o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 30 kwietnia 2011

Parodia, paszkwil i pasztet. To są trzy słowa, które określają trzy filmy znajdujące się poniżej. Są to parodie znanych i przez niektórych lubianych/nienawidzonych kawałków z dość wąsko pojętej muzyki pop. Ale-ale parodie i paszkwile to zdrowy objaw społeczny – służący częstokroć za swoistą odtrutkę. Ostatnio zbulwersowały, zmaltretowały i zmusiły do pojawienia się uśmiechu na mojej twarzy te trzy. Uwaga każdy z klipów, jest na swój sposób wulgarny – a nie jest to blog z klauzulą „dozwolone od 18 lat” – ufny zatem jestem twoją odpowiedzialność – niespełniający normy czytelniku.

1.To parodia wielce udana znanego w pewnych kręgach hitu – niby to konwencja pseudo-hip-hopowa, ale przecież to pop w czystej postaci. Myślę że naturalizacja głównych bohaterów klipu dodaje mu prawdziwości. Nie oszukujmy się – książęta XXI wieku z bajki w USA – reprezentują raczej tą gramaturę!

2.To typowy paszkwil ogromnie nieuznanej nowej gwiazdy muzyki pop z USA. Ta dziewczyna obnażyła całą wielkość tej konwencji muzycznej – ambitnym teledyskiem i rozbudowanym tekstem swojej piosenki. W paszkwilu dwaj młodzi „artyści” starają się dorównać tej „siostrze” Dżastina Bibera.

3.Trzeci klip to już pasztet. Ale ja lubię pasztety. Szczególnie Wielkanocny nam się z mężem udał wyśmienicie. Prawdopodobnie ten pasztet wyszedł z tej samej stajni, co wcześniejszy paszkwil. Jednak tym razem mamy już totalny hardkor! Parodia parodii albo coś... i to niesamowite "o ooo ooo!!!" Zresztą duet tych dwóch nobliwych wokalistów wykonał też kilka innych parodii – których bym się już bał zamieścić na tym blogu, zwłaszcza straszliwą parodię Bibera i Rihanny – poszukajcie sami na własną odpowiedzialność…

środa, 27 kwietnia 2011

Internet jest błogosławiony – oto hit z fejsbóka. Metropolia Krakowska rządzi! Chcę iść na kazanie takiego księdza. To jest lepsze od kabaretu :)

Nic tylko boki zrywać :)

20:10, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (8) »
wtorek, 26 kwietnia 2011

Zbrodnia to niesłychana – pan gwałci pana. Najpierw zachodzi go na przystanku. A następnie zaciąga w bramę… Gdzie dokonuje lubieżnego czynu – obnażając się i obnażając gwałconego. Jak donosi Gazeta, dochodzi do cielesnego kontaktu narządowego. Wszystko stało się w biały dzień, w zeszłą środę o godzinie 15:20 na skrzyżowaniu ulic Paderewskiego ze Rzgowską w Łodzi. Cała akacja rozpoczęła się na przystanku tramwajowym, co ważne to skrzyżowanie notorycznie jest zakorkowane i ruch jest tam ogromny. Więc napastnika musiało widzieć kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt osób. Przystanek tramwajowy jest tam podzielony, na Rzgowskiej za skrzyżowaniem (przy ruchliwym ryneczku) stają tramwaje 5 i 6. Zaś na ulicy Paderewskiego na wysepce, na środku skrzyżowania stają tramwaje 15, 16 i 16A. I właśnie w tym najbardziej widocznym miejscu – na wysepce przystankowej czekała ofiara. Napastnik musiał w jakiś sposób zaciągnąć ofiarę do świateł, tam odczekać chwilę zanim przetoczą się z wylotówek tiry, dziesiątki osobówek, przejadą tramwaje, kilka linii autobusowych w różnych kierunkach, wreszcie z dość pokaźną ilością pieszych, a na pewno nie przy pustym skrzyżowaniu musiał przejść ulicę, by zaciągnąć ofiarę w bramę lub na podwórko. Topografia tego skrzyżowania a w zasadzie jego zabudowy jest dość ciekawa. Na jednym rogu stoi kościół – tam gwałt byłby możliwy najszybciej, na drugim jest ryneczek – miejsce dość mało intymne, na trzecim stoi blok – więc napastnik by musiał zaciągnąć ofiarę za blok a to kawałek drogi, na czwartym rogu do pierwszej przecznicy ciągną się stare zbudowania „polskich Chojen” lub „polskiej Górnej”. (Górna to dzielnica polaków w okresie, kiedy Łódź wcielona była do III Rzeszy. Północ zamieszkana była przez Żydów w Getcie, dzielnice centralne były Niemieckie, a Polaków zmuszono do zamieszkania w ubogim przedmieściu Chojny i Górna). W każdym razie na tym odcinku ulicy Paderewskiego (do pierwszej przecznicy, za którą zaczyna się urokliwe blokowisko) wszystkie podwórka prowadzące do skromnych kamieniczek, są od lat własnością prywatną – szczelnie zaryglowane metalowymi bramami tak, że kierowcy czekający na światłach nie mają nawet szans zobaczyć, co owe podwórka kryją. Wszystkie wyposażone w domofony i zamki. Napastnik musiałby być lokatorem którejś z tych kamieniczek i mieć klucz do bramy. A tym samym zostałby już dawno złapany. Więc gdzie do cholery doszło do tego gwałtu? Za chwilę pewnie odezwą się kpiny i chamskie odezwy pod adresem środowisk LGBT, albo to sabotaż mający na celu podjudzić kiboli do zmasakrowania planowanego na 14 maja – marszu równości przez centrum miasta. Już w komentarzach (do artykułu) idą teksty, że gwałtu dokonał kibic, anal-hunter jednej drużyny na kibicu drugiej drużyny. A ja myślę – że zwyczajnie nie możliwe jest zaciągnięcie, kogokolwiek gdziekolwiek o 15:20 z owego skrzyżowania. Zarówno oprawca jak i ofiara musieli pójść dobrowolnie. Może poszło o to, że jeden drugiego zdradził, zostawił, albo nie chciał być. Bo kompletnie mi tu nie pasuje wersja, że homo zgwałcił hetero. Ba, być może to była jakaś miłosna rozgrywka – wypełniona następnie nienawiścią i chęcią pedalskiej zemsty. Widziałem już w życiu wiele i słyszałem jeszcze więcej. I nawet jako przynależący do gejowskiej komuny – mogę otwarcie powiedzieć iż moja teoria – jest nawet bardziej niż prawdopodobna. Elementy tego środowiska są kompletnie i absolutnie zdolne do takiego zachowania. I nie jest to w najmniejszym calu szokujące.

Co za cudowny kraj i jeszcze cudniejsze miasto? Morderstwa polityczne, peklowane dzieci w beczkach, seryjni mordercy gejów (1988-1992 lub 1994), Pavulon, różnej maści nauczycielki, panowie gwałcący panów – co jeszcze? Czy coś mnie jeszcze zaskoczy? Czekam, czekam na kolejny szok.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Aleluja-Aleluja Hoł-Hoł-Hoł. No i mamy święto Paschy 2011. Czekoladowy królik zniósł kraszanki i ogonem pomalował pisanki. Dość nietypowa to Wielkanoc, obchodzona wraz z kościołem zachodnim. Po raz pierwszy chyba w tym wieku, wszyscy chrześcijanie zrzeszeni w Starych Kościołach przeżywają to święto. Oczywiście ono nie ma żadnego sensu dla ludycznego polskiego katolicyzmu. Mało kto rozumie ideę tego pogańskiego nowego roku, sprytnie przemalowanego na Easter. Bardziej podniecają nas grobowcowe szopki z polityczną paplaniną w tle, tego roku urzekł mnie Tupolew Grobowiec 154M. A z drugiej strony zachwyca mnie w polakach, to jak bardzo szczególnie przy Wielkanocy widać ryt wtórnego pogaństwa. Te wszystkie pisanki, lane poniedziałki, nawet paranoiczne zdobienie palm – w pogańskim stylu – czczące w zasadzie wiosnę. To jest cudowny kraj. Tu problemem nie jest katolicyzm, tylko ludyczny, pierwotny zabobon bardzo głęboko drzemiący pod skórą naszego prostego ludu. Gdyby zamiast Krzyża przynieśli nam Buddę, to też byśmy zbałamucili całą fajowość tego nurtu filozoficzno-medytacyjnego. Już dawno sekta, jaką jest polski katolicyzm – powinna być wyklęta przez Watykan. Zastanawia mnie, kiedy i czy w ogóle pozbędziemy się tej dziwacznej mistyki? Co ciekawe nawet ateiści i wojujący ateiści – mają w sobie coś z tej pierwotnej, pogańskiej, słowiańskiej natury. To jest przerażające jak bardzo mistyczni jesteśmy zagłębiając się we własnych poglądach. Czasem jak czytam jednych i drugich (ultra katolików i ultra ateistów) – to widzę totalny fanatyzm i nienawiść. Za jednymi i drugimi widzę płonące stosy i wbijanie na pal. I gdyby nie pewne normy, to ateiści podpalaliby stosy z pseudo-katolikami, a pseudo-katolicy podpalaliby stosy z ateistami. Obie grupy żywią do siebie nienawiść i pogardę. To podatny grunt pod udaną wzajemną rzeź. Obie grupy nawet w kręgach inteligenckich (choć to dla mnie bardziej para-inteligencja) podjudzają do wzajemnej nienawiści. Jest z nimi tak jak z kibolami wrogich drużyn – uważam że powinno się spędzić jednych i drugich, a następnie pozwolić na wzajemny samosąd. Oczywiście muszę się też uderzyć w pierś, bo żyjąc w tym kraju, obserwując wzrost zabobonnego radykalizmu krzyży, ze strachu zaczynam być bardziej sympatykiem ateistów. Zaczynam dochodzić do wniosku, że to przerażające ale tu nie można być bezstronnym, jeśli nie opowiadasz się jasno po żadnej ze stron – to zaszlachtują cię obie – tak samo parszywym nożem.

Tytuł tego zajebistego kawałka - stał się naszym chwilowym mottem :)

Co nam przyniósł malowany króliczek w jajku ze słomy od Dziadów, co zniosła je Marzanna? Poza ogólną tłustością stołu paschalnego – przyniósł nam triumf życia nad śmiercią. Dokładnie cztery miesiące temu siostra Najukochańszej, ciotka L’ mająca 87 lat doznała udaru. Myśleliśmy że to koniec. L’ jest już ostatnią siostrą Najukochańszej. Opisywałem całą historię jej choroby, hospitalizacji i leczenia. Mimo że nie jest już samodzielną kobietą – wstała na nogi, dała radę, wygrała. Przyjechała wczoraj do nas z U’ na takie nasze anty-święta – wraz z opiekującą się nią córką (U’) nie są katoliczkami. I’ pomógł jej przejść z samochodu do domu – wdrapać się po schodach. Bez pomocy laski, wózka. Jedliśmy i piliśmy dobre winko – życie jest w nas – radość jest w nas! Odnieśliśmy niesamowity sukces. Życie ponad wszystko. I nie żałuję niczego. Żadnego dnia ani godziny. Nawet jeśli dobry stan zdrowia jest tylko chwilowy. To dla radosnych chwil – szczęśliwych toastów, warto żyć i pracować nawet z przypadkiem, który nie rokuje zbyt dobrze. Oczywiście rehabilitacja ciotki dalej trwa. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że osoba w podeszłym wieku nigdy już nie wróci do pełnego zdrowia. Ale czy to oznacza, że należy rezygnować?

Innym prezentem jaki przyniósł nam malowany króliczek, to zaproszenie mojego męża przez jego pracę, do podjęcia para-studiów podyplomowych. Już od maja zaczyna się edukować, w dwa dni w tygodniu. A po niecałym roku będzie specjalistą od „Zdrowia psychicznego w Środowisku”. Jesteśmy bardzo zadowoleni z prezentów jajecznych. Wesoła i obfita to była NocWielka.

23:55, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 kwietnia 2011

Cover FotoGrace Under Pressure – 1984

1.Distant Early Warning 4:57

2.Afterimage 5:05

3.Red Sector A 5:11

4.The Enemy Within 4:36

5.The Body Electric 5:02

6.Kid Gloves 4:20

7.Red Lenses 4:44

8.Between The Wheels 5:44

 

Po kolejnych słabszych numerach, Rush wraca w Kid Gloves to szósty kawałek na albumie. Jeden z moich najukochańszych. Dynamiczny, szybki z brawurową perkusją z niesamowitą gitarową zabawą, szaleńczą wirtuozerią od minuty 2:33, z dynamiczną linią basową. Naprawdę wyjątkowo energetyczny kawałek. Zdaje się, że wyczerpujący cały szał Power Trio. Tutaj syntezatory są na trzecim planie, rządzą żywe instrumenty. To jest to coś, w czym Rush ociera się o Rock’and’Rolla, chociaż bardziej w stylu Rush’and’Rolla. Tak jak w pierwszych trzech numerach po temacie głównym jest chwila oddechu, aby poszczególne sekcje mogły – troszkę zaprezentować swoje umiejętności. O czym jest ten niesamowity utwór. Kid Gloves – to ciekawy i niejednoznaczny idiom – polscy fani tłumaczą go idąc z duchem tekstu W Skórze Dziecka. Nie wiem czy to jest najlepsze tłumaczenie – sam się często zastanawiam jak powinno się rozumieć całość tego tekstu – ja staram się uciekać od dosłowności. Jest to historia dotycząca postawy człowieka w jakimś sensie idealnego według autora. W świecie różnic i setek wpływów, pokonany przez wszystko, lecz wiąż gotowy na więcej – nie czuły na szyderstwo i oskarżenia – pokazuje, że fajnie jest być nieugiętym. Robić swoje pomimo przeciwności. Traktujcie (go) delikatnie, a być może zrozumiecie, że w szkole nie nauczono was wszystkiego. Przyodziejcie swoje łagodne oblicze, a nauczycie się wtedy jak zajebiście jest być takim nieugiętym. Jednak dopiero kiedy dopadną was w złości, która jest efektem niezdecydowania, przeładowania (umysłów i serc) oraz totalnego braku troski o konsekwencje tego co się robi, w złości która będzie biła gołymi pięściami, która będzie grała głupca, która wreszcie założy cierniową koronę i podważy Złotą Zasadę. Wtedy się nauczycie jak ciężko jest być nieugiętym (w swych poglądach). Traktujcie (ich) delikatnie, to będzie wasza broń, nauczycie się jak wychodzić z kłopotów. Przyodziejcie łagodne oblicze, a nauczycie się wtedy jak ciężko jest być takim nieugiętym. Cover FotoTen utwór został dodatkowo obdarzony fotografią „uchwyt z jajkiem”, która miała przedstawiać jednostkę poddaną naciskom zewnętrznym. Cienka skorupka musi być twardsza od metalu – malutka jednostka musi być twardsza od zagubionego zbiorowiska. Podczas trasy R30 w 2004 roku Hugh Syme rozwinął większość motywów ilustrujących okładki i wkładki płyt Rush, w postaci animacji służącej za intro koncertowe. Wtedy też jajko ściśnięte przez uchwyt zamienia się w trzy czerwone kule lub atomy – symbolizujące trio na okładce z albumu z 1987 roku.

Siódmą pozycją jest zabawny i uciekający od konwencji albumu – Red Lenses . Muzycznie jest to inna bajka względem materiału, który dominuje na Grace Under Pressure. Ma w sobie coś z bluesa, coś z różnego rodzaju awangardy – czuć tu poważną inspirację Too Much Information The Police. Jest to najbardziej zakręcony numer na płycie, zaraz po wstępie zaczyna się kompletnie inaczej budowana niż wstęp zwrotka. Perkusja Pearta z początkowo bluesowej zamienia się w jego ulubioną eksperymentalną, czyli słychać go wszędzie w najdziwaczniejszych miejscach i dźwiękach perkusyjnych. Można powiedzieć, że uwielbiam taką perkusję. To jest ogromny atut Rush – nietuzinkowość w podejściu do sekcji rytmicznej – uwielbiam połamane rytmy i perkusję w kompletnie niespodziewanym miejscu i czasie – tak bardzo odcinającą się od definicji rock czy pop. Redefinicja i totalnie inne umiejscowienie siły perkusji i jej przekazu jest elementem charakterystycznym dla Rush, a szczególnie w latach 80-tych. Red Lenses ciągnie jak wilka do lasu stylistyka pop, nawiązuje do niej służący za punkt kulminacyjny fragment (2:04-2:35), który równie dobrze mógłby się znaleźć w co lepszym kawałku, kapeli proponującej bardziej popowe lub taneczne klimaty. Odpowiedzią na ten „pop” jest prawie akustyczna wstawka basu i perkusji (3:15-3:30) – zwieńczona znanym motywem z refrenu. Brzmieniowo rewelacja. Tekst dziwaczny. Oddający podobnie jak Distant Early Warning – stan pewnej presji ponad codziennym życiem. Jasną jest aluzja do „Czerwonych”. Jednak jest też tu ogromna dawka kpiny i żartu – zwłaszcza dla tych którzy mają klucz i orientują się zakamuflowanych znaczeniach. Nie jest to w żadnym calu anagram. To zabawa formą, stylem oraz treścią – w pewnym sensie tworząca logiczną całość. Neil Peart twierdzi, iż inspiracją dla takiej formy tej rymowanki były niektóre konstrukcje i stylizacje poety Thomasa Stearnsa Eliota.

Ostatnim utworem zamykającym Grace Under Pressure jest brawurowy Between The Wheels – nawiązujący ponownie jak wcześniej na Signals do Ernesta Hemingwaya. Neil potajemnie odwołuje się tu do dwóch dzieł pisarza. Do In Our Time (W naszych czasach) – debiutanckiego zbioru nowel z 1925 roku oraz do The Sun Also Rises (Słońce też wschodzi) z 1926 roku. Celem Pearta jest przebudzenie świadomości upływu życia – on jako wychowany na pisarzach „straconego pokolenia” twierdzi, że nadciągają kolejni straceńcy, którzy winę za stracone szanse – zawdzięczać mogą tylko sobie. Jak pokazuje dziś perspektywa 30 lat – obawy Neila Pearta był jak najbardziej słuszne. Pokolenie X, obecne pokolenie Y – które nie potrafią odnaleźć sensu własnego życia, pierwsi stosując totalną abnegację zastanego Świata, a drudzy gubiąc wszelkie normy zatracają się w nierzeczywistości. Peart uważa, że jeśli pokolenie 1898 roku ma prawo być nazywane „Straconym Pokoleniem” w wyniku doświadczeń wojennych, zarówno I jak i II Wojny Światowej, tak następujące po nim pokolenia, powinny powrócić do odbudowy poprzedniego społecznego ładu państw zachodniej cywilizacji. Jednak narodziny po 1945 roku umownych modeli socjalnych, rozbudowywanych rok po roku do niewyobrażalnych rozmiarów, powoduje stopniową demoralizację społeczeństw. To „Stracone Pokolenie” wypaczone przez czasy wojen, chce zapewnić swoim dzieciom i wnukom dobrobyt – dając im zbyt wiele – okradając z samodzielności i zaradności. I o zgrozo, gro tych ludzi (urodzonych po 1945 roku w latach 50. 60. i 70.) zaczyna myśleć o sobie jako o pokoleniu straconym – zagubionym we współczesnym chaosie. To w takich czasach żyje Neil Peart. Zawsze dopieszczony przez rodziców albo ludzi na których można polegać, doświadcza nagłego osamotnienia i bezradności w trudnym roku 1983. Tak widzi społeczeństwo, a w zasadzie miraż jakim jest karmiony, on jak i wszyscy inni. Dobrobyt na kredyt, na koszt państwa, na koszt nas wszystkich. Czyżby dopiero kryzys w latach 2008-2009 pokazał zgubność tej polityki? Myślę, że jeszcze nie! Że kryzys dopiero nas czeka – niestety zapłacimy za niego wszyscy – jak zwykle niesprawiedliwie! Ja nie poczuwam się odpowiedzialny za nic więcej poza sobą oraz ludźmi i czynnikami, za które odpowiedzialność brać mam ochotę!!! A jeśli ktoś mnie zmusza do odpowiedzialności za innych, to jest już pierwszy stopień łamania wolności obywatelskiej i narzucania mi obcej woli.

Cover FotoWracając do tekstu, Neil mówi że żyjemy między młotem a kowadłem, mamimy się, że nadejdą lepsze czasy a teraz trzeba jakoś przetrwać ten przejściowy okres. Gdzieś między wojnami do lepszego jutra. Tymczasem życie, w prawdziwych czasach przecieka nam przez palce, marnujemy je nic nie robiąc, kryjąc się w pościeli i we wspomnieniach ze zdjęć. A naszym celem jest wyjść na niespokojne ulice, zmierzyć się z tym Światem – spróbować wypełnić pustkę. Refren składa się z dwóch osobnych części, pierwsza opowiada o wpadającym nam pod koła króliku (który jest podobny do tego nie-podejmującego wyzwania człowieka) – który z chwilą śmierci widzi całe swoje życie przemykające mu przed oczami, koła czasu już go ominęły. Druga opowiada o tym, że koła (życie, aktywność życiowa, czas) mogą nas zabrać na drogę do realizacji marzeń, możemy równie dobrze stracić wszystko, błagając na ulicy „bracie czy mógłbyś mnie poratować”. Takim ryzykiem obarczona jest decyzja o samodzielnym życiu. Możemy dotrwać kolejnej wojny, zobaczyć kolejny zniszczony Świat i kolejne „Stracone Pokolenie”. Jeśli idzie o muzykę – nietypowo (jak dla tego albumu) zacząłem od warstwy tekstowo-filozoficznej, jest to też jeden z moich ulubionych utworów. Zwykłem nazywać ten utwór pożegnaniem Rush ze stylistyką Rockową. Kolejne dwa albumy będą zmierzały bowiem ku kompletnie innym klimatom – no ale w końcu mamy lata osiemdziesiąte XX wieku. Between The Wheels otwiera krótki iście orkiestrowy wstęp na klawiszach, który będzie się następnie pojawiał w zwrotkach oraz pod koniec kompozycji. Do tego wstępu dochodzi pierwsza solówka Alexa – pełna energii i pasji. Następnie w zmiennych tempach przetacza się cały numer. Zwrotki są znacznie wolniejsze niż refreny, co dodaje utworowi specyficznego Rush’owego posmaku. W środku pojawia się kolejna solówka Lifesona, a na końcu przy akompaniamencie, a w zasadzie przy szale uderzeń Geddy’ego w keyboard, Alex powtarza znów motyw gitarowy ze wstępu. Tak oto odbiega końca dziesiąty studyjny album Rush.

W miesiąc po wydaniu albumu zespół wyruszył w owocną trasę koncertową, która trwała do końca listopada 1984 roku. Zanim to się jednak stało muzycy pożegnali się z Peterem Hendersonem – gdyż nie spełnił ich oczekiwań. Mimo niechęci jaką muzycy odczuwali wobec sesji nagraniowej, album Grace Under Pressure – znów przyniósł niespodziewany sukces komercyjny, pokrywając się platyną w Stanach Zjednoczonych gdzie zajął 10 miejsce na liście The Billboard 200, platyną w Kanadzie gdzie uplasował się na 2 pozycji, oraz srebrem na Wyspach gdzie wspiął się na 5 pozycję na listach. Dziś Rush regularnie wraca do kompozycji zawartych na tym albumie podczas tras koncertowych.

 

Następny odcinek: 10.V.2011

Dla chętnych: Jedyne jakie udało mi się znaleźć wykonanie Kid Gloves z 1984 roku. Następnie w miarę dobre wykonanie Between The Wheels z 2007 roku – kiedyś było świetnie wykonanie z trasy R30 ale je wcięło. Numer trzy to premierowy klip utworu, którego nie opisywałem The Body Electric, powstał on z inspiracji (tekst i muzyka) filmem THX 1138 George’a Lucasa z 1971 roku. Ciekawostką jest to, iż większość materiału z tego klipu wykorzystano w klipie do The Enemy Within. Tym samym rezygnując z klipu do The Body Electric, który się nigdy oficjalnie nie ukazał. I na zakończenie wspaniałe wykonanie ponownie Red Sector A – tym razem z trasy A Show Of Hands z 1988 roku.

środa, 20 kwietnia 2011

Jakiś czas temu napisałem notkę o kolesiu, który prześladował mnie w liceum. Prześladowania dotyczyły mojej orientacji seksualnej. A całość wyszła przy okazji tego, że ów kolega po wielu latach „męki” ujawnił właśnie swoją homoseksualną orientację. Przeżyłem szok. Napisałem notkę elaborat – odnośnie czterech lat mojego licealnego życia – i tego kto się kim okazał i dlaczego tak, a nie inaczej postępował. Ale dość tego. Niepublikowana! Dość mam pisania o przeszłości, o zemście, o nienawiści. Moja zemsta się już dokonała – ciotowska zemsta – jaką mi poradzono. Bo kto mnie krzywdzi musi wiedzieć, że nigdy nie odpuszczam. Tym razem czekałem tylko 7 lat. Stało się – mam złą naturę – nie potrafię odpuszczać, za to nauczyłem się czekać. Dość na dziś żali.

Zamiast pisać o sobie i o tym jak zryto mi psychikę w latach 2000-2004 w głównej mierze za sprawą tej jednej osoby, wyjrzałem dziś przez okno. Przeziębiłem się w sobotę i zostałem uziemiony na tydzień w domu. Dlatego nie mogłem tego dostrzec. Ale dziś to zobaczyłem. Zakwitły mi przed oknem dwie bliźniacze dzikie wiśnie. Pokryły się bielą, która niesamowicie kontrastuje z nasyconą zielenią świeżej trawy. Do tego dziś to wszystko, cudownie oświetliło popołudniowe słońce – szara kamienica naprzeciwko przybrała kolor żółtego piaskowca, ocieplony pistacjowy blok rozjaśniał jakby zamieniając się w jaśniejący seledyn. A duże drzewa na skwerku już zapełniły się setkami listnych zawiązków – które powoli rozwijają się z marcowych pączków. Mamy wiosnę proszę państwa – lepszą niż rok temu, spokojniejszą niż rok temu. Na chwilę mogę odwiesić na wieszaku Koffiego Złego, na chwilę przywdzieję Koffiego Radosnego. Tylko na chwilkę…

wtorek, 19 kwietnia 2011

Cover FotoGrace Under Pressure – 1984

1.Distant Early Warning 4:57

2.Afterimage 5:05

3.Red Sector A 5:11

4.The Enemy Within 4:36

5.The Body Electric 5:02

6.Kid Gloves 4:20

7.Red Lenses 4:44

8.Between The Wheels 5:44

 

Po wydaniu Signals muzycy Rush doszli do wniosku, że brzmienie albumu ich nie zadowala. Wyruszyli następnie w trasę promocyjną, na której niezadowolenie z brzmienia i trudności w wykonywaniu nowego materiału – wprowadziły muzyków w zły nastrój. Odzew starych fanów nie był pobłażliwy, a krytycy miotali się miedzy nienawiścią a uwielbieniem dla nowego wydawnictwa grupy. Podczas trasy dużo rozmawiano na temat przyszłości zespołu, pojawiły się też wzajemne pretensje i pomysły, aby dołożyć czwartego muzyka, gdyż Geddy „miotał się między klawiszami a basem”. Głównie niesnaski pojawiły się między Alex’em Lifeson’em a Geddy’m Lee. Gitara Lifesona na Signals, została zepchnięta na drugi plan – z czym gitarzysta i współautor repertuaru Rush nie chciał się pogodzić. Ostatecznie na początku 1983 roku w Miami na Florydzie – doszło do spotkania muzyków z wieloletnim (od 1974 roku) producentem Terrym Brown’em. Zdecydowano wówczas o zakończeniu z nim współpracy. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego, kogoś z innym spojrzeniem, kto pomoże nam uzyskać nowe brzmienie – wspomina Neil Peart. Rozstanie pełne było obaw. W końcu z Brown’em Rush zrobił przez ostatnie 9 lat aż 11 wydawnictw płytowych. To Brown postawił na nieznany i mało obiecujący zespół – to on go wykreował i wypromował, znalazł grafika, studio, wreszcie i organizował „obozy treningowe” w różnych zakątkach świata, aby chłopcy mogli ćwiczyć, nie patrząc na krytykę nieprzychylnych mediów. To wreszcie wiara (w sens) i ciężka praca tej niesamowitej czwórki (Rush+Broon – ksywa Brown’a) sprawiła, że zespół osiągnął sukces! Na cześć producenta Alex napisał nawet instrumentalną miniaturkę graną na koncertach jako intro do The Trees. Ale chęć zmian po Signals – wzięła górę.

Panowie z Rush nawet się nie spodziewali, że rok 1983 okaże się dla nich jednym z najtrudniejszych w karierze. Otóż poszukiwania nowego producenta okazały się być procesem żmudnym, choć wielce owocnym jeśli idzie o doświadczenie. Szczególnie w drugiej połowie Signals Tour podczas europejskiej części trasy. Przygotowano listę płyt, które według Rush brzmiały odpowiednio, a następnie do ich producentów skierowano propozycję współpracy. Telefony, spotkania, rozmowy i tak w koło. I nic. Pojawiali się owszem, tacy i owacy – którzy albo nie pojmowali czym był Rush, albo nie posiadali tego czego szukał Rush – idei dla ich nowej płyty oraz entuzjazmu.

W końcu na horyzoncie pojawił się Steve Lillywhite. Podpisano z nim umowę i zabukowano terminy, jak to zwykle robił Rush najpierw na dwutygodniową sesję w jakimś kanadyjskim zaciszu, aby zespół mógł z producentem wypracować zarysy kompozycji, a potem w Le Studio, aby pomysły mogły przerodzić się w gotowy materiał. Jednak Lillywhite na początku sierpnia, czyli na dwa tygodnie przed planowanym „obozem treningowym” wycofał się ze współpracy z Rush stwierdzając, że nie jest odpowiednim do tego człowiekiem. Odmowa spowodowana została podpisaniem przez niego kontraktu z grupą Simple Minds. Tym samym Rush został na lodzie.

Cover FotoZapanowała nerwowa atmosfera, nie można się już było wycofać, trzeba było pokonać morowy nastrój i brać się do roboty, skoro się już zapłaciło. Rush w połowie sierpnia wylądował na odludziu i komponował. Brak producenta odcisnął się tym, iż nie było już wolnego czasu na głupawe zabawy sterowanym zdalnie samolocikiem, ani na grę w tenisa. Muzycy pracowali po 14 godzin dziennie, rżnąc dosłownie piłą swoje pomysły na czynniki pierwsze, nagrywając potem wygenerowane pomysły i studiując nagrany materiał. Było to pierwsze tak maniakalne doświadczenie, nieświadomego trudów producenckich zespołu Rush. Po dwóch tygodniach pracy Rush nagrał trzy numery demo, a na kolejne dwa numery rozpisał już partie instrumentalne i teksty. Muzycy byli wycieńczeni. We wrześniu podczas krótkiego tourne – grano owe eksperymentalne numery oraz dopracowano pozostałe pomysły. Tak oto Rush zrobił po raz pierwszy kompletnie własnym asumptem pięć utworów. Pracy tej nie można porównać do nagrywania debiutu w 1973 roku, były to inne czasy oraz kompletnie inna waga zobowiązań względem wydawcy i fanów. Wreszcie kiedy zespół miał już nakreślone wszystkie osiem nowych kompozycji, na tydzień przed Le Studio, pojawił się upragniony producent. Był nim Peter Henderson przybyły do Kanady z Wielkiej Brytanii, wcześniej współpracował między innymi z Frankiem Zappą i King Crimson. Na początku listopada 1983 roku rozpoczęło się żmudne nagrywanie albumu. Entuzjazm z powodu nowego producenta szybko przepadł. Panowie z Rush źle wspominają okres nagrywania dziesiątego studyjnego albumu. Pierwszy raz nagrywaliśmy bez Terry'ego, co przekonało nas jak wielu kłopotów uniknęliśmy dzięki niemu w przeszłości. Przesłanie tej płyty jest dość mroczne i chyba oddaje stan naszego ducha, kiedy nagrywaliśmy ten materiał – wspomina Geddy. A Alex Lifeson dodawał: Peter Henderson był dobrym inżynierem dźwięku, ale jako producent nie sprawdził się. Nie bardzo rozumiał, czego od niego chcemy. Nagrywanie tej płyty zajęło nam sześć miesięcy i czuliśmy się potem jak przepuszczeni przez wyżymaczkę. Był to pierwszy album, po którego nagraniu muzycy chcieli uciec! Kiedy rozpoczął się marzec 1984 roku – wytwórnia wezwała na dywanik muzyków, dając im solidną burę za opóźnienia. Praca nie układała się i okresy owocnej pracy przeplatały się z marazmem twórczym i brakiem możliwości znalezienia odpowiedniego dźwięku. Nad Rush wisiała niesprecyzowana presja. Stąd późniejszy tytuł albumu Grace Under Pressure.

Po długich miesiącach pracy Rush ukończył dziesiąte swe dziecko. Światło dzienne ujrzało ono 12 kwietnia 1984 roku, jako album Grace Under Pressure. Okładkę albumu namalował Hugh Syme – po konsultacjach z Peart’em. Neil poprosił Hugh o to, aby ten przedstawił swym obrazem “trudności”. Fotografię grupy wykonał słynny kanadyjski fotograf królów, papieży, aktorów i polityków Yousuf Karsh.

Muzycznie Grace Under Pressure znacznie się różni od Signals i Moving Pictures – i jest to równie znakomity album, co dwa poprzednie. Przede wszystkim wraca gitara, jej brzmienie jest bardzo surowe, Alex twórczo zapożycza technikę gry Andy Summers’a z The Police –udało mu się na Grace Under Pressure uzyskać efekt oddzielenia brzmienia gitary od partii basu i linii rytmicznej Pearta. Ten zabieg poszerza horyzonty brzmieniowe – robi się przestrzennie – przez co agresywna gitara Alexa zdaje się być bardziej dominująca. Niektórzy twierdzą, że Alex gra aż „ciary przechodzą”. Oj przechodzą!!! Geddy nie zamierza odpuścić syntezatorom – jest ich na tym albumie równie tyle, co na Signals. Praca bez producenta właściwie owocuje tym, iż między syntezatorami a gitarą dochodzi do dziwacznej równowagi – oba instrumenty uzupełniają się kompletnie. Raz gitary, raz klawisze potem razem i znów wymiana – daje to bardzo interesujące brzmienie. Bardziej power-rockowe są też partie basu, a bębny jak zwykle są nad-aktywne – Neil zresztą zaczyna używać elektrycznej perkusji Simmonsa – co słychać pośród jego wirtuozerii. Po wycofanym wokalnie Signals, wraca wreszcie Geddy Lee – w kilku numerach jego wokal jest naprawdę przejmujący, no i o wiele bardziej ekspresyjny niż na ostatnim albumie.

Płytę otwiera znakomity Distant Early Warning – pokazujący już na początku, z czym się Grace Under Pressure je. Otwiera go mini-intro naśladujące jakby podmuch silnego wiatru lub nadciągający kosmiczny statek, potem krótki wstęp z już słyszalną charakterystyczną gitarą, żartobliwie przez zespół przyprószony dwoma trzaskami. Po tym wreszcie następuje właściwy wstęp – klawisze jak kościelne organy gonią gitarę, następnie zwrotka z mocnymi szarpnięciami gitary. Oczywiście progresje akordowe to nie koniec zabawy w tym utworze, interesujący finał i różne efekty oraz refreny – dają całokształt niesamowitego i uwielbianego przez fanów na koncertach numeru. Treść utworu opowiada o codzienności w której żyjemy, główną inspiracją dla Neil’a były wydarzenia roku 1983. Na świecie zestrzelenie przez ZSRR koreańskiego samolotu, na pokładzie którego zginęło 269 osób. Na domowym podwórku – śmierć przyjaciela, rozpad relacji zaprzyjaźnionych znajomych, choroby bliskich, oraz mimo wszystko pokrzepiające i dające nadzieję trwanie w tych trudnych czasach „w codziennej chwale trudów” innych znajomych. Neil uważa, że zatapiając się w szarej codzienności nie powinniśmy tracić czujności. Ciągle powinniśmy być wyczuleni na mogące nadejść zagrożenia. „Czerwony alarm” – był wówczas takim niebezpieczeństwem. Peart zastanawia się nad tym, jak ciężko być ze sobą razem w trudnych czasach i przejawia troskę o bliskich. „Martwię się o was, choć niewiele mogę zrobić” – próbuje powiedzieć. Wisi jak satelita, wokół pewnych spraw. Próbuje sygnalizować i choć wie, że tu już przegadane, że prawda nie jest prawdą, to i tak będzie to mówił – teraz i dziś – kiedy mu jeszcze zależy. Jutro bowiem może mieć już na to wyjebane, może już stracić to czego teraz nie dało się uratować. Świat mu ciąży w ramionach, jest bezsilny, bliscy doprowadzają go czasem do wściekłości i widzi czasem problemy, jakie ich trapią. „Martwię się o ciebie Absalomie” – kończy! Kto zna tę historię ten wie, jakim tragizmem jest naznaczona miłość ojca ponad wszystko do syna, ponad zdradę. Miłość bezradna, która nie zdołała ocalić syna od śmierci. Taką bezradność przejawiają uczucia Peart’a. To nie znaczy, że on nie chce pomagać bliskim, tylko zwyczajnie czasem nie może, a czasem mu nie wolno się wtrącać.

Afterimage – to druga kompozycja na tym albumie. Moim zdaniem jest to najlepsza kompozycja z Grace Under Pressure. Zaczyna się 30-sto sekundowym instrumentalnym jazgotem, w którym dominuje bardzo agresywna gitara Alexa, po czym nagle tuż po wejściu wokalu całość zostaje przełamana klawiszowo-gitarowym „tańcem”, kompletnie gwałcącym cały klimat wstępu. Następują po sobie zwrotki i refreny – Geddy śpiewa z wielkim wczuciem – szczególnie, że temat jest mocno osobisty i dotyczy w pewnym sensie całego zespołu. Od minuty 2:25 wchodzi klawiszowe rozmycie całego tematu, Alex bawi się gitarą w tle. Można poczuć przestrzeń, Geddy rozciąga ją aż do minuty 3:15, kiedy gitara wychodzi na plan pierwszy. Alex rozpoczyna jeden z najbardziej emocjonalnych popisów, jakie ma na swoim koncie, towarzyszy mu też wówczas bardzo dynamiczny Neil Peart, grający subtelnie jeden ze swoich ulubionych perkusyjnych riffów na hi-hat’cie i talerzach, uderzając sporadycznie w werbel, aby po chwili w finale przenieść cały ciężar swojej gry na potężniejsze brzmieniowo instrumenty perkusyjne. Trio gra z niesamowitą pasją – z większym niż zwykle zaangażowaniem. Wynika to z tekstu. Neil’owi w roku 1983 umiera przyjaciel Robbie Whelan (współpracujący jako dźwiękowiec z Rush), z którego śmiercią trudno się perkusiście pogodzić. Pisze niesamowity tekst ku pamięci bliskiego. Jest to zaskakujące wspomnienie ateisty, niewierzącego w nic ponad jedyne życie. A tymczasem wspominając przyjaciela Neil – irracjonalnie i kompletnie niezrozumiale, czuje jakby zmarły był wciąż obecny. Mówi, że próbował Uwierzyć, ale nie jest dobra wiara w coś, czego się nie da zrozumieć. I choć dalej nie rozumie czemu, to czuje tak jakby mógł czuć jego zmarły przyjaciel. Może to siła ogromnego bagażu wspomnień? Bagażu wzajemnych przeżyć? Za kilkanaście lat Peart wróci do tego tekstu, jak do samospełniającej się wyroczni.

Trzecim utworem jest Red Sector A – i nie jest to numer o starcie promu kosmicznego. W owym sektorze rzeczywiście byli muzycy Rush, podczas startu promu Columbia 12 kwietnia 1981 roku. To utwór odnoszący się do Holocaustu. Konstrukcja muzyczna tego numeru jest podobna do dwóch poprzednich – poszarpana gitara i klawiszowy temat. Jednak tym razem nie pojawia się nawet na sekundę bas. Utwór oparty jest na rytmicznym, wręcz tanecznym rytmie w stylu ska. Geddy tylko w oparciu o syntezator generuje prosty basowy podkład, który ciągnie się bez zmian przez prawie cały utwór, na drugim syntezatorze konkuruje z gitarą Alexa – która zawsze dopowiada ostatnie sowo. Partie Pearta w zwrotkach wydają się być zaprogramowanymi przez automat, zmienia się to w partiach para-refrenów, wtedy Neil zaczyna stukać-pukać troszkę jakby bez celu, nie składnie to tu, to tam w swoim perkusyjnym transie – szczególnie słychać to po popisie Alexa. Wielu zachwyca się wysmakowanymi partiami gitary Lifesona w tym numerze. Jest to historia jak wcześniej wspominałem o Holocauście, oparta na wspomnieniach mamy Geddy’ego Lee. Maria Rube(i)nstein poznała swego przyszłego męża (Morrisa Weinriba) w obozie pracy w 1941 roku. Do tego obozu trafiła najprawdopodobniej z Getta w Sosnowcu. Z obozu pracy rodzice Geddy’ego trafili do Auschwitz gdzie ich rozdzielono. Maria została wysłana do Niemiec do Bergen-Belsen, tam też w kwietniu 1945 roku doczekała wyzwolenia przez armię USA. Zagłodzony obóz był koszmarnym obrazem nazistowskiej zbrodni. Maria nie potrafiła uwierzyć w to, że jest wolna, że przetrwała – w tym samym roku odnalazł ją Morris i oboje wrócili do Polski, z której za kilka lat wyemigrują do Kanady. Ta historia zainspirował Pearta do napisania tekstu do tego utworu. „Wszystko co możemy zrobić to przetrwać” – takim mottem zaczyna się ten smutny tekst, obrazujący obóz koncentracyjny i niewiarę w wyzwolenie. Matka Geddy’ego Lee ma dziś 85 lat i jak mówi jej syn: she's still going strong. Mimo ciężkiego tematu, jest to jeden z najczęściej granych utworów na koncertach Rush.

 

Następny odcinek: chciałbym aby ukazał się do piątku 22.IV.2011, abym sobie mógł zrobić dwutygodniową przerwę świąteczno-majówkową!

Dla chętnych: Klip do Distant Early Warning na początek – plotka głosi że chłopczyk w piaskownicy to syn Geddy’ego Lee – Julian Weinrib. Geddy wielokrotnie ją dementował! Następnie genialne wykonanie Red Sector A z trasy promującej ostatni album. Trzecia propozycja to kolejny klip (kurcze odkrywam klipy Rush dzięki tej serii) Afterimage. A na zakończenie ten sam numer od wiernej fanki Rush – zawierający piękne fotki – zwłaszcza jedną ze spotkania zespołu z leciwym już Karsh’em.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Nie ma cudów. Ale cudów się nikt nie spodziewa. Mimo wszystko chcielibyśmy się odciąć od gejów miśków, nie dążymy też do gejów lalusiów. Wybieramy swoją drogę gejów zrównoważonych. Pospolitych gejów polskich, choć najbardziej oryginalnych pod słońcem. Kroczyć chcemy głównie ku tak zwanemu „zdrowiu”. Za chwilę szósty miesiąc bez dymka – trudno jest i było. Nie ciągnie mnie już do fajek nawet w lokalach olewających zakaz palenia. Dostaję tylko czasami, niespodziewanie mega ataków nerwowych – które szybko mi przechodzą…

Waga: 179.5 kilogramów, było 183

Talia: 210 centymetrów, było 215

Wzrost: 348 centymetrów.

piątek, 15 kwietnia 2011

A dziś wieczorem idziemy na… I mówią, że Izabela Noszczyk obroniła się lepiej w tej roli niż Krystyna Janda.

środa, 13 kwietnia 2011

Co ci ludzie z Nimi robią? Agent Tomek na otwarciu wystawy w Parlamencie Europejskim mówi „że Polska jest zagrożona”. Czym do cholery Polska jest zagrożona? Chorymi psychicznie pseudo-prawicowo-socjalistycznymi politykami? To naprawdę jest paranoja! I mimo że większość ma tych małych ludzi głęboko… To zadziwia mnie fakt, że rośnie w szybkim tempie sprzedaż tzw. prawicowych tygodników, że ktokolwiek się zetknie z małym guru albo z jego psami – ten doznaje jakiegoś dziwacznego prania mózgu! Co ci ludzie z Nimi robią? Nie chcę nawet myśleć! To pewnie był zakamuflowany krzyk o pomoc Agenta Tomka – „polska jest zagrożona, małymi ludźmi, mi już wyprali mózg, ludzie nie dajcie się, nie dajcie, nie dajcie się k-wa!!!”

 
1 , 2