o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
środa, 30 maja 2018

Dzień Matki, bez matki – to były pierwsze dwa wersy banalnego wierszyka, który napisałem bodaj w 2004 roku na alkoholowy konkurs poetycki w grupie Trans-Taras, w której pokazywałem moje wczesne i ostatnie teksty w okresie młodzieńczego-prymitywizmu. Był to tekst wyróżniony – za jakąś tam liryczność – kielichem wódki, ale był to zapis mojej nie-relacji z matką.

Dekadę temu zamieściłem go na łamach tego bloga w dniu dwudziestej rocznicy zgonu mojej rodzicielki. Dziś mija trzydzieści lat od tego mrocznego dnia roku 1988. Dalej nie mam matki, dalej nie umiem odnaleźć ani iskierki jej motywacji (aby poświęcić życie za życie), i dalej zdarza mi się przerabiać ten motyw – jak wyglądałoby moje życie gdyby żyła? Jak inne byłyby moje relacje z bratem (którego nie ma w moim życiu), z siostrą mamy (która jest trochę jak kukułka w starym zegarze – pojawia się kilka razy do roku i nigdy nie wiadomo dlaczego, bo nic z tego potem i tak nie wynika, choć strasznie ją lubię)? Wreszcie kim by był mój ojciec, który obecnie toczy wojnę rozwodową ze swoją drugą żoną, którą permanentnie zdradzał przez cały okres małżeństwa z planowaną trzecią małżonką? Według legendy przy mojej matce działał jak w zegarku. Podobno to była bardzo zasadnicza kobieta, starsza od mojego ojca i matkująca mu po prostu. Kolejne wybranki jego serca nie dorównywały autorytetem mojej matce. Czy byłby tak pogubiony w latach dziewięćdziesiątych i tak zniszczony alkoholem w latach zerowych, kiedy w pewnym sensie stracił cały dorobek życia? Śmierć tej kobiety wpędziła go w dwadzieścia lat totalnych błędów aż to upadku, który nastąpiłby dużo wcześniej gdyby nie to, że mieliśmy wówczas jeszcze dużą rodzinę, która nie bała się reanimować tego wraka ludzkiego. Dopiero teraz wrócił do życia – dlatego mimo lat i perypetii tak często jeździ do niej na grób. Nie wiem co wówczas myśli? Może tęskni? Może w głębi duszy wyje? Poznał ją na praktykach w technikum, to była chyba jego najprawdziwsza młodzieńcza miłość i musiał mieć wtedy coś czym zwrócił uwagę kobiety z pozycją i dobrą pracą – taki szczeniak – który jeszcze nic nie miał w życiu. A potem żyli ze sobą w nieformalnej  relacji – moja matka zawsze potrafiła go trzymać na odpowiedniej smyczy. Bardzo tego potrzebował. Tydzień przed jej śmiercią zawarli cywilny związek, abym ja nie nosił nazwiska po jej pierwszym mężu.

To wszystko znam z opowieści z Legendarnych Dziejów Praszczurów Koffiego Jamesa. Ale o matce z ojcem nie zamieniłem nigdy ani jednego słowa. (On nie potrafi o niczym rozmawiać). A kiedy go pytałem on dostawał jakiejś głupawki i prześmiewczo mówił, że dostałem po niej charakterek. Od ciotki – słyszałem z kolei tylko pochwalne peany na cześć jej siostry – obraz pomnikowy i fałszywy. Najukochańsza opowiadała zawsze, że miała z moją matką na pieńku, nie kochały się i bardzo drażniło to Najukochańszą jak moja matka podobno sterowała moim ojcem i nastawiała go wrogo wobec niej. Mój brat nigdy nic nie opowiadał, ale widywaliśmy się tak rzadko, że czasem wydaje się, że był on nierealny. Moja ciotka L’ siostra Najukochańszej opowiadała, że moja matka miała złe korzenie – że pochodziła ze Wschodu, a tam żyją „złe ludzie Ukraińcy i Kaukazi” – zawsze mnie to niepokoiło, ale potem skojarzyłem jej ksenofobiczne teksty z moim niestosownym zachowaniem, kiedy jeździłem do matecznika dzikusów ze strony Najukochańszej i bawiłem się w latanie dookoła kamiennej chaty pokrytej słomianą strzechą z rozpalonymi w piecu gałązkami – niczym małą pochodnią. Tym bardziej szaleńczo biegałem im ciotka bardziej darła się w niebogłosy abym się opanował i stłumił ogień. Nic nie spaliłem – słowo!

A moje wspomnienie? Jest pewnie wymysłem świadomości, sugestią kogoś z rodziny, bo chyba nie pamiętam matki i trudno mi powiedzieć czy nie byłbym dla niej największym rozczarowaniem, jakie przyniosła na ten Świat. Ale jeśli już mam prawo do wspomnień to też zawarłem je w tym wierszyku sprzed lat:   

ty jak obrazek

w podomce w kwiatki

co przerobiliśmy ją na zmywaki

w czarnych włosach stoisz   

Taki tkwi we mnie obraz, a podomka rzeczywiście jakoś trafiła potem do mojego właściwego domu, gdzie Najukochańsza każdą przydatną rzecz wykorzystała wielokrotnie. Często się zastanawiałem – czy nie wycieram talerzy i brudu z podłogi fragmentem jedynego materialnego śladu po kobiecie, która przyniosła mnie na świat? Stała tam tak w tym korytarzu między kuchnią, a dużym pokojem. Światło padało z obu stron, a jej chude ciało zatopione było w tym lekkim i zwiewnym okryciu. Jej włosy falowały aż do ramion… Albo tak mi się wydawało?

Dziś ją odwiedziłem. Straszny upał. Ciotka zrobiła kilka lat temu nowy nagrobek, piękny szary marmur po latach lastryko. Ktoś był, paliły się lampki, kwiatki zdychały ukrzyżowane w wazonikach. Odkryłem, że piękna płyta jest nierówno położna i lekko drga – tak jakby ktoś zaglądał do wnętrza grobowca. Może nie wszystek umieramy?  

 

wtorek, 29 maja 2018

Przychodzi taki dzień miesiąca, kiedy od kilku lat przeżywam swoiste déjà vu. Podsumowanie mojej pracy przez pracodawcę, który od lat mnie zatrudnia. Bardzo depresyjny dzień, kiedy mam więcej wątpliwości niż chęci. Kiedyś było mi chyba lżej – być traktowanym w taki sposób (po kosztach), ale choć moja pensja symbolicznie wzrasta z roku na rok to, kiedy widzę jakie nakłady idą na pomoc i leczenie Najukochańszej i generalnie jak szybko rosną na wszystko ceny, a coraz mniej zostaje dla mnie i dla I’ – zdaje sobie sprawę, że wobec zmian jakie gwałtownie następują na rynku pracy – dostaję jałmużnę. Kiedy zatrudniałem się u mojego chlebodawcy – znalezienie dobrej pracy wcale nie było oczywiste, a do tego ten prestiż miejsca bla-bla, dziś – tygodniami i miesiącami – oferty, które wysyła mój pracodawca nie znajdują żadnego zainteresowania. Gdzieś wewnątrz mnie zaczyna pulsować alarm, aby myśleć o zmianach, czas na zmiany – woła, bo życie ucieka bardzo szybko. Dziś wszystko pójdzie jeszcze w niepamięć, ale alarm pulsuje z miesiąca na miesiąc mocniej, a zapał by wypruwać sobie żyły za wszelką ceną, bez żadnej nagrody – słabnie…   

 

David Bowie - Changes

niedziela, 27 maja 2018

1.

pierwsze wiosenne wejście

 

Warszawa tej nocy.

Stało się , kulsony nie upilnowały pierwsze wiosenne wejście na schody ...:)

Teraz na pewno będą barierki.

(Tekst oryginalny).

 

Taki dramatyczny opis znalazłem na fejsbóku Sympatyków Komitetu Obrony Demokracji. Szczerze powiem, że przez ostatni miesiąc nie miałem zdrowia do polskiej polityki. Praca, Najukochańsza i jej problemy zdrowotne, a teraz jeszcze gorączkujący mąż – naprawdę wypełniły mi czas. A jeszcze wyjazd do Wa-wki na WTK2018 i przy okazji na Komiksową Warszawę. Ja nie robię się kurczę młodszy – no nie.

Nie mniej to, że nie skomentowałem Schodów i tych wszystkich szopek smoleńskich – nie znaczy, że to mnie nie bawi. Bawi bardzo, aż do łez. Nie potrzeba mojego komentarza – kiedy jakaś ekipa już zdobyła najwyższy szczyt Polski – chłopaki wzięli i weszli. O! I mają serdecznie wyjebane – barwo zuchy!

2.
Drugi temat jest jeszcze bardziej przykry. I gdybym miał się nad nim pochylić i napisać, co myślę tak na serio to blox zablokowałby moje konto na portalu Agory. Bo naprawdę czuję ogromną żółć i nienawiść do obozu władzy za to, co wyprawiają z protestującymi matkami niepełnosprawnych. To jest dla mnie jakaś granica paradoksu, na jaki mogę się zgodzić. Katoliccy radykałowie chcą zaostrzać przepisy antyaborcyjne, jednocześnie skazując osoby urodzone ze znacznym stopniem niepełnosprawności na wegetację za 900PLN. To znaczy dokładnie tyle, że rządzący niszczą życie rodziców takich dzieci, a potem po śmierci rodzicieli skazują tych ludzi na DPS. Czyli obarczają resztę społeczeństwa swoją hipokryzją. Jakie to jest ……………!!!!!! Kim musi być wyborca PiS-u albo, jakimi k-wami, że zacytuję Marszałka jesteśmy my, jako Polacy, że godzimy się na taki stan rzeczy? Co w nas przestało grać? Kiedy umarło społeczeństwo?

Już w 2015 roku zdaje się pisałem, że populistów zniszczy ich populizm. W tej chwili rząd od blisko 40 dni pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Hipokryzja! Niech wszyscy dobrze zobaczą, czym jest prawdziwy populizm i jak szybko zakłada pętle na szyję! Niech idą na dno. 900PLN to jest dno, ale może te 500PLN dorzuci episkopat polski (???) – największy obrońca życia po mimo wszelkich medycznych przeciwskazań. Niech te darmozjady zamiast wydawać na kolejnego Maybacha – pomogą tym biednym, niepełnosprawnym ludziom, których wespół z rządzącymi – skazują na żałosną wegetację…    

 

środa, 23 maja 2018

Komiksy z uniwersum Marvela oraz ich filmowe emanacje – choć pełne akcji, wybuchów, światów wykreowanych i przyznać trzeba szczerze naprawdę dobrego humoru – są dość głupie lub zazwyczaj głupie. Generalnie trykoty niezależnie skąd by ich nie brać czy z Marvela czy DC w XXI wieku to maszynka do kręcenia potężnej kasy. Nie mam zamiaru oczywiście tego krytykować, ale może ciut łezka się w oku kręci, kiedy wspomni się kulturowy wpływ superbohaterów na tożsamość i budowę społeczeństwa amerykańskiego. Najpierw prym wiodło w tym DC, a potem wyprzedził Marvel, który wiele lat przed wprowadzeniem w USA równości małżeńskiej wyprawiał na kadrach swoich komiksów gejowskie śluby itd., a dziś obie firmy ściągają się tylko kolejne miliardy dolarów.

Marvel stworzył jednak postać bliższą ludziom dzisiejszych czasów - Deadpoola. Nieśmiertelnego antybohatera, nienależącego (podobno kiedyś należał) do Avengersów. Postać niejednoznaczną, cyniczną, odpychającą, dobrą, choć wcielającą wszelkie zło i bardzo wulgarną do tego. Deadpool powstał początkowo, jako supervillain dla serii X-Man, ale że jest to dziecko lat 90-tych (pojawił się na łamach Marvela w 1991 roku), jego zło zostało redefiniowane i jako odzwierciedlenie współczesności – typowy postmodernistyczny heros, po latach zasłużył na własny blockbuster. Za postacią mocno lobbował jej wielki miłośnik i aktor wcielający się w rolę głównego bohatera Ryan Reynolds. Ale szykując kampanię reklamową filmu Deadpool 2, Reynolds i ekipa przeszli samych siebie…

Poniżej (oraz powyżej) kilka przykładów swoistej ponowoczesności…       

poniedziałek, 21 maja 2018

 

Od śmierci Freddiego Mercury musiało minąć 27 lat, aby ten film mógł ujrzeć światło dzienne. Czy twórcy zdołają zmierzyć się z legendą Queen? Czy wybrany w drugim rzucie Rami Malek (gwiazda serialu Mr. Robot) udźwignie rolę, którą dostał, kiedy propozycję scenariusza odrzucił typowany do roli Freddiego Sacha Baron Cohen? Aktor stwierdził, że za mało jest w tej historii prezentacji prywatnego życia Mercurego, a za bardzo scenariusz skupia się na Queen po śmierci lidera zespołu. Zmieniono aktora, ale zmiany wprowadzono też w scenariuszu. Oby na lepsze!

Rzadko piszę o filmach, choć oglądam ich całe mnóstwo. Na Bohemian Rhapsody jednak oczekuję ze szczególną niecierpliwością. To będzie film o mojej pierwszej muzycznej miłości i pasji, kiedy jako piętnastolatek zbierałem każdy grosz aby kupować kolejne płyty kapeli. O zespole, o którym mam dość sporą wiedzę i dlatego mam jakieś tam oczekiwania i bardzo mnie interesuje jak cała ta złożona historia będzie pokazana. Nie mogę się doczekać jesieni…  

 

środa, 16 maja 2018

WV

14-go maja zmarł William Vance, jeden z mistrzów europejskiego komiksu – głownie rysownik, sporadycznie piszący scenariusze. Na przestrzeni blisko 50 lat pracy twórczej – wyrobił sobie, własny niepowtarzalny realistyczny styl – który czasami dzięki kolorom, które nakładała na wiele z jego prac żona Petra Coria – wpadały gdzieś na peryferia popartu.

Vance rozpoczął przygodę z komiksem w 1962 roku, kiedy jako rysownik w magazynie Tintin dostał zlecenie rysowania kontynuacji serii Howard Flynn. Po tym teście ukazywały się już prace autorskie młodego belga. Western Ringo, średniowieczna przygodówka Rodryk, wreszcie sensacyjna seria do scenariusza Grega (szefa magazynu Tintin) Bruno Brazil.

Lata 70-te przyniosły mu kolejne serie jak Bob Morane (którego scenariusze były adaptacjami kultowej francuskiej literackiej serii przygodowej). Rozpoczął kolejną serie osadzoną w wiekach średnich Ramiro, oraz ulubioną przez Vancea awanturniczą serię Bruce J. Howker opowiadającą przygody o Królewskiej Marynarce Wojennej.

Największym komercyjnym sukcesem i przepustką do nieśmiertelności stała się ostatnia seria Vancea, jaką rozpoczął, była to sensacyjna opowieść – XIII do scenariuszy Jeana Van Hamme. Opowiadała o mężczyźnie z objawami amnezji, który obudził się na plaży, a jedynym jego znakiem szczególnym była XIII wytatuowana na obojczyku, oraz śmierć, która spotykała wszystkich, którzy mieli kontakt z mężczyzną. Seria belgijskiego duetu ukazywała się w latach 1984-2007. 

Chorujący na chorobę Parkinsona rysownik w 2010 roku ogłosił, że z przyczyn zdrowotnych przechodzi na emeryturę! William Vance pozostawił po sobie ponad 50 albumów komiksowych, zostawił ślad charakterystycznej dla lat 70-tych XX wieku kreski i stylu graficznego. Choć być może dużo z jego komiksów nie ma dziś wielu odbiorców, bo są kojarzone ze starą szkołą i przegadanymi scenariuszami – to wciąż graficznie zachwycają, zupełnie nie zestarzała się też znakomita seria XIII, której czas nie odebrał powabu…

XIII1

XIII2

poniedziałek, 14 maja 2018

Chwilę po moim wpisie w niedzielę ukazał się pierwszy singiel Arktycznych Małp do wydawnictwa Tranquility Base Hotel & Casino wraz z klipem do kawałka Four Out Of Five. No, powiem wam, że wygląda to bardzo ciekawie, zupełnie jak miks motywów muzycznych, które chodzą w głowach muzyków zespołu na nowym krążku. Może się to wydawać odtwórcze, ale podane jest wszystko w znakomity sposób. Szczególnie dobrze się to ogląda w 2018 roku, czyli w setną rocznicę nowożytnych czasów Europy, gdyby nie nowy ład z 1918 roku czy kiedykolwiek byśmy mogli słuchać Sergea Gainsbourga czy Davia Bowie, do których odwołują się Arctic Monkeys?

 

Arctic Monkeys - Four Out Of Five

piątek, 11 maja 2018

 

 

Dziś premiera szóstego krążka Arktycznych Małp. Ten brytyjski zespół czwórki zawadiaków z Sheffield, który debiutował po kilku latach garażowego łojenia w 2006 roku – przez 12 lat istnienia i przez pięć studyjnych wydawnictw – przeszedł niesamowitą ewolucję. Od garażowego rocka podpitych i przepalonych studencików, przez post-punk rozczarowanych rzeczywistością młodych gniewnych do wysublimowanych i zróżnicowanych brzmień Indie Rocka flirtującego z ambitnym popem. Trzy ostatnie albumy nagrane zostały pod czujnym okiem wybitnego producenta Jamesa Forda – który zamienił Arctic Monkeys w supergwiazdy szołbizu. A ostatni krążek wydany w 2013 roku AM wypchnął Małpy na najwyższa półkę popularności i kasowości – na jaki mógł liczyć tak młody zespół.

Dziś po 5 latach oczekiwania Arctic Monkeys wypuściły nowy album Tranquility Base Hotel & Casino. Krążek niepromowany żadnym singlem (jak do tej pory), owiany od początku swego powstawania totalną tajemnicą. Dla większości fanów może okazać się sporym zaskoczeniem, lub rozczarowaniem. Album skupia się wokół złożoności kompozycji, a krytyka (pozytywna) porównuje dzieło lidera Małp – Alexa Turnera do licznych protoplastów piosenki autorskiej i klasycznego Indie Rocka w tym Davida Bowie. Oceniający negatywnie dziennikarze muzyczni – znający problemy Turnera z zachowaniem trzeźwości – twierdzą, iż AM nagrało jedenaście kawałków dla pijackich much, snujących się po barach po trzeciej nad ranem – szukających kolejnej okazji na kielicha lub znalezienia szczęścia… Może coś jest w tych wszystkich recenzjach? Na razie jednym ofiarnym promo albumu jest występ Małp u Jimmiego Fallona w The Tonight Show.     

 

środa, 09 maja 2018

Dziś 56 urodziny obchodzi Dave Gahan – który właśnie od ponad roku z zespołem Depeche Mode objeżdża Świat, podczas najdłuższej trasy koncertowej Brytyjczyków w historii – na której w ponad 130 przedstawieniach promowany jest album Spirit.

Trzeba im przyznać, że mają chłopaki krzepę – bo to praca niezwykle wyniszczająca – zwłaszcza, że co drugi dzień musisz gdzieś jechać, spać w kolejnym hotelu, mieście, klimacie – nie mając nawet chwili by się zorientować gdzie się jest…

Jeśli chcecie złożyć Dawidowi osobiście powinszowanie, to 5 lipca będzie z ferajną w Gdyni na Open’erze, i będzie to piąty podczas Global Spirit Tour występ DM nad Wisłą.

Sto lat Dave!   

 



Hey, hey, hey, hey

 

Hey, there's no news

Poor man's still got the blues

He's walking around in worn out shoes

With nothing to lose

 

Hey, he's on the road

Pushing along his heavy load

Heading for no fixed abode

Shuffling slow

 

Hey

 

Corporations get the breaks

Keeping almost everything they make

And tell us just how long it's going to take

For it to trickle down

When will it trickle down?

 

Hey, he's on the street

Laying in the snow and sleet

Begging for something to eat

Looking beat

 

Hey, passers by

They don't dare to catch his eye

Couldn't even tell you why

Or what's happenin' inside

 

Corporations get the breaks

Keeping almost everything they make

Tell us just how long it's going to take

For it to trickle down

When will it trickle down?

 

poniedziałek, 07 maja 2018

Próbuję zebrać wszystko do kupy. Życie bez przewidywalnego schematu – nawet to oparte na najoczywistszych banalnych czynnościach, może wymknąć się spod kontroli. Szpital jeszcze nie zatarł swoich wpływów. Dołożył nam nowych atrakcji. Leki, recepty, wizyty, skierowania, dieta bla bla bla. A każdy lubi nawyki – one nas uspokajają, pozwalają puścić kierownicę, przymknąć oko, spuścić napięcie…

Ja jestem w aspekcie codzienności często egoistycznym oportunistą. Zawsze staram się układać tak w życiu, aby spadła jakaś mała korzyść. Nawet w trudnych czasach, można tak dograć sprawy żeby dla każdego wystarczyło – wedle potrzeb. Dlatego kiedy uda się ułożyć jakiś życiowy plan codziennych zajęć i powinności – konserwatywnie staram się tego planu przestrzegać i bronić tego, co jest dla mnie.

To są drobiazgi to jest czas, który poświęcam sobie – pory w których wiem, że nie mam na plecach balastu odpowiedzialności. To są poranki, albo wieczory, w których najważniejszy jestem ja i moje potrzeby. Każda radykalna zmiana tego schematu, powoduje chaos, a on prowadzi do złości i frustracji. To przekłada się na zły dzień w pracy, na zły wieczór z I’, na rosnące zniecierpliwienie wobec Najukochańszej i jej problemów.

Lubię mieć porządek (nie mylcie tego z pedanterią czy czystością). Lubię mieć pod kontrolą cały schemat postępowania – to pozwala mi w czasie, który poświęcam na relaks – czerpać z niego w pełni bez dzwoneczka z tyłu głowy dzwoniącego, co pięć minut: bądź gotowy, bądź gotowy, bądź gotowy… Niestety przy coraz słabszej kondycji Najukochańszej, powroty do sprawdzonych czy tworzenie nowych schematów, staje się coraz trudniejsze…  

 

 
1 , 2