o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 30 czerwca 2008

I tak kolejny miesiączek dobiega końca. Czerwiec lepszy od maja, – nawet mimo kryzysowych nastrojów zaliczyć mogę do miesięcy udanych. Było momentami naprawdę miło, więc nie ma co wracać do złych dni, tylko ufnie jak zwierzątko na rzeź iść dalej swoją małą dróżką, i mimo że czasem cegła albo kamień spadnie na łeb, kwiatka też można znaleźć. O kurwa, – ale się ze mnie optymista zrobił no. Coś mi wewnętrznie mówi, że trzeba czasem życie obrócić w żart, czasem pośmiać się z własnej naiwności, nabrać dystansu, odetchnąć – tak jasne, trzeba pierw się na coś takiego zdobyć, zgromadzić siły i rozumiem tak bardzo, jakie to trudne. Ok. pod koniec maja coś obiecałem moim czytelnikom, a mianowicie kontynuację muzycznych seriali, czego niestety w czerwcu nie zrealizowałem ani razu, cóż jakoś tak wyszło trudno się mówi, ale do tej idei powrócę. Myślę za to, że i tak muzyki była masa i że utożsamiam się z tym wszystkim, co tu było zaprezentowane. Wiem że nie było ani „Ich troje” ani „Donny-Madonny” ani innych różowych sympatii, – cholera no ale „mnie to nie bierze – jestem z miasta”. Ale żeby nie być dokuczliwym, może mi cuś z tej wioski.com wpadnie kiedyś w ucho i też tu puszczę, – chwaląc jako zajebiozę. Dobra a teraz na koniec mega atrakcja u Koffiego na bloxie odrobina muzy na pożegnanie czerwca.

na początek coś progresywnego:

D.Sylvian & R.Fripp
Damage
potem coś agresywnego:
Ramstein
Du Hast
i kocham taką muzę hihihi 
niedziela, 29 czerwca 2008

Zostałem kompletnie sam. W czwartek po aferze z ojcem bardzo podniosło się ciśnienie babci, która nas rozdzielała przed pobiciem się w mieszkaniu. Przeczekaliśmy noc i w piątek pracowałem sobie normalnie wierząc, że już wszystko jest Ok. Jednak tuż po zmianie dostałem od niej telefon abym szybko wracał, bo jest z nią źle i że lekaż z rejonu wysyła ją do szpitala, bo nie potrafi jej dobrać leków, a ciśnienie ciągle rośnie. Wróciłem szybko na chatę – wtedy wyznała, że od jakiegoś czasu nie brała sumiennie wszystkich leków, to znaczy od lutego, bo czuła się po nich fatalnie i od rodzinnego zażądała ich zmiany na inne, – i używała tych innych. Lekaż w szpitalu też był zszokowany, że z tak wysokim ciśnieniem bierze tylko dwa leki obniżające. Została zakwaterowana na oddział i ma tam być aż do czasu jak jej ustabilizują wszystko. Oddział ładny, niestety z sąsiednich sal dobiegają głosy jęczących ludzi – straszne. Ma w swojej sali 90-sięciolatkę z żółtaczką, – kobieta jest cała żółta, zapadnięta i nadzwyczaj żywotna – mało komunikatywna, zachowuje się raczej jak zwierzę, – ciągle pomrukuje lub postękuje, czasem siada na łóżku i ziewa – podobno jest stuknięta, ma grzywiaste siwo-szare włosy do ramion i wygląda dosłownie jak stary lew. Teraz codziennie po robocie latam do szpitala, potem do pustego domu. Ojca w weekendy nie ma w domu jestem więc sam – dobijające uczucie, kiedy masz świadomość, że nikogo nigdzie nie ma obok, że nikt nie oddycha. Ale jutro już tatuś się zjawi na obiadek, a że obiadku niestety nie ma, to będzie wyjadał zapasy z lodówki, dlatego od wczoraj oszacowałem ilość zapasów i robię skrytki w lodówce tak by wszystko w niej pochować. Już prawie całość jest ukryta. Więc niech sobie zje masło, albo paczkę drożdży. Najgorsze jest to, że po pracy muszę gotować i zmywać. Jeśli już gotowanie (wielce eksperymentalne) mi jakoś wychodzi tak zmywanie to dramat. Dlatego też pochowałem większość sztućców i talerzy, by ograniczyć do minimum ich zużywalność, zakupiłem już zapas talerzyków plastikowych i zostawiałem jeden kubek by tylko on się brudził, oraz jego łyżeczkę. Niestety tatuś jutro coś sobie pewnie upichci i zostawi burdel dla synusia. Dziś skończył mi się zapas obiadowy, pozostały makarony więc teraz je będziemy konsumować, wystarczy dokupić jogurt naturalny i jakieś owoce – skatować je pałką do ziemniaków na miazgę posypać cynamonem i miodzio. A we wtorek spróbujemy sił w smażeniu, mam dwa filety z pangi – w sumie jeszcze nigdy niczego nie smażyłem (poza leczo, jajecznicą i omletem), więc walka z mięsiwem na patelni może być zabójcza. Piszę tą notkę z dużą łatwością, bo z babcią już dobrze – jestem zwolennikiem tego by sobie posiedziała w tym szpitalu, – niech odpocznie ja sobie dam radę, tylko kurwa strasznie jest być samemu w domu. Człowiek jakikolwiek człowiek, ale zawsze człowiek. A jeśli to jeszcze ktoś bardzo bliski – czuć potworną pustkę – mieszkanie zmienia się w zimną jałową jaskinię…

czwartek, 26 czerwca 2008

Moje relacje z ojcem są coraz gorsze. Rodzą się tylko niesnaski i nowe kłótnie. Ja go coraz mocniej nienawidzę, a on coraz bardziej drwi ze mnie. „Bo pedałów miejsce jest dwa metry pod ziemią” – mówi. Albo – „nie podchodź pedałku, bo mnie mdli”. Powoli ujawnia wszystkim bliskim z rodziny – hiobowe nowiny o swoim synu. Znalazł w tym pasję, – bo robi to wbrew mojej woli, i tak by brzmiało to najbardziej krzywdząco, – dorzucając wszystkie najgorsze stereotypowe obrazki i utożsamiając mnie z nimi, – w oczach rodziny wychodzę na wykolejonego potwora. Oddala nas od siebie coraz bardziej bariera wzajemnej agresji, prawie albo nie prawie rękoczynów, obcość i emocjonalna przepaść… Ale jemu to sprawia przyjemność – w końcu może mnie upodlić – choć nie ma pojęcia kim jestem i jak żyję…

środa, 25 czerwca 2008

XII

No i w końcu ukazały się na polskim rynku dwa ostatnie albumy kultowej francuskiej serii BD „XIII”. Wiadomo, że niestety kontynuacje serii, których główne wątki w sumie można wyczerpać w maksimum 4 albumach, nie są już tak pasjonujące, a z czasem niestety stają się nawet nudne. I tak jest w przypadku „XIII”-stki. Ale pasja to zawsze pasja. Zbierałem tą serię, od kiedy ukazała się na polskim rynku, to jest od 2000 roku. Pierwsze wydawnictwo wydające serię upadło, trzeba było czasu, aż przejmie ją inne, czyli masa czekania i niepewności, co się stanie dalej z Jasonem Fly, Kellyim Brian’em, El Cascadorem, Stevem Rowland’em, kto to wiedział w sumie z kim??? 19 części o tajemniczym agencie, super zabójcy, który stracił pamięć, o jego przygodach, poszukiwaniu odpowiedzi na setki pytań w tym szczególnie o własną tożsamość – zabrały mi osiem lat – (hehehe francuzom ponad 23 lata od pierwszego albumu z 1984 roku). Fajnie że to już koniec – wreszcie można spędzić 19 wieczorów nad lekturą jak kiedyś… Kiedy będąc małym chłopcem, a szczególnie jak byłem chory, poczytywałem całe moje komiksowe zbiory. Dziś musiałbym być naprawdę dłużej chory, żeby strawić w jednym czasie te ponad 450 tytułów, które mi „zawala” półki – eh kiedyś się to pewnie uda. W każdym razie teraz zamieniam się w 15 latka i do lektury :) A i jeszcze jeden rarytas na koniec sprawili nam panowie Vance i Van Hamme. Do realizacji bowiem 18 albumu, który ukazał się równolegle z 19 w roku 2007; zaprosili wybitnego grafika i scenarzystę Jean Giraud znanego jako Moebius – twórcę kultowego na rynku francuskim Blueberry’ego (jako Giraud) oraz kilkunastu autorskich wydawnictw takich jak „Feralny Major”, „Świat Edeny” czy „Biały Koszmar” (jako Moebius).       

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Chcę więcej takich dni. Chcę więcej takich dni jak ten. Kiedy dla tej bezsensownej nadziei zapalają zielone. A wszyscy głupcy mogą postawić kolejny krok. Warto czekać sto długich ciemnych lat, na jeden jasny dzień. Nawet kiedy za chwilę czeka sto następnych długich lat bez światła...    

King Crimson
Three Of A Perfect Pair (acoustic!!!!)
boshe chcę to zobaczyć i usłyszeć na lajfie.... mmmm - czyli powrót do progresu przez mega PY.
sobota, 21 czerwca 2008

Często szczególnie w ostatnich miesiącach, czuję się potwornie zagubiony. Ludzie zaskakują mnie w sposób kompletnie niespodziewany. Jedni, których bym nigdy nie posądził zaskakują tak pozytywnie, że muszę – co mi się bardzo rzadko zdarza – zmienić o nich tak zwane złe zdanie, drudzy ci których stawiałem na piedestałach okazują się upadać. A ja zapętliłem się w moich filozofiach życiowych i wychodzi na to, że nie potrafię od nich uciec. Okazało się, że jestem nastawiony do wszystkiego na NIE! Poznałem ostatnio w pracy pulchniutką dziewczynę. Jest lesbijką – wygląda trochę jak facet. Bardzo wrażliwa dziewczyna, nie układa się jej w życiu. Ma potworne kompleksy na punkcie swojego wyglądu, czuje się zaszczuta, była kilkakrotnie w różnych lokalach branżowych i spotkała się tam z szyderstwami pod swoim adresem. Nie wiem co jej powiedzieć – próbuję ją jakoś wspierać, być dla niej pomocny i miły – co u mnie raczej gburowatej postaci też czasami przychodzi z trudem. Taka panuje o mnie opinia w pracy, a ja zwyczajnie żeby kogokolwiek poznać potrzebuję czasu – nie ważne czy mowa o gejach czy kimkolwiek. Dlatego na ludzi, których wcale nie znam reaguję tak jakby ich nie było wcale, potrafię przepracować osiem, ba nawet dwanaście godzin nie nawiązując żadnego kontaktu werbalnego ani słowa nie zamienić. Z kolei moi znajomi nie potrafią mnie zakneblować. Do lesbijki odezwałem się jakoś po roku widywania się w pracy. Zaczęliśmy rozmowę od lokalizacji lokalu, w którym się chyba widzieliśmy. W efekcie zaproponowała mi wyjście na piwko, ale zaczęła dopytywać czy nikt jej nie będzie szykanował – a ja nie wiedziałem, co jej powiedzieć. Ludzie to generalnie mendy, – nie mogę za nich odpowiadać – i jakoś idea wyjścia się rozmyła. Aneta jest paradoksalną postacią, – co utwierdza mnie w przeświadczeniu, że świat oparty jest na paradoksach. Potrafi zapieprzać jak niejeden chłopak, jest jakaś taka potwornie męska w swoim stylu bycia. U kobiety sprawia to wrażenie ordynarności. Ale to tylko pozory, strasznie mylące, – gdybym jej nie poznał powiedziałbym, że jest okropnym babochłopem, – a wiem że tak absolutnie nie jest, – że jej granica wytrzymałości jest bardzo cienka, a pod silną maską kryje się bardzo delikatna osoba. Często oceniam ludzi po drobiazgach i skreślam ich z listy tych, którzy mają prawo być w kręgu moich „zainteresowanych”. Istnieje w mojej głowie jakieś straszne przeświadczenie, że jeśli ktoś nie spełnia którejś z moich kategorii, to od razu do skreślenia. Zwykle na wstępie wszyscy mają u mnie minusa, a potem z czasem poznawania danego człowieka minus znika (no chyba, że dochodzą kolejne) i zaczynają się pojawiać nieśmiałe pozytywne oceny, – taki jakiś jestem i już. Dziś noc przesilenia i najdłuższy dzień, a ja nie znalazłem kwiatu paproci :((( Dzień który był dla mnie taki sam jak inne, tak samo monotonny, sobota pracująca – ludzie sobie imprezują, niedziela na 6 do pracy – ja nie imprezuję. Może jak mnie coś trafi skoczę na Orlen po Sobieski Ice. Ale chyba nie – chyba lepiej niech zostanie tak jak jest. Wszystko będzie dobrze… następny proszę…    

Moim dylematem jest pytanie co wybrać TO

 ELEKTRYCZNE_GITARY_-_Czekamy

CZY TO

Elektryczne Gitary -  Hustawki
czwartek, 19 czerwca 2008

I dalej trwam. Dalej mnie opływa czas. Mija mi kolejny ruski miesiąc. Może czas na psychoanalizę? Albo na szubienicę! – Nie bzdury gadam, poprawiło mi się. Poziom cynizmu przekroczył dopuszczalne normy Wielokrotnie. Kumulująca się we mnie złość dodaje mi adrenaliny, – czyli jestem jak na prochach przeciwbólowych – chwilowo uśmierzony i wciąż chory. Niby nie wymuszam na sobie uśmiechu, ale jest on efektem tego napięcia nerwowego. Wszystko się dalej pierdoli, praca się nie układa tak jak powinna, moja szefowa wczoraj, kiedy jej płakałem o tym jak jest mi źle ostatnio w pracy i że mam tej pracy za mało, – uśmiechnęła się i powiedziała żebym coś ukradł. Ukradł? Potraktowałem te słowa debilnym śmiechem coś w stylu: „hahahahahahaha ty kusicielko – ty”. A pomyślałem, – co za kretynka. Chcę już dwudziestego lipca – chcę już dwudziestego lipca jutro. Chcę stąd wyjechać – odpocząć od ludzi i wszystkiego. Pobyć sobie na całkowitym odludziu. Posiedzieć na pustej plaży o zachodzie słońca i pooddychać morskim powietrzem. Cieszyć się każdą minutą samotności absolutnej.

wtorek, 17 czerwca 2008

Napisałem wczoraj notkę – o tym, co mnie boli. A dziś nie jestem w stanie jej opublikować. Nie mogę jej nawet w spokoju przeczytać. Pytam się ostatnio siebie, – kim jestem i dokąd chce iść? Pewnych bardzo radykalnych kroków nie podejmę nigdy, – bo jestem tchórzem. O innych zaczynam powoli myśleć… Muszę coś zrobić, bo przedłużający się stan mojego kryzysu „psychicznego”, – (swoistych wahnięć nastrojowych, – które kumulują się w moim wnętrzu bez jakiegokolwiek ujścia) – dobija mnie coraz bardziej, bo nie mogę się wykrzyczeć. Tego stanu nie mogę już (nie jestem w stanie już) spokojnie znosić. W wakacje upłynie pierwszy rok od mojego wyjścia. Rok który dużo mi uświadomił, rok który próbował zburzyć moją postawę budowaną od lat, a udało mu się zabić tylko moje chęci. Dlatego wolę wyjechać na marsa niż się pod coś podporządkowywać, – czyli paradoksalnie – narodziły się inne pragnienia… Dopadają mnie, (powracają) myśli, które dawno już porzuciłem, – których się kompletnie nie spodziewałem. Stare demony z przed czterech, pięciu lat. One doskonale wyczuły, że teraz jest najlepszy czas by wrócić, by szatkować mój mózg, by mnie dręczyć, robią to z masochistyczną precyzją i przyjemnością, kroczek po kroczku wkradając się do mojego umysłu, a ja jestem kompletnie bezradny. Rodzi się we mnie sprzeczny dialog, – który bez skrupułów rozsadza mi głowę. Z godziny na godzinę coraz mocniej. I jeszcze ten straszliwy przymus codzienności, – kiedy w pracy trzeba zakładać miły uśmiech na twarz, – że jest tak super. – Z drugiej strony odmóżdżenie, którego tam doświadczam poprawia mi potem nastrój na kolejny dzień, a nawet i kilka. W zależności od tego, z jaką intensywnością – postępuję tam moja prymitywizacja. Chwilowo marzę o tym, by zapaść w letni letarg i obudzić się pierwszego października, obładować się masą najgorszych obowiązków i nimi żyć…

niedziela, 15 czerwca 2008
Coldplay
Talk
... and I love it...

Ostatnio sporo czytam!

Gejostwo kontratakuje na profilach randkowych. Nie wiem czy się śmiać czy płakać generalnie po wszystkim mam ochotę na wymioty. Generalnie - co oznacza, że minimalnie coś ciekawego tam jest, – ale to pewnie tak jak z moim przypadkiem. Dużo gadania, a i tak nic z tego nie wychodzi. Laif is brutal – ty brutalu ;-) Najbardziej podobają mi się teksty typu „jestem romantykiem szukam miłości (oh!) – choć wiem, że to nie czasy dla romantyków (oh!!), ale mimo to wierzę, że na miłość nigdy nie jest za późno (oooh!!!)” – VOMIT. Są też takie moje ulubione numer dwa coś jak: „jestem fajny” (aj dla mnie nie masz stajla). Ale najkonkretniejsze są te, które mówią prosto z mostu: „jestem dobry w te klocki” (hot stuff)  „do wyjebania, lubię..., daję ….” (yeh hot boys) i najbardziej, ale to NAJ-NAJ-NAJ lubię tych, którzy się cenią, czyli od razu wystawiają cennik za usługi. – są przynajmniej najuczciwsi – paradoksalnie tylko oni.

Oh – i tu wyjaśnia się moja postawa, moje życiowe motto, by nie wchodzić w bagno (szerokie i z każdym dniem coraz szersze pojęcie), bo i tak z tego nic nie wynika i nie wyniknie, już mi minął okres chęci poznawania ludzi – all the same, all with larks’ tongues covered in aspic.

... z innej bajki...

Ostatnio dużo słucham i myślę, że naprawdę dobrej muzyki. W necie ogromne zamieszanie z albumem Viva la Vida (or death and all his friends) Coldplay. – Który już maksymalnie ukochałem. Coldplay uchodzi troszkę ze pedalską kapelę. Oh opinie są różne i mało mnie obchodzą, bo dawno nie znalazłem albumu, który zwierałby taki tygiel emocjonalny jak ich ostatnia płyta. Dawał mi takiego kopa. Niestety na youtube’ie pojawiają się ciągle i znikają poszczególne kawałki tego wybornego płyciwa, więc dla patrzałek cuś starszego (powyżej), a dla ucha cuś nowszego (poniżej), hej ;-) 

Coldplay - Viva La VidaViva la Vida

or

10 - coldplay - Death And All His FriendsDeath and all His Friends
piątek, 13 czerwca 2008
Coil
First Fife Minutes After Violent Death + Golden Section
Uwaga!!! Jest to raczej dziwne!!! Na piątek 13-go w sam raz!!!
Buuuu!!!!!! Piątek trzynastego. Pierwszy i ostatni w tym roku. Pamiętam jak byłem mały, jak w takie piątki puszczali tandetne horrory na Poloni 1, szczególnie „W piątek 13-go” i jego kolejnych milion części. Potem szukałem lepszych filmów tego gatunku i  okazywało się, że to co znajdowałem to nie horrory tylko dramaty, – tak na przykład odbieram: „Wywiad z wampirem”, „Lśnienie” czy „Draculę”(F.F.Coppoli). Potem ktoś nakłonił mnie na oglądanie pseudo horrorów kosmiczno-katastroficznych i okazało się, że to też była żenada pl. Albo jeszcze tej debilnej „Piły”. I tą metodą doszedłem do wniosku, że horrory są beznadziejne.                                                                                                                                             ***
Zasadniczo patrząc na życie, – to ono samo w sobie jest takim horrorem. Przynajmniej moje jest pasmem smutku. Każdego dnia wychodzę na ulicę w jakiejś potwornej masce kogoś, kim nie jestem. Gram dzielnie swoją rolę. A nocą nie mogę sobie patrzeć w twarz. Wczoraj po meczu, który oglądałem ze znajomymi w Bagdadzie, poszedłem do Andrzejka. Wracał z POS-u gdzie odbywał się jakiś konkurs, taksówką mnie zgarnął z pod rektoratu akademii medycznej. Ale że z taksówkami wczoraj było kiepsko na mieście, do tego jeszcze po meczu, – zniknęły z pewnych rejonów miasta kompletnie. Dlatego musiałem chwilę poczekać, – dłuższą chwilę. Usiadłem sobie na murku i oglądałem motłoch pędzący do autobusów nocnych, na zbiorczym przystanku. Rozradowany alkoholem tum, jedni się śmiali inni wrzucali na „sędziego i całą rodzinę jego”, jeszcze inni – ci z innych bajek – byli lekko wystraszeni. A wszyscy bez wyjątku byli tak samo tragiczni. I ja dziwna postać, kuląca się obok nich, – taki chodzący piątek 13-go. Chory na przewlekłą chorobę załamania psychicznego, – nie wiary w ludzi ani w siebie. Doskonale diagnozujący się przypadek, człowiek który woli dla zasady zginąć na barykadach. Poszukujący ciągle wartościowych jednostek, tylko według jemu znanego klucza. Każdego dnia zażywa kolejne porcje leczniczych impulsów, które czasami działają z ogromną siłą – dając kopa na tygodnie pogodnej egzystencji. Czasem jednak, gdy choroba się nasila i nic nie działa, – nic nie pomaga marzy o swojej nirwanie. Która jest mu chyba pisana wcześniej niż przeciętna. W te złe dni sucha dużo złej muzyki, która dobija mocniej, i o dziwo pomaga wszystko zrozumieć…
 
1 , 2