o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
wtorek, 31 maja 2011

Cover FotoPresto – 1989

1.Show Don’t Tell 5:01

2.Chain Lightning 4:33

3.The Pass 4:50

4.War Paint 5:24

5.Scars 4:07

6.Presto 5:46

7.Superconductor 4:47

8.Anagram (For Mongo) 3:59

9.Red Tide 4:30

10.Hand Over Fist 4:11

11.Available Light 5:02

 

Rush w 1989 roku był zespołem wolnym od wszelkich zobowiązań i jakichkolwiek powinności. Zakończony i nieprzedłużony kontrakt z Mercury, pozwalał zespołowi zrobić wszystko i nic. Po półrocznej przerwie na początku czerwca – muzycy spotkali się, aby zadecydować, co robić dalej. Totalna wolność, sprawiła, iż chłopcy – dorośli 36/37 letni faceci – poczuli się naprawdę niezależni i wypoczęci, doszli szybko do wniosku, że chcą się bawić w muzykę dalej. Peter Collins producent ich poprzednich dwóch albumów z powodów osobistych musiał odmówić muzykom współpracy. Rush tymczasem podpisał nowy kontrakt na dogodnych dla siebie warunkach z wydawnictwem Atlantic – z którym za wyłączeniem Kanady – wydaje po dziś dzień. Poszukiwania producenta nie trwały długo – szybko został nim brytyjski muzyk i producent z kręgu muzyki pop Rupert Hine – pracujący między innymi z Howardem Jonesem, Tiną Turner, Bobem Geldofem czy Suzanne Vega. Już w 1983 roku z Hinem negocjował Rush – kiedy szukał producenta albumu Grace Under Pressure – wtedy jednak z rozmów nic nie wyszło. Choć Rush – jak stwierdził Neil Peart – był w stanie obejść się bez producenta, nagrywając nowy album, to jednak dla własnego dobra muzycy chcieli zatrudnić wprawne i krytyczne ucho, brakujące nożyczki do gry w Papier, Nożyce i Kamień. Metody pracy nowego producenta były inne niż Collinsa, Hine dał muzykom wolną rękę – niech pracują tam gdzie lubią. Rupert od kilku lat pracował w tandemie z Stephenem W. Tylerem inżynierem dźwięku, z którym pracę muzycy Rush będą wspominać jako czystą przyjemność.

Cover FotoW połowie czerwca Rush zaszył się w maleńkim studiu na wsi – tak jak zwykł to robić od lat. Tam Alex i Geddy komponowali muzykę, a Neil pisał teksty i wymyślał partie perkusji. Następnie na najzwyklejszej taśmie – nagrywano dema, które trafiały do Ruperta, a ten zwykle za pomocą uśmiechu – aprobaty lub żadnej reakcji – negacji, wyrażał swoje opinie na temat nagrywanego materiału. Całość praprodukcji zajęła chłopcom z Rush około dwóch tygodni, następnie przeniesiono się do Le Studio w Morin-Heights, Quebec, Kanada do którego zespół powrócił po pięcioletniej przerwie, tam do końca sierpnia nagrywano nowy materiał. Miksowania materiału dokonano w Toronto.

Nowe wydawnictwo ujrzało światło dzienne 21 listopada 1989 roku jako trzynasty studyjny album Rush zatytułowany Presto. Muzyka zawarta na tym ciekawym albumie wyraźnie odcina się od dokonań Rush w latach 80-tych. Według większości opinii jest to pierwszy album zespołu reprezentatywny dla wczesnych lat 90-tych, niefortunnie wydany tylko pod koniec 1989 roku. Parafrazując wspomnienia Geddy’iego Lee: mieliśmy już dość grania rozbudowanych syntezatorowych utworów, postanowiliśmy wrócić do komponowania muzyki na żywo, postanowiliśmy przywrócić żywemu instrumentarium jego miejsce. I stało się tak, jak mówił Geddy, programatory trafiły na „śmietnik”, Alex po raz pierwszy od 1985 roku nie musiał nagrywać kilka razy partii gitar, dominujące klawisze zeszły na drugi plan, często brzmiąc „jak organy” w bardzo charakterystycznym dla lat 90-tych (a nawet obecnych) stylu.Cover Foto Klawiszy było jednak ciągle dużo, przez co album stał się bardzo bliski klimatom pop i pop-rock, jednak w porównaniu do Hold Your Fire był to prawdziwie rockowy krążek, chociaż zdarzyły się i tu, podobnie jak na dwóch poprzednich albumach (tym razem niebezpieczne) eksperymenty. Nowy materiał zdecydowanie różnił się od dwóch poprzednich albumów, była to muzyka przede wszystkim zróżnicowana rytmicznie, dynamicznie i aranżacyjnie – przez co odznaczała się świeżością. Albumem Presto, Rush wszedł w kolejny okres w swej historii, choć według niektórych ledwo w podokres. Lata 1989-1991 uznawane są za okres popowy w historii zespołu, okres powrotu w kierunku muzyki rock. Według innej nomenklatury ten czasokres jest ostatnim etapem okresu syntezatorowego Rush. Jednak w ostatnich latach w historiografii zespołu wygrywa zdecydowanie ta pierwsza opcja – zresztą słychać to doskonale – a muzyka mówi sama za siebie.

O czym jest nowy album i muzyka Rush wyraźnie naświetla Neil Peart: Odzwierciedlanie życia - to mógłby być główny temat twórczości Rush przez te wszystkie lata, choć nigdy tak o tym nie myśleliśmy… Gdy pędzisz naprzód, musisz patrzeć przed siebie, jedynie czasami rzucasz spojrzenie w lusterko wsteczne. Nie ma po co patrzeć za siebie - tam są tylko twoje tylne światła. Spłaszczając tą metaforę: my wszyscy poruszamy się po tej drodze z różnymi lustrami i nie odzwierciedlamy jedynie życia - my reagujemy na nie. Filtrujemy wszystko swoimi własnymi soczewkami i reagujemy zgodnie ze swoim temperamentem i nastrojem. Dlatego ludzie tworzą różnie brzmiącą muzykę. Cover FotoW muzycznej terminologii, Rush nie jest właściwie lustrem, lecz anteną satelitarną, która porusza się po drodze, chłonąc różne style, metody i wzory. Gdy przychodzi czas by pracować nad nowymi utworami, włączasz dekoder, odfiltrowujesz swoje soczewki, uruchamiasz wykrywacz gnoju, sprawdzasz wsteczne lusterko i rozpaczliwie starasz się rozwikłać swoje metafory. Gdy nasza trójka rozpoczyna pracę nad nowym albumem, nie mamy pojęcia co zrobimy. Jest jedynie pragnienie by to zrobić i przekonanie, że potrafimy. Niepokój spowodowany rozpoczynaniem od zera znika po pierwszym lub drugim utworze, lecz tajemnica pozostaje, w pełnym znaczeniu tego słowa - nie wiemy co zrobimy. Wiemy że wygląda to dobrze, wiemy co chcemy robić w danej chwili, lecz nie wiemy co wyjdzie po zsumowaniu wszystkiego. I często nie dowiemy się przez dłuższy czas, aż album zostanie wydany i każdy wyrazi swoją opinię o nim. Wtedy to krystalizuje się w naszych umysłach i wyrabiamy sobie obiektywny pogląd - z czego jesteśmy zadowoleni, a co mogło być zrobione lepiej. I tym właśnie objawia się rozwój. Jako zespół i jako jednostki, zawsze mamy ukryty program, motywację opartą na niezadowoleniu z dotychczasowych efektów pracy i pragnienia poprawy. Ten program zmienia się gdy my się zmieniamy. Gdy zaczynaliśmy, chcieliśmy jedynie nauczyć się grać, a czasami nasze utwory były jedynie podstawą dla technicznych eksperymentów i radości z grania tego, co się lubi. Lecz nadal granie stanowi dla nas fundament, a rock jest naszym ulubionym fundamentem. Pomimo naszych wycieczek w inne style, to energia, elastyczność i postawa rocka wzbudza w nas szacunek. Ćwiczyliśmy swoje palce i odprawialiśmy egzorcyzmy na naszych demonach, próbując każdą nutę jaką mogliśmy osiągnąć w każdym tempie jakie byliśmy w stanie policzyć na naszych palcach. Lecz gdy pobawiliśmy się tym przez chwilę, zaczęły nas interesować same piosenki. Chcieliśmy nauczyć się wyrażać to co czujemy tak silnie jak potrafimy. Piosenka zawiera granie, nadaje mu strukturę i znaczenie. Gdy osiągnęliśmy to, dalsze eksperymenty zaprowadziły nas na pole aranżacji. Gdy poczuliśmy się zadowoleni z piosenek i z tego jak je graliśmy, jako muzycy i jako zespół, nabrało znaczenia to, w jaki sposób składamy te kawałki. Aranżacja kształtuje piosenkę, skupia na niej uwagę i wprowadza równowagę. Znalazło to odzwierciedlenie na naszych ostatnich albumach, majstrowaliśmy przy melodycznych i rytmicznych strukturach, aby otrzymać najlepszą możliwą interpretację piosenki. Te wszystkie wartości - aranżacja, kompozycja i kunszt muzyczny, zsumowane dają jedną rzecz: sposób przedstawienia muzyki. Musi on wykorzystać tą iskrę możliwości, ideę, od potencjału w głowie autora do zrealizowanego dzieła. W idealnej piosence muzyka wyraża uczucia, a słowa myśli. Czasami zachodzenie jednego na drugie jest pożądane - chcesz mieć idee w muzyce i uczucia w słowach - lecz głos zwykle dźwiga ten ciężar, musi pożenić myśli i uczucia. Ponieważ celem tych myśli i uczuć jest dotarcie do słuchacza, i aby on zareagował na nie, sukces zależy od najlepszej możliwej równowagi pomiędzy strukturą, piosenką a umiejętnościami. Podczas gdy kiedyś koncentrowaliśmy się mniej lub bardziej na każdym z nich, obecnie chcielibyśmy trzymać je wszystkie w "skrzynce z narzędziami" i żonglować nimi równocześnie… Muzyka musi być interesująca, jej granie musi być wyzwaniem oraz musi dawać satysfakcję przez długi czas - gdy gramy ją co noc na trasie. Nagranie musi być dokonane najlepiej jak ludzie i urządzenia potrafią, aby jego słuchanie dawało satysfakcję i tworzyło pewną jakość, którą będziemy się starali odtworzyć na każdej z tych scen.

Cover FotoOkładkę i projekt graficzny zaprojektował Hugh Syme – wykorzystując dwa motywy podsunięte mu przez Neila Pearta. Grę Papier, Nożyce i Kamień – gdzie każdy z przedmiotów odzwierciedla jednego z muzyków. W tej grze liczy się zręczność i szybkość – stąd przysłówek – presto, mający oddawać też charakter tempa w muzyce zespołu. Presto skojarzyło się również Peart’owi ze sztuką iluzji (a może to po prostu deklaracja – w tytułowym utworze – że nie wierzy w czary, magię, ani żadne zabobony sprawiła, że ten rodzaj cyrkowych pokazów wykiełkował w głowie pałkarza?). W końcu muzyka jest formą złudzenia, nie istnieje fizycznie poza zapisem nutowym, jest falą rozpływającą się w przestrzeni. Iluzja nasunęła oczywisty motyw wyskakujących z kapelusza zajęcy. Ale zaprezentowane na okładce płyty zające nie są znów takie pospolite – są to ziomkowie robionego metodą gwaszu i akwareli „Młodego Zająca” (1502) Albrechta Dürera (1471-1528). Zarówno zwierzę jak i jego tło stało się punktem wyjścia pracy Syme’a.

Utworem otwierającym album jest znakomity Show Don’t Tell . Otwiera go 16-sekundowy enigmatyczny wstęp na perkusji po którym następuje agresywny jam power tria, a po niespełna 42 sekundach utworu rozpoczyna się stonowana zwrotka. Spokojny bas i dość ułożona perkusja stanowi tło dla gitarowych szaleństw Alexa: akordy, szarpania, akordy, wajchy, czego on nie robi… Już wiemy (słyszymy) zaczęły się nowe czasy. Wreszcie nadchodzi refren, którego wstępem jest ponownie agresywny jam, poczym wchodzą charakterystyczne klawisze – spłaszczające brzmienie łagodniejącego refrenu. Drugą zwrotkę aranżują obok mniejszej ilości wariacji gitarowych, równie charakterystyczne dla nowej dekady – buczące/szumiące klawisze. Po kolejnym refrenie następuje muzyczne rozwinięcie, gdzie ciężkie akordy gitarowe dogrywają do klawiszy, tym razem niemrawie udających fortepian – albo podstawowy program syntezatora, rozwinięcie przełamuje basowa wstawka przechodząca w powtórkę wyliczanki z refrenu – która ciągnie się aż do końca numeru. O czym jest Show Don’t Tell – jest to dość oczywisty tekst. Pokaż nie mów, komu można wierzyć? Nikomu, poza grupką przyjaciół. Nie przyjmuj nigdy niczego na wiarę, już nie raz zrobili z ciebie durnia, aż do czasu kiedy Ci pokażą. Nie ufam w ich słowa, w ustalone wyniki, już to wszystko słyszałem i nie obchodzi mnie, co mówicie – pokażcie, to wam uwierzę. Chcę być sędzią i ławą przysięgłych, możecie wykrzywiać percepcję i tak rzeczywistość się ostoi, jeśli mi nie udowodnicie – nie będę wam wierzył. Ile się zawiera znaczeń w tym manifeście nieufności. Ja też nie wierzę – choć może troszkę zawężam moją wiarę – nie wierzę zwłaszcza w ludzi. Najukochańsza zwykła powtarzać „nie ufaj ludziom jak psom, teraz machają ogonem, a za chwilę odgryzą Ci rękę”.

Drugą pozycją jest Chain Lightning . Utwór ten idzie jeszcze dalej w rockowe klimaty, dominuje w nim gitara. Mimo tego klawisze dalej są słyszalne w refrenach oraz w perkusyjno-klawiszowym wstępie. Kompozycja utworu zdaje się spełniać założenia przyświecające powstawaniu albumu – powrót do prostoty. Chociaż przełamuje ten schemat urokliwe delikatne „pykanie” Neila Pearta w talerze podczas refrenów oraz uciekająca od rockowej stylistyki solówka Alexa (2:25-2:44). Tekst tego utworu jest symboliczny i pojmowany przez wielu na różne sposoby. Faktem jest, że od Presto (a w sumie od poprzedniego albumu, ale na obecnym jest to już znaczący trend) Neil Peart zaczyna odchodzić od twardego indywidualizmu, zakładając konieczność reakcji i współistnienia. Tekst Chain Lightning opowiada o pozytywnych emocjach oraz o tym, że powinniśmy na nie zareagować, odpowiedzieć i rezonować. Dla jednych to utwór dotyczący wzajemnego entuzjazmu, dla  innych to utwór o miłości, a dla mnie to numer o wyjściu z szafy „radykalnego indywidualizmu”, na rzecz „indywidualizmu humanistycznego”, jak ja to nazywam.

The Pass – numer trzy. Kompletne zaskoczenie. Typowa rzadko spotykana Rushllada, czyli ballada w stylu Rush na wolno i szybko naraz. To jest dosłownie hymn-anty Emo, utwór potępiający samobójstwa oraz idiotyczne przyprawianie romantycznej ideologii wobec samobójców. Jest to piosenka piękna i wyważona. Opiera się na prostej popowej konstrukcji typowego ronda: zwrotki opartej na basowej zagrywce, wspartej przez perkusję i uderzenia przesterowanej gitary, oraz dynamicznego gitarowego – patetycznego refrenu, zwieńczonego kolejną zwrotką a następnie znów refrenem, po którym następuje gitarowy finał. Z finału wyłania się temat podniosłej trzeciej zwrotki, po czym znów następuje refren. Utwór opowiada o dumnym młodym chłopaku, który (jak wielu) oczekuje na bezzasadny aplauz świata. Jest to typowy buntownik bez sumienia, męczennik bez powodu. Wewnętrzna wściekłość doprowadza go na skraj przepaści, nie potrafi stawić czoła życiu na ostrzu brzytwy, nic nie jest takie, jak myślał że będzie. Peart filtrując całą swoją filozofię i doświadczenie pisze: Barykada nie oznacza braku wyjścia. To nie jest tak, że jesteśmy jedynymi, którzy chcą wybuchnąć. Ktoś daje zły przykład, że kapitulacja jest w porządku, jak czyn szlachetnego wojownika, który utracił wolę walki. W tragedii nie ma bohaterstwa, w ucieczce nie ma odwagi, w kapitulacji nie ma honoru (a propos’ moich poglądów na pewne nauczycielki – to jest dobry wykład), w śmierci nie ma nic wspaniałego. Chrystusie, coś uczynił??? Bardzo ciekawy jest tekst refrenu zwłaszcza parafraza cytatu z Wachlarza Lady Windermere (1892) Oscara Wilde’a (1854-1900), który to cytat był inspiracją w konstruowaniu refrenu: We are all in the gutter, but some of us are looking at the stars. Peart zamienił słowa na: Dreamers learn to steer by the stars, all of us do time in the gutter, dreamers turn to look at the cars.

War Paint – to czwarta kompozycja i jedna z moich ulubionych na płycie. Jak to określił nienawidzący Rush magazyn Rolling Stone – utwór dla nerdów (dziś pewnie jeszcze dla geeków). Może coś w tym jest? Numer zaczyna 20 sekundowy gitarowy wstęp, po którym w pierwszej części zwrotki, na pierwszy plan wychodzą klawisze, drugą część zwrotki dominuje zaś zadziorna gitara. Spokojny refren pełen perkusyjnych wybryków, podkreśla przesterowana gitara. Następna zwrotka od początku napiętnowana jest klawiszami, i tak jak przy poprzedniej, druga jej część znów jest pod wpływem gitary. Po trzeciej całkowicie jednolitej i dynamiczniejszej od poprzednich zwrotce następuje sympatyczny finał (3:36-3:52), po którym powtórzony zostaje refren oraz jak mantra przewodni motyw trzeciej zwrotki. Historia przedstawia dziewczynę i chłopaka szykujących się do imprezy, są to jeszcze dzieciaki, ale ich naiwna potrzeba wejścia w dorosłość zagłusza rozsądek. Walkę o zewnętrzny wygląd przyrównuje Peart do malujących się na wojnę Indian. Nadęci próżnością zawsze dostrzegamy to, co chcemy zobaczyć. Chłopcy razem z dziewczętami – mylą próżność z dumą, ambicję ze złudzeniami, marzenia z okłamywaniem siebie. Peart wzywa do zamalowania lustra na czarno, do zerwania z iluzją, do poszukiwania głębszych wartości. Lustro zawsze okłamuje bowiem tych, którzy są rzeczywiście piękni, mądrzy i silni.

Piątą kompozycją jest – Scars . Kiedy słuchałem tego po raz pierwszy – pomyślałem sobie “co to kurwa jest?”. To kolejny eksperyment Rush – tym razem dość niesympatyczny. Chociaż w sumie ciekawym jest to, co zdaje się słuchaczowi, że słyszy. Nie ma tu gitary basowej, to tylko sekwencer powtarza w kółko frazę basu. Są klawisze, jest gitara, a nawet kilka. Jest wreszcie najważniejsza tu perkusja, zarówno elektroniczna udająca dźwięki afrykańskiego djembe, oraz dwa motywy grane na rezonujących bębnach. Pierwszy oparty na fantazji Pearta, a drugi zapożyczony od jednego z afrykańskich plemion, które perkusista spotkał podczas rowerowej wyprawy do Afryki. Nie potrafię wam opisać, bo nie wiem jak ten instrument perkusyjny się nazywa, tego afrykańskiego motywu. W każdym razie Neil wykorzystuje ten motyw w swoim perkusyjnym solo, a słychać go w czasie 2:32-3:09 pod ścianą dźwięku elektronicznego djembe – takie jakby „kwaczące” uderzenia. Jest to utwór o człowieku chorym na zbytnią empatię. (Autoironia względem wcześniejszych tekstów?). Jego doświadczenia są tak głębokie, że odbiera je jak rany, a w zasadzie jak blizny, którymi jest pokryty. Każdego dnia krzyczy stojąc na szczycie swojej góry. Staje się powoli masochistą myląc ból z przyjemnością. Jego unerwienie jest odkryte. Życie tego człowieka opiera się na rozpamiętywaniu i zakładaniu różnych scenariuszy. Boli go to, że nie może zbawić Świata. Ale czy jego męczeństwo ma jakikolwiek sens? Autor milczy w tym temacie.                                        

 

Następny odcinek: 7.VI.2011

Dla chętnych: Show Don’t Tell wykonany 22 marca 1994 roku podczas Counterparts Tour w Auburn Hills (Metro Detroit), Michigan, USA. Numer dwa to klip do The Pass. Numer trzy to The Pass z 23 listopada 2002, z Rio de Janeiro z Rush In Rio (Vapor Trails Tour). I na koniec War Paint, wykonanie z 27 czerwca 1990 roku z Mountain Viev, Kalifornia, USA.

poniedziałek, 30 maja 2011

Zdarzyło mi się na tym blogu napisać kiedyś teksty dla matki. W sumie napisałem ich łącznie w życiu około trzech. A na blogu zamieściłem dwa. Ale mogę się mylić. Za jeden nawet dostałem jakieś tam wyróżnienie, wiele lat temu. Kiedy mi jeszcze zależało. Piłem wtedy wódkę ze zmarłym już poetą-gejem, wyszedł z szafy dopiero po swoim zgonie (dla mnie przynajmniej). Po drugiej kolejce, sprawił mi najsympatyczniejszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem z ust obcego mężczyzny. Zostawię go dla siebie. I mimo że upłynęło wiele lat od tamtej chwili, od tego majowego lub czerwcowego konkursu połączonego ze slamem, morzem alkoholu, toną tytoniu, a później grillową atmosferą – ach, co to były za urocze czasy – to wciąż sobie coś czasem zgrafomanię do szuflady. Jedno jest niezaprzeczalnym sukcesem moich twórczych dokonań – jest to pokora. Nauczyłem się mierzyć siły na zamiary. Zostałem porządnie utemperowany i sprowadzony na ziemię, a może nawet lekko w nią wbity. Dlatego jako grafoman buntownik postanowiłem wrócić do twórczości samoistnej. Czasem jednak udaje mi się w takiej formie, zawrzeć esencję moich przeżyć, wspomnień i całego bólu, jakim obarczone są pewne doświadczenia. Czasem tekst staje się czymś w rodzaju subiektywnego pamiętnika: zarówno wspomnień o kimś, własnych odczuć oraz opisem historii i emocji. Wiecie już z notki „18” Time Stand Steel – to tkwi w mojej naturze. Poniższy tekst napisałem w 2008 roku, mam się czego wstydzić – ja wiem, to nic wielkiego – „romantyczny, bezwartościowy, późnonastoletni shit”. Ale kiedy to dziś przeczytałem to jest Time Stand Steel. Wspomnienie jest ciągle takie samo, troszkę zakurzone, ale dalej ostre, bohaterowie drugoplanowi tak samo skurwieni, tylko Koffie James jest lekko starszy i wierzy w innych bogów i chrystusów – ale kiedy walczył z pedalstwem swym – przez lata łączył matkę i chrystusa. Bo czy gdyby matka żyła, to zachorowałby na pedalstwo? Te i inne pytania kierował do chrystusa. Ale któregoś dnia Koffie doszedł do wniosku, że już ma dość biczowania i przybijania się do drzew pokrzywionymi gwoździkami, kupił sobie nowe ciuchy, pomalował włosy na blond, posmarował je żelem i poszedł do gejowskiego klubu. Po chwili ozdrowiał. Był uleczony. Chrystus w tej formie, w jakiej kazali mu go kupować, okazał się być przeterminowany. Był pewnie po terminie już dawniej, ale stanowił gwarancję walki z chorobą – więc utrzymywał się gdzieś jako głos sumienia, pozwalając tylko na małe grzeszki… To były zwariowane czasy.

                   

Dzień Matki


dzień matki

bez matki

papieros jak zwykle

kawa stygnie

 

nie umiem się

do ciebie odezwać

dokopać do twojej

łódki od-kopać

 

tatuś ukradł biżuterię

no tak sam kupił

inne mamusie

nie zdały egzaminu

do odstrzału

 

ty jak obrazek

w podomce w kwiatki

co przerobiliśmy ją na zmywaki

w czarnych włosach stoisz

 

ty świadoma

samotna

wypalona

chrystuska mojego życia

 

umierasz za mnie

trzeciego dnia

nie wstajesz

bóg mi cię nie oddaje…



niedziela, 29 maja 2011

Nic w pustce nie ginie! Zamiast festiwalu Tęczowych Rodzin (inicjatywa zacna w tym homofobicznym zadupiu), na który nie mogliśmy iść z przyczyn „moralnych”, udaliśmy się na koncert. Nie byle jaki koncert, do kościoła ewangelicko-augsburskiego św. Mateusza – (którego opiekun, tego samego dnia podczas gdy oprowadzał nas po kościele przewodnik – jakieś 4 godziny przed koncertem – skwitował: „wspaniali katolicy zabrali nam w tym mieście wszystkie kościoły, a zostawili nam tylko ten, bo nie udało nam się do 1945 roku wybudować tu plebanii”. Cierpkie i prawdziwe słowa o tych wspaniałych wyznawcach Watykańskich).

Koncert składał się z dwóch utworów – Fantazji dla szlachcica na gitarę i orkiestrę Joaquina Rodrigo – w wykonaniu Orkiestry symfonicznej OSM II st. im. H. Wieniawskiego w Łodzi, na gitarze grał najlepszy (tego- czy zeszłoroczny) absolwent tejże OSM II st. Artur Koza. Powiem wam, że taka muzyka mnie wzrusza, generalnie muzyka wyzwala we mnie emocje. Uważam że bez muzyki, człowiek staje się istotą suchą jak wiór – bezduszną.

Drugim utworem było Te Deum – Georgesa Bizeta w wykonaniu Chóru Stowarzyszenia Śpiewaczego „Harmonia” oraz Chóru Politechniki Łódzkiej, przy akompaniamencie Orkiestry symfonicznej OSM II st. im. H. Wieniawskiego w Łodzi, gośćmi specjalnymi byli soliści Beata Zawadzka-Kłos – sopran i Janusz Ratajczak – tenor.

Ewangelicy od lat zapraszają do siebie na różnorakie koncerty, czasem bardziej kameralne, bardziej wotywne, a czasem bardzo otwarte i wręcz, jeśli idzie o konwencję w jakiej się one odbywają – bardzo alternatywne.

Po koncercie udaliśmy się na miłe zakupy, a potem obejrzeliśmy – wygrany – Dom Chłopców – ale o tym filmie może innym razem, gdyż nie mam siły teraz na wywody…

Wracając z koncertu, jak zwykle podniecony doświadczeniem, zachęciłem męża do śpiewania głównego motywu Te Deum. Po chwili podeszła do nas jakaś dziewczyna i zagadnęła: Udziela się, co? Dawno się tak nie zrelaksowałam, tego mi było trzeba. Teraz idę na juwenalia, bo trzeba zmieniać doświadczenia, coś w zamian… 

sobota, 28 maja 2011

Świat płynie, a moje istnienie jest faktem pewnym tylko dla mnie, tym dosadniej im lepsze ma pomysły mój mąż. Na przykład, aby pojechać do babci na wieś 30 kilometrów za miasto! Wyjazd z rana w upale, bez żadnego filtra UV. Koffie James spalony jak rak do ramion i na ryju, za wyjątkiem białego śladu po okularach – wygląda jak odwrotnie umaszczona panda! Cudownie.

Na domiar złego, Najukochańsza kupiła sobie nową szafę. Ile to było krzyku, aby dalej zachować cały magazyn ze startej szafy – podkoszuleczki i majteczki z metkami PRL, buciki, wszystko… Spalony rak, miś panda walczący całe popołudnie z szafą i magazynem ze starej szafy…

Nie mam raka płuc – wykazały wyniki RTG. A naprawdę moje hipochondryczne ego – od jakiegoś czasu wmawiało mi tą chorobę. No paliło się półtorej paczki dziennie prawda(?) ale za to jaką się miało figurę!

Po upalnych dniach – nadszedł Victor i jak zwykle, i jak zawsze i wszędzie – kiedy mąż wziął dwudniowy urlop, aby poszaleć trochę rekreacyjnie – to trzeba siedzieć w domu! I jak tu nie zakląć?

Dzień matki był jakoś ostatnio – ja go nie obchodzę, mam inne dni matki. Z Najukochańszą zawsze mamy problem, jakie dni obchodzić, obchodzimy więc te, które nas obchodzą.

Ha ha ha – pewien gej którego nie lubię, znów wykazał się swoją hipokryzją, pamiętamy z mężem,  co opowiadał jakiś czas temu (oboje żeśmy ulegli temu samemu wrażeniu). No, ale na wiosnę ma się takie poglądy, na lato inne, w zimie jest się zielonym wegetarianinem, a jesienią orędownikiem polowań z bronią ostrą. Ilu to ja miałem takich znajomych (tfu, znajomymi ich nazwać nie można) – ludzi takich się boję, niezależnie od orientacji. Hipokryci i relatywiści – to zło tej ziemi. Ale żeby nie było, jeśli ktoś zmienia poglądy z narodowo-socjalistycznych na liberalno-republikańskie, czyli dojrzewa, albo jeśli poszukiwanie własnej drogi jest czymś umotywowane – to, to są zmiany pożądane. Ale jeśli ktoś kompletnie bezrefleksyjnie (bo akurat mu się nudzi, tam gdzie jest, albo jest gdzieś, bo nie ma lepszego pomysłu na siebie) wykluwa kolejne opcje i poglądy – to stanowi zagrożenie dla siebie i otoczenia. (Tak, tak ja wiem, że nie dorastam intelektualnie i nie będę dorastał nigdy intelektualnie temu gejowi do pięt – sam mi o tym powiedział – każdego dnia sobie o tym przypominam i walę głową w ścianę wołając „o ja głupi, o ja niemądry”).

Wbrew zapowiedziom, wybraliśmy się pierwszy raz w roku 2011, dziś na masę krytyczną. Ale się zjechało ludu, było mniej niż na rekordowej kwietniowej masie, na której rozdano 600 szprychówek, ale ponad 400 osób było na bank, a może i 500. Mordercza trasa w mżawce, a przez chwilę w siąpiącym deszczu, była naprawdę ekstremum. Ale dobrze, że ruszyliśmy grube zady – może dzięki temu odrobinę schudną.

Obecny rok to naprawdę rok przełomów. Ze smutkiem kończymy pewne znajomości, ale przynajmniej będziemy wreszcie mogli zdjąć dyplomatyczne maski i mówić bez żadnej troski wszystko to, co sądzimy o naszych nieprzyjaciołach. Czuję się przez to niejako wyzwolonym człowiekiem. Bo wreszcie będę mógł otwarcie domagać się sprawiedliwości od ludzi, którzy napluli mi w twarz!

Mieliśmy iść jutro (28.05) na festiwal Tęczowych Rodzin, ale niestety jedną z moderatorek panelu dyskusyjnego będzie wybitna polonistka-nauczycielka. A ja niestety z ludźmi niemoralnymi, nie mogę przebywać. Żeby było jasne, świat nie ma moralności, ani skupisko jej nie ma, tylko jednostka posiada moralność. Niemoralnym jest okłamywanie innych jednostek i grup odnośnie swoich celów, i „szlachetnych” pobudek – ukrywając prawdziwe cele, jakimi była kariera, kariera, kariera, posada i rozgłos. Kariera, kariera, kariera, posada i rozgłos nie są złe – są dobre i wzorowe, jeśli tylko jednostka uczciwie do nich dąży, nie za cenę ofiar społecznych, za szkalowanie imienia grupy i mniejszości. Ideały pracy z ludźmi, miłość do owego zawodu, z wszystkiego tego zadrwiła – to jest niemoralne względem nas wszystkich. To jest okłamywanie nas wszystkich. To jest postawa, jak to określa Rand - powielacza – poszukującego aprobaty kolektywu, to jest sprzeczne z naturą twórcy – człowieka myślącego. I stąd wynika moja zawzięta postawa i nie zmienię jej szybko. Tylko na drodze samodoskonalenia, kiedy dojdę do etapu nieoglądania się na innych ludzi, ani na ich postawy, ale na dojście do tego stopnia trzeba lat, trzeba popełnić własne błędy aby nauczyć się ich unikać.                   



00:21, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 maja 2011

Cover FotoHold Your Fire – 1987

1.Force Ten 4:32

2.Time Stand Still 5:08

3.Open Secrets 5:38

4.Second Nature 4:36

5.Prime Mover 5:21

6.Lock And Key 5:09

7.Mission 5:17

8.Turn The Page 4:55

9.Tai Shan 4:17

10.High Water 5:33

 

To zadziwiające, że album Hold Your Fire jest naszym dwunastym studyjnym albumem w naszej trzynastoletniej historii – wspominał w 1987 roku Neil Peart. Rush przystąpił do pracy nad nowym materiałem na przełomie lata i jesieni 1986 roku, zatrudniono tą samą ekipę inżynierską, co przy Power Windows, tego samego producenta Petera Collinsa – z którym zespół wiązał wielkie nadzieje i z którym pracowało się naszemu triu znakomicie. We wrześniu Peart zaszył się w domku nad jeziorem, gdzie płodził teksty, co szło mu ponad znakomicie. Po napisaniu kilku pojechał przedyskutować koncepcję albumu z Geddy’m Lee, po albumie „Mocy” chciał nagrać album skupiający się bardziej na tematyce „Czasu”. Lee tymczasem pokazał perkusiście najnowsze swe odkrycie i inspirację – Maca – którego moce obliczeniowe zostały zaprzęgnięte przez Andy Richardsa do keyboardów Geddy’iego. Wokalista Rush dostał najpotężniejszą broń, jakiej kiedykolwiek użył – setki ścieżek jakie mógł teraz jednocześnie zaprogramować, nagrać i przesterować.Cover Foto Geddy z jednej strony przestał być klawiszowcem, z drugiej zaś utopi nadchodzący album w zdalnie sterowanych dźwiękach. Po spotkaniu z Lee, Peart z pomocą przyjaciela poety Pye Dubois’a ukończył teksty (Force Ten) na album. W październiku Rush przeniósł się do Elora Sound Studio, gdzie miano opracować kompozycje, zdecydowano się wydłużyć album do dziesięciu kompozycji, aby dać słuchaczom więcej radości oraz wykorzystać dynamicznie rozwijającą się technologię. Muzycy do Elora przywieźli swoje pomysły – Alex i Geddy posiadali pogrupowane idee w pamięciach swoich twardych dysków, do wyboru: wstępy, zakończenia, mosty, wstawki itd… Zrezygnowano z rozegrania na żywo próbnego materiału – gdyż jak wspomina Neil, zespół był zbytnio pochłonięty pracą w studiu. W grudniu do muzyków dołączył Peter Collins – który pomógł poukładać wszystko do kupy, zmieniając raptem gruntownie dwa numery. W styczniu 1987 roku Rush przeniósł się do Anglii, do Manor w hrabstwie Oxfordshire, gdzie zaczęto nagrania. Praca nad nowym albumem była dokładnym powtórzeniem pracy nad Power Windows, z tą tylko różnicą – że obok częstych zmian geograficznych – producent wprowadził nową zasadę – że co dwa tygodnie – muzycy jadą na dwa tygodnie do domu, aby podładować baterie. Jedyną nowością była praca w Ridge Farm Studio i w Guillame Tell Studio w Paryżu, gdzie miksowano materiał. Prace trwały do końca maja. Jak zwykle okładkę i projekt graficzny opracował niezawodny Hugh Syme. 8 września 1987 roku nastąpiła premiera dwunastego studyjnego albumu Rush – Hold Your Fire – błędnie tłumaczonego jako „wstrzymać” ogień, zamiast w kontekście „utrzymać”.

Cover FotoPo wydaniu albumu Geddy stwierdził: dla mnie to punkt zwrotny, wpięliśmy się na górę i teraz, gdy osiągnęliśmy szczyt, musimy się zdecydować w jakim kierunku się udamy. Dla fanów te słowa były przerażające – Rush albumem Hold Your Fire według opinii większości tak krytyków, jak i fanów – osiągnął punkt zwrotny, spadając bardzo nisko. Nowe wydawnictwo zespołu przypominało raczej popowy, płaski i beznamiętny album jakiejś gwiazdki jednego sezonu promowanej przez MTV. Muzyka Rush złagodniała, zrobiła się prawie, że prostacka, p-p-przebojowa, totalnie przeładowana tanim efekciarstwem (wszystkie mosty, przejścia, zagrywki – nie powstawały spontanicznie podczas komponowania tylko wyciągano je z bazy danych Geddy’iego lub Alexa), w porównaniu z żywiołowym i ambitnym albumem Power Windows – nowe wydawnictwo nie miało nawet odrobiny tego splendoru, żywiołu ani pomysłowości. Nie pomogły zaangażowane społecznie teksty, odwoływanie się do poezji T.S. Eliota, do prozy Carson McCullers, do idei równości społecznej… Rush (tak jak to się zdarza każdemu) pogubił się.Cover Foto W 2010 roku magazyn Metal Storm ocenił dotychczas zrównywany z ziemią album na 7.5 w skali do 10, tworząc tym samym wokół niego nową płaszczyznę oceny. Opinie znów stały się skrajne, a co najważniejsze po 23 latach ktoś wrócił do tego albumu i go ponownie ocenił. Recenzent stwierdził, iż Hold Your Fire jest kwintesencją muzyki z lat 80-tych, specyficzna stylistyka owego okresu wypływa tam niemal w każdej nucie, perkusja Pearta jest powalająca, gitara Lifesona bywa zaskakująca, a bas Lee jak zwykle w najwyższej formie, oraz tony klawiszy. Może się nie podobać ten piosenkowy, wesoły i przesłodko-melodyjny klimat, ale mimo to Hold Your Fire to solidny album… Nie wyrokuję, moja opinia zawiera się gdzieś między najgorszymi i najlepszymi ocenami – jest to album raczej słaby i specyficzny – zawiera kilka ciekawych, a nawet znakomitych pozycji.

Utworem otwierającym album jest Force Ten – przebojowy i trzymający klasę numer. Jego konstrukcja jest przeniesiona z The Analog Kid z Signals (1982) – dynamiczna zwrotka przeplata się z nastrojowym i wolnym refrenem. Klawiszowy wstęp okraszony krótkim śmiechem Aimee Mann wokalistki zespołu ‘Til Tuesday zastępuje basowy pochód, spleciony z prostym gitarowym riffem. Refreny wypełniane są klawiszowym sosem. Mimo prostoty jest to naprawdę nastrojowy kawałek. Trudne czasy wymagają trudnych rozmów, wymagają wytrwałych serc, wymagają trudnych piosenek, wymagają…Tak zaczyna się motto Force Ten, który swój tytuł zawdzięcza skali Beauforta. Peart mówi, że możemy: że naprawdę wszystko nam prawie wolno, że możemy zdobyć świat i go stracić, powstawać i upadać, przypływać i odpływać, obnosić się swoją próżnością i pokazywać pokorę, możemy! Jeśli tylko potrafimy stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami, jeśli potrafimy się zmierzyć z bezkształtnymi siłami, jeśli tylko potrafimy być wyczuleni na poszlaki i dźwięki, jeśli tylko potrafimy się pilnować i uważnie rozglądać.

Drugim numerem na płycie jest – jeden z ważniejszych dla mnie utworów w dorobku Rush Time Stand Still . Piosenkę rozpoczyna gitarowy wstęp, po którym zaraz następuje pierwsza hardrockowa zwrotka, dwuczęściowy refren zaczyna klawiszowy wstęp – gitara cichnie i w tym jednym jedynym utworze za klawiszami staje Alex Lifeson, w drugiej części refrenu znów grający na wiośle. Ale refren Time Stand Steel jest nietypowy z jeszcze innego powodu, Rush poczynił kolejny eksperyment – w refrenie mamy duet, Geddy Lee śpiewa wraz z cudowną Aimee Mann. Mann jest jedną z najgenialniejszych wokalistek i kompozytorek alternatywnego-rocka w USA, jej charakterystyczny „wokal na odpierdol się” brzmiący tak, jakby jej się w ogóle nie chciało śpiewać – ma coś niezwykłego w sobie (jak naprawdę rzadko zwracam uwagę na kobiece wokale, tak przy jej obojętności nie potrafię wytrzymać – jest zajebista).

Jej króciutkie fragmenty w pierwszej części refrenów, dodają odrobinę oniryzmu do całego kawałka – słuchacz nie ma pojęcia – skąd kobiecy wokal w Rush? Czy może to jest tylko sen dodający bohaterowi otuchy? Jest to bowiem utwór o mężczyźnie, który uświadamia sobie własną przemijalność i nie chce się z nią pogodzić – chce żyć tu i teraz patrząc tylko na to, co go otacza. Chciałby aby jego przeszłość nie uciekała tak szybko, chciałby się zatrzymać, zatrzymać czas. Chciałby przeżyć silniej, najlepiej jeszcze raz wszystkie ważne chwile.

Time stand still - I'm not looking back
But I want to look around me now

Time stand still
See more of the people and the places that surround me now
Time stand still
Freeze this moment a little bit longer
Make each sensation a little bit stronger
Experience slips away...
Time stand still

Dla mnie emocjonalnie jest to tykająca bomba. Rozumiem i czuję przesłanie tego utworu na bardzo wielu płaszczyznach. Refleksyjne rozpamiętywanie przeszłości i przemijającego czasu jest mi bardzo bliskie. Tęsknota podmiotu lirycznego jest i moją… Ale wreszcie to oszukiwanie siebie samego nie wychodzi… A mnie to wciąż przeraża.


Summer's going fast, nights growing colder

Children growing up - old friends growing older

Freeze this moment a little bit longer
Make each sensation a little bit stronger

Experience slips away…
The innocence slips away...

W 2010 roku cover tego utworu zrobiła Nelly Furtado i z racji, że nie ma dobrej wersji audio (na YT), a tylko fragment live jej wersji – oto i Rush w wykonaniu Nelly. Kurcze ona używa dwóch perkusistów żeby zagrać ten numer – szok!

Po kilku przeciętnych numerach przeskakujemy do utworu numer siedem Mission . Uznawany jest on za tytułowy, a rozpoczyna go znamienna fraza:

Hold your fire -
Keep it burning bright
Hold the flame 'til the dream ignites -
A spirit with a vision is a dream with a mission

Muzycznie, oddaje klimaty i motywy wszystkich pominiętych czterech wcześniejszych utworów. Na tle albumu wyróżnia się jednak dynamizmem i rockowym pazurem oraz ciążeniem ku bardziej alternatywnym tematom. Jest to utwór poszatkowany i pełen ekspresji. Od klawiszowych wypełniaczy i wstępu, poprzez gitarowe zrywy, grę akordową po epicką solówkę – przeciąga mocno znużonego Hold Your Fire słuchacza, dodając mu odrobiny nadziei. To naprawdę ciekawy utwór. Można się przyczepić do grafomańskiego tekstu Neila Pearta (choć jego perkusja jest znakomita). Utwór opowiada o inspiracji, o tym, że podmiot liryczny by chciał być, taki jak ci wielcy, do których tęskni. Jest to tekst autobiograficzny – opowiadający, jak dzięki uporowi i sile swych marzeń Peart zamienił je w misję (cel), którą udało mu się wypełnić. I każdy kto walczy o swoje może wygrać. Jednak walka nie jest prosta, ani nie ma w sobie nic z romantycznego heroizmu – to jest ciężka, nudna i żmudna praca. Konkludując Neil pisze:

It's cold comfort
To the ones without it
To know how they struggled -
How they suffered about it
If their lives were exotic and strange
They would likely have gladly exchanged them
For something a little more plain
Maybe something a little more sane
We each pay a fabulous price
For our visions of paradise
But a spirit with a vision is a dream with a mission...

Dla nienawidzącego Rush magazynu Rolling Stone – tekst utworu Mission miał być przyznaniem się Rush do naśladowania oraz plagiatowania innych zespołów.

Ósmą pozycją na płycie jest naprawdę znakomity Turn The Page . Jedyny prawdziwie hardrockowy numer na płycie, chociaż też naszpikowany klawiszami. Charakterystyczną dla tego utworu jest niesamowita i trudna linia basowa oraz akordowe gitary. Wreszcie słuchacz dostaje troszkę starego dobrego Rush. W znakomitym tekście Peart przedstawia ludzkie problemy w obliczu czasu. Niby nie możemy żyć w samotnie w próżni, niby nie potrafimy utrzymać własnych problemów tylko dla siebie. Chętnie mówimy o przyjemnościach, które nas spotkały. Jednak suma summarum – nie potrafimy nic dla siebie na wzajem zrobić, poza kiwaniem głowami nad tragedią.Cover Foto A potem się odcinamy i odwracamy stronę, jutro jest  kolejny wspaniały dzień. To tylko taki wiek, to tylko taki okres (śpiewa radośnie Geddy)… Prognoza pogody, wiadomości, nowe znajomości, poszukiwanie ruchomej zaciemnionej prawdy… A potem znów – my się odcinamy i odwracamy stronę, jutro jest kolejny, jeszcze wspanialszy dzień… I nawet nie czuć krzty goryczy w tym tekście, to takie ludzkie zachowanie, tak bardzo nasze i oswojone, kiwamy głową nad tragedią, a potem się odcinamy i odwracamy stronę, jedni dla drugich nie istniejemy naprawdę, nie miejmy złudzeń…

Tai Shan – jest dziewiątym utworem na Hold Your Fire. Jak sam tytuł dobitnie wskazuje jest to numer oparty na motywie orientalnym. W zasadzie spełnia rolę ballady, choć balladą nie jest, raczej spokojnym nastrojowym utworem stanowiącym urozmaicenie albumu. Mimo tego, że Geddy Lee w 2008 roku uznał, iż błędem było umieszczanie tego utworu na albumie – nie zgadzam się z nim absolutnie – dodaje on bowiem klimatu i charakteru całej płycie, poza tym pokazuje, że Rush nie boi się eksperymentów. Tai Shan to legendarna Chińska góra, na której cesarz Huang Ti przywoływał moce! Chińczycy wierzą, że kto wejdzie na szczyt świętej góry i wzniesie ręce ku niebu, będzie żył przynajmniej sto lat. Utwór opowiada o tym jak jego autor, podczas wyprawy do Chin dostał się na szczyt Tai Shan po 7000 stopni i jak wypełnił przykazania legendy.

High Water – jest dziesiątym i ostatnim utworem Hold Youre Fire. I jest to utwór genialny! Dla tej jedynej kompozycji warto było nagrać nawet cały słabszy album! Wreszcie mamy prawdziwie progresywny, alternatywny numer. Jest to przede wszystkim opus magnum perkusji Pearta – ja potrafię spędzać godziny wsłuchując się w te dźwięki, uderzenia, puknięcia, stuknięcia – głuche i dźwięczne, puste i gęste – genialne! Po chwili pojawiają się klawisze – odstające kompletnie od linii perkusji. Następnie Lifeson i jego zmieniająca się ciągle gitara, a w zasadzie dwie, jedna szarpana (wydobywająca tkliwe pojedyncze nuty) a druga jadąca na przeciąganych dźwiękach z wajchy. W zwrotkach Alex zmienia również style gry, z szarpanej w akordową – cudowne – wielkim gitarzystą jest Lifeson. I ten niby prosty (oczywisty) i subtelny bas oraz równie zwinne i nie rzucające się w oczy klawisze – wszędzie tam gdzie są potrzebne… Każda nuta na swoim miejscu. Tekst tego utworu to impresja opowiadająca o wodzie i czasie. Wody wezbrały w ciemności, tuż po nieskończonym potopie, wpłynęły do naszej pamięci i do naszej krwi. Coś przebija się na powierzchnię wody by ujrzeć gwiazdy – tak przychodzimy na świat. Wciąż czujemy tą zależność. Woda zabiera nas do domu. Wszystko wychodzi z wody, w dżunglach gdzie snują się wielkie rzeki. Ulewy tropikalnych deszczy, płyną poza naszą pamięcią, płyną w naszych żyłach… W ulewnym zbawiennym deszczu, woda zabiera mnie do domu… Nie wiem, co jest w tym tekście i w tym utworze, ale nie pozwala on nigdy przejść obok obojętnym. Jest tak melodyczny – właśnie, tu nie ma jednej melodii – słuchacze Madonny, Gagi i innych popowych czy nawet rockowych chałturzystów – mogą się zniesmaczyć – tak proszę państwa tu jest kilka melodii, tu są pojedyncze instrumenty opowiadające swoje własne historie i Geddy Lee, który płynie z nami w tej samej łodzi. Moja wyobraźnia zawsze zabiera mnie w podróż z tym oderwanym od reszty utworu wokalem, świat zalewa powódź i na jedną chwilę jestem całkowicie sam – dryfuję ku nieznanemu bezpiecznemu miejscu.

Album sprzedał się gorzej niż poprzedni osiągając status platynowej płyty w Kanadzie, złoto w USA i srebro w UK. Gorzej też się uplasował się na listach odpowiednio na 9, 13 i 10 miejscu.

Cover FotoOd października 1987 do maja 1988 roku Rush wyjechał w trasę koncertową, rejestrując trzy występy między 21 a 24 kwietnia w Birmingham, Anglia, które następnie stały się wraz z zarejestrowanymi koncertami z 31 marca i 1 kwietnia 1986 roku z East Rutherford, New Jersey – bazą materiału, z którego po zakończeniu trasy koncertowej Hold Your Fire, przez cały 1988 rok opracowywano trzeci koncertowy album Rush. A Show Of Hands ukazał się 10 stycznia 1989 roku. Recenzje albumu jak zwykle były zróżnicowane. W Kanadzie pokrył się platyną, a w USA złotem. Po ukazaniu się koncertówki, Rush zakończył współpracę z wieloletnim wydawcą, wytwórnią Mercury, a muzycy postanowili wreszcie odpocząć.

              

Następny odcinek: 31.V.2011

Dla chętnych: Force Ten z Frankfurtu, Niemcy, 24 września 2004 roku z koncertu R30. Następnie moja obsesja (klipy 2-4) Time Stand Steel (wiem, że nie powinienem ale) za koleją: klip autorstwa polskiego zdobywcy Oscara (Tango) Zbigniewa Rybczyńskiego – niestety nie rozumiem koncepcji autora; drugim klipem jest live z trasy Roll The Bones z 29 stycznia 1992 roku, w którym Geddy popełnia gafę ale szybko ją naprawia (3:40-3:47); oraz wersja z ręki z 15 lipca 2010 roku z Time Machine Tour Quebec City, Quebec, Kanada. Kolejną pozycją (5) jest klip do nieprezentowanego tu utworu Lock And Key – bardzo go lubię. Kolejną propozycją (6) jest fanowska wersja Mission. A na zakończenie (7) Mystic Rhythms z A Show Of Hands.

poniedziałek, 23 maja 2011

No więc tak, jest progres ale żmudny, nawet bardzo żmudny…


Waga: 178 kilogramów, było 179.5

Talia: 204 centymetry, było 210

Wzrost: 348 centymetrów.



niedziela, 22 maja 2011

Moja mama miałaby dziś 62 urodziny. Gdyby żyła. Ale nie żyje. Zastanawiam się zawsze jak by wyglądało moje życie, gdyby to wszystko poszło inaczej. Czy byłbym dziś tym kim jestem, z tą osobą z którą jestem…? Znaków zapytania jest wiele…

Czasem czytam blogi gejów lub spotykam takich: co boją się wyjścia z szafy, albo co są „przyjaciółkami” matek własnych, albo takich co się wadzą z matką, wypominają matce, tęsknią do matki, nienawidzą matki, okłamują matkę, grają przed nią kogoś kim nie są… I czasem im zazdroszczę, że mogą To robić wobec matki, cokolwiek – a od kiedy pamiętam, ja mogę ją tylko odwiedzać na cmentarzu.

Chociaż to wcale nie jest tak, że nie mam matki – mam inną, kompletnie inną matkę, bardziej niż biologiczną – choć tylko genetyczną, emocjonalną i troszkę starszą…



sobota, 21 maja 2011

Rok 2011 to zjawiskowy czas, po nudnym i smutnym 2010 roku. Od początku nowego – nie wiem wiosna, zima czy to obecne wczesne lato to powoduje – roku napada mnie totalny wysyp gejostwa. Po latach ujawnił się mój niezbyt dobry kolega z liceum – który wsławiał się swoją homofobią w okresie złych lat szkolnych. Nagle jest gejem i wszystko jest ok. W marcu ujawnił się mój znajomy z osiedla – chłopak którego znam od takiego maleńkiego brzdąca – bawiliśmy się razem na podwórku. Mogłem coś wyczuć wtedy – kiedy już w okresie wczesno-nastoletnim – biegał po osiedlu i udawał Czarodziejkę z Księżyca albo Biję z jakiejś tam innej kreskówki, rzucając na wszystkich czary… Dopiero Erasmus w Hiszpanii go wydobył… W domu „jest przyjaciółką swojej mamy” – jak mówi. W maju zaczynają się potwierdzać podejrzenia odnośnie kolejnej postaci – z tej samej klasy z liceum, ale o tym napiszę notkę osobną (albo i nie)… W międzyczasie potwierdziła się koleżanka lesbijka również z tej samej klasy!!! Jeśli wszystkie dane będą na 100% pewne, mniejszość homo w mojej klasie w LO stanowić będzie 12%! To jest naprawdę szokujące i kompletnie niespodziewane. Naprawdę, czuję się jakby mi ktoś na głowę wylał kubeł zimnej wody. W głowie obija mi się pytanie: ale jak to się mogło stać, że ignorowaliśmy siebie nawzajem, czy naprawdę panowała wówczas taka (w owej klasie) homofobiczna psychoza?

piątek, 20 maja 2011

Po powrocie z Warszawskich Targów Książki – wypada napisać trzy słowa o samych targach (I) oraz o tym, co działo się w tym samym czasie na domowym podwórku (II), chcemy też napisać kilka słów „odszczekania” (III).

I

Zaczynając od targów – to aż szkoda, że taka impreza nie trwa troszkę dłużej… Nie wystarczy dnia (impreza trwała dni 4!!!), aby obejść wszystkie stoiska i spotkać wszystkich gości. Z jednej strony troszkę osamotniony Marcin Szczygielski z partnerującym mu Raczkiem, z drugiej strony równie nieoblegany Rafał Ziemkiewicz, i przeplatająca się przez to wszystko w wielkich „czornych” jak węgiel okularach Małgorzata Kożuchowska… Ach i och. Poziomów trzy, sektorów cztery, stoisk liczba ogromna i tłumów szmat. Wszystko pięknie, wejść naście, tylko przytłaczający chaos organizacyjny straszy. Ciasne korytarzyki między boksami – zmuszały osamotnionego czytelnika od ciągłego oddalania się od wybranych stoisk – co miałem się bić z ludźmi? Było i tak wystarczająco gorąco – czułem się jak zombie albo jak ospała mucha… Kiedy jakiś boks blokował oblegany autor, jak na przykład Prószyńskiego i S-ka zablokował niewinnie Papcio Chmiel, tworzyła się kolejka na pół sektora, tym samym do kilku sąsiadujących z P i S-ka stoisk, nie można było dojść przez godzinę. Labirynt korytarzy i anty-logiczne mapki nie kierowały czytelników tam, gdzie by oni chcieli… Człowiek się gubił. Niedobrym miejscem jest pałac Stalina na takie ogromne imprezy, ciasno, duszno, i diabli wiedzą jak to obejść. A mimo to było sympatycznie – mąż szalał – choć niewiele kupił. W sumie tylko nowość od swojego ulubionego pisarza fantasy Terry’ego Pratchetta oraz, no właśnie coś i dla mnie miłego i za połowę ceny – piękne, grube wydanie pozycji Geje i lesbijki: Życie i kultura pod. red. Roberta Aldricha – a że to wydawnictwo podchodzące pod monografię historyczną, bardzo mi ono zasmakowało. Żal tylko że Trudi Canavan była dopiero w niedzielę – mąż bardzo chciał zdobyć jej autograf…

Dla mnie zamiast targów książek celem był festiwal komiksowy. Muszę uczciwie go skrytykować. Było lepiej niż w CBA w 2010 roku. Oferta gości była naprawdę imponująca, jak na imprezę stanowiącą zaledwie dział tematyczny targów książkowych. FKW robi od lat grupa zapaleńców – stąd zależało im na zachowaniu dużej autonomii, tak aby się nie dać zasymilować. Jednak jak się dowiadujemy, pomysł na FKW z Targami Książek wyszedł bardzo późno, w CBA było już wszystko zapięte na ostatni guzik. Dlatego też Komiksowo dostało ochłapy w postaci kuriozalnej lokalizacji – na zadupiu targów, na poziomie dolnego parteru, czyli poniżej parteru właściwego w szatniach Sali Kongresowej, żenujące oznaczenia drogi powodowały, że wiele osób (w tym ja) kluczyły po targach dobre kilkanaście minut, zanim wreszcie z sektora B udało się trafić na klatkę schodową idącą do sektora D (FKW). Zrezygnowano z giełdy komiksów – ten pchli komiksowy targ, był i jest zawsze jednym z ważniejszych punktów każdej imprezy komiksowej – brak wobec tego na II FKW giełdy jest minusem, wstawili się tylko wydawcy i trzy sklepy internetowe – nie było ubogo, ale brakowało czegoś... Autografy odbywały się w hallu szatni – podział na strefy był fikcją, istniał tylko na osobnych, ładnie wydrukowanych książeczkach z programem FKW, godziny autografów, czyli tym samym sam program były niezbyt rygorystycznie przestrzegane, co wpisywało się w całościowy organizacyjny chaos Targów Książki. Najlepszym przykładem był Henryk Chmielewski – który zszedł do sektora komiksowego, aby zabrać chętnych po jego autograf na stoisko Pruszyński i S-ka – ten manewr wywołał kompletne skołowacenie – gdyż oto nagle przez całe targi przewinął się wąż ludzi zakłócając, i tak blokujący się ciągle, ruch na korytarzach. Część autorów podpisywała na stoisku wydawcy, nie respektując programu, ani tym bardziej ludzi czekających na autora w innym miejscu…

Osobnym tematem była sala spotkań z gośćmi FKW, w zasadzie salka oddalona od sektora komiksowego o dobry kilometr(!!!) – kluczenia po korytarzach i piętrach… Było więc na owych spotkaniach od 5 do 20 osób. Większość idących na poszukiwania owego legendarnego pomieszczenia, nigdy go bowiem nie znalazła!

Zdobyłem wszystkie zaplanowane autografy (Raczkiewicz, Zapico, Sandoval, Yslaire, Sienicki & Okólski) – oczywiście z dużą pomocą „stójkowego w kolejkach” męża. Ale w sumie i bez niego bym zdobył te autografy również. Świadczy to tylko o niskim w sumie zainteresowaniu imprezą – na której atrakcje były dość zawężone.

II FKW miała lepszą edycję niż przed rokiem, jednak kuriozalne położenie festiwalu podczas Targów Książki – mija się z celem, jaki przyświecał organizatorom kiedy dokonywali akcesu do książkowej imprezy. Zepchnięcie komiksów na peryferie Targów, sprowadza się do marginalizacji wydarzenia, ponadto rezygnacja z giełdy, nietrzymanie się programu, tragiczna sala spotkań i droga, aby ją odnaleźć – sprawiają, iż ocena II FKW nie może być pozytywna! Jednak znaczące odświeżenie atmosfery i w zasadzie dobre wrażenie, jakie sprawili sami wydawcy i sklepy internetowe – oraz większe zainteresowanie publiczności niż przed rokiem – daje cień szansy – że w przyszłym roku (a tajne źródła mówią mi, że ponownie zobaczymy mariaż książki i komiksu) edycja połączona może być o wiele lepsza i tego życzę FKW. Jak dożyję na pewno tam się pojawię.

II

Wróciwszy do domu około godziny 19:40, polecieliśmy do jakiegoś restaurantu zjeść obiad. Następnie zabytkowym tramwajem „M” (nocno-muzealnym) dostaliśmy się do centrum, gdzie błyskawicznie zjawiła się nasza domowa linia i zawiozła nas na bloki. W domu szybko się doprowadziliśmy do wieczornej zdatności i popędziliśmy do gejowskiej dyskoteki, gdzie odbywało się afterparty po marszu równości – który tego dnia w sobotę – dzielnie przeszedł swoją trasę w deszczu chamstwa i jaj kurzych.

Tak udało się – przeszli! Mimo tego, że zamiast deklarowanych 400 osób zjawiło się ze 150, ale nie od razu Rzym zbudowano! Brawo! Dali radę. Tymczasem my na loterii aferowej-fantowej wygraliśmy jeszcze Dom Chłopców. Na imprezie bawiliśmy jeszcze do jakiejś 2 w nocy.

Nasza nieobecność na tym marszu była uzasadniona – działy się ważniejsze rzeczy w postaci FKW. Jeśli FKW pokryje się za rok z jakimkolwiek marszem – będziemy na FKW to jasne. Jednak nie wszyscy pojechali na FKW. Wielki zawód i kpina padła wobec kilku tchórzy – zaprzyjaźnionych z KPH Łódź, którzy zdezerterowali z marszu – nie podając przyczyn, nie odbierając telefonów itd. Niektórzy z nich są nawet blogerami! Pojechali na wykopki, tchórze – padały niewybredne komentarze… Wierzymy, że nigdy więcej te osoby nie będą zbierały już głosu w sprawach światopoglądowych ani LGBTQ, choć to wiara porównywalna do tej, że politycy są uczciwi i bezinteresowni…

III

Pragniemy oświadczyć wszem i wobec. Iż słowa, które wypowiedział mój mąż na temat KPH Łódź w sierpniu 2010 roku, które to stały się moim wyjściowym mottem w krytyce rodzimej filii oraz jej działań, to jest: nie wierzę w nich, oni nie dadzą rady nic zrobić! – okazały się być nieprawdziwe, mylne i niewłaściwe! Brak naszej wiary był błędem, udało się im zrobić to co zaplanowali – a taką postawę nader cenimy. W przeciwieństwie do tchórzostwa i hipokryzji. Zresztą przy okazji sobotniego marszu – wszyscy wyłożyli swoje karty na stół oraz pokazali swoje prawdziwe bądź udawane zaangażowanie.

PS. Mój mąż prawdopodobnie w najbliższych latach, jeśli by zdarzyły się podobne marsze dla środowisk LGBTQ, nie będzie mógł brać w nich udziału! Spowodowane jest to tym, że charakter jego pracy opiera się między innymi na współpracy z ludźmi samoistnie wykluczającymi się ze społeczeństwa. Wielu z nich stało w sobotę po drugiej stronie, rzucając jajkami i obelgami…



17:43, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2011

Cover FotoPower Windows – 1985

1.The Big Money 5:37

2.Grand Designs 5:06

3.Manhattan Project 5:07

4.Marathon 6:09

5.Territories 6:20

6.Middletown Dreams 5:15

7.Emotion Detector 5:11

8.Mystic Rhythms 5:53

 

Po pierwszych czterech utworach słychać wyraźnie, że Rush obrał nową i bardzo odważną, jak na progresywny i hardrockowy zespół, drogę. Może takie były czasy, a może zwyczajnie muzycy zespołu postanowili poszukać czegoś nowego po ogromnym sukcesie albumu Moving Pictures. Ów album bowiem zdeterminował w pewnym sensie muzyczne poszukiwania Rush w latach 80-tych. Czy tak było czy nie było – Rush poszukiwał, na każdym albumie starał się być inny. Jest to zresztą cechą charakterystyczną tego zespołu po dziś dzień. Czy jednak panowie Lee, Lifeson i Peart nie pogubili się trochę na Power Windows? Osobiście uważam że nie, mimo słabszej pierwszej części – poza dynamicznym The Big Money i ciekawym Grand Designs – pozostałe dwa utwory są płaskie i mimo chóru nie ma w nich tego czegoś, co tak znakomicie definiowało Rush, choćby na Grace Under Pressure. Mimo to druga część albumu Power Windows zaskakuje. Po pierwsze kompletnym oderwaniem od hardrockowej stylistyki, po drugie odwagą tych kompozycji – idących w stronę klimatów muzyki pop, muzyki elektronicznej i alternatywnego rocka, wreszcie po trzecie muzyka Rush zaskakuje niesamowitą witalnością i wyczuciem – ostatnie cztery numery to dzieła kompletne, kwintesencja okresu syntezatorowego, czysty muzyczny barok. Nie wiem, od ilu lat mam ten album, ale za każdym razem, kiedy słucham tych utworów odnajduję w nich coś nowego, coś intrygującego – plecionka dźwięków, odgłosów, partii instrumentów – jest tutaj tak zwinięta, że słuchacz z ulicy nawet nie jest w stanie usłyszeć połowy – tego języka, w którym mówi tutaj Rush. To jest album, który można by było rozkładać na części, podczas semestralnego kursu jakichś studiów magisterskich. Zresztą sam jestem magistersko związany z tym albumem – podczas upalnego lata 2010, kiedy stukałem ten obrzydliwy tekst – te cztery utwory były dla mnie ucieczką, głośność na max, paczka fajek, kawa, otwarte okno i ja zwieszony przez nie. – Nie było lepszego odpoczynku niż te 20 minut rozkoszy, porywającej mnie w tą ogromną przestrzeń dźwięków Rush i marzeń na temat wizji snutych w tych czterech pięknych utworach – które czułem – jak to się czasem mówi – każdą częścią ciała… I takie emocje i fizyczny relaks – potrafi mi dostarczyć tylko Rush. Inne kapele, grupy i wykonawcy – potrafią mnie wzruszyć, rozbawić, uspokoić, zrelaksować, pouczyć, wystraszyć, zniesmaczyć, rozochocić – ale nic poza Rush nie potrafi zrobić tego naraz.

Drugą cześć albumu rozpoczyna najdłuższy utwór na płycie Territories . I to o czym był poprzedni akapit wypływa od początku – dziwaczna popowa perkusja, jednostajnie wyjące klawisze i gitara dziwnie rozpoczynająca zawiązywanie tematu – częstująca nas wreszcie jakby orientalnym wstępem. Agresywne, ni stąd ni zowąd, uderzenie w klawisze rozpoczyna wokal, podobnie przed pierwszą częścią refrenu – znów dziwaczny dźwięk klawiszy kompletnie nieprzystający do całości – zdynamizowanie linii gitary ze wstępu, która przechodzi wreszcie w jednolite akordowe szarpnięcia, podobne do tych z Grace Under Pressure. Wreszcie właściwy refren, podczas którego jednolity wokal Geddy’iego kompletnie nie współgra z połamaną i typową dla Pearta linią perkusji, który uderza w rozmaite instrumenty perkusyjne tworząc niesamowite tło tego refrenu. I tak w ciągu kolejnych minut zapętla się ten numer – Alex gra połamanymi gitarami, w pierwszym refrenie mamy gitarę akustyczną, w drugim słyszymy coś w stylu solówki, w trzecim delikatne „plumkanie” na strunach, perkusja od banalnych zagrywek przechodzi w awangardowe klimaty, klawisze, których nie da się opisać słowami i bas grający, co rusz, swój jeden ciekawy motyw. Jest to utwór muzycznie dziwny, przez co tym bardziej intrygujący, jest ciekawy i zagmatwany, posiada również króciuteńki moment wytchnienia (3:52-4:06), kiedy to klawisze lekko uspokajają cały utwór, a gitara zbiera siły do kolejnej szarży. Lirycznie jest jednym z najbardziej zaangażowanych w historii Rush. Pierwsza zwrotka przytacza chińskie wierzenia odnośnie państwa Środka – które jakoby jest lepszym miejscem do życia niż wszystkie inne na świecie, przez to że jest położone wyżej niż reszta ziemi. Territories – (obszar położony wokół Hongkongu) to utwór potępiający nacjonalizm i jego wszelkie przejawy, takie jak wojny, szpiegostwo itd. Promując szeroko rozumiany kosmopolityzm, jako alternatywę dla zgubnego nacjonalizmu (Peart anarchista – jak najbardziej tak!!!). Neil Peart zresztą przyznał, że inspiracją dla napisania tego tekstu były słowa Sokratesa: Nie jestem ani Ateńczykiem ani Grekiem, jestem obywatelem Świata. Pierwszy pre-refren mówi, iż w każdym nazwanym miejscu, ludzie bawią się w tą samą terytorialną grę, chowając się w okopach wysyłają wzajemnie znaki ostrzegawcze. Zwrotki kontynuują tą myśl. Na całej ziemi prowadzimy wzajemną obserwację, kompletnie nie rozumiejąc co oznacza termin „międzynarodowy”. W różnych kręgach zajmujemy się pilnowaniem własnych terenów, w różnych kręgach ciągle kręcimy się w koło. Karmimy maszyny zamiast karmić ludzi. Widzimy wiele plemion napadniętych i wyniszczonych, oraz zdobywców, którzy poszli podbijać kolejne ziemie. Oni będą strzelać za kawałek błota, za inny akcent, za inny kolor koszuli. Wreszcie konkludując Neil pisze (przytoczę tu cudowne częstochowskie tłumaczenie polskie – które mnie zawsze uroczy):

 

Lepsza duma którą posiada

Obywatel Świata

Niż duma która dzieli

Gdy rozwija się kolorowa szmata.

 

I tym cudownym akcentem kończy się ten interesujący utwór.

Szóstą pozycją jest dostarczający mi praktycznie orgazmu Middletown Dreams . Utwór zaczyna się uderzeniem, z którego zaczyna płynąć coś… Co to jest, nie wiem, to dźwięki – kompletnie niedające się klasyfikować. Bas, perkusja (to jest chyba Djembe), gitara, klawisze jedne i drugie – cholera jaki to jest styl, pop, rock, elektro? Nie wiem – podoba mi się to – troszkę ściągnięte z The Police – to na pewno. Zaczyna się zwrotka – część dźwięków ginie – zostaje perksa, gitara i bas – normalny Rush – nic specjalnego i wreszcie… Refren, dźwięki uderzają (robi się naprawdę fucking epic), przestrzeń rozrasta się jak drożdżowe ciasto, Lee zaczyna śpiewać (ooo-ooo-oooh), Peart gra na talerzach (charakterystyczne dla tego numeru) dynamiczne i metaliczne tu-tu-tuu, a Lifeson odpala w 1:10 tą niesamowitą gitarę – jakby silnik samochodu – tak to czuję – przechodzą mnie w owej chwili ciarki, jakby ktoś przejechał mi wzdłuż kręgosłupa kostką lodu. Oj tak, czuję to za każdym razem, pamiętam tamto zeszłoroczne upalne lato – i totalną ucieczkę od realnego Świata, jaką dawał mi ten utwór. Po refrenie następuje dynamiczna zwrotka z połamanymi gitarami – zupełnie odmienna od spokojnej zwrotki pierwszej, w drugiej części jeszcze dodatkowo wzbogacona o klawiszowy, iście dyskotekowy, motyw. Następuje kolejny refren, tym razem silnik odpala (2:36) jakoby stanowił intro tej części utworu. Po spokojniejszym drugim refrenie (względem pierwszego) następuje gitarowy finał zakończony uspokojeniem utworu. Charakteryzuje się ono bardzo ciekawym fragmentem, w którym Alex (3:15-3:23), jakby od niechcenia szarpie jednym chwytem, cztery razy, struny gitary skracając odległości między szarpnięciami. Jest to kolejny punkt mojej euforii – bowiem po bardzo dynamicznych gitarach, w tym samym utworze w odległości ledwie minuty, półtorej – Lifeson zmienia totalnie dynamikę tego numeru – tworząc kolejny klimat – mini fragment – element mozaiki – jaka tworzy tą piosenkę. Oczywiście ten gitarowy motyw przeradza się w kolejną zwrotkę albo para-refren (gdyż jest to jakby komentarz autora przed refrenem właściwym – zwrotki zaś opowiadają zamknięte historie) – stanowiący też, jakby inny muzycznie fragment, dalej usytuowany na uspokajającej finał codzie, po czym następuje kolejny refren… Lirycznie ten utwór to szczyt Peartowskiego indywidualizmu.Cover Foto Porównuje się go z Subdivisions, jednak jest to utwór idący dalej. Jest bowiem nie tyle pochwałą postaw indywidualnych, co pochwałą postaci, które rezygnowały ze swojego dotychczasowego życia – kosztem wszystkiego – rodzin, dzieci, bliskich itd., aby realizować swoje marzenia i plany. Trzy zwrotki opowiadają trzy odrębne historie, za którymi skrywają się postacie rzeczywiste. Paul Gauguin – który jako 25-latek odszedł od żony i dzieci, aby malować, Sherwood Anderson jako 36-latek odchodzi od żony i od dzieci oraz rezygnuje z pracy szefa fabryki, aby poświęcić się pisarstwu – będzie następnie swą twórczością inspirował Faulknera i Hemingwaya, oraz fikcyjna postać żony, z koncept albumu Franka Sinatry Watertown (1970), wyjeżdża ona do wielkiego miasta realizować swe życiowe plany, zostawiając męża, typowego Everymana, z trójką dzieci na zadupiu w Watertown. (Ciekawe jest to że Gauguin i fikcyjną żonę, Peart zamienia rolami – kobieta jest malarką a Gauguin ucieka z małego miasteczka do wielkiego miasta). Jest to utwór opowiadający o ludziach, którzy postanowili nie rezygnować z samorealizacji w obliczu krótkiego czasu, jaki daje jedno życie. To dla Pearta bohaterowie idealni – rezygnujący z przyziemności na rzecz realizacji marzeń – oczywiście taka samorealizacja częstokroć kosztuje bardzo dużo, burząc fundamenty naszego życia – ale postawa indywidualna nie może zapatrywać się na społeczne normy cywilizacyjne. Peart pokazuje przykłady radykalne, nie pochwala ich ani nie potępia, pokazuje po prostu alternatywy – bohaterowie poszczególnych zwrotek mogą, albo ryzykować albo gnić w swoim „małomiasteczkowym” marazmie, godząc się na ucywilizowaną niewolę. Zasadniczym przesłaniem tego utworu jest konieczność dążenia do swoich celów, posiadanie bowiem czegoś więcej nad szarą rzeczywistość potrafi nas uskrzydlać:

         

Dreams flow across the heartland
Feeding on the fires
Dreams transport desires
Drive you when you're down
Dreams transport the ones who need to get out of town.

 

I mnie te “sny” transportowały daleko, daleko – podczas 20-minutowych przerw od pisania magisterki. Bo jest to oczywiste i zrozumiałe:

 

It's understood
By every single person
Who'd be elsewhere if they could
So far so good
And life's not unpleasant
In their little neighbourhood.

 

Przedostatnim numerem na płycie jest Emotion Detector . W sumie miała być to ballada, ale nie wyszło… W zasadzie z korzyścią dla tego utworu. Po dwóch dość zakręconych kawałkach, mamy oto bowiem sympatyczny popowy kawałek z podniosłym (wybijanym) refrenem. Z bardzo sympatycznym tekstem rozważającym na temat niektórych naszych  stanów emocjonalnych. Utwór rozpoczyna ponad minutowy wstęp oparty na klawiszowych akordach i przeciągniętych dźwiękach gitary – która po kilku sekundach przejmują pałeczkę i wraz z resztą instrumentarium zawiązują linię melodyczną. Kiedy wchodzi pierwsza zwrotka inicjatywę przejmuje bas, przesterowana gitara delikatnie wypełnia tło. Po drugim „podniosłym” refrenie następuje patetyczny gitarowy finał, któremu akompaniuje genialny bas w bardzo szybkim skocznym „galopie”. Tekst utworu jest dość złożony i opowiada między innymi, o tym że kiedy zdejmujemy maskę naszej obojętności i ukazujemy nasze emocje – inni ludzie mogą nas porządnie wystawić i obśmiać. Peart mówi wprost, że zaufanie jest tak rzadkie jak prawdziwe poświęcenie. Jednak ściągamy te maski bo potrzebujemy czasem trochę aprobaty oraz uwagi – często taki uczuciowy ekshibicjonizm kończy się dla nas źle. W drugiej zwrotce Neil troszkę bardziej generalizuje rzucając stwierdzeniami, że miłość nas potrafi zmienić, chociaż nigdy nie do końca – czego sam jestem przykładem. Że często jesteśmy zbyt szorstcy, lub zbyt wrażliwi – nie potrafiąc panować nad emocjami. Zastanawia mnie tu zawsze refren, który bardzo lubię – iście popowy anty-Rush’owy – bardzo odprężający – i jego tekst dla mnie wciąż wieloznaczny…

 

Right to the heart of the matter
Right to the beautiful part
Illusions are painfully shattered
Right where discovery starts
In the secret wells of emotion
Buried deep in our hearts

 

Ostatnią propozycją na Power Windows jest iście mistyczny utwór Mystic Rhythms . Mistyczne Rytmy – to przykład bardzo charakterystyczny dla Rush lat 80-tych, jest to kolejny mega nastrojowy kawałek – podobny do Polowania Na Czarownice – kompletnie oderwany od reszty materiału. Istny indywidualista, zarówno muzycznie jak i lirycznie. Ten utwór usłyszałem po raz pierwszy w wersji live, z dwupłytowego albumu kompilacyjnego Rush Chronicles (1990), podsumowującego działalność zespołu w latach 1974-1989. Był to dziwny numer – mocno odstający od stylistyki zespołu. Nie było mnie jednak wtedy stać na kupowanie całej dyskografii, a złodziejstwo „świętego” Rush z netu było po prostu niewyobrażalne – stąd zakup albumu kompilacyjnego był dla mnie ratunkiem – abym mógł zapoznać się choćby z odrobiną materiału, którego nie znałem. W sumie tylko dla tego numeru kupiłem następnie Power Windows i tylko on był gwoździem programu przez dłuższy czas. Dziś jest ukoronowaniem tego zacnego albumu. Rozpoczyna się dziwaczną perkusją – motywowaną jakby afrykańskimi bębnami (folk afrykański?), która zasadniczo ciągnie się przez cały numer – Neil Peart się tu może wyżyć – jest w swoim żywiole – perkusji anty-popowej, anty-rockowej… Obok perkusji wchodzi oręż Geddy’iego Lee klawisze, jedne typowe dla lat 80-tych piskliwe i burzące klimat, na których Geddy gra (przygrywa) tylko w niektórych miejscach – wprowadzając troszkę awangardowego chaosu, oraz drugie klawisze potęgujące afrykański nastrój wypełniając tło. Ponadto gitara elektryczna delikatna i metaliczna. Alex gra tworząc nostalgiczny nastrój – jakby z boku tematu perkusji i klawiszy w pierwszej zwrotce – w drugiej zmienia styl gry z akordowej w grę szarpaną – czym potęguje tęskny nastrój… Finał też jest wyważony – z bardzo spokojną progresywną gitarą, troszkę przypominającą mi zabawy Frippa i Belewa w Walking On Air z albumu KC, Thrak (1995) – oczywiście Alex tylko sygnalizuje ten motyw, „pływając” po strunach w krótkim fragmencie finału. Bas – słychać wyraźnie w pojedynczych uderzeniach oraz w kilku miejscach w dłuższej formie, kiedy Lee ucieka na chwilę od klawiszy. Utwór obok bogatej aranżacji ma prostą konstrukcję, co przy pstrokatości wszelkich dźwięków, uderzeń i motywów jest jego atutem: wstęp, zwrotka, refren, zwrotka, refren, finał, refren, zakończenie… Lirycznie tekst Mystic Rhythms ucieka do ponad czasowej maksymy i wykładnika Neila Pearta – zawartego gdzieś między kartezjuszowskim – myślę więc jestem i sokratejskim – wiem, że nic nie wiem. Neil mówi: o tak wielu rzeczach myślę, gdy patrzę w dal, o rzeczach, które znam i których pragnę, o rzeczach, którym się dziwię i tych, które chciałbym powiedzieć. A im więcej wiemy, tym większa jest nasza niewiedza, możemy wstrzymać nasze niedowierzanie. Nie jesteśmy bowiem z nim sami. Oczywiście mamy tu odwołanie do mozaiki kulturowej naszego globu. Peart podważa wykładnik filozofii Świata zachodniego w tym sensie, że dopuszcza do głosu na równi myśl trzeciego świata oraz krajów wschodzących. Nie bez kozery ta próba negacji wiąże się z podróżniczymi planami Pearta, w 1986 roku wyprawia się w rowerową podróż do Chin, następnie rowerową podróż po Saharze i Afryce środkowej wraz ze wspinaczką na Kilimandżaro, kolejnymi są rowerowa wyprawa wzdłuż hiszpańskich Pirenejów, potem już samochodowe i motocyklowe wyprawy po Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Alasce, Meksyku i Belize, motocyklowa wyprawa do Brazylii, Argentyny i Chile, oraz motocyklowa wyprawa w 2004 roku przez 19 krajów Świata podczas R30 Tour. Do tych wypraw dochodzi jeszcze cały rok 2010 i 2011, podczas których Peart na motocyklu ponownie przemierza USA, Kanadę i Kraje Europejskie. Do wszystkich tych wypraw, małych czy dużych – Neil zawsze się porządnie przygotowywał (żartowano że Rush w trasy koncertowe, zamiast wagonu wódki, zabierał Kanadyjską Bibliotekę Narodową). Czytał i poznawał, a następnie doświadczał, aby potem sam mógł (spróbować) zrozumieć i tworzyć. Od 1985 roku pisze podróżniczo-filozoficzne rozważania… Mistyczne rytmy – porywają nasze myśli, wiedza, którą otrzymujemy podważyć może całokształt tego, co już wiemy, ocieramy się i doświadczamy zjawisk, których istotę pragniemy poznać i zrozumieć. Mistyczne rytmy – to szeroka przenośnia, każdy myśli inaczej i o czym innym, każdy szuka odpowiedzi i znajduje taką, jaką jest w stanie pojąć… Mistyczne rytmy – pod polarną zorzą, pod afrykańskim niebem, w świetle miast, lub pod gwieździstym niebem – prymitywne rzeczy, które nas pociągają, siły i zjawiska, które chcemy poznać i zrozumieć, coś co nas pociąga i popycha z oddali – mrok niewiedzy… Jak bardzo był to mój osobisty tekst – ile lat podczas ukrycia – biłem się z setką myśli, czytałem dziesiątki broszur, które potem niszczyłem albo wyrzucałem po kryjomu do śmietników w innych dzielnicach miasta… Ile było tych tajemniczych rytmów, ze świata i z wnętrza mojej natury – rytmów, których nie rozumiałem i myśli, wobec których pragnąłem aby… Aby zabrało je coś i porwało daleko ode mnie… Słuchałem tego utworu stojąc za domkiem na działce wuja nad morzem, podczas głębokiej nocy, której nie potrafiłem przespać ze strachu przed niewiedzą – patrząc w miliony gwiazd, stojąc na samotnej drodze, zwieszając nogi z klifu w tajemniczym zakątku lasu, kryjąc się za zwalonym pniem w klonowo-bukowym lesie, idąc polną drogą do szosy, stoją na brzegu prowizorycznego mola wędkarzy na skraju jeziora, wchodząc świeżym chodnikiem do miasteczka, w miejscu z którego było widać panoramę okolicy – patrząc na kilka domków otulonych szalem lasu, wreszcie wracając z pracy, lub jadąc do niej… I ciągle nie wiem i nie będę nigdy wiedział…

Bez wątpienia Power Windows to album ciekawy i wciągający, przepełnia go świeżość i inwencja. Zespół daje się ponieść fantazji, bez żadnej obawy o to czy odbiór albumu będzie pozytywny czy negatywny. I znów się udaje osiągnąć sukces, kolejny milion sprzedanych płyt i platyna wskakuje na konto Rush w USA i standardowo w Kanadzie również, w UK pokrywając się srebrem. Zajmując odpowiednio 2, 9 i 10 miejsce na listach w Kanadzie, UK i USA.  

PS. Modele telewizorów z okładki to General Electric "Locomotive" z 1949 roku, oraz "Predicta" z 1958 modele GE 800 z USA i GE C2505 z CAN.                       

 

Następny odcinek: 24.V.2011 

Dla chętnych: Territories z A Show Of Hands z 1988 roku. Middletown Dreams z trasy promującej album w mieście Quebec, Quebec, Kanada z dnia 3 marca 1986 roku. Emotion Detector w pięknej wersji fanowskiej – jednego z największych Rush Świrów jakich spotkałem podczas tej przygody. Na koniec ciekawy klip do Mystic Rhythms - tylko żal że zabrakło niesamowitego lajfu tego numeru z R30 – jedynego który moim zdaniem oddaje TO COŚ.

 
1 , 2