o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
środa, 28 kwietnia 2010

Jako prawy obywatel mojego miasta, czuję się zobowiązany do wzięcia udziału w tej akcji! Dla niemających wiedzy, to jeden z wice prezydentów miasta naszego z zarządu komisarycznego – który chce zamordować kolejny wolny od samochodów plac w naszym mieście! Dokonując legalizacji!!! Ma też inne ambitne plany – które wzbudzą już za chwilę protesty, ale mniejsza z tym… Ten młody polityk SLD – jeden z organizatorów referendum, przeciwko byłemu prezydentowi, odwołanemu w styczniu tego roku – obiecywał wiele, zrobił mało! Ma apetyt na Urząd! A jego poczynania, swoją zuchwałością przypominają minioną epokę! Właśnie dlatego GPO – czyli bojownicy o normalność – zrobili to:

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Eh może za rok Festiwal będzie lepszy! Na pewno było lepiej niż w 2009 roku. Ale atmosfera jakaś taka dziwna, mało osób i tak dość mizernie! Spotkania bardzo amatorsko zorganizowane… Ale spokojnie – oprawa techniczna na najwyższym poziomie, widać trochę grosza wpompowanego w katalogi, informatory i specjalny komiksowy przewodnik po Warszawie……

Rok 2010 naprawdę wprowadził mnie w stan osłupienia – z wielu powodów; politycznych, rodzinnych, zawodowo-edukacyjnych, zdrowotnych… I szczerze wam powiem, że w każdym aspekcie mojego życia – jestem w kompletnym lesie! Nie mam nic! Żadnych planów, realnych terminów, tylko wszystko jest coraz droższe i ja coraz grubszy!

Odżywają stare znajomości i przyjaźnie; szczególnie cieszą mnie te najstarsze – z ludźmi, którzy są de facto już jak rodzina… Zaskakuje mnie też to, że coraz częściej zdarza mi się zamienić słowo z ludźmi, których traktowałem przez ostatnie lata, jako śmiertelnych nieprzyjaciół… To bardzo pozytywne. Jako człowiek z natury nieufny i podejrzliwy – pewnie nie dam tym ludziom nigdy żadnego mandatu zaufania – co nie znaczy, że nie cieszą mnie – swego rodzaju wymiany zdań i poglądów, czy jakieś drobne uprzejmości…

W miarę odradzania się niektórych kontaktów – niektóre stygną i umierają. Cóż to naturalny proces – który każdy chyba przechodził w życiu. Zresztą nie mam teraz czasu na dbanie o wszystko, priorytetem są ludzie, po których będę płakał na ich pogrzebach i wzajemnie… Zresztą zawsze wierzyłem w okresowość relacji między ludzkich – śmierć jest zjawiskiem – ogromnie motywującym, swoistym czynnikiem życiodajnym…

Eh…, zasłuchu-ję(jemy) się w Czesławie Mozilu – i w jego dwóch płytach – jakiż to relaksujący klimat…

„Swoje ciało umieszczam w sukience.

Wkładam nogi, piersi i ręce,

ale głowę zostawiam na stole

bo bez głowy na miasto iść wolę.

Bo bez głowy na miasto iść wolę!”

Czesław Śpiewa - W Sam Raz

Pop (2010)

A i jeszcze jedno – poraziło mnie po prostu – jestem w cudownym szoku – Vedrana Rudan! I mam na myśli poza polskimi wydaniami jej prozy – najnowszą jej książkę; „Kad je žena kurva / Kad je muškarac peder.” Z której dostępnych jest w polskim tłumaczeniu, tylko kilka esejów. Ale wystarczy przeczytać fragment – aby zostać wbitym dosłownie w glebę! Już abstrahuję od jej wulgarnego języka – ale to zabieg celowy! Jej obserwacje i trafne oceny – tak oczywiste, że czasem boimy się wypowiadać je głośno – a autorka wali nimi po łbie i między oczy, jak zwykle nie oszczędzając samej siebie również…

14:14, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 kwietnia 2010

FKW

Notka ta miała ukazać się ponad tydzień temu. Miała opisywać radosne wydarzenie – które miało się rozpocząć 19 kwietnia. Jednak wypadki które zaszły i związana z nimi żałoba narodowa, a potem jeszcze pył wulkaniczny, powodujący blokadę komunikacyjną Europy, o mały włos wydarzenia tego nie zabił. W dość nadszarpniętym stanie, ale jednak festiwal się odbędzie. W kwadratowych nawiasach wpiszę aktualizacje, nie kasując nic z pierwotnego tekstu.

W przyrodzie nic nie ginie. Ta mądrość jest jak najbardziej adekwatna, do życia komiksowego środowiska warszawskiego! Nie wiem czy nie mniej niż miesiąc temu, pisałem o śmierci Warszawskich Spotkań Komiksowych (WSK), które odbywały się w latach 2001 – 2009. A tu już w połowie Kwietnia, odbędzie się całkiem nowe wydarzenie o dumnej nazwie Festiwal Komiksowa Warszawa (FKW). Wydawać się może, że jest to tylko inna nazwa na tą samą imprezę. Ale nie do końca. Pomysł by stworzyć porządną imprezę w Warszawie narodził się już dawno, WSK w głównej mierze robiła grupa zapaleńców, skupiona wokół księgarni Centrum Komiksu. I mimo najlepszych chęci naprawdę nie mieli oni siły przebicia, a walka o kasę z władzami Warszawy – tego aglomeracyjnego molocha – była zwykle z góry przegrana!

Dlatego też na ostatnim MFKiG w Łodzi – powstał specjalny panel dla stworzenia grupy inicjatywnej, co by Warszawę reanimować. Utworzono podwaliny statutu i organizacji – Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego (PSK). Przez kolejne pół roku działo się i działo. I oto PSK wraz ze Stowarzyszeniem Twórców „Contur” (nomen-omen jednym z najciekawszych naszych regionalnych dziatek), oraz Cafe Spokojna – zorganizowało w dniach 17-18 [24-25] kwietnia 2010 – nowy festiwal.

Jeśli ostatnie WSK otwierały się i zamykały, tylko na nienadzwyczajnej giełdzie – którą sobie można bez okazji zorganizować nawet w Koziej Wólce, chociaż wystawców poza wydawcami krajowymi z roku na rok jest mniej, to nowa impreza ma aspiracje by stać się festiwalem podobnym do MFKiG. Czyli zgrabnie połączyć giełdę, spotkania z wydawcami komiksów i czasopism, spotkania z zaproszonymi gośćmi (rysownikami, scenarzystami, wydawcami zagranicznymi), sesjami autografów jak również z licznymi wystawami i częścią powiedzmy afterparty, w jakimś wyznaczonym lokalu.

Jednym z ciekawszych wydarzeń FKW będzie tak zwane wyjście z komiksem w miasto – czyli otwarcie licznych wystawy sztuki obrazkowej, między innymi w galeriach i kawiarniach: Cafe Spokojna, Chłodna 25, Regeneracja, Kwangarda, Szczotki Pędzle, Powiększenie. Zobaczyć będzie można komiks belgijski „Jazz Bulles Blues”; komiks japoński; wystawę prac Jakuba Rebelki; „Życie pod sankcjami” – Alexandar Zograf’a; 45-89 komiks za żelazną kurtyną; wystawę laureatów Grand Prix MFKiG; wystawę prac Ratmana; wystawę „Kowalski po francusku”; „Powstanie ‘44”. [Z przyczyn niezależnych niektóre z wystaw się nie odbędą, zostaną przesunięte na inne terminy, lub czas ich trwania uległ zmianom].

Część główna imprezy, oby już na stałe odbędzie się w Centralnym Basenie Artystycznym przy ulicy Konopnickiej 6. WSK od zawsze miało problem z budową swojej siedziby – nigdy też, na stałe się nie ulokowało, brak miejsca bardzo obniżał jakość imprezy, stąd moje serdeczne życzenia dla FKW, aby zakotwiczyło w Basenie.

Goście! Tak festiwal będzie miał fajnych gości! Nie będzie ich wielu ale na początek to bardzo dobrze – oby w kolejnych latach było ich więcej i więcej!

Jeff Lemire [Prawdopodobnie z powodu problemów lotniczych nie przybędzie do Polski]

Ur. 1976 r. Urodził się i wychował na farmie w kanadyjskim hrabstwie Essex. Zadebiutował komiksem „Lost Dogs” w 2005, wydanym własnym sumptem dzięki wsparciu Xeric Award. Po sukcesie wydanych przez Top Shelf „Opowieści z hrabstwa Essex” opublikował w Vertigo powieść graficzną „The Nobody”. Obecnie pracuje nad serią „The Sweet Tooth” dla Vertigo oraz nad nową powieścią graficzną „The Underwater Welder" dla Top Shelf. W 2008 roku otrzymał Nagrodę Schustera dla najlepszego kanadyjskiego autora, Nagrodę Doug Wrighta dla najlepszego nowo objawionego talentu oraz prestiżową Nagrodą Alexa przyznawaną przez American Library Association. Mieszka w Toronto z żoną i synem.

Piotr Kowalski

Ur. 1973 r. Warszawski twórca komiksowy, który od lat publikuje swoje prace w miesięcznikach: „Nowa Fantastyka”, „Fenix”, „Złoty Smok”, „Magia i Miecz”. Rysuje storybordy do filmów i reklam, wykonuje plansze i projekty postaci do gier fabularnych, pracuje dla TVP przy filmach animowanych oraz maluje okładki. Ponadto gra na basie w warszawskiej grupie „Brainstrust”. Komiksem interesuje się od najmłodszych lat. Kilka jego shortów zostało wydrukowanych przez „Nową Fantastykę”, „Feniga” i „Świat Komiksu”. Wydał w Egmoncie serię „Gail”, a obecnie pracuje dla francuskich wydawnictw. Na rynku ukazuje się obecnie „Wydział Lincoln”, do którego stworzył rysunki.

Mateusz Skutnik

Ur. 1976 r. Płodny twórca z Trójmiasta, który z zawodu jest animatorem flash i grafikiem komputerowym. Pierwsze komiksy zaczął rysować już w dzieciństwie, ponieważ wydawało mu się to wtedy bardzo proste. Z czasem zmienił swój pogląd na to medium. Wydawał własnego zina komiksowego zatytułowanego „Vormkvasa” , ale jego prace znajdzie się w „AQQ”, „Krakers”, „Znakomiks”, „Katastrofa”, „Ziniol”, „KGB”, „Rita Baum", czy „Świat Komiksu" oraz za granicą w „Stripburgerze”, „Kick in the Brain Magazine”, „Le Velo 33b” i „Aargh!”. Największym jego sukcesem jest seria „Rewolucje” – pierwsze 4 tomy wydał Egmont, piąty ukazuje się w tej chwili nakładem Mroja Press. Jedną z „rewolucyjnych” opowieści – „Kinematograf” – przenosi na ekran w postaci animowanego filmu Tomasz Bagiński ze studia Platige Image, twórca osławionej „Katedry”. Jest autorem tak znanych albumów jak „Blaki”, „Pan Blaki”, „Morfołaki”, „Alicja”. Oprócz tworzenia komiksów, Skutnik jest autorem wielu absolutnie genialnych zręcznościowych i logicznych gier flaszowych.

Paweł „Pawka” Kłudkiewicz

Ur. 1978 r. Warszawiak. Jest z wykształcenia architektem, pracuje jako rysownik i ilustrator. Pierwsze komiksy zaczął rysować w wieku 26 lat, debiutował zaś w Antologii Piłkarskiej (Kultura Gniewu – 2005). Współpracował m.in. z Focusem, Lampą i portalem Babaryba.pl. Jego prace były prezentowane na wystawie podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksowego w Łodzi oraz na wystawach indywidualnych w Warszawie i Olsztynie. Mieszka i pracuje w Warszawie. Jest globalnym patriotą, miłośnikiem backpackingu ze szczególnym uwzględnieniem Azji.

Miś Misza jest jego pierwszym komiksem. Świat w nim przedstawiony to mieszanka klimatu cyberpunk, historii spod znaku Agenta 007 oraz uwielbienia autora dla klasycznego francuskiego komiksu spod znaku Asteriksa czy Valeriana.

Agata Bara

Urodzona w 1982 r. w Polsce, wyjechała do Niemiec, kiedy miała pięć lat. Zawsze jednak ciągnie ją za granicę, dlatego mieszkała już w Stanach Zjednoczonych i teraz na jakiś czas znowu w Polsce. Pracuje jako ilustratorka książek dla dzieci i młodzieży. W czasie wolnym realizuje własne projekty. Studiuje ilustracje w Essen i uczyła się komiksu u Ulfa K. „Leviathan” to jej komiksowy debiut.

Maciej Łazowski

Urodził się w 1985 r. w Piotrkowie Trybunalskim. Swój pierwszy komiks narysował, zanim nauczył się pisać. Przygodę z tym medium kontynuował w szkole podstawowej, rozprowadzając wśród znajomych kserowanego zina własnej roboty oraz publikując rysowane kredkami plansze w magazynie o grach „PSX Extreme”. W 2005 r. jego „Morderstwo w hotelu” zdobyło drugą nagrodę w konkursie na krótką formę komiksową na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi. Wraz z Bartoszem Szymkiewiczem stworzył webkomiks „Bug City” (2006-2008), częściowo wydany drukiem wraz z dłuższą historią pt. "Miasto, miłość, morderstwo”. Duet ten jest odpowiedzialny również za ukazujący się od 2008 r. trzy razy w tygodniu webkomiks „Hell Hotel”. Łazowski ukończył komunikację wizualną na Wydziale Wzornictwa Wyższej Szkoły Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jako freelancer zajmuje się designem i ilustracją.

Trzymam kciuki za FKW. Za tą pierwszą dość pechową odsłonę – oraz za wszystkie kolejne!

FKW Plakat

niedziela, 18 kwietnia 2010

„Rok 2010 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”. Ot klasyczny i durny cytat – zamienia się na naszych oczach w historyczną prawdę. Niespodziewane!

Tragiczna śmierć w symboliczną rocznicę i symboliczny pochówek, z niesprzyjającą nadzwyczajną aurą wybuchu wulkanu Eyjafjöll, który zablokował niebo nad Europą, po raz pierwszy od lat 40tych XX wieku. Wszystkie te złowieszcze znaki – zaczynają kreować nową polską neoromantyczną legendę. Legendę prawicowego prezydenta, męża stanu, który poległ na służbie w miejscu, w którym jakoby same złowrogie dzieje, naszego narodu wyciągnęły po niego swe pazury.

Oczywiście cały powyższy akapit jest moją celową przesadą, ale kiedy w czwartek 15go kwietnia staliśmy z mężem 16 godzin, od ósmej rano w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu w kolejce do pałacu Namiestnikowskiego, by pokłonić się przed trumnami. – Rozgorączkowany nieskończony tłum – żywo kreował ową nową legendę. Historię prawicowego pomazańca, zamordowanego przez los albo Rosjan, którzy podobno dobijali z kałasznikowów tych, którym udało się przeżyć. Historię nienawiści wobec przeciwników Wawelu, nienawiść do PO, do rządu i premiera. Tłum wzywał Jarosława – o którym Rokita mówi, iż stał się Hiobem Narodu Polskiego – do kontynuacji misji brata!

Rokita twierdzi, że są teraz dwie drogi – albo przebudzenie i wykpienie Hioba, albo narodziny współczującego fanatyzmu – który doprowadzi w najgorszym przypadku do radykalnego wzrostu dla PiS, tudzież zagrozi kandydaturze Komorowskiego w czerwcowych wyborach. Na pewno jednak – trumna Wawelska – będzie jak bumerang powracała do naszej codzienności politycznej i to już za chwilę i przez kolejne lata. Oby to wszystko było wyssanym z palca czarnowidztwem, bo jeśli cokolwiek z tych wieszczeń się sprawdzi, to do widzenia – minimum na kolejną dekadę, albo dwie – problemie LGBT, do widzenia romantyczna wizjo równości i wolności wszystkich obywateli. Bo zabraknie czasu, bo to nie będzie odpowiedni moment, bo to nie będzie w dobrym tonie…

Nie ważne co się stanie – nie ważne kiedy, wszystko co przyniosą nam dni i tygodnie po zakończeniu tej żałoby, będzie niezwykle ciekawe, zasadniczo nowe i na pewno pełne emocji. Nie będziemy się nudzić, a wszystkie omeny i pseudo omeny, ten mit narodowy – nie dadzą nam spokoju, myślę że przez kolejne lata, na pewno nie w polityce. Oby kultura spoglądać mogła w dal, a nie wstecz – choć też wątpię!

PS. Przybyła delegacja z Rosji! Czy i to nie stanie się kolejnym symbolem, pośród większości odwołanych delegacji Europejskich oraz USA?

środa, 14 kwietnia 2010

Wawel?

No i stało się to, czego mogliśmy się spodziewać. Doszło do sporu o miejsce pochówku tragicznie zmarłego Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Czy to oznacza koniec żałoby? Czy to oznacza, że my Polacy zawsze musimy się tragicznie dzielić i bić – wydając się tym samym na międzynarodowe pośmiewisko? Chyba tak! Taką mamy naturę!

Jednak w obecnym czasie – powinniśmy zachować daleko idącą powściągliwość. Dość emocji z jednej i z drugiej strony! Zastanówmy się jak wyjść z tego sporu z twarzą!

Po pierwsze nie ma tradycji chowania na Wawelu prezydentów! Prezydenci polski spoczywają w Warszawie! Po drugie Warszawa jest stolicą Polski, a nie Kraków! Miejscem pochówku prezydenta Kaczyńskiego powinna być Katedra w Warszawie! Po trzecie Lech Kaczyński związany był nierozerwalnie z Warszawą, z jej tradycjami i pamięcią Historyczną.

Jakie są powody (nieważne już kogo – ale łatwo się domyślać) pochówku prezydenta na Wawelu? Pierwszym powodem jest decyzja polityczna – bo stanie się to niejako symbol prawicy. Być może przyczynek do wybuchu histerii prawicowej. To jest jedyny ratunek dla scalenia i utrzymania przy życiu PiS. Drugim powodem może być precedens, nie chowano też na Wawelu zwyczajowo – generałów-premierów, marszałków-dyktatorów, ani książąt niemających praw tronowych, poetów (co swoją drogą jest najbardziej irracjonalnym miejscem). Wobec czego, dlaczego nie prezydenta? Szczególnie takiego, któremu dziś udowadnia się bycie mężem stanu, wybitnym działaczem Solidarności, potem członka Okrągłego Stołu, twórcę Muzeum Powstania Warszawskiego, itd…

Nie popieram Krakowa jako – miejsca pochówku dla Lecha Kaczyńskiego – mimo to staram się rozumieć – stronę której na tym zależy!

Decyzja jednak już zapadła i jest nieodwołalna – nic tego nie zmieni! Doszło do protestów! Ale czy nie było ich w 1922 nad trumną Narutowicza? Ale czy nie było ich w 1935 nad trumną Piłsudskiego? To niestety MY – Polacy!

Uważam za profesorem Nałęczem – że wychodzenie na ulice i protesty, są w obecnym czasie niesmaczne, to nie jest czas i miejsce na tego typu wymianę poglądów. Tak się stało – jest precedens – ten wybór powinna ocenić historia i już tylko ona ma do tego prawo!

Na tle Warszawy – Kraków wygląda niestety w tych dniach – bardzo źle!

Szkoda, że nie potrafimy się choć odrobinę, wznieść ponad to wszystko – trudno! Ale zachowajmy godność! Oczywiście po prezydencie Kaczyńskim – zapewne nieuchronny będzie kolejny Wawelski pochówek już za kilka lat, ale wobec tego – niepotrzebnego precedensu – być może stanie się to koniecznością! Tak jak Słowacki z Mickiewiczem, jak Piłsudski z Sikorskim, tak Kaczyński z …………….

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Nie mogę zebrać myśli. Cały czas wydaje mi się to takie nierzeczywiste. Jeszcze niedawno byli częścią zwykłej szarej rzeczywistości, byli osobami lubianymi i znienawidzonymi, podziwianymi i wyszydzanymi. Nieważne są moje sympatie i antypatie polityczne, ponieważ w obliczu tej tragedii należy mówić o śmierci ludzi, a dopiero później możemy myśleć o pełnionych przez nich funkcjach. I właśnie to wydarzenie poruszyło mnie bardziej niż kiedykolwiek myślałem, że będę do tego zdolny.

I tak płaczę nad setką osób, które zginęły tragiczną śmiercią. Płaczę nad śmiercią osób cenionych za to kim były i jaką funkcję pełniły, osób kochanych przez swoich bliskich. Płaczę nad odejściem osoby, która reprezentowała nas Polaków, która była symbolem czegoś ważnego – nad prezydentem Lechem Kaczyńskim. I choć nie byłem jego sympatykiem politycznym, w wielu kwestiach się z nim nie zgadzałem, to teraz przestało być to ważne, a wielki żal i smutek wypełniają moje serce. Gdy miną najbliższe dni, gdy tylko minie okres żałoby, rozpocznie się dla nas i naszej demokracji wielki sprawdzian. Pokaże nam on jak bardzo dorośliśmy do tego, co nazywamy wywalczoną wolnością i niezależnością.

Płaczę nad jego żoną Marią Kaczyńską, która niezależnością w swoich poglądach, często tak odbiegających od poglądów środowiska politycznego, z którego wywodził się jej mąż zjednała sobie mój podziw i moją sympatię.

Płaczę nad tymi osobami, które były mi szczególnie bliskie jako politycy i które bardzo ceniłem w tej roli. Nad Jerzym Szmajdzińskim, na którego zamierzałem oddać głos w najbliższych wyborach prezydenckich, nad Izabelą Jarugą-Nowacką przyjaciółką i obrończynią społeczności LGBT, oraz ich koleżanką partyjną Jolantą Szymanek-Deresz.

Płaczę nad innymi osobami z feralnego lotu – urzędnikami uczciwie wypełniającymi swe obowiązki i osobami, które leciały w miejsce pamięci kaźni swych bliskich.

Ze szczególnym bólem myślę o rodzinach wszystkich tych osób, które zginęły w tej katastrofie. Sam straciłem ukochanego dziadka, który zmarł po długiej chorobie, ale pomimo tego mogę się tylko domyślać, co one przeżywają w takiej chwili. Mój szok i ból jest niczym w obliczu straty, jaką poniosły te rodziny.

[*]

Żegnam was z niewiarą, w to co się stało - I.

10 kwietnia 2010 roku – nasz kraj stanął wobec największej katastrofy w dziejach III RP. A może nawet w dziejach naszego parlamentaryzmu. Choć patrząc głęboko wstecz na historię naszego kraju – nie widzę podobnej hekatomby. Może poza wybuchem Drugiej Wojny. Choć i wtedy w jednym dniu, nie zginęła tak liczna grupa przedstawicieli elity rządzącej naszym krajem, oraz generalicji.

To jest tragedia, której nie potrafię ogarnąć, nie potrafię się z nią pogodzić, nie potrafię jej zrozumieć. To jest tragedia, którą wciąż próbuję wyprzeć, tak jak dziś rano, kiedy po długiej nocy miałem wrażenie, że to wszystko, co się wydarzyło to tylko koszmarny sen.

Ale to nie jest sen! Snem nie był wczorajszy marsz z placu Wolności pod Katedrę, w którym szły tak nieprzebrane tłumy, że nie mogłem ogarnąć wzrokiem początku ani końca tej milczącej demonstracji – jedności. Nawet stearyna nie parzyła w dłonie chroniące płomień! Staliśmy potem z mężem w tłumie ludzi przed katedrą pod pomnikiem Nieznanego Żołnierza, otaczając jezioro zniczy. Byli wierzący, niewierzący, byli znajomi geje, wydaje się że wszyscy tam wczoraj byli. Coś niesamowitego. Po raz drugi w historii utraciliśmy w tragicznych okolicznościach Prezydenta naszego kraju. I wobec tej katastrofy wszystkie nasze polityczne sympatie i antypatie znikają… Nie mają racji bytu! – Strata jest tak ogromna, że dotknie praktycznie wszystkich sfer naszego życia publicznego – od prawa do lewa, od wojska po kościół, poległy też symbole walki za wolność.

Jestem zasmucony potwornością tej tragedii! Oraz jednocześnie dumny z postawy Polaków. Żegnamy Prezydenta Lecha Kaczyńskiego jak to powiedziano – tak jakby był królem! To świadczy o naszej emocjonalnej postawie, wobec tego reprezentanta narodu i o ogromnym mandacie, jaki każdy człowiek sprawujący ten urząd – od nas otrzymuje! Żegnamy jego dobrą i odważną żonę. Żegnamy wicemarszałków sejmu, żegnamy wicemarszałka senatu, żegnamy posłów i senatorów, żegnamy prawie całą kancelarię Prezydenta RP, żegnamy podsekretarzy kilku ministerstw, żegnamy szefa sztabu generalnego WP i czołówkę generalicji, żegnamy symbole walki o wolność, żegnamy liczne duchowieństwo, żegnamy prezesów: NBP, IPN, PKOL, rzecznika Praw Obywatelskich, sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, żegnamy przedstawicieli rodzin ofiar Katyńskich, osoby towarzyszące, oficerów BOR, załogę Prezydenckiego samolotu!

Żegnamy was wszystkich – wspaniali ludzie!

Pozostaje mi jedyna nadzieja, pośród całego niepokoju jaki odczuwam. Że już dojrzeliśmy jako kraj, jako społeczeństwo do wyzwań, z którymi przychodzi nam się mierzyć. Wierzę że możemy ufać mechanizmom demokratycznym, jakie ustanowiliśmy „tak na wszelki wypadek” – w których konieczność użycia, chyba nikt nie wierzył. A jednak stało się – i to prawie na wszystkich frontach! Wierzę że zdamy ten egzamin, z bycia dojrzałym państwem!

Z ogromnym bólem Koffiejames.

[*] [*] [*]

piątek, 09 kwietnia 2010

Moby - Shot In The Back Of The Head

Wait For Me (2009) 

Moby - Wait For Me

Wait For Me (2009)

Wait For Me – to nowy album Moby’iego. Nowy acz stary, ukazał się on bowiem pod koniec 2009 roku! Dość mocno go przegapiłem, ale zajęty byłem niestety innymi sprawami, teraz to nadrabiam i to mocno. Wait For Me – wydany został ledwie w rok po albumie Last Night (2008), który opisywałem na moim blogu dawno temu. Last Night powstał aby ukazać fascynację artysty muzyką taneczną lat 80tych, wielu radykalnym miłośnikom Moby’iego mógł się nie spodobać – jako taneczna rąbanka. Tym czasem Wait For Me – w całości zrobiony prywatnym asumptem twórcy – to powrót do korzeni. A nawet więcej… Całość składa się z 16 pozycji (wersja deluxe zwiera dodatkowo drugi krążek z wersjami ambient podstawowej płyty). Wszystkie utwory ułożone są w jedną – powoli snującą się opowieść, poza jednym utworem – panuje bardzo nostalgiczny nastrój – wszystko płynie – a słuchacz otrzymuje prawdziwą ucztę dla zmysłów. Dlaczego mówię, że nawet więcej niż powrót do korzeni? Moby bowiem odważniej niż na Play (1999) i 18 (2002) sięga po żywe instrumentarium – można by rzec, że przy niektórych kawałkach brakuje saksofonu i mielibyśmy motywy czysto jazzowe, cudowne smyki oczywiście już mamy – na szczęście podane w wersji bardziej solowej wariacji, a nie jak zwykle u wielu kapel wszelkich – jako pseudo symfoniczne wypełnienie tła.

Polecam gorąco ten wysmakowany krążek!

Moby - Hope Is Gone

Wait For Me (2009)

Moby - Isolate

Wait For Me (2009)

poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Mijają święta. Wiosna rozkwita. Po zbyt obfitym weekendzie – czas zacisnąć pasa. Mój biedny I’ całe święta ganiał po rodzinie. Ode mnie do babci, znów do mnie i do drugiej babci. Kiedy dziś rano wyruszał w ostatnią podróż, na jego autobus napadli debile lejący wodą – więc trzeba było czekać, aż kierowca wytrze siedzenia. Cóż to za idiotyczny zwyczaj!

Niedzielny wieczór spędziliśmy z Najukochańszą w indyjskiej knajpce, oglądając indyjskie tańce i stroje. Było to wyjście zorganizowane specjalnie dla niej, by uczcić jej jubileusz. W lokalu siedzieli, prawie sami obcokrajowcy – którzy muszą się przez święta potwornie nudzić.

W takcie świąt, oczywiście znów odkryłem swoją ułomność umysłową – zapomniałem o przedłużeniu książek z biblioteki uniwersyteckiej. Jutro będę musiał przez to pędzić, z tymi cegłami i błagać o to, by mi ich nie odebrali. I aby mi konto odblokowali – bo tak to, już dawno bym sobie internetowo przedłużył, te głupie książki. Zawsze zresztą wysyłali mail z przypomnieniem! Przygotowałem sobie nawet odpowiednią gadkę – odnośnie świąt, że zapomniałem o terminie, i że w sobotę biblioteka była nieczynna i nie mogłem się zalogować na konto, a że dopiero w niedzielę wygasł mi termin ważności, i że to nie moja wina, ani ich – to tylko ten zły system! Może się dadzą przekonać i mnie nie ukarzą?

Swoją drogą lektury te, muszę zidentyfikować – bo nie pamiętam, które są do kiedy, a faktury pogubiłem…

Miałem napisać jeszcze coś o świętach – ale uznałem, że to bez sensu. Bo jak się żyje w tym kraju, to albo trzeba być prawicowcem, albo lewicowcem, tudzież po troszku za PO. Jak się jest gejem, to trzeba potępiać większość religii, a w szczególność Chrześcijaństwo myląc je (świadomie lub nie – o zgrozo edukacjo polska, matko pokolenia idiotów) z odłamem katolickim. Albo pisać blog, w którym dowolnie pierdolić wolno, trzy po trzy na tematy, o których się bladego pojęcia nie ma. – Bo absolutnego pojęcia nie ma ten, kto gubi się w podstawach terminologii… To jest dosłownie odzwierciedlenie moherowego fanatyzmu, tylko w drugą stronę. Równie śmieszne i żałosne.

To smutne, że tu nie wolno mieć trzecich wyjść, bo zawsze się będą wszyscy na ciebie krzywo patrzeć. Dziki kraj, jak mawiają niektórzy moi idole polityczni – solidarność gejów i moherów – jest realna, kiedy ktoś ośmieli się wyjść z tej sztucznie narzucanej maski – podziałów społecznych. Których moim zdaniem by nie było, albo nawet nie ma – wtedy, kiedy potrafimy odkryć wzajemną tolerancję. I prawo wszystkich do wolności – bez obrażania drugiego człowieka. Tolerancja – bowiem nie oznacza miłości wzajemnej – tylko znoszenie się nawzajem, czasem z ogromnym trudem. Ale podobno jesteśmy ludźmi – istotami światlejszymi od zwierząt!

piątek, 02 kwietnia 2010

I. Refleksje po urodzinowe.

Przyszły do mnie pierwsze filmy i fotki z imprezy męża. Oczywiście uśmiałem się z nich jak norka, jednak po czasie dopadły mnie złe myśli. Jak mój mąż może być z kimś tak strasznym jak ja? Nie mam na myśli mojego rysu charakterologicznego – który uznaję za światły, koncyliacyjny i przyszłościowy… Przeraziła mnie moja strona fizyczna! Przez tą złośliwą pracę magisterską i generalnie jakiś okres stresu, który mnie prześladuje od wakacji zeszłego roku. A który objawia się przede wszystkim, napadami myśli dotyczącymi mojej zapewne katastrofalnej przyszłości po studiach. Z czym wiąże się chęć opóźnienia ich ukończenia, by możliwie najdłużej w czasie, obecnego roku kalendarzowego na nich zostać. Nerwica ta, objawia się postępującym zaniedbaniem mojego stanu fizycznego, z ucieczką w nadmiar nikotyny lub okresowe obżarstwo… Dawna dbałość o wygląd choćby fryzury – zmieniła się w hodowlę już za długich, nieułożonych włosów. Do tego zamiast golić się uczciwie, co drugi dzień, noszę tygodniowe lub dwutygodniowe brody. Spodnie straciły potrzebę noszenia paska, a niektóre już nie wchodzą na mój tyłek, podkoszulki zaczynają być niesmacznie obcisłe, lub komicznie odkształcone… Można rzec, że przez ostatnie miesiące upadłem. Na fotkach i filmach z urodzin, widać grupę pięknych ludzi i potworka, istnego bełkotliwego dałna – mnie! Bełkotliwego? Ano tak, jak najbardziej – człowieka który, kiedy nie panuje nad przeponą – którą zresztą oddycha z rzadka, na korzyść krótkich wdechów płucnych. Mówi tak niewyraźnie i na jednym oddechu całe zdania i monologi – szczególnie po alkoholu – że kiedy ogląda się na filmie – nie może zrozumieć własnych kwestii.

Gdybym kiedykolwiek Się spotkał – naprawdę nigdy bym nie zwrócił nawet minimum uwagi na tą postać, nie mówiąc już o tym, by ją poznać lub kiedykolwiek być z taką osobą! A więc to może z moim mężem jest coś nie tak? Może on jest jakiś biedny i pogubiony, że zgodził się zostać z kimś takim jak ja? Albo też prowadzi jakieś inne życie, ze mną jako przykrywką, będąc agentem jakichś służb do inwigilacji środowisk homoseksualnych – i sowicie mu płacą za bycie moim mężem….???

II. Zostawcie Titanica.

Eh, dziś mamy 2 kwietnia, ten paskudny dzień wspominek o tym, który umarł był… Od kilku dni stacja TeWuEn24 – atakuje nas wszystkich propagandowymi wspominkami, a wtórują jej wszystkie inne. Dziennikarze pojechali już do miasta, w którym pięć lat temu umarł ten facet, i zamierzają większość wieczornych programów informacyjnych, nadawać stojąc okrakiem nad jego trumną. Ok. było minęło, można sobie wspomnieć – ale to, co robią media w tym kraju jest chore. Dajcie temu człowiekowi w spokoju w grobie leżeć!!! On już sobie dał luzu i umarł. Nie róbmy tej paskudnej szopki, nie wywlekajmy go z krypty, to był tylko człowiek, tylko. Jeśli już mamy kogoś pamiętać to za to, co zrobił, co stworzył; a nie za to, że po prostu był.

Nie wystawiam więc flag w oknach, nie biję się w piersi, nie poszczę w piątek, nie będę obchodził żadnych irracjonalnych rocznic 2 kwietnia!!!! I czynię tak tylko z szacunku dla tego, kogo dziś maltretujemy!

III. Chore święta!

Tymczasem Najukochańsza znów kwitła w szpitalu. We wtorek nam zemdlała i kilka minut później, wylądowała na kilkudniowej kuracji. Tym razem do szpitala w centrum – więc nie trzeba było jechać godziny w jedną stronę, aby do niej dotrzeć! Nowy szpital (w karierze Najukochańszej) okazał się pod względem sanitarnym o wiele, wiele gorszy niż poprzedni, dobrze nam znany, jednak pod względem medycznym – opieka i zainteresowanie pacjentami przewyższyły moje oczekiwania. W każdym razie N’ jest już w domu od dziś, i na szczęście – bo weekend świąteczny groził mi totalną samotnością. Mąż bowiem z racji spędzonych ze mną świąt zimowych, znaczy wigilii tych świąt, zobowiązał się święta wiosenne spędzić wraz z matką u jednej babci, a potem u drugiej. Wiec jak w zeszłym roku, przesuwamy wszystko na sobotę. Nawet jeśli I’ chciałby zmienić zdanie, to z punktu widzenia powiedzmy rodzinnej moralności, byłoby to nie możliwe. Babcia bowiem ta, która była zarzewiem sporu mojego męża z matką, przed zimowymi świętami 2009 (o czym pisałem na tym blogu), wówczas już chora. Trafiła na początku marca do szpitala. Okazało się, że jej serce już nie daje rady – robiąc sobie przerwy między skurczami dochodzące nawet do 4 sekund. Lekarze bali się jej puścić do domu, jej stan był bardzo zły. Wobec czego zasądzili, aby jej wszczepić rozrusznik serca. Wszystko się udało, na rozrusznik czekała dwa tygodnie – łącznie mieszkając w szpitalu ponad miesiąc!

Gdyby więc Najukochańsza nie wyszła ze szpitala, to bym siedział jak pies – chłepcząc wodę z brudnej miski. Ale wszystko ułożyło się dobrze – powiedzmy, że dobrze – bo z racji nadzwyczaj dobrej opieki i wszystkich możliwych badań – wykryto u niej kilka jeszcze innych świństw i będzie musiała wrócić do szpitala, w bliżej nieokreślonej przyszłości po świętach, na zabieg. A tymczasem ja muszę jej robić zastrzyki. Tak, nauczyli mnie dziś robić zastrzyki – to bardzo miłe, robić je.

Z małżonkiem wysprzątaliśmy tymczasem, podczas pobytu najukochańszej w szpitalu mieszkanie i zrobiliśmy masę zakupów świątecznych… Maż w pełni już stał się krwiopijcą i mięsożercą – więc aż przyjemnością było – kupować i smakować… Dziś szatkujemy, gotujemy i pieczemy, bo Najukochańsza ma od nas, do poniedziałku jeszcze wolne!

Zdrowych i mokrych świat Wiosennych!

 

 

19:50, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (2) »