o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
środa, 30 kwietnia 2008

Lazyness

No i mamy już majowy weekend. Lenistwo, lenistwo, lenistwo. Środa zamienia się magicznie w piątek, kluby pękają w szwach, jutro z kacorem na karku będziemy się byczyli, na grillach z rodzinką i browarem na zapicie kacora. Ja zostaję w domu (chyba???). Wybieram film albo książkę, zobaczy się jeszcze, ale to dopiero wieczorem. Mogę sobie troszkę odpocząć, bo już mam umowę na maj do pracy, na uczelni się układa, więc wydaje się, że miodzio generalnie!!! Juto rozpoczyna się maj – miesiąc, który skłania mnie zwykle do refleksji, a ten tegoroczny maj będzie szczególny. Zbliża się, bowiem ważna rocznica w moim życiu, rocznica która jeszcze mocniej mnie do różnego typu wspomnień przysposabia. Jeśli będzie fajna pogoda to mój weekend spędzę na szalonym rowerku, jeśli będzie chusteczkowa to przed kłamliwym telewizorem, byle do poniedziałku byle do pracy…Bawcie się dobrze, a mi dajcie spokój – tak mówię większości imprezowiczów – wyłączam telefon, odcinam internet. Może uda mi się otworzyć odrobinę pokładów dobrego nastroju – zasypanych gdzieś zwałami niechęci – w moim wnętrzu… Może mnie ktoś przekona do wyjścia…(???)     

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

I’m just a working man.

No i cudowny pracujący poniedziałek mija. Wróciłem do pracy jest super, było fajnie, jestem zadowolony!!! Jutro mam ostatni dzień pracujący w kwietniu przed majowym weekendem, tak więc zaraz po zajęciach pędzę do pracy -> HURA <-Zasadniczo zmiana w mojej pracy wygląda tak: głowiczka, rączka, kondom, głowiczka, rączka, kondom, faja, głowiczka (…), faja, przerwa (to moment szczytowy), znów to samo kolejne cztery godziny, koniec zmiany, autobus (orgazm). Jest to swoisty cykl, cykl produkcyjny, ale mogę się tam jakoś wyżyć i nie myśleć o swoich problemach, – to jest dla mnie dziś najważniejsze. Zakład zagłusza we mnie głos mojego rozumu (lub serca), daje mi studencki dochód, i złudne wrażenie bycia przydatnym. Taką mrówką robotnicą, ale jakoś tam istotną w całym mrowisku. W firmie pracują raczej prości ludzie skazani by tam pracować za grosze, ja pracuje kiedy mi się podoba – mam luźny grafik. Poza tymi skazańcami pracuje też masa studentów i grupa młodych stałych pracowników, oraz obcokrajowcy. Spotkałem tam naprawdę różnych ludzi. Od choćby dziś dziewczynę, która pracuje na stałe pięć dni w tygodniu, a w weekendy w ochronie na bramkach różnego typu imprez jak koncerty czy mecze, jak sama mówi „w tygodniu tu zapierdalam, a w weekendy idę się napierdalać”. A patrząc na jej posturę i pokaźne bicepsy, wierzę na słowo, że nikt jej nie podskoczy. Bidulka tylko żali się, że chłopaka nie ma. No cóż mam wrażenie, że większość jej niedoszłych partnerów patrząc na jej posturę, może mieć pewne obawy, mogą się czuć jak pająki podchodzące do samicy – idą po pewną śmierć… Ale może to nie to, bo to super miła dziewczyna… Inną ciekawą osobą był koleś, który poza produkcją w tygodniu pracował w teatrze jako choreograf. Spotkałem też niesamowitych ludzi z Iranu, Pakistanu, Indii, Nepalu nawet grupkę Boliwijczyków. To może nie miejsce pracy dla mnie na całe życie, bo raczej nie mam ochoty być robolem do końca swych dni, ale teraz, praca w zakładzie spełnia poza funkcją komercyjną, ważną rolę w sferze psychologicznej. Coś jak praco-terapia, niestety smutne jest tylko to, że jestem tego w pełni świadom…  

niedziela, 27 kwietnia 2008

Jak niesamowicie kwitną dzikie drzewa owocowe, niebo przykrywają szare chmury, jest ciepło, jest sobota, a ja czuję się potwornie rozbity, z głośników płynie „one of these mornings” i gdzieś w którejś zwrotce słowa „I’ll be gone”. W któryś z tych poranków też odejdę, a może już odszedłem… Może już mnie nie ma… Zostawiłem setki zdjęć, do których nie zaglądałem już od kilku lat, bo po co? Nie warto pamiętać, tego do czego nie można wrócić – fotki z 2003 roku z wakacji, miałem 18 lat, ja i sztorm na Bałtyku, straszna niepogoda, ale twarze ludzi pełne pasji, fascynacji rodzącej liczne nadzieje, tyle jej było we mnie… a teraz tylko została mi niewiara, i w sumie to mi się chce śmiać, bo popadam w wisielczy humor naznaczony totalnym cynizmem wobec wszystkiego i wszystkich…

Weekend ciąg dalszy. Sobotnia impreza w Riffie to totalna porażka. Impreza z cyklu pożegnanie kumpeli z powodu jej wyjazdu. Pierwotnie miała się odbyć w piątek, ale M(alwinie) coś wypadło i w ostatniej chwili przełożyła ją na sobotę. Spotkaliśmy się, więc w małym gronie, w lokalu do którego jakoś się przywiązaliśmy, niestety w soboty zamiast dobrej muzy jest tam techno-dicho – koszmar. Przed lokalem nie robiliśmy jak zwykle żadnej wódy, a wszyscy do niespełna pierwszej w nocy najeb… się, jak (aż muszę to napisać) świnie i o dziwo, tylko ja czułem się w pełni trzeźwy. Atmosfera była bardzo drętwa i spięta, nasze imprezki zwykle kończą się, między trzecią a szóstą, a tu kwadrans po pierwszej wszyscy poszli do domu, lub rozeszli się po innych lokalach. Sama M poszła z jakąś swoją koleżanką i naszym kolegą, homofobem (choć chłopak stwierdził, że mam szczęście i powinienem się cieszyć, że mnie toleruje, bo inaczej już bym pewnie zębów nie miał), do jakieś tawerny gdzie leci tylko disco-polo i bawi się towarzycho 45+. Miałem nadzieje na fajną zabawę, a wyszedłem struty. Dlatego dość mam wszelkich imprez i towarzystwa ludzi na najbliższy miesiąc, wolę zarabiać niż wydawać. Zwyczajnie mam już dość!!! Czuję się zdegustowany i zniesmaczony.

Dziś w niedzielę cały dzień przejeździłem na rowerku, – to naprawdę dużo daje jak tak troszkę popatrzę sobie na tych wszystkich ludzi, to z całego mojego pesymizmu i niechęci do nich wszystkich, – nie wiem skąd wypływa nadzieja, jakaś niewytłumaczalna radość, że są. Skąd biorą się we mnie te pozytywne pokłady i uśmiech kiedy mijam radosnych ludzi wylegujących się na ławce w parku??? Nie wiem.

Malwina wylatuje 30 kwietnia do Turcji, – będzie tam aż do października, – została pilotem czy coś takiego… Jest ona już drugą tak bliską mi osobą, która opuszcza Polskę. Pierwszy był w październiku zeszłego roku Piotr, mój najlepszy przyjaciel, mamy teraz tylko skype’a – a przecież wychodziłem z nim, jego dziewczyną i znajomymi, co piątek na jakąś imprezę, teraz Malwina odlatuje kolejna do kontaktów wirtualnych. I kto mi zostaje infantylny Krzysztof, czy pretensjonalna Madzia, a może jeszcze Patryk? Który gdybyśmy żyli w innych czasach, w imię wyższości Religi nad relacjami międzyludzkimi, byłby pierwszym który, by podłożył ogień na stosie, na którym miałbym spłonąć… Ok. jestem wobec nich nie fair, ale najlepiej jakby i ta trójka, się spakowała i też gdzieś wyjechała – jedzcie wszyscy i nie wracajcie…

Figurki W sumie już nie chcę mieć wolnych dni, ani weekendów. Chce pracować siedem na siedem, możliwych dni w tygodniu. Chcę mieć ciągłe zajęcie, by uciec od siebie, od swoich myśli, od swojego życia. Może najlepszy był by model tygodnia, jaki wprowadzono we Francji, w czasach rewolucji, dziesięciodniowy, w tym na dziewięć pracujących jeden dzień wolny. Dzień na sen i czas na nagotowanie sobie strawy na dziewięć kolejnych. Kontakty z ludźmi, (czyli te 80% bezsensownie płytkich) oddaje moim zdaniem znakomicie tekst Moby’iego z płyty Hotel -> Lift me up:       

Blind talking (blind talking)
Take us so far (take us so far)
Broken down cars (broken down cars)
Like stronger old stars (like stronger old stars)

Blind talking (blind talking)
Served us so well (served us so well)
Travelled trough hell (travelled trough hell)
We know how it felt (we know how it felt)

Lift me up, lift me up
Aiah Nouwamba
Lift me up, lift me up
Aiah Nouwamba

Blind talking (blind talking)
Making us cold (making us cold)
So strong out and cold (so strong out and cold)
Feeling so old (feeling so old)

Blind talking (blind talking)
Has ruined us now (has ruined us now)
You never know how (you never know how)
Sweeter then tough (sweeter then tough)

Lift me up, lift me up.

sobota, 26 kwietnia 2008

Somewhere out of a memory

Tak wyglądalismy na pokazie w IH 23.Kwietnia.2008 roku albo 1888???? Sam już nie wiem...

Jak ja...

Z różnych przyczyn wyszło tak, że mam pierwszy w tym roku naprawdę długi weekend od czwartku 24 kwietnia do 27. Potrzeba mi było odpoczynku. Dlatego z racji dni wolnych postanowiłem troszkę poodnawiać sobie kontakty z ludźmi. Wczoraj w piątek, (bo czwartek cały przespałem), poszedłem na spotkanie koła młodych do POS-u, poczułem tam w końcu przypływ świeżej krwi do mózgu. W kole pojawili się nowi ludzie – była fajna dyskusja, pojawił się na mojej twarzy tak dawno zagubiony szczery uśmiech, poczułem że coś, co skuwało mój mózg na wysokości zatok i płatu czołowego w końcu puściło. Odetchnąłem i poczułem się jak w dawnych czasach. Kiedy to w latach 2004-2006 byłem, co piątkowym gościem koła. Zostałem przyjęty tak serdecznie, że mojej radości tej wewnętrznej nie było końca… Po spotkaniu zabrałem mojego kumpla Michała, – który jest tam twórcą, jednoosobowej sekcji prozatorskiej na pizzę do presto. To on chciał iść do presto, bo ja wolę solo – zgodziłem się na pizzę, bo w kwietniu jeszcze żadnej nie jadłem (a, że trzymam się swoich dietetycznych zasad, – to jedną na miesiąc sobie zjadam i to była dobra okazja). Pizza była tak sobie, raczej średnia niż dobra, ale za to mają super sosy… Oczywiście na pizzy pokłóciłem się z Michałem, ale w sumie zawsze się kłócimy i mamy na wszystko odmienne zdania, dlatego dla złagodzenia klimatu postanowiliśmy odwiedzić jeszcze Fufu. By zrobić tam jakieś piwko, – szczerze żałuję, że tam poszliśmy. W Fu o dziwo było miejsce, i o dziwo mimo piątku było niewielu heteryków, (wliczając w to nawet Michała, bo w ostatnich tygodniach, szczególnie w piątki w lokalu środowisko homoseksualne stanowiło mniejszość), była masa gejów i lesbijek. I nie wiem po raz pierwszy poczułem się w Fu jakoś nieswojo, – może dlatego, że wszedłem tam całkowicie trzeźwy i miałem okazję poprzyglądać się podpitym ludziom. Pierwszy raz zauważyłem, że dziewczyny mogą być tak okropne, jedna parka siedząca obok nas, obie sprawiały wrażenie brudnych, miały okropnie przetłuszczone włosy, zachowywały się jakoś agresywnie, jedna z nich śmiała się w tak okropny sposób, że jedyna myśl jak mi do głowy przyszła to, że do osiemnastej musiała chyba krowy doić albo świnie oprzątać, gdzieś na swojej farmie pod miastem, bo trudno było mi uwierzyć, że to miastowa dziewczyna, a nie córka farmera. Nieco lepsze wrażenie sprawiali geje, ale nie dużo lepsze, pierwszy raz czułem na sobie spojrzenia tych ludzi, Michał też zwrócił na to uwagę. Tak długo jak chodzę do Fu, a bywałem tam sam, z kimś, z ekipami ludzi, nigdy nie czułem czegoś takiego. Refleksja jak mi przyszła do głowy była jedna (przytłaczająca), że to też nie miejsce dla mnie, że czuję się tam obco, potwornie obco… Po piwku pojechałem na wódkę do Andrzeja, (mentora koła młodych) i tam przy żurawinówce, (jak antybiotyk smakuje) przegadaliśmy sobie nockę, (o wszystkim) prawie do czwartej nad ranem…   

piątek, 25 kwietnia 2008

Po różnych drogach chodzę. Zawsze widząc tylko to, co przedemną, bo to co już było nigdy nie wróci, życie jest drogą, drogą początku i końca. Droga sama w sobie, jako taka nigdy się nie zaczęła ani nie skończy, to tylko my gościmy, tu na niej przez chwilę, – jedziemy tramwajem parę przystanków, robimy milion wdechów by nie zrobić kolejnego. Każdego dnia zaczynam coś odnowa, – wybieram kolejną drogę, kolejny szlak, codzienna kawa ma inny smak, inaczej kiedy ścina deszczem szklane serca, i kiedy roztapiają się nasze mózgi w ukropie, kiedy kończę cokolwiek to moja droga się kończy. Sam wybieram i periodyzuję moje życie, tak samo jak i ty to robisz, dlatego rodzimy się i umieramy w tym samym czasie co dnia, bez przeszłości i bez przyszłości. Przeszłość nie istnieje, bo nie można się cofnąć nawet o minutę, można jedynie poczytać we wspomnieniach, obejrzeć zdjęcia, przypomnieć sobie starą gazetę. Wszystko odpływa równie szybko jak przypływa, dlatego kiedy dążąc do jakiegoś celu postanawiamy się zatrzymać, – to wtedy już zaczynamy przegrywać, w chwili zaniechania ruchu. Doganiają nas inni i stajemy się niekonkurencyjni, nieatrakcyjni dla szerokiego ogółu.

Droga jest sama w sobie celem, jednak cele to nie tylko monotonna podróż utartym szlakiem

Nasza droga przecina się z innymi, czasem na chwilę, czasem na wieczność. Szybkość z jaką najczęściej pędzimy jest zastraszająca, dlatego tak często dochodzi do tragedii, kiedy ścierają się nasze pragnienia, emocje i potrzeby z innymi, drugiego człowieka, bo jak łatwo jest wdeptać kogoś w ziemię, napluć mu w twarz i powiedzieć „dobrze ci tak, zdychaj!!!”. Robimy to z bezlitosną przyjemnością, dającą więcej rozkoszy i satysfakcji niż najbardziej wyszukane przyjemności seksualne, – jak najdziksze zwierzęta mamy potrzebę dominacji, uzurpując sobie pozycje zawsze wyższą, zawsze lepszą od drugiego człowieka. Jednak kiedy to my przegrywamy w tym pojedynku, wykrzykujemy sami do siebie, nie ufając w siłę własnego umysłu: „boże” (podświadomie zawierzamy się własnej wyobraźni, na temat tej niepewnej istoty, opatrznie zapominając, że sami Boga kreujemy) „boże, dlaczego mnie to spotkało”, albo „znów spotkało”, albo „kurwa znów spotkało, nienawidzę cię”, kogo nienawidzimy własnego umysłu czy boga??? A jeśli istnieje „staruszek” to drapie się w siwą brodę lub gładzi po łysej głowę, może też myje zęby – nie wiem, w każdym razie dziwi się na pewno naszej głupocie. Czy droga ma określony cel, czy też jesteśmy jej celem sami w sobie, by mogła dla czegoś istnieć? Na pewno szukamy naszego miejsca by spokojnie móc zwietrzeć, erozja nieuchwytnie dopada nas w każdej chwili, i wszędzie. Nieuchronnie nasz ruch staje się coraz bardziej pozorny, droga nas opuszcza, pozostawia zgaszonych na którymś z zakrętów sama idąc dalej… Zmagamy się ze swoimi słabościami, zmagamy się by pozornym celom nie było końca, by problemy wynikały same z siebie, by nie umrzeć z nudów, zanim nie umrzemy fizycznie. Gramy naszą melodię często za głośno nie słuchając siebie sami, i każą nam wtedy milczeć, – bo stajemy się nieznośni dla ogółu wędrowców - dlatego szukamy spokojnego grobu, by się dowolnie móc wiercić i krzyczeć, że nie chcemy do ziemi – taki krzyk refleksji, tak częsty kiedy przekręcając kiełbaski na grillu oczekujemy samotnie na jeszcze nie przybyłych, naszych gości…

Droga nigdy się nie kończy, dlatego sami wyznaczamy sobie cele, miary i wielkości by pozornie nad nią zapanować

Wystawiamy wielkie pomniki naszego dorobku, tego uznanego i tego dostrzegalnego tylko przez nas, tak mocno pragniemy odcisnąć się jakoś na tej drodze – zostawić niezmywalny ślad stopy lub podpis „my tu byliśmy. wakacje 2002 jarek i ola.” I co z tego??? Zapomną o nas wszystkich bez wyjątku, bo kim był Platon??? „Platon wielkim filozofem był”, a kim był Słowacki „Słowacki wielkim poetom był”, a (teraz ciut obrazoburczo) Jan Paweł II? „Jan Paweł wielkim papieżem był i umarł był i było ogólnie smutno, bo umarł, i zbudowali mu setki pomników żeby już nie było tak smutno tylko żeby było weselej, i mówią o nim z telewizora, co niedziele że był wielki to człowiek z Polski, ale mieszkał we Włoszech – to mówiłam ja, Kasia J. numerek 18. – Dobrze Kasiu piątka – to mówiłam ja, nauczycielka.” Doskonałą przenośnią naszej drogi jest tlący się papieros, bo pozostaje tylko dymem i popiołem, materią z której już nigdy nic się narodzi, która ulotni się i skumuluje na powrót gdzieś w krwioobiegu globu, na którym przychodzi nam przez te kilka sekund wędrować. W głębi serc boimy się potwornie końca drogi, dlatego marzymy podświadomie o totalnej zagładzie by zrozumieć, dlaczego coś się kończy, a że jesteśmy egoistami bez wyjątku, to nie chcemy by ktokolwiek po nas mógł cieszyć się ciągiem dalszym, bo sami jeszcze raz chcielibyśmy, odpalić silniki i polecieć, – pytamy się więc, skoro ja już nie mogę to, dlaczego innym jest to dane, skończmy wszyscy i równo – czyż nie będzie to sprawiedliwe??? Codzienna droga jest jak gazeta, zawsze dużo nowości i zaskoczeń, które cieszą wtedy, kiedy zmuszają nas do tego, by wyrwać się monotonnej rutyny i dolać oliwy do nowych dysput i polemik, dla których jedni stworzą nową rozprawę filozoficzną, drudzy namalują obraz, a jeszcze inni wywołają jakąś wojnę. Na mojej drodze staram się dążyć do różnych form perfekcji. Bowiem perfekcjonizm wpisany został w mój rys psychologiczny, istnieją tylko dwa kolory, kiedy do czegoś zmierzam, biały i czarny; sukces lub klęska – bez żadnych alternatyw. Alternatywy to ucieczka na łatwiznę. Kiedy poszukuję drogi do celu, cele nigdy nie mogą być nierealne, są wtedy tylko marzeniami, – marzenia się nie spełniają i wiara w to, że można je realizować jest objawem wzrostu tendencji infantylizacji w społeczeństwie, w którym przychodzi nam żyć, nie marzenia są realizowane, tylko powstałe na ich bazie zamierzenia rozłożone na punkty docelowe. Raz, dwa, trzy i osiągamy cel. Kiedy już odnajdę cel zaczynam do niego iść, angażuję się całym sobą po zbadaniu terenu i zbilansowaniu możliwych zysków i strat, nie potrafię przewidzieć czy wynikną na drodze jakieś trudności, czy spiętrzą się góry, – które wydawały się niskie. Ale podejmując działanie wiem, że nie mogę się z niego wycofać (nie, dlatego że robię coś przed kimś, dla kogoś. Absolutnie nie. Zawsze wszystko robimy dla siebie. I choćbyśmy nie wiem jak, się próbowali oszukiwać to altruizm nie ma racji bytu – jest tylko inną formą egoizmu). Jeśli się nie uda tak, to zawsze można wybrać inną opcję, jak nie tamtą, to jeszcze inną i inną by spełnić plany. Jako typowy skorpion i „7” (w numerologii to moja liczba) nie poddaje się nigdy!!! Kalkulując zawsze we wszystko to, że potrzebny jest zapas czasu i morze cierpliwości, by dobić do przystani swoich zamierzeń, które na początku zawsze leżą na mapie, starannie wyrysowane z podpisem do realizacji… Świetnie filozofię drogi i mojego podejścia oddaje tekst:

Rush -> We hold on: 

How many times
Do we tire of all the little battles
Threaten to call it quits
Tempted to cut and run

How many times
Do we weather out the stormy evenings
Long to slam the front door
Drive away into the setting sun

Keep going until dawn
How many times must another line be drawn
We could be down and gone
But we hold on

How many times
Do we chafe against the repetition
Straining against a fate
Measured out in coffee breaks

How many times
Do we swallow our ambition
Long to give up the same old way
Find another road to take

Keep holding on so long
Cause there’s a chance
That we might not be so wrong
We could be down and gone
But we hold on

How many times
Do we wonder if it's even worth it
There’s got to be some other way
To get me through the day

But we hold on

Droga pozostawia nas gdzieś, osamotnionych sama odchodząc w dal...

Zawsze musimy iść, świat smakuje tylko wtedy, gdy nasypią nam do oczu trochę piachu a na ustach poczujemy odrobinę słonego potu i gdy wiatr bije nas po twarzy. Wtedy wiemy że warto, lepiej iść niż cofać się w miejscu, bo nie ma już odwrotu, jest tylko droga…

środa, 23 kwietnia 2008

Pokaz się odbył. Parada cyrkowców weszła na duszną salę, (dumnie zwaną aulą) wypełnioną po brzegi dzikim tłumem. Krok poloneza troszkę się rozmył, jak nasze makeup’y, które zrobiły nam dziewczyny włącznie z rzęsami!!! (Brry, ale to mimo wszystko straszne robić sobie te rzęsy, – choć efekt jest naprawdę super). Za nim rozpoczął się pokaz wyszedłem już na totalnego hipokrytę, bo skoro wszyscy wlali na rozgrzewkę, to w końcu i ja też te trzy kielonki wychyliłem za matkę, ojca i ojczyznę – żeby nie było. Robiliśmy sobie miliony fotek przed pokazem, w garderobie (salce komputerowej), na których jak zwykle wyszedłem tragicznie!!! Pokaz się udał – przyznaję, że dramatu nie było, – stres trochę pohamował zapędy kilku idiotów, więc godnie po części wykładowej przeszliśmy na pseudo wybiegu (korytarzyk między rzędami krzeseł), małpując różne scenki z naszymi paniami u boku. Ludzi była naprawdę masa, niestety wykład pani doktor okazał się ciut przydługawy, więc gotowaliśmy się siedząc w naszym zaaranżowanym XIX wiecznym saloniku, z fularami zawiązanymi na szyjach i w wysokich kołnierzach, już nawet nie chcę myśleć o dziewczynach, w tych ogromnych sukniach, – ale mieliśmy chociaż darmową saunę, – to podobno zdrowo się tak spocić. Po pokazie odbyła się ponad godzinna sesja fotograficzna tym razem dla zainteresowanych i kadry (pierwsza była prywatna) – połączona z kręceniem filmu przez jednego z doktorów, więc żeby wszystko mu się udało, to przegoniono nas w ciuszkach po całym IH-u, na dziedziniec i tam jeszcze raz poszliśmy polonezem, – tak że kto się na pokazie nie zjawił lub nie zmieścił miał co oglądać. Nie byłeś na pokazie – pokaz przyjdzie do ciebie sam!!! Narodził się pomysł by za rok zrobić pokaz mody XX wieku od I wojny do lat 90tych… Fajna myśl… ja biorę lata 70te hehehehehehehe… No kiedy już z głowy bal przebierańców, spokojnie mogę wrócić do zachwytu nad „last night” Moby’iego i zaambientować swój umysł ehhh……..

Wróciłem do domku zobaczyć fotki i napisało do mnie fellow, że jest nowy portal gejowski, hm, cudo o nazwie escort24, – NO POLECAM, POLECAM!!! Polakom gratulujemy Ojca Dyrektora, a Polskim Gejom Escorta24. – Nie, nie ja nic nie krytykuję, właściwie to już muszę kończyć, bo Alik jest głodny i mruczy, że jak go nie nakarmię to Jarkowi powie, że go molestuję seksualnie, poza tym za chwilę się różaniec w radiu rozpoczyna, a potem nocne rozmowy z siostrą Zofią, dziś temat: poznaj zboczeńca na ulicy gołym okiem i pokonaj go beretem (moherowym)… ;-P

Moby Last Night album. So I’ve got it at last. And I’m in love. 14th beautiful songs in the manner of the 80’s. Moby’s coming back to the ruts of his inspirations, but doesn’t forget about ambient stuff. Moby about last night: daytime is nice, you can see things, birds are out, people are at work. But nighttime is, simply better, people look better at night, things are more interesting, you can hide better, you can get lost easily, and music is different at night…

 

He’s right. Additionally I think that love is different at night, and the pretending is easer to play …

 

Ooh yeah – lets play, lets fun…

 

wtorek, 22 kwietnia 2008

Siedzę sobie z leszkiem, paczką lay’sów i tlącym się dunhill’em przed kompem, a w sumie nigdy nie piłem do lusterka. Dzisiaj też nie. Kupiłem sobie kamerkę internetową – jakości dość marnej, ale czego się spodziewać za dziewiątki? I wreszcie mogę konwersować audio-WIZUALNIE ze znajomymi, którzy też piją jakieś tam żubry czy harnasie hej!!! Super zabawa, nawet mi przez głowę przeszła myśl o założeniu video-bloga, ale lepiej nie ;-DDD Swoją drogą ok. to jest nawet fajne, eee, niesamowite takie kontaktowanie się z ludźmi przez neta, ale niestety to kolejny krok, kolejna cegła do budowy sztucznych relacji międzyludzkich – swoiste zamykanie okna na świat. Bo ok. można się i pośmiać i popłakać, fajnie nawalić siedząc przed kompem a potem, co??? Zostajemy sami z monitorem. Łudzimy się setkami kontaktów z ludźmi, a rzeczywistym świecie nie potrafimy się odnaleźć – dziczejemy. Przez co potem nie potrafimy nawiązywać kontaktów z ludźmi w realnym świecie.  

Co do pokazu to młodzież wpadła na pomysł, – że trzeba przed show troszkę popić dla otuchy. Tyle że małe duszne pomieszczenie, 200 osób i ostre światło zwielokrotni działanie alkoholu – oczywiście można po ludzku zapić nawet na umór po pokazie. Ale nie cyrk musi się odbyć i to z fajerwerkami, – bo znając głowy niektórych modeli i modelek to zakończy się tym, że droga pani doktor straci pracę za kompromitację całego Instytutu. Debilizm com.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Pokaz będzie totalną klapą!!! Ludzie do niczego nie potrafią podejść na serio – chodzi im o lans. Zamierzają chodzić na głowie i trzaskać szpagaty. Żenada pl. Miałem dziś taki cudowny humor w pracy, więc ochoczo jadę na próbę i co się okazuje, że zamiast dostosować się do stylu epoki i podkładu muzycznego paru debili zamierza z (pseudo) pokazu mody połączonego z prelekcją zrobić cyrk. Nie dość, że stroje wypożyczone z teatru są dość mizernej jakości, a męskie poza drobnymi szczegółami nie odbiegają od współczesnych, to zamiast pokazać się z najlepszej strony, to pokażemy szopkę paradę przebierańców. Zostaniemy pośmiewiskiem wydziału do końca naszego pobytu na uczelni. Totalnie zero profesjonalizmu – totalna wiocha, ale szczerze to już mnie to ch. obchodzi zrobię swoje i postaram się, odegrać swoją rolę z jakąś klasą i godnością prezentowanej postaci, inni niech się błaźnią mam to gdzieś. Ja lansuję się w tramwajach i autobusach i to mi wystarcza. A poza tym nie jestem niczyim bohaterem by zawracać kijem Wisłę.

Rush -> Nobody’s Hero:

I knew he was different, in his sexuality
I went to his parties, as a straight minority
It never seemed a threat to my masculinity
He only introduced me to a wider reality
As the years went by, we drifted apart
When I heard that he was gone
I felt a shadow cross my heart
But he's nobody's -

Hero - saves a drowning child
Cures a wasting disease
Hero - lands the crippled airplane
Solves great mysteries
Hero - not the handsome actor
Who plays a hero's role
Hero - not the glamour girl
Who'd love to sell her soul
If anybody's buying
NOBODY'S HERO

I didn't know the girl, but I knew her family
All their lives were shattered in a nightmare of brutality
They try to carry on, try to bear the agony
Try to hold some faith in the goodness of humanity
As the years went by, we drifted apart
When I heard that she was gone
I felt a shadow cross my heart
But she's nobody's -

Hero - the voice of reason
Against the howling mob
Hero - the pride of purpose
In the unrewarding job
Hero - not the champion player
Who plays the perfect game
Hero - not the glamour boy
Who loves to sell his name
Everybody's buying
NOBODY'S HERO

As the years went by, we drifted apart
When I heard that you were gone
I felt a shadow cross my heart
But he's nobody's -

Hero - saves a drowning child
Cures a wasting disease
Hero - lands the crippled airplane
Solves great mysteries
Hero - not the handsome actor
Who plays a hero's role
Hero - not the glamour girl
Who'd love to sell her soul
If anybody's buying
NOBODY'S HERO
HERO

 
1 , 2 , 3 , 4