o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 30 maja 2009

Już śpi. Bardzo głębokim snem.

Nie do wybudzenia – bez nadziei.

Kobieta która mnie urodziła.

Nazwijmy ją Matką.

Mojej matki już nie ma.

Podobno po moich narodzinach

kiedy jej życie pełne bólu chyliło się powoli

ku ziemi, wyglądała na sześćdziesięcioletnią kobietę,

babcię w czarnych włosach.

Pamiętam jedno ujęcie

w podomce w malutkie kwiatki

z miłego materiału – stała

wpatrzona we mnie – jakoś tak

dziwnie zgarbiona i niema.

Potem zniknęła i nie wróciła już nigdy.

Nigdy nie zobaczyłem, już jej czarnych falistych włosów

właśnie w tamtym fartuchu – pełnym jakiegoś

niezidentyfikowanego uczucia,

ani jej zasmuconej twarzy, albo zatroskanej

– nie wiem…

Dziś – 21 lat temu umarła…

zamiast mnie w ofierze…

Maju – Maju ty mój najpiękniejszy

miesiącu śmierci, przemiń już czas.

Chcę znów odzyskać siły…

Chcę odzyskać czas…  

czwartek, 28 maja 2009

Czasem patrzysz na życie jak na wyścig. Trzeba zapieprzać aby mieć, krzywdzić aby mieć, zabić aby mieć, mieć aby mieć!

Czasem patrzysz na życie jak na grę. Zdobywasz punkty aby mieć, pastwisz się nad rywalem aby mieć, zawsze chcesz coś mieć, nie oszukuj się – jesteś szczęśliwy mając głupią satysfakcję. Głupi egoisto. Próżny sadysto.

Chcesz mieć Boga i być Bogiem, Bożyszczem być i Żywiołem, chcesz wiecznie trwać, i zawsze, zawsze mieć więcej niż miałeś.

Od kiedy zobaczyłem jak naprawdę jest, dokąd to wszystko zmierza. Jeszcze mocniej chce mieć, jeszcze gorszym chcę być, jeszcze więcej chce żyć. Bo życie nie jest wyścigiem, ani żadną głupią grą.

Życie jest agresywnym wejściem w atmosferę, grawitacją jest śmierć, spalasz się z każdą sekundą, a na końcu jest nieuchronna kolizja. Pospiesz się za chwilę znikniesz, już jesteś w ogniu, już nie możesz oddychać…

wtorek, 26 maja 2009

… a czasem wydaje mi się, że to wszystko bez sensu, to trwanie, ta walka, tamte plany i inne marzenia. Wszystko się gdzieś rozmydla, rozpływa, rozwidla tak, że ginie droga i cel. Wychodzi na to, że życie jest pustynią bezcelowości, że czołgamy się jak węże po nagim, wrzącym piasku, szukając sobie odrobiny cienia, szukając złudzeń i fatamorgan obietnic. Że jeszcze może być lepiej, że jeszcze tli się nadzieja… Zanim dosięgnie nas umiłowana i czule zimna, ręka przeznaczonej nam uczciwej śmierci, bezbolesny ratunek wobec pobożnych, naszych naiwnych, małych pragnień…

niedziela, 24 maja 2009

Pedały. Pedały. Pedały.

Ostatnio nasz (to znaczy mój i I) przyjaciel z miasta Kraka, (którego to nawiedzamy już na początku lipca) niejaki Tahir opowiadał nam o swoim pedalskim chrzcie bojowym podczas ostatniego marszu tolerancji w Krakowie. To był jego pierwszy marsz, w którym odważył się iść jako gej, a nie jako osoba z zewnątrz robiąca tylko fotki, jak młodociany dziennikarz z brukowej gazetki. I po raz pierwszy mógł doświadczyć swoistych ataków bestii – jakimi są krzyki, kamienie, jaja, pomidory i inne warzywa, oraz ślina – rozkrzyczanego czarnego tłumu, chorych umysłowo debili z prawicowych organizacji, których od manifestujących swoje prawo do wolności oddzielał kordon policji. Tahira tylko opluto – za to, że miał odwagę stanąć tam wśród tych ludzi. Odmiennie od większości maszerującej, ma on silną potrzebę zmian i nadania naszej mniejszości pełnych praw. Prawdziwie zaangażowany chłopak. W zeszłym roku na kilkunastu prawicowych obskurnie żółtych plakatach przeciw marszowi tolerancji wymalował różowego wojownika. Aby to zrobić skradał się po zmierzchu, z zasłoniętą twarzą i malował sprejem matryce wojownika, którą sam wycinał w domu przez kilka dni, również po nocach.

Kiedy gadaliśmy po całym tym marszu – opowiadał jak ten atak na jego osobę wzmocnił jego poczucie solidarności z idącymi obok niego młodymi kobietami i mężczyznami orientacji homoseksualnej, oraz z ich hetero sympatykami, (których liczbę podczas marszu oszacował był na ok. 50%). Początkowo ciekawy wypytywałem go o wszystko, o hasła, o atmosferę, o to czy nie było strachu przed jawnością, która w tym kraju w wielu grupach społeczno-zawodowych oznacza śmierć publiczną. Ale nie, on się nie bał… On mógł w końcu poczuć dumę z bycia sobą. Takim jestem. Jestem, jestem kurwa jestem… sobą!!!

Tymczasem ja – sceptyk i podobno nihilista… Wiem że nie pociągałaby mnie nigdy wizja wyprawy na marsz tolerancji, może dlatego że nie utożsamiam się ze swoją mniejszością, choć jestem w pełni za prawem do praw – o czym już zresztą pisałem… Zawsze uważałem, że ulica to nie dobra droga do walki o swoje prawa. Tak uważałem… Choć mimo tego, iż nigdy nie pójdę na tego typu zgromadzenie, to po moich ostatnich przygodach na Ulicy mojego miasta, skłonny jestem do wyrażenia poparcia dla manifestacji ulicznych!

Oto, co przytrafiło się mnie i I w ostatnią sobotę 23 maja. Idąc Ulicą w kierunku kina by kupić bilety, napotkał nas pijaczek pospolity – nie dopity do końca szukający grosza. Wyskoczył z tekstem zagarniając nas rozłożonymi rękami: Przepraszam, przepraszam! Na co my wymknęliśmy się z jego obcięć wołając doń: Przepraszamy, przepraszamy. Wredny dziad odwrócił się na pięcie i zakrzyknął swym dziadzim głosem: Geje?!? Tak pedały-pedały, hej pedały…       

I nie wiem co jest – ale kiedyś byłem raczej nierozpoznawalny, to na pewno I był bardziej pedalski i mnie zaraził. Albo po prostu byliśmy dość podobnie ubrani. W czarne buty różnych firm, spodnie kompletnie odmienne; ja wytarte, I w pasy (podobne do tych, jakie miała Maganuna, jak ją kiedyś widziałem w za dużej kurtce). Czarne kurtki też różnych marek, ale dość obcisłe jak na nasze tłuste cielska, do tego ja miałem czarną podkoszulkę (uwielbiam czarny), a I białą też w pasy jak spodnie. Choć jak na mój pedalski gust, byliśmy ubrani kompletnie inaczej, to na prostacki, heterycki zapewne podobnie, bo im się kolory zlewają i nie dostrzegają detalu, barbarzyńcy. Ale nieważne.

Z kina poszliśmy do bankomatu, bo napadła nas ochota na indyjskie papu i wzięliśmy sobie jakiś tam grosik, by pojeść serków indyjskich, nanów i kulfonów – (tak nazywamy kulfi, czyli lody indyjskie, bardzo dobre coś, co wygląda i smakuje jak mrożona krówka, albo schłodzony karmel tylko, że z mleka i sera). Wracając dumnie i na bogato z bankomatu, na tejże samej Ulicy, co kino i indyjskie papu, dostrzegliśmy w pewnej odległości grupę, bandę zbirów, zapitych grubasów z naczelnym zbirem, dalej hersztem, herkulesem, hermafrodytą, grubasem, wielkoludem. Który właśnie maltretował jakiegoś chłopca i jego wystraszone dziewczę, kurczowo jak kleszcz wbite w ramię jegoż, z oczętami wystraszonymi jak tenże kleszcz, tylko nie ośmioma jakby przed pęsetą, która by go miała wyrwać z ramienia miłości z ciała gorącej krwi, tylko dwoma biegającymi od wystraszonej buzi chłopca, po ogorzałą gębę zbira. Pewnie pomyślała w tej sekundzie: Boże spraw abym przeżyła, jutro rzucę tego fagasa, no chyba że dziś go zabiją, dlaczego ja taka głupia byłam i z takim mięczakiem się truję? Taki herszt to jest gość… i wszyscy się go boją…

A tymczasem podczas tego przemyślenia zmniejszyliśmy dystans do bandy, zgrai bandyckiej. Wyłowił nas herszt wzrokiem swym do psa hardego podobnym. Nadął się jak balon, i zatrzymał nas wespół z całą bandą, na swym brzuchu. My malutcy, on ogromny i obleśny do kwadratu. Spojrzał na nas, a tymczasem my jak krasnoludki, czmychnęliśmy mu pod pachą. Grubas odwrócił się do nas i ryknął tak, że szyby mogłyby popękać w oknach: To już na pewno pedały, pedały, pedały, pedały…!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Poczułem się jak po chrzcie bojowym, poczułem się częścią swojej społeczności. Wreszcie dumny.

Tak, tak. Tak jestem, jestem kurwa sobą! A jak się komuś nie podoba to wypierdalać…

Jak to mawia Tahir od emancypacji po militaryzację!!!  

szukam powoli dobrego kalibru

20:38, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (15) »
piątek, 22 maja 2009

W zeszłym roku się rozpisałem, na temat rocznicy urodzin mojej mamy. Przelany żal nie boli już tak jak dawniej, choć towarzyszą mi dalej te same lęki. Ten sam strach i poczucie winy, co rok, dwa i pięć lat temu. Od kiedy pamiętam, od kiedy zdaję sobie sprawę jak bardzo bym ją zawiódł gdyby żyła. Od kiedy wiem, że tyle lat już jej nie ma z mojego powodu… Od kiedy wiem, że byłem drogim kaprysem – za drogim. 

Mamo której już nie ma, dziś są twoje 60 urodziny, takie piękne, pewnie swoich takich nie dotrwam. Wszystkiego najlepszego!

środa, 20 maja 2009

A teraz pod koniec tego dramatu nadchodzi śmierć prawdziwa. Odarta ze swego dowcipu, miłości i uroków, jest kompletnie naga i smutna. Urzędniczka głupich wyroków, wykonawca poleceń. Zawsze za wzorową pracę pobiera uczciwą premię. Bez cienia czarnego humoru, bez dzieci grających w śmierć, na dyskotekach. Przychodzi równomiernie, tak niespodziewanie po cichu i stanowczo, jak i wołając od lat w cierpieniach o swoim nadejściu nieuchronnym. Nie uciekniesz jej, jej nie ucieknę. Poczekam cichutko jak mysz pod miotłą, to może mnie nie zobaczy za wcześnie, i oby nie zabrała za późno…

Ona nie odczuwa żadnych uczuć, nie obchodzi jej żaden lęk. Nie zwraca uwagi na to, że właśnie piję herbatę i może by zechciała poczekać, aż umyję kubeczek z fusów. Bo umierać jest potrzeba czystym, by oczekujący w kolejce (wszyscy następni po nas), nas źle nie wspominali – jako brudasów czy niechlujów.

I czasem dopada mnie ta myśl bezsensowności życia, zmierzającego po zgon, lecz jednak wszystko ma sens, głęboką tajemnicę gdzieś schowaną za licznikiem od prądu, aż do minuty naszego ostatniego trwania… dlatego warto jest mimo wszystko dalej iść…

poniedziałek, 18 maja 2009

Zawód to dobre słowo określające ten miesiąc. Ten miesiąc jest dla mnie marny, chyba najgorszy w roku, zawiódł mnie. Pełen porażek, i bolesnych poświęceń – tak wiem znów marudzę. Przecież przyjdą takie miesiące, które mnie totalnie zniszczą, dopierdolą tak w dupę, że nie będzie można wstać. Ale ubabranie jest ceną za marzenia, które mam prawo zrealizować, które mam szansę zrealizować; zamiast płakać nad minionym chlaniem wódy w krzakach, masowych imprez młodzieżowych i bieganiem po muzeach całą noc, od dwóch lat obiecuję sobie, że za rok... za rok. Pewnie kiedyś się uda. – Zresztą jesteśmy tydzień w tydzień w jakimś muzeum z I, a co dwa tygodnie oglądamy jakąś premierę w kinie. Poświęcam doczesne bzdury i przyjaciół dla celów wyższych. Dla mojego własnego współegoizmu, jakim jest dzielnie się życiem z kimś. Tylko z drugim egoistą, z którym w symbiozie powstać może czysta podstawowa, atomowa komórka najczystszego altruizmu. Najczystszego.

Zawsze nastawiony byłem na to, że trzeba ponosić straty, albo na to że straty są nieuniknione, że tylko głupcy mogą wierzyć w bajki o niepokonanych bohaterach. Ale nigdy do końca nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bolesne są dla mnie przegrane i rezygnacja z tych celów pomniejszych, które pociągają kolejne małe porażki w reakcjach łańcuchowych… 

Nie potrafię być dobrym przyjacielem. A ci prawdziwi ongiś przyjaciele albo rozlecieli się w świat – informując mnie o tym na miesiąc przed faktem, albo odsunęli się z powodu mojego wyjścia, lub doznali uszczerbku na swej ambicji, kiedy przestałem się dawać traktować interesownie, tylko by zaspokoić czyjś wiecznie wygłodniały infantylizm. Trudno niech spierdalają – bo nigdy nie potrafiłem poniżyć się, aż do tego stopnia aby wprowadzać jakiekolwiek rodzaju relatywizm, w moje zasady postępowania wobec ludzi, dalekich czy bliskich.

Zastanawiam się nad Syzyfem – nad jego egzystencją, nad jego koniecznością, nad jego głupotą i wtórnością. Dlaczego nie pieprznie tego głazu w dół, albo nie uwiąże go sobie u szyi i nie wybierze pięknej śmierci? – Dlaczego jest on takim idiotą jak my? Dlaczego jest takim niewolnikiem jak my? Dlaczego stworzyliśmy Syzyfa? Dlaczego stajemy w strachu przed nim? Ja wybrałbym sznur i kamień, ja wybrałbym śmierć, czyli życie zamiast niewoli – tylko nie wiem jak!

piątek, 15 maja 2009

Gdzieś w głębokich pokładach mojej podświadomej rzeczywistości czai się mrok, którego się boję. Jak duch przemierza on moje ciało, i już nic potem nie jest takie samo. Gdzieś daleko na rubieżach mego ciała czai się zło. Zmusza mnie ono czasem, by uderzyć w stół i obrzękać krwią oskrzela, w spazmach i w krzyku. Gdzieś w odległych pragnieniach jest kosmos, kosmos moich drobnych potrzeb. Chcę dać się wyrwać z tej kasty niedotykalnych, zostać pogłaskanym jak pies, jak pies przywołanym do miski i w nogi, kiedy pan idzie spać… I gdzieś na końcu tych wszystkich żądań, które targają mną tak mocno jak dziki sztorm, na słonymi morzu i zimnym morzu, pożądam dobrej i grzecznej śmierci. Muskającej mnie u zarania, i dotykającej ręką czułości bardziej niż największa miłość, jaką można spotkać na tej ziemi… Choć teraz pozbawiany jestem mych pragnień, jak skóry ścinanej nożem – warstwa po warstwie. I zakuwany w więzy i kajdany, coraz ciaśniej oplatany, coraz mocniej związywany – w łańcuchach, w łańcuchach, umieram szczęśliwszy w łańcuchach…

19:11, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 maja 2009

Hindus ci powróży z ręki i z fusów. Mógłby też powróżyć z torebek po cukierkach i z papierków po plasterkach serka – gdyby tylko umiał. Gdyby tylko chciał. Ale nie umie, więc zadowólmy się ręką.

Czasem jestem mało wymagający, poza obsługą bufetowo-toaletową, erotyczno-łóżkową, kulturalno-estetyczną – nic mi w życiu nie potrzeba. Aż tu nagle się w pracy objawia hindus po siódmej godzinie wykonywania, o dziwo bardzo otwarty i myślący po europejsku, jedynie co ze swoich hinduskich zwyczajów zachowuje, to wstręt do wołowiny, z przeciwnym do islamistów (jego dobrych braci) uwielbieniem dla świniny. Objawia się i wyciąga mi rękę prawą – bo podobno mężczyznom się prawą czyta, a kobietom lewą w hinduskiej kabale. Otóż dowiaduję się: że będę miał dobre życie, jedną żonę a nie dwie, ale kiepską karierę zawodową, która się wcześnie skończy. Ale i tak będzie ok.

Pytam się, dlaczego będę miał kiepską karierę – hindus jak kamień milczy. Pytam jak długo będę żył, skoro taką kiepską karierę mi wróży. Mówi że długo-długo. A ja już widzę wczesną śmierć, przemielonego przez tryby nieudolności i braku możliwości własnego ja… Właśnie się mielę i trawię i wydalam i ponownie zjadam, choć chwilowo na 24 godziny zepsuły się tryby… Tej machiny.

Hindusie wiem co było zamknięte w twoich słowach. Nie muszę być dosłowny, nie muszę być dosadny, z czystej poprawności tylko nie tytułuję tej notki: Hindus co śmierć przynosi.

Drogi świecie, ja wcale nie muszę być niedobry, ja wcale nie muszę być krnąbrny ani piękny nie muszę, ani zły… Nawet nie muszę już Tu być…

18:39, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (18) »
niedziela, 10 maja 2009
  • Śmierć w zakładzie. I nie ma miłości. I nie ma czasu. I nie ma dokąd uciec. I nie ma jak…
  • Nieuchronna i piękna, dopadnie ciebie i mnie tak samo boleśnie, tak samo bezwzględnie…
  • Śmierć na linii, produkuje tylko śmierć i gorzkie łzy, porażki trudne sny i ponure dni…
  • Śmierć, śmierć, śmierć. I mogę prosić i błagać, na kolana przed tobą padać i oferować grzech…
  • Ty nie oszczędzisz mnie… Ty mną gardzisz… Ty pragniesz poniżać i kpić ze swych niewolników…
  • Tak więc oddaje się twoje ręce – pokornie pragnę zostać męczennikiem – pomazańcem swoich racji!!!
 
 
1 , 2