o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
niedziela, 30 maja 2010

A tak bawiliśmy się przedwczoraj, czyli w ostatni rowerowy piątek miesiąca. Zjawiło się 310 osób! A już mieliśmy odpuścić.... Ale masa to zabawa tak wspaniała, że zbyt wiele byśmy stracili... Dlatego już czekamy na czerwcową!!!

START

PLAC DĄBROWSKIEGO NIE DLA SAMOCHODÓW!!!

sobota, 22 maja 2010

To chyba mój najgorszy miesiąc blogowania! Częstotliwość moich wpisów tak dramatycznie spadła, że aż sam jestem zaskoczony. No tak, ale zaczynałem pisać ten dziennik mojego jestestwa, kiedy byłem w zupełnie innej sytuacji życiowej. Samotny, zdesperowany, zły na świat, niezbyt zajęty realnym życiem… A wszystko to przez te dwa lata – zmieniło się w wielu aspektach diametralnie. Praktycznie na niektórych prostych zrobiło się nudnawo, a realny żywot nabrał rumieńców. Życie nie przyniosło tylko samych dobrych rzeczy, przyniosło odrobinę tych złych również.

Szczególnie ten rok i nadchodzące miesiące – zmuszają mnie do świadomego wykluczania się z większości moich społecznych zachowań. Do tego stopnia, że już do lipca mamy z I. zaplanowane wszystkie wyjścia! Czynnikami sprawczymi jest kruchość finansowa naszego z mężem bytu, oraz zadanie napisania pracy magisterskiej. Praca pochłania naprawdę masę mojego czasu. Są dni kiedy wszystko idzie jak z płatka, mimo to godziny mijają, i mimo kilku stron więcej, wcale nie czuję się usatysfakcjonowany. A są dni, kiedy wszystko idzie jak krew z nosa, i mam ochotę zaznaczyć cały tekst i wykasować go w CH.

Mówiłem że mam do zrobienia dwa zadania w tym miesiącu, aby wszystko poszło dalej sprawnie. Pierwsze udało się zrealizować doskonale w terminie, i to jest na pewno krok na przód. Zadanie drugie – a właściwie pierwszy podrozdział – postawił przedemną ogromny problem – z którym muszę się zmierzyć. Problem który zatruwa mój mózg jadem i goryczą. Po pierwszym załamaniu – zacząłem szukać jak szczur jakiegoś trzeciego wyjścia, ale zdaję sobie sprawę, że muszę pisać dalej to co się da, bo problem tego złego podrozdziału nie rozwiąże się sam, ani nie tak szybko, i pewnie zakończę go pisać w dniu składania całości!

Praca ani nic innego, nie przesłania mi oczywiście ważnych dat, ani wydarzeń z mojego życia rodzinnego. Familia jest ważna – przestałem chodzić na seminarium, tylko po to aby pisać – ale z rodziny zrezygnować nie mogę. W maju bliska mi osoba z dalszej rodziny, musiała przejść poważną operację – staraliśmy się z mężem znajdować, odrobiny czasu aby jak najczęściej, wyprawiać się na szpital. Lepiej posiedzieć przez weekend w domu i popisać, zamiast gdzieś w miasto leźć bez celu. Tak, ten stan mi minie, oby jak najszybciej, oby wrzesień to był optymalny termin zakończenia tego poświęcenia, oby…

Nie zapominam też o moich majowych wspomnieniach. O dniach 22 i 30 maja. To specjalne dni, refleksji nad wartościami, które w jednej chwili zacierają się jak zmyte przez fale. To dni przez które moje życie kiedyś tam dawno temu, zmieniło kompletnie swój bieg!

22:49, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 maja 2010

Nauka, nauka, nauka. Ale ile można? Czasem trzeba zrobić sobie odrobinę przerwy. I okazja taka nadarzyła się wczoraj 15-go maja. Noc Muzeów – prze-genialna akcja sprawiająca, że przynajmniej u nas w Pipidówku, do większości obiektów trzeba było stać w niemiłosiernych kolejkach, ale to zresztą nie był pierwszy rok kolejek takowych…

Tegoroczna noc muzealników była o tyle fantastyczna, że w pełni mogłem wziąć w niej udział. W roku zeszłym kończyłem pracę o godzinie 22-iej w piątek, a w sobotę szedłem na 6-ą (albo coś w tym stylu), w każdym razie przez moją zachłanność i pazerność musiałem pracować. Dlatego wczoraj już od 18-ej rozpoczęliśmy z mężem wędrówkę i wędrowaliśmy tak do samego końca zabawy, na deser idąc (jak prawdziwi niewolnicy heteromatriksu) na zimne piwo.

Rozpoczęliśmy zabawę w Muzeum Uniwersytetu Medycznego – biedne to muzeum zajmuje jedno piętro w Wojskowym Instytucie Medycyny. MUM – jest to muzeum, które zatrzymało się w mentalnie w poprzedniej epoce. Choć zawiera kilka ciekawych eksponatów z okresu obu wojen światowych – szczególnie z zakresu chirurgii – które mrożą krew w żyłach, raczej do zniewalających nie należy. Świetnym dopełnieniem w MUM okazali się studenci – których przebrano w mundury okresu I wojny światowej. Był pokaz musztry na dziedzińcu instytutu, rozlewano przepyszną grochówkę, dwaj wojacy strzegli wejścia do budynku, albo patrolowali wzdłuż ulicy, przy której instytut się znajduje. A że MUM znajduje się w dzielnicy Polesie, która praktycznie nie zmieniła swojego wyglądu od 80 lat, cały uliczny spektakl wyglądał bardzo przekonywująco.

Drugim miejscem, do którego uderzyliśmy było maleńkie prywatne Muzeum Fabryki w Manufakturze, które prezentuje historię obiektów Izraela Kalmanowicza Poznańskiego gdzie centrum handlowo-rekreacyjne się znajduje. I mimo niewielkich rozmiarów jest tam, co oglądać, a nawet doświadczać pracy potwornie głośnych mechanicznych krosien. Do tego zobaczyć można było wystawę, prezentującą pieniądz na ziemiach polskich w przeciągu zeszłego stulecia.

Trzecim obiektem było Muzeum Farmacji połączone z Izbą Tradycji Wyznań Łódzkich nazwanych buńczucznie Łódź Katolicka. Oba muzea są bardzo przyjemnym obiektem – zawierającymi poza maleńkim właściwym muzeami – wystawy czasowe. Bardzo sympatycznym było spotkanie z właścicielem jednej z kolekcji – który bujnie opisywał swoje skarby, wystawione w jednym z pokojów. Miłym zaskoczeniem było też piętro Łodzi Katolickiej – wystawa, choć poświęcona obiektom sakralnym kościoła rzymskokatolickiego, uczciwie wspomina chyba o wszystkich wyznaniach naszego miasta, prezentując ich obiekty oraz ciekawostki.

Czwartym zostało ogromne Muzeum Etnograficzne. Jest to miejsce, do którego wychodzą wszyscy mali mieszkańcy naszego miasta z wycieczkami, od pierwszej klasy szkoły podstawowej na klasie maturalnej kończąc. Jednak potworny tłum ludzi zmusił nas do opuszczenia w połowie zwiedzania Etnografa, w pewnej chwili nie można było przejść ani nawet na chwilę przystanąć przy ekspozycjach.

Piątą wizytę złożyliśmy w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w zabytkowych obiektach fabryki Ludwika Geyera. Sama fabryka przedstawia kilka okresów historycznych w architekturze przemysłowej. Sama Biała Fabryka, czyli przez lata jedyne otwarte dla zwiedzających skrzydło tego wspaniałego kompleksu, jest najstarszym obiektem tego typu w mieście i sięga lat 30-tych XIX wieku. Obecnie dzięki pomocy ze środków UE CMW rozbudowało się niesamowicie, otwierając kolejne skrzydła, dziedzińce wewnętrzne i ogród, w którym urządzono skansen. Powstało istne miasto sztuki, łączące historię zabytku, przemysłu lekkiego, modern-artu tekstylnego oraz zabytków drewnianych miasta Łodzi. W skansenie znajduje się kilka drewnianych domów i chat, w których poza zachowaniem części oryginalnych wnętrz, znajdować się będą siedziby instytucji organizujących różnorakiego rodzaju warsztaty artystyczne… Ponadto znajduje się spory drewniany kościół i drewniana wielka willa, w której obecnie odbywają się wystawy prac studentów i artystów kończących naszą miejską ASP. W CMW spędziliśmy masę czasu, a i tak zwiedzaliśmy tylko skansen i rękodzielnicze cechy, oraz wystawę sztuki nowoczesnej w tkaninie.

Z racji tego, że zrobiło się już późno i za chwilę noc miała się skończyć – postanowiliśmy z mężem wybrać na koniec coś lekkiego, wobec czego padło na Muzeum Uniwersytetu Łódzkiego w pałacu Biedermannów. Sam pałac Alfreda Biedermanna wzniesiony został w latach 1910-1912, i służył rodzinie aż do 1945 roku. Kiedy to weszli do nas barbarzyńcy wyzwoliciele… Wtedy też 24 stycznia po rozkazie opuszczenia przez rodzinę pałacu i oddania fabryk, ostatni mieszkaniec pałacu Bruno Biedermann zastrzelił swoją żonę i córkę, a potem sam odebrał sobie życie zostawiając list: "Zabiłem strzałami z rewolweru żonę i córkę. Pochowajcie nas w ogrodzie. Nie rabować naszego prywatnego majątku w mieszkaniu, a podzielić sprawiedliwie". Komuchy przekształciły pałac w przedszkole, zanim to się stało rozkradziono cenne rzeźby, kolekcje dywanów, meble. Przedszkole porozwalało część ścian żeby mieć większe sale, dzieci pogryzły drewniane pozostałości wyposażenia i boazerie. Na szczęście kilka wnętrz udało się zachować lub odtworzyć – barbarzyńcy uznali za niepotrzebne – odkucie kilku płaskorzeźb… Więc z dużego pałacu pozostało 5-10% oryginału, plus mała izba tradycji UŁ. I to wszystko grupom pokazywali studenci mojego kierunku – niestety część młodych przewodników – wykazała żenująco niski poziom i typowe pro-profesorskie lizusostwo – zachwycając się dość nieciekawą izbą tradycji. Na podłogi, ewidentnie z okresu 1945-1989 mówili oryginalne, na oryginale mówili że założone po 1945. Zdeprymowali jedną ze wspanialszych, zabytkowych drewnianych klatek schodowych (w pałacu są trzy klatki schodowe) twierdząc, że to może lepiej że podczas renowacji zdjęto na zawsze żeliwne elementy i nakładki poręczy. Ej no ludzie, oni mieli coś prezentować czy podważać wartość zabytkową? Jeśli w Polsce będziemy mieli ludzi z takim podejściem, to najpierw buldożerem trzeba rozwalić Wawel.

A potem poszliśmy spocząć w miłym lokalu.

Na koniec pragnę przeprosić wszystkie muzea, które opisałem – zrobiłem to zapewne bardzo nierzetelnie, o każdym by można napisać po kilkanaście stron, ale w myśl idei Nocy Muzeów – postanowiłem tylko zasygnalizować ich istnienie. Ceny do większości obiektów tego typu w naszym kraju są komicznie niskie, do tego w każdym tygodniu zawsze jest dzień bezpłatnego wjazdu. Więc jeśli ktoś chce, na co dzień zajrzeć do jakiejś galerii powinien to zrobić niezwłocznie.

A no i komunikacja miejska. Naprawdę z roku na rok komunikacja miejska i linie specjalne Nocy Muzeów robią krok do przodu. Linia tramwajowa z jednym zabytkowym składem typu N, kilka autobusowych. We wszystkich rozdawano darmowe bilety pamiątkowe (choć chyba dwie autobusowe trasy były płatne jak zwykłe linie?). Składy jeździły co 15 minut aż do 1 w nocy.

A w niedzielę z mężem odsypialiśmy…

niedziela, 09 maja 2010

Czy życie rozpieszcza? Najczęściej nie. Zeszły miesiąc wybił mnie kompletnie z rytmu pracy. A terminy gonią, gonią, gonią. Dlatego niestety autor bloga, zmuszony jest przysiąść do kilku spraw i postarać się pogodzić wszystko razem.

Najgorsze jest to, że czasem wytrącenie z równowagi trwa o wiele za długo, a jak jeszcze sprzyjają mu liczne problemy własne i cudze, to już w ogóle zamienia się to wielką niemoc i brak aktywności, powiedzmy zawodowej! Wokół nas (czyli mnie i męża) ostatnio się dzieje wiele – ale niezbyt istotnych i koniecznych dla celów dalekosiężnych – zdarzeń. A to ktoś ma problem, a to ktoś chce się wygadać przy wódce, a to coś lub coś i jeszcze coś. Dość mamy własnych kryzysów i stresów. Mój mąż ma wiele utrapień i musi się martwić o wiele czynników, przez co nie układa się wszystko tak jak powinno, ja mam wiele stresów, terminów, wizyt, spotkań itd. Nasi znajomi też mają swoje sprawy, a że często nie myślimy wzajem o sobie, to wydaje nam się, że inni nic nie robią i że ich problemy są minimalne, mało ważne itd… Tak nie jest!

Stąd też mamy ostatnio przesyt z mężem – spraw i obecności rzeczy, ludzi – zbędnych. Nie dlatego że nie lubimy przyjemnych zbytków – które czasem przesłaniają głębszy sens – tylko zwyczajnie – zgniatają nas nasze zmartwienia…

Stąd miesiąc maj, czerwiec, lipiec, sierpień i na pewno wrzesień – spowodują znaczne ochłodzenie naszej aktywności towarzyskiej. Poza wyznaczonymi punktami, które od dawien już były „przybite” i na które czeka się czasem po kilka lat…

Na pewno noc muzeów – bo w zeszłym roku zniszczyła mi ten dzień praca! Na pewno kilka weekendowych wypraw gdzieś tam. Na pewno wyjście na Samotnego Mężczyznę. Być może, jeśli pogoda przyświeci – wyjazd na majową Masę Krytyczną. A w między czasie – którego będzie dość dużo, między tymi wszystkimi specjałami majowymi – nastąpić musi realizacja dwóch celów, obecnej mojej pracy magisterskiej! Jeśli zrealizuję do końca miesiąc te dwa podpunkty – będę szczęśliwy – bo czerwiec przyniesie mi odrobinę spokoju i ułożenia pewnych spraw. Lipiec pozwoli mi sięgnąć po kolejne cele, a do połowy sierpnia będzie po bólu! Ale żeby tak się stało, teraz już nie może być obsuwy! Bo inaczej zostanie mi gorączkowy wrzesień, a nie dajcie siły nadprzyrodzone późniejszych terminów! Wobec czego po przespanym kwietniu, pora na powrót do pracy! Czyli bloga będzie mało!

poniedziałek, 03 maja 2010

Oto niestety dobiega końca tegoroczna majówka! Krótki długi weekend – kończący się w poniedziałek, choć najlepiej by było gdyby dziś był piątek – i bonusowe dwa dni…

Ale za poprzednie, zbyt obfite w dni wolne lata trzeba zapłacić, co jakiś czas rokiem posuchy! Sam weekend ani to za słoneczny, ani to za gorący, ani też przesadnie deszczowy nie był! Był kwietniowy w kratkę. Mimo to i tak bawiliśmy się z mężem przednio! Z racji ubogiego roku – zostaliśmy w domu, a wobec tego postanowiliśmy się trochę uspołecznić i po spotykać ze znajomymi. Oczywiście ze wszystkimi nie można się spotkać, ani tym bardziej każdemu nie da się nigdy dogodzić – więc zawsze będą jedni niezadowoleni, a inni będą mieli nas w przesycie!

Wylądowaliśmy więc na pizzy, piwku, kolejnym piwku, piwku i imprezie. Pędziliśmy na rowerach – po okolicy, po laskach, po parkach… Odwiedziliśmy znajomą w pracy – ale ona ma fajną pracę i sprzedaje informację turystyczną – o dziwo ruch jest ogromny. Spotkaliśmy warszawskie lesby i się z nimi zapoznawaliśmy. Ale przede wszystkim, u samego podnóża weekendu wzięliśmy udział w Masie Krytycznej – w wielkim protestacyjnym akcie rowerowej społeczności miasta. Zjawiło się ponad 400 ludzi ze swoimi dwukołowcami. Policja (władze miasta) oczywiście dała dupy i dopiero po przebyciu znacznego odcinka – z centrum do Dworca Kaliskiego – podarowała nam obstawę. Na gliny trzeba było czekać około godziny pod dworcem – pewnie chcieli, aby rowerzyści się rozeszli. Ale my nie daliśmy za wygraną. Kiedy się zjawiła eskadra czterech radiowozów – wyruszyliśmy na trasę wokół jednej z dzielnic i z powrotem do centrum – gdzie jadąc krzyczeliśmy hasła pro rowerowe i anty samochodowe. Do tego gwizdaliśmy i graliśmy kocie melodie na dzwonkach! Było super – a rowerzyści to bez wyjątku ludzie naprawdę wysokiej kultury. W całej imprezie najbardziej cieszył wiek uczestników – od 10 do 80. Już nie możemy doczekać się kolejnej Masy! Już w ostatni piątek Maja!!!