o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 30 kwietnia 2018

A jednak Billy Idol nie odczarował rzeczywistości. Najukochańsza została kolejny tydzień w szpitalu. Druga połowa kwietnia to dla mnie bardzo dziwny czas. Tak długi okres hospitalizacji nie przytrafił się w atomowym gronie mojej rodziny chyba jeszcze nigdy, nie w czasie mojego życia, lub pamięci. Ten brak tej osoby i wszystkie konsekwencje z nim związane, uwidoczniają mi jak kruchy jest ekosystem, w którym żyję, jak bardzo nawinie ustawiony jest mój świat. Zawsze zderzamy się z rzeczywistością, zwłaszcza, kiedy chodzimy we mgle, w oparach złudzeń i z pewnym nabytym wygodnictwem.

Najukochańsza się zestarzała i najprawdopodobniejszą diagnozą, jaką postawią jej lekarze po tak długim pobycie w szpitalu będzie jak to mówi mój mąż SKS. Starość, kur…ka starość. Przebiegła i przykra pod każdym względem przypadłość – która pisana jest nam wszystkim bez wyjątku, jeśli tylko dane nam będzie do niej doczekać. Okropny stan, który odziera nas z naszego człowieczeństwa, zarówno fizycznie jak i co gorsza psychicznie.

Dziś jesteśmy w domu. Znów wszyscy. Jak długo jeszcze? To jest zapisane gdzieś wysoko w gwiazdach. Czekają nas kolejne wyzwania, koleni specjaliści, kolejne wizyty, tony leków – jakby teraz było ich dla Niej za mało. Dawka poranna, południowa, wieczorna. Specjalna dieta itd. I jeszcze złowrogo majaczący na horyzoncie mój ojciec, który ma podłe plany względem swojej matki. Schorowaną chce ciągać po salach sądowych, jako świadka do swojego rozwodu. Aby poświadczyła na jego korzyść, aby znów jak całe życie mógł uniknąć wszystkich konsekwencji swojego beztroskiego życia. A ja nie mam pewności jak bardzo wyniszczy to bardzo podupadłe zdrowie Najukochańszej. Nawet w ostatnich latach Jej życia nie potrafi dać tej kobiecie spokoju.   

 

wtorek, 24 kwietnia 2018

Bosh, ostatni tydzień był naprawdę trudny. Dziś dobiega chyba końca? Równe siedem dni – niewiedzy, biegania, zmartwień i nerwów. Mam mocno nadszarpnięte emocje, ale pewnie to nie koniec przygód – tylko krótka przerwa przed kolejnymi tygodniami. Dlatego dziś musi być coś post-niuromantycznego – chrzanić wszystko! Wierzcie mi czasem warto!

 

I don’t want to wake up alone

I need you to hear me now

I don’t want to do it alone

I need you here with me now

 

I don’t want to wait for your love

I need you to save me now

 

22:54, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 kwietnia 2018

Jakimś takim zrządzeniem przypadku, tak potoczyły się kości – jestem dzieckiem darowanego czasu. Zawsze byłem blisko krawędzi, między zębami kół mlących ten Świat(ek). Nie jest to żadna nadzwyczajna cecha – bo jak się zdaje, kiedy oglądam ten padołek, wszyscy dostają coś od losu i coś jest im odebrane. Dlatego nie myślcie, że się użalam – zupełnie nie. Tak mi się potoczyło życie z takim ojcem, jaki mi się trafił, z taką matką, która mi się nie przytrafiła, ale jednak gdzieś we mnie to siedzi – ten jej heroizm (być może głupi, naiwny). Tak mi się przytrafiło to zastępstwo, powtórne macierzyństwo dla osoby, która nie powinna już myśleć o opiece nad bachorem, szczególnie cudzym. Tym bardziej, że mój ojciec był takim synem niczym sąsiad z drugiej klatki – którego kojarzysz z twarzy, ale zupełnie nie istnieje w życiu twojej rodziny. Tym zrządzeniem – moje relacje z bliskimi będą krótsze niż u większości moich rówieśników, którzy będą odprowadzać na cmentarz swoich staruszków, koło pięćdziesiątki na karku, z bagażem nienawiści z powodu przydługiego życia swoich rodzicieli oraz z powodu tragicznej świadomości, że ich własne życie jest już gdzieś po południu tego pięknego dnia na Ziemi. Mnie wszystko czeka szybciej. Tym bardziej uświadamiają mi to ostatnie dni szpitalne. Jakieś takie napięte i ciężkie, mimo pięknego słońca i odpowiedniej temperatury. Jest jakiś problem, nie ma diagnozy, jest niewiadoma, która budzi demony. Dotychczas było wiadomo, z czym się borykamy, zawsze dało się przyłożyć miarkę i naprawić to czy owo. Teraz nie mamy miary, wiedzy, może nie mamy możliwości? Może pod każdym uśmiechem skrywa się niepewność i bezkresny strach, obawa pustki i dręczący umysł niepokój. A może wszystko będzie dobrze – bardzo w to wierzę. Ot, po prostu nowy etap uporczywej starości – której tak bardzo nie umiem jeszcze pojąć. Zawsze pocieszam się współlokatorami szpitalnych pokoi, gruba cukrzyczka i starowinka przed setką na karku, całkowicie odcięta od świadomości swego istnienia. Obie opuszczone przez bliskich – wszystkich nas to czeka, finał żywota w szpitalnej kruchcie. Dusznej, przykrej, cuchnącej moczem i gazami. Tak jak teraz Najukochańszej, będą wciskać nam w dupę rurę z powietrzem lub dławić nas wziernikiem do żołądka, lub poić nas będą jakimś chemicznym gównem, aby w obracającej się trumnie zeskanować nas jak kawałek terenu. A nawet, jeśli stwierdzą najgorszą z możliwych diagnoz, jakie tylko mogą być – to i tak na leczenie minął już okres przydatności. Proszę poczekać cierpliwie – powiedzą ci felczerzy – kosa sprawiedliwie, przetnie także twoją szyję…          

 

23:57, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2018

W sobotę 14-go kwietnia odbył się huczny start dwuletniej kampanii wyborczej rządzącej partii. Ja choć czułem torsje, z ołóweczkiem w ręku zapisałem sobie wszystkie najistotniejsze punkty, nowosocjalistycznego programu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego. Jak wygrać wybory w 2018 i 2019 roku według PiS?

Oto najgłośniejsze propozycje:

- 300+ na wyprawkę dla dzieci i młodzieży uczącej się! (W zamian za likwidację darmowych podręczników).

- obniżka CIT dla małych firm z 15 do 9%!!!

- senior+ program wspierania i pomocy dla seniorów! (Taki program już istnieje).

- emerytura+ gwarantowana dla matek które urodzą 4 dzieci!

- premia+ za szybkie rodzenie drugiego i kolejnych dzieci!

- darmowe leki dla kobiet w ciąży!

- bon+ sportowy bon dla młodzieży uczącej się między 16 a 25 rokiem życia!

- drogi+ program kierowany do gmin w celu pomocy w utrzymaniu infrastruktury!

 

Pomysł ministra Gowina

- głos+ wzmocnienie wyborcze głosu rodzin wielodzietnych proporcjonalnie do liczby dzieci w rodzinie! Dający możliwość głosowania rodzicom za dzieci do ukończenie przez nie 18 roku życia.

I jak tu się nie oprzeć tak łakomym kąskom? Czy PiS wygra wybory? Raczej tak – polski naród jest roszczeniowy i zachłanny, za kasę sprzeda duszę diabłu.   

sobota, 14 kwietnia 2018

Forman

W piątek 13-go kwietnia po krótkiej chorobie zmarł jeden z najwybitniejszych reżyserów XX stulecia Miloš Forman. Jeśli widzieliście takie dzieła jak „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Hair” czy „Amadeusz” (stanowiące kamienie milowe krótkiej filmografii reżysera) powinniście już wiedzieć, czym wybitność reżyserska Formana się objawiała. Jego kompleksowość, przenikliwość, umiejętność dostrzegania tego co niewidoczne. Ukazywał wszelkie rysy na wizerunkach portretowanych postaci, odczarowywał legendarne charaktery i wpuszczał życie w ikony popkultury, które lubił portretować. Dorobek reżysera nadał kinematografii szersze spektrum spojrzenia.

Nie byłoby naszej dzisiejszej popkultury, która nie zadowala się jednym wymiarem opowieści, gdyby nie oko i kamera Formana. Filmy reżysera ogląda się wielokrotnie, warto się do nich przygotować, bo zawsze zostawiają wiele pytań, tworzą wybitne aktorskie kreacje (u innych reżyserów wielu aktorów Formana nie odniosło nigdy więcej żadnego sukcesu w karierze), oraz osadzają się w esencji naszej zachodniej tożsamości. I napisałem świadomie – naszej tożsamości – bo obcy kulturowo Miloš Forman, uciekinier z Czechosłowacji po inwazji wojsk Układu Warszawskiego – po przybyciu do USA momentalnie stał się jednym z najważniejszych reżyserów Zachodu. Nie był tylko emigrantem, ciekawostką z bloku komunistycznego, stał się twórcą najwyższej klasy popkultury, której spragnione było (i jest) nowe społeczeństwo, do którego uciekł, nowe społeczeństwo, dla którego już nie jest istotne terytorium, tylko wspólnota wartości, motywów, mitów, przekazów…    

 

Milošu zawsze zostaniesz w swoich dziełach i naszej pamięci.

 

[‘] 

 

środa, 11 kwietnia 2018

A kto by nie chciał? Każdy chce miłości - choć przez chwilę... Zostawiając cały Świat gdzieś daleko poza naszą percepcją.

 

 

I want love, but it's impossible

A man like me, so irresponsible

A man like me is dead in places

Other men feel liberated

 

I can't love, shot full of holes

Don't feel nothing, I just feel cold

Don't feel nothing, just old scars

Toughening up around my heart

 

But I want love, just a different kind

I want love, won't break me down

Won't brick me up, won't fence me in

I want a love, that don't mean a thing

That's the love I want, I want love

 

I want love on my own terms

After everything I've ever learned

Me, I carry too much baggage

Oh man I've seen so much traffic

 

But I want love, just a different kind

I want love, won't break me down

Won't brick me up, won't fence me in

I want a love, that don't mean a thing

That's the love I want, I want love

 

So bring it on, I've been bruised

Don't give me love that's clean and smooth

I'm ready for the rougher stuff

No sweet romance, I've had enough

 

A man like me is dead in places

Other men feel liberated

 

But I want love, just a different kind

I want love, won't break me down

Won't brick me up, won't fence me in

I want a love, that don't mean a thing

That's the love I want, I want love


poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Wszystko idzie do przodu. Jedni ludzie wygrywają trzecie wybory z rzędu, a drudzy marzą o tym, aby osiągnąć podobny sukces. Tak, mam tu na myśli Węgry od 2010 roku nieprzerwanie pod butem Orbana (ale już w latach 1998-2002 obywatele Węgier mogli się przekonać, jakim premierem jest Victor). 48% węgierskich obywateli pasuje taka władza. Powinniśmy to szanować. Orban, jeśli skończy w 2022 roku piątą kadencję, będzie chyba najdłużej rządzącym przywódcą w krajach byłego bloku wschodniego po 1989 roku. A kto wie, może utrzyma się u władzy przez kolejne kadencje? Mimo że politycznie nie zgadzam się z przywódcą z Budapesztu, być może Węgrzy, jako społeczeństwo demokratyczne już okrzepli i potrafią dokonywać wyborów odpowiedzialnych? Świadczyć może o tym blisko 65% frekwencja w niedzielnych wyborach. Kiedy Polacy przekroczyli próg 60% udziału w głosowaniu? Ostatni raz tak wysoka frekwencja w głosowaniu miała miejsce w 2000 roku podczas reelekcji prezydenta Kwaśniewskiego - 18 lat temu!

Oczywiście Węgrzy mogą być też zwyczajnie głupi i podatni na doskonale pod nich skrojoną propagandę? W przeciwieństwie do nich społeczeństwo polskie jest kupowane socjalistyczną przynętą czymś w stylu „PRL Light”. Ale być może Polacy nie są jeszcze dojrzali do demokracji? Albowiem mimo lekkiej ręki rządu z Warszawy – PiSowi trudno było utrzymać 40-45% poparcie dłużej niż 30 miesięcy. Fidesz z koalicją rządzącą, w czasie ostatniej kadencji ani razu nie spadł w sondażach poniżej 40%. Kaczyńskiemu zatem daleko do Orbana. W 2018 i 2019 roku być może posuwając się do wyborczych fałszerstw uda mu się zdobyć większość konstytucyjną w wyborach, ale szanse na taki scenariusz są raczej marne. PiS wygra wybory parlamentarne w 2019 roku i tu nie ma wątpliwości – tylko wynik partii będzie z pewnością słabszy niż ten z 2015 roku, a zdruzgotany Jarosław będzie musiał szukać koalicji (co oznacza dalszą erozję poparcia).

Polacy, jako społeczeństwo jeszcze na wpółdzikie – nienawidzą władzy, dlatego że jest władzą, nie rozumują logicznie w zakresie ekonomii oraz są bardzo zachłanni na oferty nowych zapomóg. Dlatego przyznane profity socjalne uznają za należność, wobec której nie potrzeba wdzięczności, a poza tym po dwóch latach 500+, kiedy już lud się do tego zasiłku przyzwyczaił – nie jest on tak atrakcyjny jak na przykład opcja 1000+… Nikogo nie obchodzi ewentualność ekonomicznej zguby.

Nie cytując już klasyka w temacie społeczeństwa polskiego, Kaczyński musi stanąć na głowie, jeśli marzy mu się pełnia władzy…    

czwartek, 05 kwietnia 2018

 

Ostatnio mam fazę na mocniejsze brzmienia i wpadła w moje łapki wielce zachwalana przez krytykę najnowsza płyta Judas Priest - Firepower. I powiem bez bicia, że ten album ma moc - tym większą, że muzycy grupy poza jednym młodzikiem rocznik 1980, przekroczyli lub zbliżają się do 70-tki. Panowie w wieku emerytalnym miażdżą siłą brzmienia oraz znakomitymi kompozycjami, a nasz kochany Rob Halford - perfekcją partii wokalnych zostawia daleko w tyle innych wokalistów rocka, metalu, popu - mistrzostwo i tyle! 

1.Judas Priest - Spectre

2.Judas Priest - Never The Heroes

wtorek, 03 kwietnia 2018

… dotarliśmy ulicą Laugavegur na ryneczek Hlemmur, z którego tylko rzut kamieniem był nasz apartament. Po kilku minutach byliśmy na naszej ulicy, leżącej troszkę z boku – jakby na zapleczu tych ważniejszych arterii, choć wciąż w samym sercu miasta. Kiedy więc pokonywaliśmy kolejne numery na Brautauholt – marzyliśmy tylko o dwóch czynnościach – o gorącym prysznicu i szybkim zaśnięciu na jakimkolwiek łóżku…     

11.Jóhanna, Brautarholt, jakiś człowiek?

Jesteśmy. My, Islandia, Reykjavik, Hlemmur, Brautauholt, wichura, deszcz, ciepło i druga w nocy. Tyle nam zeszło wszystkiego, aby dotrzeć na miejsce, na spoczynek. Wyspa nie powitała nas po królewsku, nie rozwinęli karmazynowego dywanu, nie było płatków róż ani fanfar, o nie! Było więzienie, niepogoda i koszmarne opóźnienie. Ludzie, którzy wracali tego dnia naszym samolotem do Wrocławia, polecieli ledwo z sześciogodzinnym opóźnieniem do Gdańska – to musiało być dopiero przeżycie?

Wracając do naszej przygody, w trakcie uwięzienia na płycie lotniska I’, w przeciwieństwie do mnie nie próżnował. Korespondował z właścicielką naszego apartamentu Jóhanną. Kobieta owa była dla nas totalną niewiadomą – poza adnotacją na stronie booking.com, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Po wymianie mejli wiedzieliśmy, że zaczeka na nas w sklepie samochodowym w którym pracowała, znajdującym się poniżej apartamentu. Niestety opóźnienie zaczynało robić się coraz większe, a godzina upływała za godziną. Jóhanna wreszcie poinformowała nas, że jedzie do domu, ale żebyśmy się nie martwili, klucze do apartamentu zostawia kiboksie znajdującym się obok drzwi do klatki schodowej.

Kiboks – to brzmiało rozsądnie. My nie musieliśmy martwić się o nic, a Jóhanna nie musiała siedzieć do nocy pod drzwiami. Zatem wróćmy do sytuacji wyjściowej: My, Islandia, Reykjavik, Hlemmur, Brautauholt, drzwi, niepozorny i urokliwie czarny, przyklejony do framugi kiboks (nawet w pierwszej chwili nie załapaliśmy, że to jest wilk, o którym mowa). Chwytamy za żelazną masywną dospawaną do metalowych drzwi klamkę, szarpiemy i nic. Drzwi zaryglowane! Za szybą kanapa, i schody na piętro. Miłe dla oka, ciepłe światło zaprasza i prezentuje bezpieczną przystań, a my jesteśmy niestety poza tą przestrzenią, wejścia nie ma! Szarpiemy drzwi, pukamy, szarpiemy, obmacujemy framugę, jest, jakaś czarna skrzyneczka, odchylamy klapkę a tam – o kurwa – jebany zamek na szyfr jak do walizki!!! Szukamy w mejlach – jest tylko kiboks. Klucze właścicielka zostawiła w kiboksie – wszystko. Jóhanna – mam ochotę zacząć dosłownie płakać, po tylu godzinach w samolocie, w tej piekielnej pogodzie, oblizując szybę, ciepłej i suchej pozbawionej wichury klatki schodowej – do jasnej kurwy zapomniałaś nam podać pierdolonego kodu do skrzyneczki na klucze, to się dzieje naprawdę? Naprawdę!

Wiatr huczy, deszczyk zacina, ja klnę na czym świat stoi. Co za popieprzona podróż, k…wa mać do potęgi N-tej! Mam ochotę jak w mangach zacząć gryźć i szarpać klamkę? Może wybić tą szybę i jakoś się wgramolić do środka? Nie mamy telefonu do Jóhanny! Pisać mejla o drugiej w nocy? Dzwonimy do K’, w Polsce jest trzecia nad ranem. Ale to ona załatwiała ten nocleg, miało być tak zajebiście, nie? K’ nie odbiera. Ja jestem mega wkurwiony, i totalnie nie wiem co zrobić! I’, jest równie wściekły, ale proponuje abyśmy się cofnęli na BSI i tam przeczekali zawieruchę. Zaczynam się na niego drzeć, że chyba oszalał, że po jaką cholerę my tu przyjechaliśmy, po co nam ten wyjazd. Po chwili opadam z sił, za nami naprawdę wiele godzin podróży od wyjścia z domu. Poddaję się, można tylko płakać!

Nagle, na tej całkowicie opustoszałej ulicy, przy sklepie samochodowym pojawia się jakiś facet. Grzebie coś przy drzwiach. Jeszcze będziemy świadkami włamania – no po prostu mega-zajebiście jest na tej pieprzonej Islandii. Wszystko jedno! Idę do tego faceta, jestem zdesperowany, może uzyskamy jakąkolwiek pomoc, a może zaszlachtuje nas nożem? Od wejścia do apartamentu do sklepu jest dosłownie dziesięć kroków. Szybko podchodzę i wyraźnie jestem niespodziewanym gościem dla faceta. Tak poznajemy bezimiennego Islandczyka. Pierwszy kontakt, w środku ciemnej nocy, w centrum wichury. Totalnie od czapy, sprzedajemy mu naszą historię, a ten koleś – mający na karku 40-50 lat – wyjmuje telefon i zaczyna dzwonić. Jóhanna? No oczywiście, że zna Jóhannę! Jakby inaczej – jeden jedyny człowiek w tym momencie naszego życia – dzwoni do naszej gospodyni, jak gdyby nigdy nic. Jóhanna nie odbiera – nie czujemy specjalnego zaskoczenia. Ale ten moment kiedy, nie mówić zbyt wiele słów poza zdawkowymi: acha, eche, oh – ów człowiek wyjmuje telefon i dzwoni do kobiety, którą mamy ochotę rozszarpać sprawia, że powraca do mnie wiara w człowieczeństwo, czuję w zatokach jak zbiera się wzruszenie. Niesamowite uczucie, kiedy wypełnia mnie naiwna nadzieja i otucha, że nie jest tak źle jak się wydaje z kondycją ludzkości.

Jóhanna nie odbiera. Dzwoni do jej córki. Jednej, następnie do drugiej, znów bez odbioru – potem pisze do wszystkich mejle. A w naszych oczach ów bezimienny staje się świętym. Zastanawiam się czy w Polsce w tak ekstremalnej sytuacji otrzymalibyśmy pomoc od kogokolwiek? Po jakichś piętnastu minutach człowiek oznajmia, że niestety jego opcje pomocy nam się wyczerpały. A on nie ma możliwości przenocować nas obu! Nie poprosiliśmy obcego o nocleg, a on mówi, że nie może nas obu przenocować, ale jeśli gotowi jesteśmy się rozdzielić to jedno łóżko znajdzie bez problemu. Ale dodaje, że zdaje sobie sprawę, że to brzmi troszkę dziwnie i pewnie skoro to nasz pierwszy raz na wyspie – niechętnie się rozdzielimy – skoro nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy. Przyznajmy mu rację – na co ów facet rozkład ręce, jakby chciał nas objąć albo udawać ukrzyżowanego – tam mamy jeden hotel, a z drugiej strony drugi – wskazuje dłońmi ale poleca ten drugi, bo jest zdecydowanie tańszy. Oba hotele są dwieście metrów dalej od miejsca w którym stoimy. Facet bardzo przeprasza, że tak niewiele może zrobić – a my i tak jesteśmy pod wielkim wrażeniem postawy tego człowieka. Żegnamy się z nim i zupełnie zaskoczeni całą sytuacją wleczemy się do tańszego hotelu.                

12.Hotel 22 Hill (Unnur), śniadanie, sklep samochodowy

Po krótkiej chwili marszu spod zaryglowanego wejścia do naszego apartamentu, wyrasta iście socrealistyczna bryła hotelu 22 Hill przy Brautauholt. Wchodzimy do środka, gdzie w tycim holu na tyciej kanapie siedzi kilka osób – gdzieś jadą. W recepcji nikogo nie ma! To będzie noc wrażeń – mówię do I’. W sumie kiedy poszli ludzie, którzy byli w holu – to można byłoby w nim nawet kimnąć…

Jesteśmy sami, goście poszli a recepcja pusta. Po chwili zjawia się starsza kobieta, jakoś koło 60-tki. Przedstawia się jako Unnur. Opowiadamy jej naszą cygańską podróż, oraz błagamy o pokój na jedną noc. Recepcjonistka robi strapioną minę. Oznajmia, że ma grupy turystów i prawdopodobnie zero wolnych pokoi. O nie, o nie, o nie! Unnur, nie rób nam tego! Kobieta przegląda tablicę z kluczami elektronicznymi – nic nie ma w jednym rządku, nic nie ma w drugim, ale jednak coś znajduje w ostatnim! Jeden jedyny pokój, numer 35! Uff! Mamy nocleg!

I’ płaci za tą przyjemność jedynie 18 tysięcy koron. Podczas bukowania się w hotelu – ucinamy sobie z Unnur krótką pogawędkę. Była w Polsce w Krakowie i Katowicach. Wszyscy znajomi z Polski zachwalali jej Kraków, ale odradzali Katowice, jako miejsce ohydne i brudne, ale Unnur bardzo się Katowice podobały, bardziej niż dawna stolica Polaków. Kiedy zakończyliśmy transakcję i już szliśmy do windy, Unnur rzuciła do nas, że nie powinniśmy mieć tylu kompleksów, przeciwnie powinniśmy być ze swojego kraju dumni… 

Pokoik był przytulny, woda gorąca i okropnie śmierdziała. Ale było fantastycznie posiedzieć pod gorącym strumieniem i odetchnąć po tych szalonych przygodach… O dżizas!!!

13.Kod, pierwsza wyprawa, Jóhanna (ponownie)

Rano obudził nas przepiękny widok za oknem, dachy niskiego Reykjaviku schodziły ku zatoce Faxa (Faxaflói), a za jej zakolem wyrastały masywne ośnieżone grzbiety górskie, robiące naprawdę imponujące wrażenie.

Zbiegliśmy na śniadanie. I’ uznał, że za tak ogromne pieniądze będziemy jedli ile się da (jesteśmy w końcu z Polski, a to zobowiązuje). I jedliśmy, i było pysznie. Miasto z hotelowej restauracyjki wyglądało niezwykle. Ulica, którą mieliśmy zza oknem biegła ku zatoce ostro w dół – więc panorama była ciekawa. Przez chwilę miałem wrażenie, że jesteśmy w podrzędnym amerykańskim miasteczku gdzieś na Alasce. Terenówki zasuwały w każdą możliwą stronę, niska i magazynowa zabudowa Brautauholt lub bezimiennej ulicy, którą mieliśmy za oknem potęgowała poczucie, że opuściliśmy dawno Europę… Ale Reykjavik sam w sobie jest na wskroś europejski – to zobaczyliśmy później, kiedy poszliśmy do części turystycznej. Na początku czuliśmy się jednak jak na innym kontynencie.

Po śniadaniu opuściliśmy hotel i udaliśmy się do sklepu gdzie pracowała Jóhanna. Za ladą stał jakiś siwy facet. Oznajmił, że Jóhanny nie ma, a on nie wie gdzie ona może być. Opowiedzieliśmy mu nasze przygody, na co siwy westchnął i zadzwonił do naszej gospodyni. Miała wyłączony telefon. O bosh! Czy to się nie skończy wyspo? Za co nas tak pokarałaś? Siwy, podobnie jak nasz nocny dobrodziej dzwonił dalej. Odebrała wreszcie któraś z córek naszej bohaterki. Dostaliśmy kod do kiboksa – zwycięstwo! Wdrapaliśmy się na poddasze – magazynowego budynku, którego dwa niższe pięterka były właśnie w remoncie pod kolejne pokoje dla gości. Nasz pokoik okazał się naprawdę schludny i było w nim naprawdę ciepło (Polakom wydaje się że na Islandii panują arktyczne mrozy, a ludzie mieszkają w igloo). Aż chciało się otworzyć okna na oścież, ale chyba w Islandii nie otwiera się w taki sposób okien – w pokojach i mieszkaniach, które widzieliśmy – wszędzie otwierało się okna ledwo uchylnie. Ale chyba rozumiem czemu nikt tam nie miał odwagi, aby otwierać ich na oścież – szklarze by mieli sporo roboty. Poza pokojem była wspólna kuchnia, ale nie mieliśmy pojęcia czy ktoś z nami mieszka w apartamencie czy jesteśmy sami. Wreszcie była łazienka z ogromnym zabudowanym prysznicem – gdzie spokojnie mogłoby wejść kilka osób. Ciepła woda natomiast cuchnęła w apartamencie zdecydowanie mocniej niż w hotelu. Ale miało to być potem błogosławieństwem kąpieli. Islandzka woda śmierdzi siarką, pochodzi z naturalnych źródeł gdzie ogrzewana jest wulkaniczną lawą – ale choć jest oczyszczona ze szkodliwej ilości pierwiastka, jej skład chemiczny jest inny od tej, którą my kąpiemy się w Polsce, nie powinno się jej spożywać. Gorąca woda nie dość, że na Islandii jest potwornie gorąca, to ma jeszcze pozytywne właściwości dla skóry – ja nie miałem ochoty kończyć kąpieli, stałem tak pod tym wrzątkiem i oblewałem się cały, a potem sen – matko, nie spałem tak dobrze od lat! Moje biedne zatoki wreszcie znalazły kilka nocy ukojenia.

Jeszcze w samolocie – kiedy odwołano nam wycieczkę na półwysep Snæfellsnes – zamówiliśmy oklepany Golden Circle. Tej wycieczki nam nie odwołali. Zaplecze turystyczne Islandii jest zorganizowane wzorcowo. Z umówionych przystanków organizator dowozi gości busami do BSI, gdzie czekają autokary zabierające turystów w głąb wyspy. W zależności od trasy są to standardowe autobusy europejskie lub potwory wyglądające jak transportery bojowe o potężnych kołach w uroczych barwach przewoźnika.

Wyprawa na Golden Circle była naszym pierwszym wypadem poza stolicę Islandii. Kraj po wielkich sztormach, które nawiedziły wyspę tydzień wcześniej wyglądał jakby przedwiośnie zawitało tu kilka tygodni wcześniej, śniegi przeplatały się z wielkimi połaciami wyblakłej zieleni oraz rwącymi potokami płynącymi dosłownie wszędzie, a ciepłe powietrze dodawało smaku i budziło zapachy. Trasa najbardziej obleganej turystycznej wyprawy wiedzie w trzy miejsca do doliny gejzerów Haukadalur, gdzie znajduje się największy istniejący na wyspie gejzer Strokkur wyrzucający co 5-10 minut gorącą wodę na ponad 30 metrów, kolejnym przystankiem jest zapierający dech w piersiach dwukaskadowy wodospad Gullfoss (Złot-y/-e wodospad/y), samo zejście do rzeki robi ogromne wrażenie. Schodzimy jakby z wielkiego płaskowyżu otoczonego w oddali przez masywy górskie, wodospad usytułowany jest w malowniczym załomie glacjalnej rzeki Hvítá, która poprzez stopnie wodospadu wpada do skalnego wąskiego kanionu i optycznie zdaje się znikać z powierzchni ziemi. Ostatnim punktem jest zwiedzanie rozpadliny tektonicznej w parku narodowym Þingvellir, miejsca gdzie jak żartowałem otwierają się wrota piekieł. Tam bowiem o 7 centymetrów rocznie, rozchodzą się płyty tektoniczne planety, euroazjatycka ucieka od północnoamerykańskiej – miejsce to wygląda dosłownie jak przedsionek piekieł. Dwie ogromne i czarne ściany tworzą mroczny wąwóz. Gdyby nie to, że zepsuła nam się na ostatnim przystanku pogoda i zaczęło lać, z pewnością dostrzeglibyśmy przepiękne jezioro Þingvallavatn, będące największym naturalnym zbiornikiem wodnym wyspy, ale z punktu widokowego na jezioro nie było widać zupełnie nic, dlatego musimy tam kiedyś wrócić! Þingvellir to bardzo istotne miejsce w historii islandzkiej cywilizacji – ale o tym doczytacie w ramach pracy domowej…

Po wycieczce byliśmy naprawdę zmordowani – odstawieni przez przewoźnika Reykjavik Excursions pod dom, postanowiliśmy jeszcze raz zobaczyć czy jest szansa spotkać Jóhannę. Weszliśmy do sklepu samochodowego, i zdarzył się cud, oto ukazał nam się krótko obcięta blondynka, mająca około 40-45 lat. Ledwo przedstawiliśmy się sobie i kobieta błyskawicznie przepadła na zapleczu, po chwili przynosząc nam kawę. Jej blada twarz zaiskrzyła czerwienią. Opowiedzieliśmy jej naszą historię, nocne spotkanie, hotel itd. Okazało się, że ów bezimienny facet, który pomagał nam nocą to brat Jóhanny. Przeprosiła nas na całą sytuację, oddała pieniądze za noc, w kwocie jaką mieliśmy jej zapłacić i dorzuciła 3000 ekstra. Nasz wydatek na hotel nie zwrócił się w całości, ale byliśmy w plecy zdecydowanie mniej niż kilka godzin wcześniej. Jóhanna okazał się całkiem miłą postacią z dużym poczuciem winy, niezwykle ciekawą tego jak tanio może być dla niej w Polsce pod kątem zakupów jakie by chciała nad Wisłą zrobić. Finalnie potrzebowaliśmy jeszcze rozeznać się w księgarniach w mieście, Jóhanna wydrukowała nam zatem listę adresów tych przybytków i podwiozła autem do jednej z nich.

W księgarni nie udało nam się znaleźć tego czego szukaliśmy, ale było to doświadczenie ważne dla późniejszych poszukiwań pewnego artefaktu. Wróciwszy na Hlemmur zjedliśmy najtańszy znaleziony obiad – chińską zupę z mięsem za jedyne 1630 koron za miskę – dla Polaka to koszmarna cena, ale jak na Reykjavik to taniocha. Najedzeni i zmęczeni odwlekliśmy się do pokoju. Po jakichś dwóch godzinach naszedł nas atak aktywności i polecieliśmy biegać po mieście, do portu i wzdłuż oceanu, planowaliśmy dotrzeć na latarnię morską, ale po kilku godzinach spaceru poddaliśmy się i późną nocą dowlekliśmy się definitywnie do domu… 

 

c.d.n.      

 

poniedziałek, 02 kwietnia 2018

                      

Najedzeni? Napici?

Wokół wszyscy jesteśmy syci w prymitywne dobra, jedzenie i pranie mózgu przez durne seriale. Wstajemy od stołów lekko pijani, czy cokolwiek się jeszcze liczy poza czubkiem brzucha? Serce, czy je posiadamy? Dla swoich czasem potrafimy mieć. Abstrakcyjni obcy, lepiej niech siedzą za ścianą, niech nie dobiega nas nawet echo cierpienia, tych którzy za chwilę utoną na wielkim morzu, albo tych których za chwilę wysadzą w powietrze, obrońcy co lepszych idei miłości. Nie będą się na nas, na szczęście oglądać dusze utopców i ofiar wybuchów, podobnie jak istoty mniejsze – podległe nam domowe lub dzikie zwierzęta. Kochamy je tym mocniej im częściej słyszymy, że kolejny gatunek przestał istnieć albo jakiś zwyrodnialec powiesił w lesie psa, czy obciął kotu łapy, albo, co krążyło kilka miesięcy temu po fejsbóku, kiedy ktoś wsadzi żywcem psa w ogień (na szczęście nie w Polsce tylko w Indonezji). Otwieramy publiczne zbiórki i w błyskach fleszy drzemy szaty i rwiemy włosy z głowy. Przez chwilę, na pokaz – społeczne małpki robią spektakl solidarności z ofiarami zamachu lub rzezi – przeciw przemocy. A po chwili ta przemoc dzieje się znowu i znowu i znowu, bez końca.

Kroczymy przez naszą Planetę w przyciężkich butach. Pożeramy wszystkie owoce, najczęściej nie swojej pracy. Nie obchodzi nas nawet los miejsca w którym żyjemy, a paradoksalnie ten slogan przyciąga najwięcej wyborców w każdej cyklicznej elekcji. Idziemy przez nasz Glob jak wielka szarańcza, totalnie egoistyczna forma życia. Ale przecież nie będę ganił egoizmu – tylko może być on rozsądnie skanalizowany, może dążyć do symbiozy. Tylko współżycie na zasadach symbiozy nas uratuje, przed pożarciem całego naszego ludzkiego dorobku przez nas samych!

Ekologia mnie od lat coraz mocniej frapuje. Zeszłoroczny wpis zdominowała moja potrzeba ucieczki do lasu. I dużo tego lasu dostałem w ostatnim roku. Uciekałem tak często, jak było to możliwe do cienistych mroków i szumu wielkich pni, zarówno wiosną, latem i zimą. Ale w tym roku odkryłem urok innych przestrzeni – wielkich i nieprzyjaznych powierzchni – które może nie dają cienia, ale nie ma na nich za wiele Słońca. Zbyt krótko było mi dane być w tym ogromie zadziwiającej rzeźby terenu, posmarowanego cienką warstwą spłowiałej zieleni mchów i mrocznych czarnych ziem, usłanych kamieniami i żwirem, z górami i wniesieniami wyrastającymi nagle na szokująco płaskim terenie – niczym geologiczne mury obronne tej zapierającej dech krainy…

Dość ekologii! Teraz Świat.

Przed rokiem baliśmy się o Francję, ale jednak moja wiara w to, że Francuzi wiedzą czym jest demokracja i wolność nie była płonna. Oni przelali po 1789 roku morze krwi za wartości, którym dziś hołduje prezydent Emmanuel Macron. Piąta Republika przetrwała ten wyborczy dramat, a Maryna Le Pen została pognana na cztery wiatry, choć ta zmora jeszcze wróci.

Mam wrażenie, że Europejczycy są świadomi w coraz większym stopniu tego co dzieje się na Świecie. Widzą dobrze Erdogana i Putina. Nikt nawet się już nie oburza, że w Moskwie wygrywa się z 76% przewagą przy frekwencji przewyższającej 100%. Nikogo nie wzrusza to, że Donald Trump – jak wszyscy przypuszczali – okazał się być tonalnym idiotą, a jego poparcie wśród wyborców po roku urzędowania jest najniższym od dekad dla urzędującego prezydenta USA i waha się między 35-39%. Choć czasy populistów nie kończą się z pewnością definitywnie – to wydaje się, że jesteśmy już po głównej fali uderzeniowej. Teraz czas na liczenie strat i odbudowę porządku.

Drugą falą populistycznego przewrotu były wybory parlamentarne w Niemczech, gdzie faszyzująca partia AfD zdobyła 12,5% do Bundestagu, tą drugą falą poszły również Włochy. Jednak w tym przypadku skomplikowany system wyborczy i plątanina koalicji jest tak trudna do ogarnięcia, że nawet bardzo dobry wynik bloków wyborczych prawicy niewiele realnie znaczy i być może konieczne będą wcześniejsze wybory. Italia jest podzielona jak nigdy – zwycięzcą z którym nikt nie chce rozmawiać jest populistyczny jednorodny Ruch Pięciu Gwiazd, który zdobył 32% głosów, ale nie jest w stanie samodzielnie rządzić krajem, jest to partia uliczna, anty-uchodźcza i typowo populistyczna z dość niejasnym programem. Blok Centroprawicy, który de facto wygrał większością 37% głosów, z powodu skrajnych różnic dzielących centrystów z Forza Italia oraz nacjonalistów, faszystów i populistów z Ligii Północnej i FdI (Bracia Włosi), krótko po wyborach przestał istnieć i król Pyrrus nie powstydziłby się takiego sukcesu. Sytuacja we Włoszech jest trudna – w miesiąc po wyborach nie powstał jeszcze nowy rząd, obecnie dalej rządzą demokraci (którzy wybory przegrali).

Taka zawierucha jeszcze nas czeka w Europie, nadchodzi też czas zmian na Wisłą. Jesień będzie sprawdzianem wyborczym dla nowej władzy i jej organizacji państwa. Boję się, że mogą uciec się do fałszerstw wyborczych. Ale zobaczymy! Nie wiem czy w Polsce szybko nastąpią zmiany, a jednak populizm, który w latach 2015-2018 przykrył nasz Zachodni krąg kulturowy, powoli się kompromituje! A co ważniejsze – jak się okazało – nie daje błyskawicznych rezultatów poprawy jakości życiowej obywateli, ani nie zmniejsza ilości napływu uchodźców. No niestety nie! Idąc do władzy jako populista, dobrze abyś miał kilka asów w rękawie – jak na przykład PiS miał 500+. Nie można im odmówić sukcesu tego socjalistycznego rozdawnictwa, ale w duchu prawicowej nierówności społecznej – tylko dla tych, którzy spełnią wymyślone – w pokoiku bezdzietnego lidera partii – warunki. Ale będzie to pole do popisu dla innych populistów – którzy obalą rządy PiSu…

Ech drodzy. Rozsądku, rozsądku i jeszcze raz rozsądku. Wesołego jaja albo dwóch! Zgodnie z tradycją paschalną tego wpisu, zapoczątkowaną w 2010 roku na tym blogu, po lekturze tego natchnionego tekstu, wybaczone macie swoje grzechy.

I na końcu ponawiam zeszłoroczny apel do was kochani: porzućcie waszą nienawiść do Świata. 

The Wilderness of Manitoba - Morning Sun

 
1 , 2