o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
piątek, 30 maja 2008

7+1=20

30.05.2008

Dzień Matki

dzień matki

bez matki

papieros jak zwykle

kawa stygnie

-

nie umiem się

do ciebie odezwać

dokopać do twojej

łódki od-kopać

-

tatuś ukradł biżuterię

no tak sam kupił

inne mamusie

nie zdały egzaminu

do ostrzału

-

ty jak obrazek

w podomce w kwiatki

co przerobiliśmy ją na zmywaki

w czarnych włosach stoisz

-

ty świadoma

samotna

wypalona

Chrystuska mojego życia

-

umierasz za mnie

trzeciego dnia

nie wstajesz

bóg mi cię nie oddaje…

Dzień matki – jak każdy dzień. Dla mnie ma datę 30 Maja. 20 lat Mamo, a czas się jakby skracał. Przeklęty maj, a wszystko mogło być inaczej, mogłem być kimś innym, gdzieś i nie tu, może byłbym szczęśliwy, może normalniej bym żył. Może…

Nie dowiem się nigdy.

czwartek, 29 maja 2008

Wyzwoli nas tylko śmierć. Uwolni od agonii ciała i wykruszenia umysłu. Niepostrzeżenie przyjdzie ostatnia noc, ciepła lub zimna. Nie ważne, czy będziemy otuleni czułym ramieniem czy poobklejani delikatnymi diodami, – notującymi w skupieniu wszystkie szmery naszego oddechu. Przyjdzie noc wyzwolenia, – zabierze nas cichutko za rękę i ufnie pójdziemy za nią, – bez troski o wszystko, co pozostało w tyle, bez spięcia i stresu. Można powiedzieć, że będzie to euforia, triumf nad doczesnością. Koniec walki, uwieńczony wieczną nagrodą. Nie będzie już zawodów, poczucia niespełnienia, – marzenia odpłyną, staną się nie istotne, nieme. Pamiętam pogrzeb Łukasza w pierwszą sobotę stycznia 2007 roku. 21 lat był z nami, rocznikowo 22. Bez znaczenia. Pamiętam ludzi, pamiętam gesty, pamiętam odczucia. Pamiętam jego matkę – jej chyba nigdy nie zapomnę. Pamiętam słowa Ani (która już była po dwóch próbach) „podziwiam go, jest dla mnie bohaterem, mi zawsze brakowało odwagi”. Pamiętam potem gorycz kilku słów, które niektórzy zapisali na swoich obłudnych blogach, wiem że kilka osób chciało zwyczajnie wziąć kij baseballowy i rozbić komuś twarz za te słowa, – dziś tych notek już nie ma, zostały usunięte. Włos z głowy nikomu nie spadł, do końca pozostaje tylko żal. Zawsze wierzyłem w twardą sprawiedliwość i wiem, że ona się odezwie po swoich dłużników, – kurwa mać zawsze się odzywa, czasami bardzo opieszale, ale im później tym boleśniej. Widziałem kilka takich przypadków, a ja nie mam moralnego prawa, by wtedy komukolwiek pomagać. „Skoro wszyscy jesteśmy sędziami, wszyscy jesteśmy winni, jedni wobec drugich, wszyscy jesteśmy Chrystusami na nasz obrzydliwy sposób, wszyscy kolejno ukrzyżowani” – A. Camus. Wtedy półtora roku temu byłem zdruzgotany, bo nie potrafiłem zrozumieć, byłem tak otępiały, że widziałem tylko głupotę i tchórzostwo – młodego samobójcy. Wydawało mi się, że moje problemy są większe. Dziś wiem jak człowieka można złamać, wdeptać go w glebę, zrównać i opluć. Potrafię to robić bez słowa, bez mrugnięcia okiem, nauczyłem się żyć. Nauczyłem biec po medal w wyścigu szczurów, zapomnieć o wszystkim. Nie nauczyłem się odporności, nie nauczyłem się tego jak znosić tych wszystkich ludzi, (których bym wysłał najchętniej w kosmos), tych, którzy nie potrafią uszanować mojej drogi, moich zasad, moich wartości, mnie do cholery, mnie!!! Dziś musiałem wstać o 6, miałem się spotkać z ojcem o 8 w urzędzie, spóźnił się tylko o półtorej godziny. Siedziałem jak głupi. Po powrocie z urzędu dostałem eska z pracy – „prosimy dziś nie przychodzić, jest małe zamówienie, dziękujemy”. Nienawidzę takich dni, – kiedy się wszystko kumuluje, wszystko mnie przerasta, a ja jestem małym chłopcem, który nie dosięga nawet parapetu, próbuję skakać by zobaczyć świat za oknem, i nic. Może pójdę do kina, może do greenway’a coś zjeść. Już wiem, że nie zrealizuję kolejnego planu finansowego, – chuj z nim. Gorzej bo nie realizuję swojego planu życiowego. A może odwiedzę Łukasza, może on mi coś poradzi, jest w końcu już wyzwolony…  

11:27, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (2) »
środa, 28 maja 2008

Napisałem dziś piosenkę, tylko dla ciebie, słowa naszej prywatności wypłynęły jak rzeka ze źródeł. Napisałem, że kocham, że pragnę, że nie mogę wytrzymać bez twojego głosu. Pokroiłem swoje uczucia na setki słów na miliony liter i zebrałem wszystko do kupy. Patrząc w twoje oczy zatracam własne potrzeby, gubię myśli – wyję jak pies, kiedy cię nie ma obok, kiedy nie czuję twoich myśli…

 

Przeczytał ktoś obcy, ktoś obcy uwierzył, w szczere intencje autora.

Usmażyłem naleśniki, jedne z serem jedne z dżemem.

Ktoś obcy uwierzył, że potrafię gotować. Wszystko można symulować, rozkosz, miłość, tęsknotę i ból. Wszystko można założyć i wyprodukować, a potem bez cienia emocji sprzedać – liczy się tylko szybki i pewny zysk. I satysfakcja w oku naiwnych – „omfg to jest zajebiste”. Tak, tak zajebiste masz rację, podaj dalej, przyspórz mi odbiorców podaj dalej… Komercyjne odczucia w komercyjnym świecie – wszystko ma swoją cenę. Wszystko jest przeliczalne i wszystko można kupić. Najśmieszniejsze jest to, że tak zwana miłość jest tylko procesem chemicznym i za rok czy dwa, wspaniali naukowcy do aptecznych półek, obok viagry dostawią kolejny specyfik w proszku czy w płynie „wywoływacz miłości” albo „współczujnik” – wystarczy dosypać do porannej herbatki i już, wątpiące kochanie przez kolejne 24 godziny będzie szaleńczo kochać tylko ciebie… tak tylko ciebie.

Zajebiście…..       

poniedziałek, 26 maja 2008

Zapytaj mnie o szczęście. Nie, mnie lepiej nie pytaj. Bo nie jestem szczęśliwym człowiekiem, nie mam żadnego szczęścia. Nie potrafię dać nikomu tego stanu, jestem biernym odbiorcą wszystkiego, co leci w czarnym pudle, do którego wstawili ruchome obrazki, – potrafię tylko przeżuwać tony zagryzek, wymuszając w sobie uczucia, – kiedy zabijają dobrego pieska, bohatera jakiegoś filmu źli bandyci, bo ci wszyscy inni, dobrzy których jest garstka, nie potrafią ich powstrzymać. Piesek wpada pod koła pędzącego samochodu, albo dostaje przez łeb łomem. Chwila jego zgonu zapakowana jest w poczciwy podkład melodyczny, – który podsuwa do mózgu sygnał, – uronić łezkę. I łezka płynie, – pociągnie się raz czy drugi nosem i masz tu los, reklama oleju z pierwszego tłoczenia burzy cały patetyczny klimat. Nie potrafię dawać szczęścia, bo zawsze wszystko mi nie pasuje – to nie tak, tamto nie tak, ten taki, tamten owaki. Wszystko jest źle i najgorsze, że potem mi jest źle, bo przecież można było wszystko jakoś dostosować, – popracować troszkę, wysilić się na jakiekolwiek kompromisy. Jakie kurwa kompromisy!!!???!!! Przecież ja nie chodzę na żadne kompromisy – zapomniałem he he przepraszam. Już dawno nauczyłem się, że z ludźmi trzeba inaczej – zamiast litości trzeba dobić, bo inaczej mnie dobiją, – nikt się nie zlituje. Umiesz liczyć nie licz na innych. Takie jest życie, nie ma sensu się łudzić, trzeba założyć amerykański skafander fałszu: „jak się masz? zajebiście! wszystko ci się udaje? mowa, wszystko idzie jak z płatka, rewelka ha ha ha” – i ten uśmiech – trenuję z wykałaczkami co dnia. Wszystkie moje emocje, a jest ich tak wiele uwięzione są we mnie, – strzelają jak z szalone gdzieś w środku nie mogąc ujść, – odbijają się od stalowego muru, który odgradza mnie od ludzi, wracają do mnie, zabijają mnie, gaszą. Na zewnątrz nikt nie wie, bliscy o uczuciach, przyjaciele o przywiązaniu, kandydaci o emocjach, które wobec nich żywię. Tylko ją skrzętnie naprawiam, ciągle, tą barierę, buduję nowe warstwy, przeskakuję po kanałach, ciach-ciach pilotem kroję swój mózg w plasterki, otwieram kolejne zakąski, takie samobiczowanie. A nocą, kiedy jestem już całkowicie nagi przed sobą, kiedy miażdżą mnie betonowe ściany, krzyczę tylko jak obłąkany:

kurwa, k u r w a, K U R W A

– i tak to nic nie pomaga… więc też bez sensu ha ha ha – Śmieszne to życie!

„Wiem że można inaczej żyć, wiem jak zimno potrafi być, gdy wszystko jest ze szkła…” bla, bla, bla...

sobota, 24 maja 2008

Mam ochotę zostać Tintinem (czyt. Tętęnem), polecieć jak on na księżyc z kapitanem Baryłką i Mlusiem. I nigdy tu nie wracać. Zostać Hergem (czyt. Herżem), zostawić żonę i oszaleć, by po obcować trochę z wieczną bielą. I umrzeć w 1983 zanim się narodzę. Mam ochotę na nie bycie sobą, zamieszkać w niebycie, zdobyć się na odwagę i przykręcić sobie wieszak na wysokości metr dziewięćdziesiąt wiertarką i zawiesić sznur, zostać godzinę najczarniejszym murzynem, odwiedzić Capetown, napisać książkę, oblać się benzyną i podpalić, żyć potem jako dym. Zapytać boga na kawie, gdzie ta miłość, wziąć karabin pojechać na wojnę, zarobić kulę, zostać bohaterem, mam ochotę iść do piekła i z powrotem, popłakać nad losem głodujących dzieci, – które co dnia stają się chudsze niż jeńcy z Oświęcimia, testować na nich genetyczny junk food – ratować mutanty z dwiema głowami, mam ochotę zostać hitlerowskim zbrodniarzem, SS-manem, w czarnym mundurze z czaszką, mordować bez litości i błagać o litość przed egzekucją, mam ochotę zostać pasażerem samolotu porwanego przez terrorystów. Małym Palestyńczykiem, chcę zostać zabudowanym murem i rozbić o mur głowę – i prosić o jeszcze jedną i ostatnią szansę, po raz nieskończony kłamać, że jestem wierny dozgonnie i czekać na zgon, nie chcę wierzyć w ludzi, i nie chcę ich wiary, chce kupić papierosy, palić, aż sam się zamienię w popiół. Chcę się zakochać w kimś poza sobą i nie kochać nikogo poza mną, chce być gruby jak Elvis w 1977 i chudy jak Freddie w 1991. Chcę być pierwszą kurwą najmodniejszego burdelu i pierwszym prześladowcą wszystkich kurw. Chcę wszystkiego, czyli niczego już nie chcę, poza potrzebą tego by czuć potrzebę ucieczki…

czwartek, 22 maja 2008

Pamiętam ten kawałek Reni Jusis - „Niemy Krzyk”, jeden z pierwszych kawałków, jakie ściągnąłem kiedy założyłem sobie w końcu neta (6 luty 2008). Odnosiłem wrażenie, że to tekst który piszę każdego dnia od nowa i od nowa przemawia on do mojej głowy jakbym był jego autorem. I tak rozrywa mnie tak często. Niemy krzyk, kiedy wołasz, a nikt nie może usłyszeć, coś potwornego. Najpodlejsze wyobcowanie tak jakby ludzie, na co dzień chodzili w betonowych płaszczach – niezniszczalni i kompletnie nieczuli.

Nie mówię, że jest mi teraz, dziś i tu jakoś bardzo źle. Bywało gorzej, bywało lepiej – życie. Jednak często w ostatnich latach dopada mnie specyficzny niemy krzyk nawet nie ten związany z problemami, jakie rodzi świadoma egzystencja – pogodzonego ze sobą homoseksualisty. Choć wiąże się to bardzo z tym też. – Wszystko jest bardzo skomplikowane czasami bardziej niż bardzo, wypływa z pewnych pytań i wątpliwości – taki niemy dialog. A więc od początku!!! 22 maja 1949 urodziła się moja mama. Po ukończeniu technikum poligraficznego związała się z jakimś szemranym gościem, z którym dochowała się mojego przyrodniego, dwanaście lat starszego brata (1973). Facet ten odszedł od mojej matki, a potem szybko umarł. Wtedy też poznała sześć lat młodszego chłopaczka z rozbitego domu, który nigdy nie oglądał własnego ojca, pierdolonego pijaka. Okazało się, że chłopaczek też ukończył tą samą szkołę poligraficzną, co moja mama i jak ona wylądował w drukarni. Szybko przeistoczył się we wzorowego ojca dla przybranego syna mojej matki i tak zaczęli sobie żyć. On był jej wzorowym partnerem, ona była silną kobietą, która potrafiła go odpowiednio ułożyć, lata mijały, oboje snuli piękne plany. Chcieli budować dom, on mając znajomości wjeżdżał do Niemiec do pracy, z NRD przemykał do RFN, żyło się dobrze, stąd narodziły się plany na drugiego bachora… I wszystko pięknie, ale niestety moja mama zachorowała. W 1984 wykryli u niej białaczkę, a rok później okazało się, że gumka pękła i jednak bachor na świat przyjdzie. Zaczęło się paniczne poszukiwanie lekarzy i wiadomości. Wszystkie wskazały na jedną diagnozę: ciąża przy białaczce = zgon, skrobanka = 80% szans na wyjście z tego gówna. Stanęli przed trudną decyzją. A właściwie ona. Postanowiła urodzić, decyzja zapewne mocno osadzona w dosyć zasadniczym religijnym wychowaniu mojej matki. Brat miał już 12 lat. Czy zapomniała o nim, o tym że jeśli jej się coś stanie, to on zostanie sam? Na ile znał wtedy prawdę o stanie matki nie wiem. Ojciec wyjechał do Niemiec – wysyłał pieniądze i jakieś leki, – które nic nie były w stanie pomóc, ona sama leżała osiem miesięcy do czasu, aż ją rozkroili by mnie wyjąć. Ojciec wrócił dopiero jak miałem pół roku już w 1986. A ona od czasu, kiedy się urodziłem żyła tylko w gorsetach. Wegetując. Kiedy dziś patrzę na tą historię to nie mogę nie pytać o motywacje jej decyzji, o świadomość tej decyzji, i o jej konsekwencje – chciałbym z nią o tym porozmawiać – zapytać o to i o tamto. Zasadnicze pytanie to, dlaczego??? Ja, kiedy byłbym kimś innym wtedy, obok znajomym czy przyjacielem namawiałbym ją do aborcji – i tak nie urodziło się nic dobrego – zero pozytywów, do tego nigdy niespełniające oczekiwań, ciekawe jakby pogodziła się z tym, że jej drugi syn jest pedałem. A poświęciła dla pedała swoje życie – często myślę, że niepotrzebnie, że żałowałaby… W maju 1988 roku obchodziła swoje 39 urodziny już nieprzytomna, a jeszcze na początku miesiąca brali w domu ślub cywilny z moim ojcem, tylko po to bym miał jego nazwisko, ojciec pracował wtedy na stacji CPN. Brat kończył podstawówkę szykując papiery do technikum, piętnaście lat już duży chłopak, mieszkał u starszej siostry mamy, zdawał sobie już doskonale sprawę z tego co się dzieje, w domu czuwała jej matka i owa starsza siostra. Kilka dni po urodzinach – raczej pseudo urodzinach zmarła. Mnie zabrała babka – matka ojca. Do domu po wakacjach wprowadził mój ojciec nową panią życia – przyszłą żonę, wyrzucił ostatecznie mojego brata – rodzina się skłóciła, otarło się o sąd – ojciec przegrał. Mieszkanie opuścił. Mój brat mnie znienawidził, bo to ja zabiłem mu matkę. Był u mnie na komunii w 1994 roku. A potem ostatni raz widziałem go wtedy, kiedy rodzina mamy nawiązała ze mną ponownie kontakt 10 lat temu. Z nim też muszę się porozumieć – wiem, że on wie więcej – chcę to wiedzieć, chcę znać całą prawdę, przynajmniej jego relację i odczucia, wydobyć jego emocje. Ojciec wyjechał do Płocka do nowej żony, którą w 1992 roku obdarzył córeczką, ale niestety z racji tego, iż okazało się to mało udane małżeństwo postanowił mnie odciąć od siostry i macochy, obie widziałem też ostatni raz na komunii, a potem 13 lat zero kontaktów, pustynia, dopiero w zeszłym roku, kiedy wykradłem staremu telefon, spisałem wszystkie ważne numery, nawiązaliśmy nić porozumienia… he wyszło, że to niby ja nie miałem ochoty na kontakt z siostrą - tak mówił im ojciec...

 

Wszystko tu jest pojebane, kompletnie nienormalne. Jest tylko jedna prawda, że dziś są twoje 59 urodziny mamo – wszystkiego najlepszego, wszystkiego najlepszego…

wtorek, 20 maja 2008
Philippe Jaroussky
Pianti Sospiri (Vivaldi)

Gdzie macie peruki barbarzyńcy??? Jeśli już sięgać po klasyków to żądam klasycznego wykonania, a jeśli już kalacie klasyków to, chociaż zachowajcie godność ;-)))

To ostatni epizod z serii „klasycznie”. Kolejna seria już w czerwcu. Tyle, że tym razem zmienię trochę zasady gry. Na czerwiec planuję prezentację moich idoli – albo na razie idola – postaram się zachować pewną chronologie, a z racji tego że seria w jednym ciągu mnie troszkę już nudzi, bo odrywa mnie od ciągu moich psychopatycznych wypowiedzi, mam inne pomysły – zobaczymy! Oczywiście z góry mówię, że jeśli ktokolwiek liczy na głównych bohaterów MTV – to raczej może się zawieść.

Ostatnio kilka osób przyniosło mi informacje, że przebijają się przez mojego bloga. Wyciągnąłem z tego dwa wnioski: pierwszy, że ktokolwiek to czyta; drugi, że sam muszę go troszkę poczytać… i poczytałem – ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha bez komentarza.

No i na koniec jeszcze… Filipku zawyj nam radośnie…

Filipek Żaruski
Ave Regina coelorum (A. Mattioli)
poniedziałek, 19 maja 2008
Phillipe Jaroussky
Lancia Ch’io Pianga (G.F. Haendel)  
W ciszy, ukryty za smużką dymu z tlącego się papierosa, z kieliszkiem wina, czy puszką piwa – bez znaczenia. Odrealniam się, wyzwalam się z siebie…(hm – „…i tęsknię do wolności”). Zapominam nawet o fatalnej jakości tego nagrania, – bo to nie istotne, jaka ona jest. – Kiedy czuję, że moje potrzeby ukulturalnienia się zostają zapłodnione. Coś jakby na chwilę zakwita we mnie, (a może to tylko odczucie związane z porą roku, w jakiej odkryłem te małe dziełka – małe ikony muzyczne), pobudza moje zmysły, otwiera umysł, rozjaśnia go, uspokaja – coś prawie jak odlot, tylko jakoś tak inaczej, – a mimo wszystko i tak czuję się nasycony, skompletowany do końca, nie wiem nie potrafię opisać tego odczucia jest po prostu dobre…    
niedziela, 18 maja 2008
Nie zawsze może być wszystko ok. Czasem niepokój wewnętrzny rozsadza mózg, – dlatego do walki z nim używam kolejnych dawek – zjawisk, które wzbudzają mój niepokój. Ten chłopak wzbudził ten niepokój, kiedy przypadkowo znalazłem go na YouTube’ie, początkowo wbił w fotel, a potem się już oswoiłem, zachwyciłem… Pozostawiam, więc tak jak to odkryłem: Philippe Jaroussky – Aria Vivaldi
sobota, 17 maja 2008

taki podły dzień, takie tygodnie, miesiące, lata... życie, i tylko jedno pytanie na dnie głowy: dlaczego...??? Bez odpowiedzi!!!
 
1 , 2 , 3