszawskiej, karierą filmową bliźniaków i brakiem internowania Jarosława Kaczyńskiego w stanie wojennym?


8) Umorzenie długu PC w czwarty dniu sprawowania urzędu przez PISowskiego ministra.


9) Cud - fałszywa lojalka umorzona w 2008r z powodu przedawnienia. Inni przed Sądem musieli udowadniać niewinność.


10) Cud - Rajmund Ojciec spoczywa w zapomnianym rejonie cmentarza. Przeszkadzał w karierze?


11) Cud - tytuły naukowe przyznane, lecz ich prace nie do wglądu -zakazane? Publikacji naukowych nie zauważono.

 

Dlaczego ten wpis? Wynika on z moich najstraszniejszych obaw związanych z prawie pewną elekcją Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta Polski! Z obaw że lata 2010-2015 to będzie czas zmarnowany! A życie jest tylko jedno! W latach 2010-2015 istnieje możliwość położenia podwalin pod budowę wolnego, otwartego, nie-ksenofobicznego społeczeństwa polskiego. Tę szansę zaprzepaścimy wybierając JK na prezydenta. Prezydent Veto pokazał nam łagodną twarz i jakby przedsmak tego, co czekać nas będzie przez kolejne 5 lat! Nie wolno stać w miejscu! Trzeba murować cegła po cegle! Aby tu dało się żyć godnie!

koffie james & i'

 

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Oto prawda o wyborcach JarKacza: piszą w opiniach na portalach wszelkich....

Na Jarosława Kaczyńskiego głosują patrioci, ludzie wiary katolickiej, którzy uważają kościół za nieodłączny element państwa polskiego. Są to ludzie inteligentni, którzy są odporni na kłamswta mediów i fałszywą rzeczywistość jaką usiłują one "wcisnąć" ludziom.
Ludzie ci sprzeciwiają się rozsprzedawaniu majątku narodowego w obce ręce i prywatyzajci instytucji państwowych, niszczeniu tego co polskie.


Zaś ludzie głosujący na Bronisława Komorowskiego to ateiści i antypatrioci, chcący zniszczyć kościół i Polskę, zrobić z niej jedną wielką firmę kierowaną przez zachodnie kraje europejskie. Martwie się o Polskę i apeluję nie dajmy się sprzedać, nie dajmy zniszczyć naszej wiary dzięki której jeszcze jesteśmy! Aborcja, eutanazja a potem może klonowanie i co jeszcze?!! Miliony polaków oddało swoje życie w walce za ojczyznę a teraz  wy chcecie za darmo ją oddać?
Opamietajcie się! Macie na to jeszcze 2 tygodnie. Głosujcie na Jarosława Kaczyńskiego! BĄDŹCIE POLAKAMI!!!

Wiedziałem, że ten rok będzie złym rokiem! Ale nie sądziłem, że po tylu tragediach spotka nas jeszcze ta – wyborcza. Sukces Jarosława Kaczyńskiego to ciąg dalszy trumiennej kampanii. Trupy wychodzą na każdym kroku, a jak one się nudzą, to wychodzi służba zdrowia, na którą akurat prezydent ma najmniejszy wpływ. Kampania kontrkandydata jest nudna. Ale na wszystkich bogów, czy już zapomnieliśmy lata 2005-2010 Lecha Kaczyńskiego? Tego nieudolnego prezydenta, z którego się wszyscy śmialiśmy, który przynosił nam wstyd na arenie międzynarodowej? Czy już na bogów zapomnieliśmy lata 2005-2007, a szczególnie okres rządów Jarosława Kaczyńskiego? Białe miasteczko, zagłuszanie telefonów protestujących pielęgniarek, podsłuchy, drwiny z ludzi o odmiennych poglądach, butę tego małego człowieka, CBA i ZOMO, agenta Tomka, śmierć Barbary Blidy? Czy wolno to zapominać? Czy wolno zapominać zamachy na demokratyczne państwo – ludzi którzy w obecnej dobie, pomyślnej koniunktury przywdziewają żałobne szaty i pudrują sobie twarz na blado-trupi odcień, by być jeszcze bardziej umęczonym? NIE!!!

Nie dajmy się zwieść pięknym mowom, ani udawanej pokorze, człowiek mający 61 lat na karku, nie potrafi się zmienić. Jarosław Kaczyński jest przykładem perfidii i braku poszanowania dla najbliższych, w tym zmarłego brata. Ledwo trumna osadziła się na Wawelu, a już zabrał ją pod pachę, lub chowa się w jej cieniu. Ciąga po scenach wieców politycznych córkę zmarłych, która chyba też niezbyt szanowała swego ojca i matkę. To jest kampania przykra! Żałosna! Obrzydliwa!

Ale niestety ten mały człowiek – którego pierwszą damą będzie kot, prawdopodobnie wygra wybory w cuglach 4 lipca. I czeka nas kolejnych 5 ciemnych lat! W których będziemy świadkami wojen i sporów o pierdoły, w których najważniejsze ustawy będą blokowane, a żadne poważne reformy, nie będą miały szansy przejścia całego procesu legislacyjnego. To będzie szczególnie zły czas, dla naszego środowiska, które traci wszelkie szanse, aby do 2015 zyskać cokolwiek. To jest porażające, ale do trzydziestki nie mam co marzyć o tym, by mieć choćby cień szansy, że tu w Polsce jeszcze może być Europa, że będzie można normalnie żyć! To będzie właśnie efekt wyboru na prezydenta człowieka reakcji, to będzie właśnie efekt wyboru człowieka, którego polityka nastawiona jest na wyborcę 40+. Nie oszukujmy się – dla młodego wyborcy, wybór Kaczyńskiego oznacza nie mniej – nie więcej tyle, że na kolejne 5 lat konserwujemy wszystko. Że jakiekolwiek reformy wolnorynkowe, będą rodziły się w tak wielkim bólu i będzie tyle ciągania ich po trybunałach konstytucyjnych, że w końcu same padną z powodu ich maksymalnego okrojenia. Dalej drodzy wyborcy środowisk lewicowych – którzy głosujecie na Kaczyńskiego, bo wierzycie „że pojawi się znów wspólny wróg, który skonsoliduje środowiska” – jesteście bandą IDIOTÓW! Wspólny wróg konsoliduje tylko do czasu jego obalenia. A potem wspólnotę diabli biorą! Wspólnotę buduje się na bazie kilku zbieżnych punktów, które tworzą program! Inną mitologiczną wiarą jest postulat „wybór Kaczyńskiego na prezydenta będzie początkiem końca PiS”, to jest prawie teoria spiskowa. Albowiem Kaczyński poza boleścią, uwalaniem porządnych ustaw w imię lizania dupy kleru, i głaskania kota – nie będzie miał innych obowiązków. Nie będzie się kłopotał rodziną, partnerem czy partnerką, organizacją wakacji czy innymi duperelami, które są modne w rodzinach, tylko sterowaniem – przez nowego prezesa (de facto swego namiestnika) partią!!! Lub w najgorszym zamordystycznym przypadku, sam połączy urzędy Prezydenta RP i tytularnego wielkiego Prezesa Prawa i Sprawiedliwości.

I taki szczęśliwy scenariusz, czeka nas moi drodzy w latach 2010-2015!!! Jeśli 4 lipca 2010 roku nie ruszycie swoich tyłków, do obwodowych komisji wyborczych!!!

środa, 16 czerwca 2010

W sumie nie wiem co pisać, ani jak! Bo pewne sprawy w życiu, które z oczywistych względów muszą nastąpić, zaskakują nas mimo tego, iż od małego oswajani jesteśmy z przemijalnością i kruchością ludzkiego życia. A jednak to jest wciąż trudne do zrozumienia, czy też kompletnie nieakceptowane, kiedy się już stanie.

Zmarła właśnie moja babcia ze strony matki. Po 97 latach jej żywot dobiegł końca. Przeżyła dwoje z trójki swoich dzieci, oraz w pewnym sensie własną śmierć. Od lat już była kompletnie nieobecna, w bardzo dziwnych relacjach panujących w mojej rodzinie. Do 90 roku życia, była w pełni samodzielną kobietą. Rocznik 1913, zahartowana przez dwie wojny, a potem przez PRL, w który wierzyła. Złamała się w 2003 roku, z powodu samodzielności, której do końca chciała bronić. Poważne załamanie zdrowotne, spóźniona hospitalizacja i pewnie wiek spowodowały to, iż mimo tego że uratowano ją wtedy przed śmiercią, po cichu gdy odzyskała świadomość, wdarł się w jej życie utajony morderca. Jeden z tych którzy zabijają kompletnie bezwiednie – demencja, połączona z szybko postępującą postacią choroby Alzheimera. I tak w ciągu kilku lat odeszła całkowicie, cofając się pamięcią do najdawniejszych czasów, aż po całkowity kres wspomnień. Powoli stała się kompletnie nieobecną istotą – niepoznającą własnej córki, najbliższej wnuczki, nie mówiąc o mnie czy kimkolwiek innym. Alzheimer to straszliwa choroba wywołująca jedne z najgorszych cierpień emocjonalnych – kiedy wiadomo jest, że z dnia na dzień będzie tylko gorzej, i coraz bardziej przykro, że wszystko co łączyło bliskich z chorym, wszystkie więzy powoli zanikną… Chociaż z drugiej strony, ta choroba oswaja ze śmiercią – dotknięty nią człowiek umiera zawsze dwa razy, a żałoba pogłębia się w miarę rozwoju choroby. Trudno pogodzić się ze śmiercią a mimo to wiem, że dla Niej nastąpiła ona już kilka lat temu, od kilku lat już Babci z nami nie było.

Najbardziej martwi mnie kwestia pogrzebu. Bo na nim nastąpi odnowienie bardzo strych ran. Spotkam swojego dużo starszego brata, którego nie widziałem od ponad 12 lat. Nie wiem jak mam się zachować, czy jak daleki krewny zmarłej, czy jak brat podróżnik powracający z wyprawy na Antarktydę? Czy stanąć gdzieś z boku schowany za drzewem, poczekać jak wszyscy się rozejdą i spokojnie uciec z tego zlotu żałobników? Czy jak dobry wujek sprzed wojny, przynieść jakiś upominek dla jego synka, którego widziałem tylko raz w życiu jak miał parę miesięcy? Ojciec pewnie powie małemu „tak wygląda twój mityczny wuj – zobacz, przyjrzyj mu się, pewnie zobaczysz go dopiero na moim pogrzebie, lub na jego własnym, jeśli otworzą kryptę z truchłem”. Dać mu cukierka? Może zaproponować zabranie do kina? A może kompletnie olać istnienie tych wszystkich ludzi, którzy w jakimś sensie się mnie boją – bo mój drogi ojciec lata temu, używał mnie jako straszaka względem jakichś swoich roszczeń, odnośnie tamtej rodziny. Zresztą tamta strona nie była dłużna. Poza moim bratem będą jeszcze inne osoby, które ledwo kojarzę i wobec których, popełniam zwykle karygodne gafy, bo pamiętają mnie jako berbecia a ja ich wcale. Ciotka siostry wujka dziadka bratowa – która trzymała moją matkę za rękę na łożu śmierci, a ja wyrodny syn matkobójca – zachowuję się jak totalny ignorant i cham. Nawet nie powiem „pocałuj mnie w…” kiedy spotykam ich w okrągłe rocznice na cmentarzach, tylko „przepraszam panią, ale to mój grobowiec, pomyliła pani kwatery stawiając tu swoje znicze”. Żyjemy już w kompletnie innych socjalizacjach, we własnych światach – całkowicie ukryci nawzajem i nie zainteresowani sobą. Każdy ma swoją sekretną autonomię, którą z jakichś przyczyn chce bronić, bardziej przed tymi wmuszonymi bliskimi, niż przed zaufanymi obcymi.

02:50, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (6) »
niedziela, 06 czerwca 2010

Dokładnie za dwa tygodnie odbędzie się pierwsza tura wcześniejszych wyborów prezydenckich, w naszym cudownym kraju. A ja zawsze lubię gdybać: co by było gdyby?
Co by było gdyby 10 kwietnia nie zginął powszechnie darzony niechęcią Lech Kaczyński? Czy teraz, gdy właściwa kampania powinna się powoli rozpoczynać – miałby minimalne poparcie, tylko betonu PiS i RM? Czy może dzięki maltretowanej polityce historycznej wzrosłyby mu słupki poparcia? Pewnie nie! Pewnie Komorowski byłby pewniakiem i zmiatał w sondażach Kaczyńskiego Lecha.
Ale mamy dziś sytuacje kompletnie inną, mamy „hrabiego Komorowskiego”, „bolejącego hodowcę zwierząt futerkowych” i „radosnego rapującego Grześka” – który zawsze mówi o sobie w trzeciej osobie. Są jeszcze inni znakomici kandydaci, tacy jak pogromca internetu Mikke-Korwin, nijaki Pawlak, Olechowski który nie potrafił określić swojego programu poza okrzykiem – bogaćcie się! Na końcu listy mamy jeszcze radykała Marka Jurka, i resztę planktonu: Leppera, Morawieckiego i Ziętka. Czyli wybór tak pełen, paleta kandydatów tak niesamowita, że dosłownie nie wiem między którym odcieniem szarości mam wybrać? Szary, ciemno szary, jasno szary, szary kremowy, szary matowy, szary podpalany, rudo szary czy jaki?
Wybory które odbędą się 20 czerwca, (jeśli się odbędą – bo żywioł powodzi znów szaleje po kraju naszym i stan wyjątkowy może nam zagrozić) będą najgorszymi wyborami od 1989 roku! We wszystkich poprzednich wyborach prezydenckich, przynajmniej próbowały się ścierać ze sobą jakieś wizje na sprawowanie tego urzędu. Jednak świętej pamięci L.K. – pokazał jak konstytucyjnie wywarzoną funkcję prezydenta naszego kraju pięknego – można zmieszać z błotem i pogrążyć w ciągłych – idiotycznych sporach. Powstało pytanie, a nawet pseudo-zamierzenia, aby rolę i tak prawie nic nieznaczącej figury prezydenckiej jeszcze bardziej ograniczyć. Myślę jednak, że w naszym sarmackim narodzie – jakikolwiek zamach na wolną elekcję – będzie potraktowany jako zamach na cały naród szlachecki. Sam w jakimś stopniu jestem przywiązany do mojego maciupeńkiego głosiku – który wrzucam do wyborczej urny. Tyle tylko, że w roku owym 2010 – nie ma żadnego wyboru. Bo co jest lepsze dżuma czy cholera? Katolik Konserwatysta z kotem, czy Katolik Centrowiec z modelem rodziny z przed 1939 roku, czy Katolik Lewicowiec totalnie mdły politycznie i bez żadnego jasnego programu? Czy może któryś z Katolickich przedstawicieli planktonu?
Wiem, że muszę iść na wybory! Ale kogo powinna wesprzeć moja gejowska dusza? Kaczyński odpada w przedbiegach! Powinienem oddać głos na Napieralskiego, ale ten kandydat mnie zupełnie nie przekonał. Mam wrażenie, że Grzegorz N. jest zupełnie nieprawdziwy w tym co robi, i nie ma kompletnie siły przebicia. A może na Komorowskiego, jednak czy nie jest to w jakimś sensie brat bliźniak Kaczyńskiego? Czy nie powiedział on w 2005 roku na temat Marszu Równości i decyzji prezydenta Poznania: "Prezydent, jak rozumiem - niezależny, myśli już o przyszłorocznych wyborach. Nie chce utracić sympatii społecznej przed wyborami. Prezydent ma jednak prawo brać pod uwagę, czy jakaś impreza jest akceptowana przez społeczeństwo (...) W konserwatywnym Poznaniu ten Marsz Równości pewnie nie był oczekiwany i akceptowany.” A jak wiemy marsze poznańskie odbywają się cyklicznie, a impreza ta w 2009 roku została przyjęta z entuzjazmem przez mieszkańców!!! Wobec czego dlaczego mam oddać głos na konserwatystę? Człowieka który jak pokazuje kampania, popełnia gorsze gafy niż poprzedni prezydent! Zdaję sobie sprawę, że głos na Napieralskiego to głos stracony, jednak może przyzwoity wynik kandydata SLD uchroni tą partię przed kolejną wojną domową? Może dzięki uspokojeniu na lewicy, uda się zawalczyć o ponad 10% wynik w wyborach parlamentarnych wiosną 2011? Głos na Komorowskiego – to strzał w kolano, a jednak wolę oddać kolano, aby tylko do władzy nie powrócił Jarosław Kaczyński, a wraz z nim ponura epoka jego rządów – to już było i już dość, już jeden Kaczyński blokował urząd prezydenta! W żadnej sytuacji nie potrafili się Ci panowie odnaleźć ani razem, ani w pojedynkę! Więc może trzeba postawić na jedną kartę i od początku głosować na Komorowskiego? Może jest cień szansy, aby zakończyć to już teraz, a nie odwlekać na drugą turę, kiedy szanse Jarosława Kaczyńskiego znacznie wzrosną, bo rzesze Polaków, a szczególnie ludzie młodzi rozpoczynają urlopy i wakacje!
Jestem między młotem a kowadłem, ale jedno zjawisko jest ciekawe – im bardziej Jarosław Kaczyński robi się agresywny, im więcej mówi, tym bliżej mi do oddania głosu na Komorowskiego, a im bardziej Kaczyński pokornieje tym bardziej jestem zwolennikiem głosowania ideowego na Napieralskiego – tylko li dlatego że jest on SLD – jedynej liczącej się jeszcze lewicowej siły. Co zrobię 20 czerwca? Kompletnie nie wiem! Przez te dwa tygodnie może się jeszcze wydarzyć tak wiele, iż być może ugruntuje się jakoś moje zdanie! Jednak obawiam się, że mój dylemat wyborczy – między ociemniałym rozsądkiem a schorowanym sercem – rozstrzygnie się w chwili stawiania krzyżyka za kotarą…

środa, 02 czerwca 2010

Po okresie dłuższego milczenia, postaram się napisać, choć odrobinę… Ale szczerze mówiąc, piszę ostatnio tyle, że robi mi się słabo kiedy otwieram kolejny dokument w Wordzie. Który wymaga zapełnienia słowami i w miarę składnymi zdaniami. Mam dość pisania jako takiego, nie mogę patrzeć na klawiaturę, ani na długopis. Kiedy jeszcze do tego dochodzi wizja 15 tygodni, jakie mi pozostały do ukończenia dzieła mojego życia, jakim niewątpliwie stała się moja przeklęta magisterka – to dostaję automatycznie dreszczy i cały jestem struty! Jedno się udało na pewno – maj – udało mi się zrobić wszystko, co zaplanowałem na ów miesiąc. Były dwa jasne cele do realizacji i oba zostały wysmarowane. Na kolejne cztery tygodnie, też już jest zarysowany plan działania, który jest koniecznym do zrealizowania abym mógł w spokoju, wykorzystać lipiec i sierpień na kolejne części swego dzieła. Tak więc w ciągu dalszym blog będzie – niestety – marginalnym moim zajęciem!

Ale tak naprawdę, ostatnie pół roku mojego życia to pasmo totalnie nudnej monotonii. Każdy dzień wygląda tak samo, czynności podporządkowane są takim samym rytuałom, a spotkania ze znajomymi zaplanowane z wyprzedzeniem nawet kilku tygodniowym. Tylko czasem po kryjomu, żeby nikt nie widział wymykamy się z I’ do jakiegoś lokalu, na jedno czy dwa piwka. Czy tak wygląda dorosłe i odpowiedzialne życie? Hm, to chyba muszę zostać celebrytą, bo inaczej będzie bardzo nudno. Ok. odpukać w niemalowane, lepiej żeby było nudno, niż by jakie tragedie się miały dziać!

Czasem z czeluści nudy wyłaniają się rodzynki, lub inne jakieś smakołyki, jak na przykład „dzień dziecka”, albo inny dzień „koffina dŻejmsa”. – Kiedy przychodzą prezenty na przykład od Grzesia Krakowskiego – za co autor bloga, pragnie publicznie podziękować i ucałować go w jego gejowską paszczę. Albo trafiają się Masy Krytyczne, lub spotkania z jakim autorem komiksowym, gdzie można dostać autograf z rysunkiem Yasuki, tudzież jaki koncert znajomego, co zrobił sobie zespół i gra za darmo w klubie, co zwykle jest płatny za wjazd. Albo ukazuje się nowy singiel, jednego z najulubieńszych zespołów muzycznych autora. Takie dni są lukrem tego zbyt czerstwego ciasta, jakim jest moja obecna codzienność. Najchętniej bym od niej uciekł, podpalił wszystko, spakował walizki i wyjechał. Ale nie mogę, bo chyba mi do końca nie wolno. Dlatego że obarczyłem sobą jeszcze kogoś – nie jedną pewnie osobę – ale kogoś w szczególności. Ten ktoś – mając pewnie dość irracjonalne przesłanki, postanowił postawić na mnie wiele – więc teraz byłoby nie fair, aby wszystko to obrócić w niwecz. Nie mam prawa. Wsparcie jakie dostaję od I’, jest tak niesamowite i tak szeroko zakrojone na prawie wszystkich polach, że aż nie potrafię do końca zrozumieć, czy jego uczucie do mnie i zaufanie, nie jest jakimś fanatyzmem – rytuałem, który będzie musiał zakończyć się złożeniem mnie w ofierze całopalnej. Ale gdyby nie mój wspaniały mężczyzna, byłbym dziś w totalnej rozsypce, i na pewno nie miałbym napisanej połowy z tego, co już mam.