o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
czwartek, 29 marca 2018

1.

Przechylił się ten cholerny cyferblat! Człowiek z całych sił chce zatrzymać czas. Siłuje się, pręży muskuły, wisi na tej wskazówce i całym ciężarem ciała – prosi dobrą grawitację – może dzięki tobie będzie czas ciut wolniej te minutki liczył! Ale gdzie tam! 33… 34… I jest, brawo, witamy – udając miłe uśmiechy, ze łzami w oczach – 35 lat ma od dziś mój kochany I’. Rozpoczyna się kadencja do czterdziestki… Czterdzieści lat minęło jak… Prawda? Nie! Żadna prawda, to nieprawda, to kłamstwo, to fałsz, to jeb…na mistyfikacja i nie ma na to zgody!!!

Kto to wymyślił, 365 dni? Co to za miara? Co mierzy? Obroty ciała niebieskiego? A jak byśmy żyli na Marsie?

Dobrze, żyjmy już sobie jednak na Ziemi. To planeta mająca naprawdę atrakcyjną ofertę, jeśli idzie o dobre spa i warunki pogodowe.

Za I’ dość przeciętny, ale jednak pozytywny – 2017 rok. Rok nadziei na lepsze. Rok oszczędzania i planowania przyszłości. W naszym wieku! Rozumiecie? Lata spokojne i pospolite to już pełnia szczęścia, to już prawie spełnienie oczekiwań. A ludzie trzeźwo myślący swoje oczekiwania z wiekiem racjonalizują i redukują. Całe życie chciałeś mieć wypasioną furę – to w końcu kupujesz rower itd. I’ jest od dekady na etapie redukcji nadmiaru oczekiwań…

Dlatego choć nie są spodziewane, wszem i wobec składam Tobie naj, naj, najserdeczniejsze życzenia urodzinowe, kochanie 35 lat to nie wyrok – choć prawie…

2.

Wczoraj przy okazji urodzin Najukochańszej troszkę sobie biadoliłem nad opieką i starością.

I’ jest w zupełnie innej sytuacji. W dniu swoich 25 urodzin, kiedy jeszcze nie miałem pojęcia o istnieniu mojego mężczyzny – On właśnie żegnał swojego ukochanego dziadka. Musiał zmierzyć się w szpitalu, sam ze straszliwym faktem śmierci – kiedy najbliższy mu członek rodziny, który odwiedzał go jako małego chłopca na koloniach w górach, wyręczał harującą matkę i pijącego ojca – nie zareagował na kolejną reanimację… To I’ przyszedł do załamanego ojca i rozhisteryzowanej babki, czekających na wieści, poinformować ich o zgonie…

Po odejściu dziadka – I’ jako dorosły facet zobowiązał się wyręczać swojego ojca w opiece nad babcią i kolejną dekadę co weekend jeździł do Niej – pomagać przy domu. A to tylko rodzina ojca, jest przecież jeszcze rodzina matki… A kilka miesięcy później, po tych smutnych urodzinach, pojawiłem się ja i mój bagaż.

Dziś I’ ma trzy babki na głowie, matkę, której pogarsza się niestety bardzo szybko zdrowie, ojca, który choć w ciągu ostatniej dekady naprawdę dojrzał i zmienił swoje życie, do tego stopnia, że można już na nim polegać, to wciąż, choć dzieje się to niezwykle rzadko – zdarzają mu się zupełnie zaskakujące numery i na przykład trzeba go kilka dni szukać po kolegach kiedy ginie bez wieści…

Dlatego nawet cierpliwość I’ daje czasem za wygraną… A do tego jeszcze dzień 35 urodzin równa się z 10-leciem śmierci ukochanego dziadka… Jedynego członka rodziny, który obrósł dziecięcą mitologią najpiękniejszych wspomnień małego chłopca…

 

23:53, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (4) »
środa, 28 marca 2018

Przychodzi ta chwila, czasu ziarenka odsypują się po kolei jedno za drugim, nieubłaganie. Nie potrafię zatrzymać czasu, ani zmienić jego biegu. Jestem bezsilny, jestem bezradny, nie umiem choć bardzo bym chciał!

Najukochańsza skończyła dziś 87 lat. I jestem tym na serio przerażony! To już nie jest czas na żarty. Nasze życie z Nią to nie bajka! Za nami (oby to była prawda, że już się skończyła) jedna z trudniejszych zim w Jej życiu. Z powodu chorób starczych, ślepoty i braku sił fizycznych – od końca października do teraz (do końcówki marca) poza wizytami u lekarzy nie wychodziła z domu. Jej stan nie jest dobry i nie mogę się oszukiwać, że mamy przed sobą czas nieskończony. Nasz wspólny czas jest bardzo policzalny…

Najukochańsza posypała się emocjonalnie i psychicznie tej zimy. Zrobiła się chwilami bardziej przykra niż kiedyś. Moja cierpliwość nie jest tak wytrzymała jak w latach minionych, w których Najukochańsza była zdecydowanie bardziej samodzielna. Ale jeśli cierpliwość nie jest moją mocną stroną, o tyle cierpliwość I’ należy do sławnych cech charakteru mojego męża, niestety ona również była przez ostatnią zimę mocno nadszarpnięta.

Procesy starcze postępują i choć wiem, że człowiek, którym była kiedyś Najukochańsza już gdzieś powoli się zredukował, to wciąż nie umiem się z tym pogodzić. Wzbiera we mnie złość, kiedy zwykłe sprawy codzienne urastają, nagle, do problemów egzystencjalnych, a moja ukochana osoba z powodu starczego zdziecinnienia, przestaje racjonalnie oceniać sytuacje oraz swoje zachowania.

Jesteśmy obaj z I’ zmęczeni. Najbardziej boli jakaś taka zupełnie niespodziewana i stosunkowo nowa niewdzięczność w wykonaniu Najukochańszej – objawiająca się zanikiem wszelkich formułek grzecznościowych, a co za tym idzie postawa roszczeniowa. Tego kiedyś nie było – albo było dobrze zamaskowane. Starość jest niewdzięczna i w porównaniu do minionych lat, odbija się na bliskiej mi osobie w sposób widoczny.

Bardzo bym chciał aby nasze obecne życie, w dokładnie takim samym formacie jak obecnie trwało kolejne lata. Chciałbym jeszcze doczekać pełni wiosny i lata z Najukochańszą, aby mogła pozbyć się całego napięcia i lęków, jakie ją dręczą. Nie wiem jednak, jaki cel w życiu mam jej zapewnić. Starość ze sprawnej kobiety zrobiła niesamodzielną, niewidomą staruszkę. Anomalie długich zim odciskają na Niej swoje piętno i podcinają Ją psychicznie, a ja jestem bezradny. Na coraz więcej inicjatyw słyszymy z I’ – Nie! Nie! Nie! A potem roszczenia, że nie dokładamy należytej troski do opieki nad Jej coraz smutniejszą starością.

Czekam na dni ciepłe. Na pachnące noce. Na burze niosące nadzieje. Na uśmiech zamiast grymasu bólu. Wierzę, że choć pozytywów będzie coraz mniej – to trafi się ich jeszcze kilka. Każdy pozytyw niesamowicie motywuje do dalszych działań.

Kochana moja, dziś nie powinno być o tym, dość uskarżania się, głowa do góry, będziemy walczyć o każdy rok, o każdy dzień. Wszystkiego Naj, Naj, Naj z okazji Twoich 87 urodzin – sto lat! 

01:30, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 marca 2018

W dniu dzisiejszym 71 urodziny obchodzi Elton John. Pochłaniam jego dyskografię z ciekawością, trzymając kciuki za to, aby artysta szczęśliwie dotrwał do maja 2019 roku, kiedy ma odbyć się jego pożegnalny koncert w Polsce.

Przebiłem się już przez wszystkie 30(!!!) studyjnych albumów Eltona, jeszcze są albumy gdzie artysta występuje w duetach, remiksy oraz moc ścieżek filmowych. To naprawdę jedna z najbardziej płodnych gwiazd szoł-bizu w historii drugiej połowy XX wieku.  

Ilość nie idzie tu w jakość – niestety. O ile w latach 70-tych mamy do czynienia z wieloma dobrymi, a nawet znakomitymi albumami i przekrojem poszukiwań po różnych odnogach stylistyki rockowej po wczesny funk i pop, a w latach 90-tych wyraźny skręt w kierunku klasycznego klawiszowego popu opartego na balladach i patetycznych hymnach – o tyle lata 80-te w dyskografii artysty są straszliwie nijakie. Elton John zupełnie nie potrafił się odnaleźć w epoce dominacji takich gwiazd jak np. Queen. Na dziewięć grafomańskich albumów, które spłodził w tej dekadzie, blisko połowa nie weszła nawet do top 50 list przebojów w Wielkiej Brytanii. A większość singli była tak nie istotna i kompletnie niezauważona, że nie ma nawet o nich poszerzonych wzmianek w internetach.

Inaczej jest z utworem Nikita. Singiel do 19-go albumu Eltona Ice On Fire, ukazał się dzień po moich błogosławionych narodzinach 29.10.1985 roku i nie dość, że zawojował brytyjskie i amerykańskie listy, to jak się zdaje już w owym 1985 roku był postrzegany jak dziś – jako kampowe arcydzieło.

Elton ledwo odziany i w słomianym kapeluszu siedzi w bordowym kabriolecie Bentley Continental w środku zimy i smali cholewy do przepięknej celniczki z NRD, na przejściu granicznym między Wschodnim i Zachodnim Berlinem. W innej scenie maluje czerwonym sprejem wielkie serce dla ukochanej. A w jeszcze innej tańczy z nią w klubie w dość zabawny sposób – bowiem nie obejmuje partnerki jak prawdziwy hetero w biodrach, tylko wisi na niej przyjmując rolę – no właśnie… Można by ten klip rozbierać na części pierwsze. Wydaje się, że wielu gejów po obu stronach kurtyny – tęskniło by być ową Nikitą w tamtym czasie, bo w zasadzie cały koncept liryczny opowiada nam o tęsknocie do wolności, oraz za tym aby móc poznać siebie nawzajem, podzielonych politycznym zrządzeniem losu… Po latach, nie tylko wciąga mnie kampowość klipu ale też sympatyczne polityczne przesłanie – i fajnie, że Elton (wówczas zadeklarowany biseks) już wtedy miał ochotę na zaangażowanie polityczne… 

Sto lat!

 

 

Hey Nikita is it cold

In your little corner of the world

You could roll around the globe

And never find a warmer soul to know

 

Oh I saw you by the wall

Ten of your tin soldiers in a row

With eyes that looked like ice on fire

The human heart a captive in the snow

 

Oh Nikita You will never know anything about my home

I'll never know how good it feels to hold you

Nikita I need you so

Oh Nikita is the other side of any given line in time

Counting ten tin soldiers in a row

Oh no, Nikita you'll never know

 

Do you ever dream of me

Do you ever see the letters that I write

When you look up through the wire

Nikita do you count the stars at night

 

And if there comes a time

Guns and gates no longer hold you in

And if you're free to make a choice

Just look towards the west and find a friend

 

poniedziałek, 19 marca 2018

Gdzie jesteśmy?

Kolejny dzień, miesiąc, rok. To pędzi gdzieś zupełnie niepoliczalnie, już nie można tego wszystkiego objąć jedną myślą. Tyle za nami już było, tyle przed nami jeszcze będzie, aż strach pomyśleć ile… Takie mamy czasy, w których podaż jest tak wielka, że nie nadążamy z popytem – dlatego już nasze mózgi nie są w stanie spamiętać wszystkich zdarzeń, cyfrowe dyski maszyn padają pod naporem kolejnych milionów składowanych zdjęć, a na pisanie pamiętników trzeba by było mieć zatrudnionego nadwornego sekretarza.

Ostatnie półrocze jakby nagle przyspieszyło. Czas niczym dziki wodospad chyba gdzieś znalazł lukę w korycie czasoprzestrzeni i znika nam z oczu w poniedziałek i pojawia się z powrotem w piątek, a reszta dni ulega skróceniu w naszej pamięci. Dlatego tygodnie gonią się jak szalone konie na wysoko obstawionym wyścigu. A gdzie w tym wszystkim my, gdzie jestem ja, gdzie jest mój I’?

Próbujemy zapamiętać jakiś wtorek czy środę, ale w tej pogoni codzienności pełnej pracy, powinności, obowiązków i drobnych pragnień – budzi nas dopiero kolejny piątek i przeraża kolejny poniedziałek. Staramy się znaleźć godzinę czy dwie w ciągu tego nieskończonego biegu, aby poświęcić ten czas dla siebie. Szczerze życzę wam wszystkim, chociaż dwóch godzin prywaty – to naprawdę dużo!

Dziś jesteśmy z I’ przed realizacją naszych największych planów, jakie kiedykolwiek wymyśliliśmy i nie jest to remont mieszkania ani nowy samochód, to w zasadzie cykl wydarzeń i podróży w związku ze zbliżającą się szybkimi krokami 10-tą(!!!) rocznicą naszego związku. Dlatego też wszystko, co się wokół nas dzieje zmierza ku wielkiej kulminacji – stąd odmieniany przez wszystkie przypadki czas i cały wir życia, rzuca nami jak łupinką na wielkim oceanie zdarzeń. Ale to naprawdę piękny czas w naszym życiu! Niełatwy, ale piękny!

A dziś przedsmak, przeżyliśmy razem 3468 dni, co daje w sumie 114 miesięcy! A to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo! Takiej wytrwałości na kolejne tysiące dni sobie, jak i wam drodzy czytelnicy życzę!  

 

niedziela, 18 marca 2018

Historia wyprawy nie skończyła się jednak w chwili, w której K’ oznajmiła nam, że nie może jechać. Wszystko się dopiero rozpoczynało, ale o tym mieliśmy się dowiedzieć kilkadziesiąt godzin później…

7.Wyprawa na nowo.

Czwartek 22-go lutego zapowiadał się dość smętnie, choć mróz nie był jeszcze tak srogi jak w kolejnych dniach, słońce jeszcze nie weszło w jaskrawe barwy syberyjskiego wyżu. O poranku dostaliśmy od K’ wiadomość, którą napisała do nas obu dla pewności, że dotrze do któregoś, o treści – że pokłóciła się z ojcem o nasz wspólny nie-wyjazd na Islandię i w związku z tym ma propozycje innego rozwiązania sprawy, koniecznie zaprasza do siebie wieczorem w celu omówienia wszystkich aspektów finansowych. A my dwaj pojedziemy na wyspę sami!

Szczerze, pierwszy raz w tej historii moja irytacja, przemieniła się w prawdziwy wkurw. Już odwołałem opiekę do Najukochańszej. Pożaliłem się kumpeli, jaki to jestem nieszczęśliwy z powodu nieudanego planu wyjazdowego (gdzieś w odległą krainę, ale bez szczegółów). W duszy jednak moja lądowa natura cieszyła się z powodu umknięcia niechybnej konieczności lotu. Powiedziałem I’, że ja mam dość całej sytuacji i nie mam siły spotykać się z K’ tego dnia, i z nią niczego omawiać. Liczyłem, że I’ położy kres całej sytuacji – bo czuliśmy się już wystarczająco wystawieni do wiatru.

I’ jednak już przed południem dzwonił do mnie kilka razy próbując mnie urobić w temacie wyjazdu. Popołudniem spotkał się z K’. Ustalenia przyniósł do domu, a ja miałem się przespać się ze wszystkim do rana i zdecydować czy chcemy jechać sami. Tu trzeba przyznać, że I’ jest znakomitym organizatorem i w ciągu kilku godzin obcykał wszystko w nowej, zdecydowanie bardziej skomplikowanej, sytuacji. Rano w zasadzie nie miałem wyjścia – pozostało tylko wyrazić zgodę na ów już mocno nietypowy wyjazd.

Cały piątek 23-go spędziliśmy na ponownej organizacji wyprawy. I’ musiał odwołać odwołanie urlopu, ja na nowo zorganizować ojca do pomocy nad Najukochańszą. Dodatkowo pojawił się w obwodzie nasz kumpel M’, którego postanowiłem wypróbować w tego typu sytuacjach.

I’ znalazł stronę re.is, pod którą kryje się Reykjavik Excursions. Z oferty przewoźnika turystycznych objazdówek po południowym i zachodnim wybrzeżu wyspy, wybraliśmy polecany i podobno mniej oczywisty turystycznie półwysep Snæfellsnes. A potem się zobaczy, mieliśmy jeszcze Blue Lagoon, więc atrakcji jak na krótki pobyt sporo. Od razu kupiliśmy też przejazd z portu lotniczego Keflavik do Reykjaviku i z powrotem. Naszym przewoźnikiem została firma Fly Bus, oferująca zabawny rozkład jazdy. Z autobusowego dworca głównego BSI w stolicy kraju wyjazdy odbywają się zgodnie z godzinowym rozkładem – kursy z lotniska są natomiast realizowane elastycznie. Brzmiało to dość złowrogo, ale mieliśmy się niedługo przekonać na własnej skórze, co to znaczy elastyczność na tej piekielnej wyspie!

Zabezpieczyliśmy żywnościowo i medycznie Najukochańszą. Kupiliśmy bilety na polskiego busa. Spakowaliśmy się w plecaczki – których waga nawet nie zbliżyła się do norm linii lotniczych. W okresie szału islandzkiego – jakby dotknięci jakimś przebłyskiem – obkupiliśmy się na wyprzedaży „wszystko za złotówkę” w lokalnym markecie w dziesiątki batoników typu Prince Polo itp., co okazało się jednym z najwybitniejszych naszych strategicznych posunięć dla przetrwania na Islandii. Polaku zawsze zabieraj ze sobą do tego kraju wszelkie dozwolone produkty żywnościowe inaczej umrzesz!  Słodycze, majtki, skarpetki, spodnie termiczne, ładowarki – wszystko dosłownie spakowane wieczorem przed wyjazdem – jakbyśmy jechali do miłej cioci na długi weekend.   

8.Wyjazd, lot.

Przejazd do Wrocławia był najbardziej pospolity z pospolitych. Pustawy bus i siarczysty mróz, oraz minimalny ruch na S8. Wrocław niczym nas nie zaskoczył, nie powalił, nie zauroczył, może za wyjątkiem niedziałających biletomatów, które okradły nas z pieniędzy. Ale przewoźnik wrocławski jest naprawdę w porządku i kasę zwrócił!

Postawiliśmy całkowicie na komunikację miejską. Z dworca głównego na lotnisko złapaliśmy linię 106, która dość sprawnie dostarczyła nas na wrocławskie lotnisko im. Kopernika. Port raczej malutki, na którym nie można zginąć. We mnie jednak uruchomił się tam, gdzieś przytłumiony tymi wszystkimi wydarzeniami niepokój. Dlatego I’ błyskawicznie skierował nas na kontrolę i tak po chwili byliśmy w strefie odlotów czekając na wyrok. Straszliwie dopadła mnie wówczas potrzeba zapalenia tego ostatniego papierosa – wiecie spełniają podobno ostatnią wolę skazanego, nie? Niestety bezcłowa strefa oferowała tylko zakupy hurtowe. Moje nerwy pchnęły mnie do palarni na „cudzesy”. Musiałem znaleźć jakieś ujście kiełkującej paniki, udało się! Okazało się po krótkiej wymianie zdań ze współpalącymi, że większość oczekujących to pasażerowie islandzkiego lotu, choć po nas leciały ważniejsze europejskie destynacje, Reykjavik zapełnił całego A320.

Po wejściu do tej straszliwej machiny tłumiłem podłe myśli – chłonąć nowe, obce otoczenie, ludzi, pracowników obsługi lotu. Kiedy to wszystko ruszyło, skupiłem się na nagrywaniu mojego pierwszego startu. Oczywiście głupi I’ nagrywał mnie również. Złośliwy chłopak nagrał blisko osiem minut całego tego procesu, moich sapań, lamentacji do siły najwyższej, jakiś głupich komentarzy i reakcji na zmianę ciśnienia oraz przerażenia z chwilą odbicia się od ziemi – co w efekcie jest dość zabawnym widowiskiem – które zostanie gdzieś w pamięci cyfrowej mojego życia. Reszta lotu przebiegła terminowo i z przepięknymi obrazami za oknem, oraz sprzedażą perfum i napojów przez linię lotniczą…   

9.Jesteśmy uwięzieni, plany upadają.

Po blisko czterech godzinach lotu, kazali nam się zapiąć w pasy i zapowiedzieli, że za chwilę lądujemy. Nad Islandią, wisiał gruby biały dywan chmur. Kiedy aeroplan zaczął obniżać swój lot – zrozumiałem, na czym będzie polegała moja rzeczywista nienawiść do lotów. Dostałem okropnych bóli usznych rozchodzących się po czaszce i szyi. Próbowałem przełykać ślinę itd. Nic a nic, nie było w stanie mi pomóc. Za oknem zerowa widoczność, tylko skrzydła zaczęły błyskać od silnych snopów światła i jakby bardziej drgać na wietrze. Nie miałem pojęcia czy jesteśmy bliżej czy dalej ziemi, czy uderzymy w coś czy jesteśmy na otwartej przestrzeni. Choroba ciśnieniowa częściowo mnie ogłuszyła, a objawy bólowe – zrodziły w moim mózgu jedną myśl – żeby ta cała maszyna się już nawet rozbiła, aby skończyło się dla mnie to piekło. Nagle wstrząs, przyziemienie, a po sekundzie z różnych części maszyny dobiegły oklaski – ok jesteśmy na Islandii.

Za oknem deszcz. Nie zdążyliśmy się dobrze zatrzymać, ani nawet zjechać z pasa, a polska reprezentacja pasażerów już oczekiwała stłoczona w korytarzu do wyjścia. Samolot ledwo stanął, a lud ruszył z kopyta. My postanowiliśmy zostać na miejscach aż się cała ta obora przewali. Kiedy ludzie wisieli - nad naszymi fotelami – upchani w wąskim korytarzyku maszyny, stewardessa podała niepokojący komunikat. Z powodu warunków atmosferycznych, to jest bardzo silnego wiatru, władze lotniska Keflavik nie są w stanie podstawić schodów, aby pasażerowie mogli bezpiecznie opuścić pokład maszyny. A następnie dodała – że władze portu podejmą decyzję za dwadzieścia minut albo w chwili, kiedy wiatr się uspokoi, a pasażerów prosi się o cierpliwość. Te dwadzieścia minut były najgorsze z całej obecności mojej w samolocie, ludzie zamiast usiąść i zaczekać tych kilka minut na swoich miejscach, stali w tym korytarzu, a w zasadzie leżeli w nim jeden drugiemu na plecach. Samolotem zaś, co chwilę wzdrygały konwulsje podmuchów wiatru, więc czuliśmy się wszyscy jak na łodzi podskakującej na falach morskich. Wokół samolotu krążyły samochody na sygnale, autobusiki oraz wspominane schody – wszystkie te pojazdy podjeżdżały i odjeżdżały zupełnie bezcelowo, jak małpy w cyrku, które jeżdżą rowerem.

Po trzydziestu minutach obsługa samolotu poinformowała nas, że władze lotniska dalej nie wyrażają zgody na wypuszczenie pasażerów. Mieliśmy wszyscy oczekiwać kolejnych komunikatów lub zelżenia siły wiatru. Przypuszczalnie mogło to nastąpić najwcześniej w przeciągu godziny. Po tych wieściach większość koczowników wróciła na swoje siedzenia. No i czekaliśmy… Ludzie dzwonili do kraju, do znajomych z Islandii, jedli, pili, spali, dyskutowali, nagrywali filmy, chodzili – istny ludzki rój.

W trakcie oczekiwania doleciały do nas kolejne dwie maszyny Wizzaira, które ustawili z obu stron naszego samolotu. Ludzi z tamtych maszyn też nie byli wypuszczani. Pasażerowie mogli sobie machać z okienek, lub nawet komunikować się alfabetem Morse’a. Po upływie dwóch godzin poinformowano nas, że bezterminowo nie ma zgody władz lotniska, aby wypuścić nas na Świat. Stewardessa ogłosiła, że na koszt przewoźnika wszyscy pasażerowie otrzymają przekąskę i napój.

W tym czasie I’ dostał mejla, że Reykjavik Excursions odwołuje z powodów atmosferycznych naszą pierwszą islandzką wycieczkę na półwysep Snæfellsnes. Sytuacja uwięzienia w samolocie, do tego jeszcze odwołanie wycieczki – wprawiło mnie w ponury nastrój i zacząłem mieć syndromy kurwicy. Uspokoiła mnie troszkę przekąska, ale jej wydawanie dla wszystkich pasażerów trwało kolejne półtorej godziny.

Polacy siedzący w rzędach z widokiem na terminale portu lotniczego Kaflavik zwrócili uwagę na to, że inne maszyny za wyjątkiem tych Wizzaira były normalnie obsługiwane, co zaczęło kiełkować różnorakimi złowrogimi szeptami i teoriami spiskowymi z antypolonizmem w tle. Nikt nic nie mówił o tym, że Airbusy A320 są niedostosowane do nowoczesnego islandzkiego lotniska i staroświecko obsługiwane jeszcze przez schody a nie rękaw, a po zejściu na płytę lotniska pasażerowie są odwożeni do terminalu C busikami. O czym przekonaliśmy się po czterech godzinach oczekiwania na decyzję ze strony Islandczyków.

Spędziliśmy w samolocie blisko osiem godzin (lot plus oczekiwanie)!!! Jednak euforii nie było końca, kiedy przebiegliśmy cały port w poszukiwaniu punktu Fly Bus (normalnie jak w jakimś filmie), aby upewnić się że mamy wykupione bilety do Reykjaviku. W tej chwili zrozumieliśmy z I’ sens elastycznych odjazdów z lotniska. Przed nami stały tylko ruchome drzwi i zupełnie nowy świat. Wychodzimy po czterech godzinach więzienia!            

10.Wiosna, BSI, hula wiatr, 70PLN!

Oczywiście, zamiast upewnić się w punkcie biletowym Fly Bus, jaki mamy typ biletu (na Islandii nawet jak kupisz coś on-line musisz zawsze dostać paragonik na miejscu), po uzyskaniu informacji że bilet w ogóle mamy wykupiony, że autobus stoi tuż za rogiem wybiegliśmy z lotniska na Świat. Wasz ulubiony bloger i jego facet I’ – obaj przygotowani na arktyczną pogodę, na białe niedźwiedzie, obaj w nieprzemakalnych kurtkach i ocieplanych butach trekkingowych, w czapkach i rękawiczkach z paluszkiem magnetycznym do obsługi ekranu smartfonu przy ekstremalnych warunkach, ze spodniami termicznymi schowanymi w plecaczkach – zostaliśmy zdmuchnięci gorącą falą powietrza. Zostaliśmy powaleni zapachem wiosny zmieszanym z intensywną wonią oceanu. Na zewnątrz mimo huczącego wiatru było +7 stopni Celsjusza, w Polsce -12! Różnica nas totalnie rozbiła, czapki z głów, ekspresy w dół – człowiek normalnie miał ochotę zerwać z siebie ubranie. Wrażenie niesamowite. A co najważniejsze, żadnego smrodu dymu czy spalin…

Autobus czekał rzeczywiście za rogiem. Pokazaliśmy nasz bilet na ekranie telefonu i weszliśmy do pojazdu. Elastyczne odjazdy z portu lotniczego polegają na tym, że autobus jedzie – kiedy się zapełni. Zapełnił się po jakichś dwudziestu minutach. Ale czas nie stoi w miejscu z Keflaviku wyruszyliśmy po północy. Zanim to się stało, przez autobus przeszła kobieta sprawdzająca bilety i okazało się, że popełniliśmy błąd nie pobierając w kasie paragonu. Niby wykupiliśmy w internetach podwózkę pod nasz apartament na przystanek Hlemmur, ale z powodu braku papierowego potwierdzenia kobieta stwierdziła, że jadą z nami tylko na BSI – główny dworzec autobusowy.

Jeszcze przed wyjazdem z lotniska wiedzieliśmy, że nasz plan na pierwszą wycieczkę upadł – zatem na biegu kupiliśmy kolejną na oklepany turystycznie Golden Circle – ale nie mieliśmy nadziei, że to się odbędzie. Zdawaliśmy sobie również sprawę, że przepadł nam jedyny praktycznie branżowy lokal w Reykjaviku, (choć to mocno pic na wodę, bo prowadzą go heterycy) Kiki, który był otwarty w niedzielę, ale po wszystkich przygodach nie mieliśmy już na niego siły.

A więc ruszyliśmy – odezwał się głos starszego lektora – niestety z Islandzkiego zrozumieliśmy tylko cytuję: hul rur ur rur ur rur vik, co znaczyło, że po drodze do stolicy zatrzymamy się na dwóch przystankach. Przy tym szalejącym i dosłownie bijącym o szyby wietrze, pod naporem którego autobus drżał, dotarliśmy do BSI w pięćdziesiąt minut. Oczywiście całą drogę patrzyliśmy w czarną przestrzeń nocy i tak nam się podobało!

Po dotarciu do BSI – poczuliśmy lekkie rozczarowanie. Główny dworzec autobusowy kraju wygląda jak pośredni PRL-owski PKSsiak, co najwyżej godny Piotrkowa Trybunalskiego. Wejście jedno z przodu drugie z tyłu, poczekalnia z informacją o zakazie nocowania na terenie obiektu, bar, kibelki, wejście na pięterko przegrodzone łańcuszkiem z karteczką Staff Only…

Szczerze, nie interesował nas ten dworzec poza jego funkcjami strategicznymi. Po wyjściu z budynku okazało się, że wiatr na lotnisku to była betka. W Reykjaviku to dopiero był szał. Niespecjalnie mogliśmy się poruszać na otwartym terenie – początkowo w lekkim skłonie niczym kula, mogliśmy się wyprostować dopiero, kiedy weszliśmy w zabudowane uliczki. Krok po kroku penetrowaliśmy opustoszałą stolicę Islandii. Za cel postawiliśmy sobie dotrzeć do najwyższej widocznej wieży, czyli do kościoła-rakiety Hallgrimskirkii (nie mam pojęcia czy mogę to tak zapisać???), architektonicznie inspirowanego bazaltowymi formacjami skalnymi z czarnej plaży obok Vik, Rejnisfjary. Do kościoła Hallgrímura dotarliśmy jak dzikie zwierzęta nocy, namierzając cel wyostrzonym zmysłem wzroku. Po kilku minutach zachwytu nad tą budowlą, ruszyliśmy do serca urokliwej islandzkiej stolicy.

Gdy schodziliśmy od kościoła, kompletnie wyludnioną ulicą Skólavörðustígur w stronę centrum, pomimo bardzo późnej pory natknęliśmy się na otwarty sklep spożywczy Krambúð. Jakaż radość, mój bosh – po tylu godzinach kupimy sobie coś do żarcia, (bo przecież nie można jeść tylko słodyczy z Polski). Dwaj uroczy wikingowie obsługiwali nas w tej przerośniętej Żabce, a ja wybrałem niewinnie trzy produkty. Ciemny bochenek chleba, kostkę żółtej gołdy oraz tackę z 10 plasterkami bodaj gotowanego boczku czy czegoś, co przypomina tą wędlinę w Polsce. Przy kasie zapłaciłem niecałe 2000 koron. Kilka minut później, snując się dalej uliczkami miasta, już na nawigacji GPS w kierunku ryneczku Hlemmur, zajrzałem na swoje konto! Omal nie krzyknąłem – o kurwa!!! Za te trzy produkty chłopcy z Krambúð nabili mi rachunek na blisko 70PLN!!! Za chleb! Za odrobinę wędliny! Za kawałek jebanego sera! Za tą kasę w Polsce mam prawie tygodniowe zakupy!!! W tej chwili zdaliśmy sobie z I’ sprawę, że Islandia jest megadroga! Na płytką kieszeń Polaka może to być szokujące ile, co kosztuje na wyspie. A ceny w pośrednich knajpkach zaczynały się, od co najmniej 1000 koron.

Zdobywszy pierwsze doświadczenia dotarliśmy ulicą Laugavegur na ryneczek Hlemmur, z którego tylko rzut kamieniem był nasz apartament. Po kilku minutach byliśmy na naszej ulicy, leżącej troszkę z boku – jakby na zapleczu tych ważniejszych arterii, choć wciąż w samym sercu miasta. Kiedy więc pokonywaliśmy kolejne numery na Brautauholt – marzliśmy tylko o dwóch czynnościach – o gorącym prysznicu i szybkim zaśnięciu na jakimkolwiek łóżku… 

c.d.n.     

 

sobota, 17 marca 2018

Powiedzcie mi jak tu nie kochać Davida Hasselhoffa? Ten facet naprawdę przełamuje bariery i ma do siebie ultra dystans!

 

"Guardians' Inferno" | Marvel Studios’ Guardians of the Galaxy Vol. 2

środa, 14 marca 2018

Ostatnio, aby nie mieć problemów z przedwczesnym wypróżnianiem się, staram się nie oglądać polityki polskiej w żadnym dostępnym medium. A kiedy ona do mnie dochodzi myślę sobie o słowie „foss”, które choć występuje w języku angielskim, najlepiej czuje się w Islandii i oznacza wodospad. Widziałem ledwo trzy fossy na tej wyspie (plus te, obok których nie było czasu zatrzymać się po drodze, a było ich kilkanaście). Ale do rzeczy – wyobraźcie sobie wodospad i na wydechu wydmuchajcie z płuc słowo foss, wydłużając do ostatniej chwili oddechu literę sss… Czujecie to w sobie? Czujecie szum wody, jak rozbryzguje się o skały, jak tworzy orzeźwiającą bryzę, jak was pochłania? O tak…

O nie! A jednak z całego ostatniego miesiąca, wszystko gdzieś się zbiera i przyjemny wodospad zamienia się w kataraktę pełną błota i wszelkiej maści ścieków. To co władze Polski robią wokół ustawy o IPN, to co robi Adrian względem wspominanej ustawy, którą podpisał, a następnie odesłał do niejakiej Przyłębskiej, która już wydała w nieformalnej rozmowie wyrok w tej sprawie – budzi w każdej normalnej osobie torsje! Prezes tak zwanego TK stwierdziła, że nie widzi nic niekonstytucyjnego w przepisach penalizujących stawianie Polski na równi z niemieckim oprawcą – choć dowody historyczne wskazują dobitnie, że Polacy w bardzo wielu sprawach – które dotyczyły interesu narodowego jak i lokalnego, z chęcią współpracowali z nazistami, pokusiłbym się o taki skrót myślowy – od Zaolzia po Jedwabne…

Adrian po kilku tygodniach od podpisania ustawy stwierdził, że źle się stało, ów projekt nie powinien przejść przez polski parlament. Ale do jasnej cholery? Przecież podpisał tą ustawę? Czy to nie jest objaw jakiejś choroby? Wrócimy do tego tematu na moment w ostatnim akapicie, bo dziś nadeszło sporo nowości…

Tymczasem, „bangster”, który jest następcą niejakiej Broszki, nie tylko bije swoją poprzedniczkę na głowę pod względem tragiczności sprawowania urzędu premiera, ale jeszcze jest czynnym uczestnikiem wywoływania najgorszych demonów narodu polskiego, oraz aktywnym harcownikiem na polu niszczenia relacji dyplomatycznych na linii WarszawaTel Awiw i Waszyngton. Z Szydło się zwyczajnie śmiano, ale nie była tak wielkim szkodnikiem jak Morawiecki, który podczas kolejnych i kolejnych spotkań z dziennikarzami szczególnie zagranicznymi – popełnia gafę za gafą? O nie, nie, nie, mówi świadomie to, co myśli! Ten facet został tak wychowany, przez ojca z terrorystycznego odłamu Solidarności – w którym nawoływano do walki zbrojnej z komunistami. O ile w latach 80-tych reszta Solidarności uważała odłam Morawieckiego seniora za folklor lub wariactwo, o tyle ów wychował swojego syna w siermiężnych nacjonalistycznych wartościach z silnie zarysowaną wrogością do komunistów. A kim byli najgorsi komuniści według tego przekazu? Dla nacjonalisty najgorszy Komuch=Żyd! I dlatego dziś premier otwarcie wspiera maszerujących faszystów, wyklętych, składa kwiaty na grobach żołnierzy brygady świętokrzyskiej zamieszanej w pogrom kielecki ludności żydowskiej w 1946 roku, a na licznych konferencjach prasowych z zagranicznymi dziennikarzami – o współudział w Holocauście oskarża samych Żydów właśnie. Włos się na głowie jeży, ale to wszystko jest mówione zupełnie na serio. Szkoda tylko, że na serio nie mówi o swoim ukrywanym majątku oraz o tym, że on już się w życiu zarobił kasy, a teraz może poświęcić się służbie publicznej – co podobno miało być kiedyś z ust premiera powiedziane. Poświęcenie za iście głodowe 15 000 złotych gołej pensji, to prawie robota charytatywna!  

Wracając do podejrzeń o jakieś zaburzenie Adriana, warto prześledzić jego wypowiedzi z dnia rocznicy 50-lecia marca 1968 roku. Prezydent przeprosił po czym dodał, że jego pokolenie – nie ma za co przepraszać? To za co lub za kogo przepraszał? Ej, jak to do cholery jest – zrobił to czy zaprzeczył tym przeprosinom – co to za innowacyjna formuła??? Natomiast dziś (13.03.18) na spotkaniu z ludnością Kamiennej Góry nasz umiłowany proeuropejski wódz powiedział:       

Bardzo często ludzie mówią „Ach, po co nam Polska, Unia Europejska jest najważniejsza”. Przecież wiecie państwo, że bywają takie głosy. Otóż proszę państwa, to niech sobie ci wszyscy przypomną te 123 lata zaborów, jak Polska wtedy pod koniec XVIII wieku swoją niepodległość straciła i zniknęła z mapy. Też byli tacy, którzy mówili „A może to lepiej, swary się w końcu skończą, te rokosze, te wszystkie insurekcje, te wojny, te awantury, te konfederacje, wreszcie będzie święty spokój". Tak, ale wkrótce wszyscy się zorientowali, że wojny są dalej, awantury są dalej, tylko już my nie mamy żadnego wpływu i nie decydujemy o sobie.

Bo teraz gdzieś daleko, w odległych stolicach, decyduje się o naszych sprawach. To tam zabiera się pieniądze, które my wypracowujemy i  tak naprawdę pracujemy na rachunek innych. I to jest właśnie własne państwo, że czujesz, że pracujesz w nim na swój rachunek, że czujesz, że ty budujesz tu ojczyznę, że to jest twoja przyszłość, że w twoich rękach jest decyzja, że ty przesądzasz o tym, kto będzie rządził, a kto nie. I na tym polega istota wolności, suwerenności i niepodległości, że to ty sam decydujesz o sobie i swoim państwie. I dlatego warto niepodległości i suwerenności bronić za każdą cenę. Dlatego warto pracować dla swojego państwa, dlatego warto dla niego płacić podatki i warto wspierać tych, którzy nim dobrze rządzą.

Ktoś wie, o co chodzi Adrianowi? To zaburzenie czy zapowiedź Polexitu? A może jutro odwoła te słowa, podobnie jak zmienia zdanie o podpisanej przez samego siebie ustawie o IPN? A może przykrywa tym niedawne napuszenie się (tak mam na myśli, że napuszył się niczym paw) na referendum konstytucyjne, z którego chyba zaczyna wycofywać się rakiem, bo przecież Kaczyńskiemu łatwiej się steruje krajem z dwoma marionetkowymi urzędami premiera i prezydenta, a dużo trudniej będzie zapanować nad wzmocnionym kosztem rządu prezydentem. 

Zatem kochani słówko "foss", wyobrażamy sobie przepiękny i potężny wodospad i na wydechu syczymy wszyscy razem: fosssssssssssssssssssss. Aż do momentu kiedy twarze wszelkich polityków znikną za mgiełką cudownej wodnej bryzy...., o tak już ich nie ma, już wraca spokój...

 

wtorek, 13 marca 2018

Bardzo interesująca niemiecka produkcja. Oj, Oni mają co opowiadać o przełomie Weimarsko-Nazistowskim, niby błaha historia kryminalno-polityczna ale wszystko ubrane w złowrogie barwy, tego co nieuniknione. Serial przedstawia całą paletę socjologicznych obserwacji przekroju niemieckiego społeczeństwa roku 1929. Zabawa trawa ale nasz czas jest policzony, wszystko pójdzie w popiół i pył - bardzo aktualne przesłanie w obecnej dobie...  

Ale twórcy w tej mrocznej baśni próbują uświadomić widza, że Babylon-Berlin mamy dziś tu - obok nas: Babylon-Warszawa, Babylon-Londyn, Babylon-Paryż itd. Co się stanie kiedy czar pryśnie?

Zu Asche, Zu Staub (Psycho Nikoros)

niedziela, 11 marca 2018

Islandzka przygoda jest dość długą historią, dlatego wydaje mi się że, forma krótkich rozdziałów jest najefektywniejszym sposobem streszczenia wyprawy oraz poprzedzających ją wypadków. Całość tworzy pełny i zwariowany obraz tej historii. Zatem kontynuujmy!

4.Szał.

Po tym jak wszystko było już kupione, wasz ulubiony autor bloga, wpadł w istny szał islandzki.

Zacząłem oglądać liczne vlogi podróżnicze o tej odległej wyspie, czytać jakieś informacje o pogodzie, o przyrodzie, o atrakcjach fauny i flory kraju. Dostałem zadanie opracowania planów podróżnych dla naszej wycieczki.

W marzeniach widziałem drogę z Reykjaviku do Vik. Pośród śnieżnej pustyni, czarna asfaltowa jezdnia, z horyzontem na którym zaczynają majaczyć majestatyczne szczyty. Kiedyś – dawno temu – nudziłem się w jakiś weekend w pracy i wrzuciłem sobie w google street view słynną islandzką jedynkę, którą gnałem gdzieś daleko za Vik w kierunku jeziora Jökulsárlón, które znajduje się u podnóża wielkiego lodowcowego parku narodowego Vatnajökull. Jakie to było piękne! Dzięki temu doświadczeniu, wszystkie moje wyobrażenia nabrały rumieńców i przetwarzając dostępne mi dane – śniłem o zimowych rajdach po Islandii, jakimś potężnym autem terenowym z napędem na cztery koła – nie inaczej.

Szał objawiał się też w innych aspektach naszego z I’ życia. Do tak nieprzyjaznej krainy trzeba zabrać, doskonałe buty, nieprzemakalną kurtkę, dobrze w zestawie z modną czapką i rękawiczkami. No ale mróz z powodu oceanu może być odczuwalny znacznie wyższy niż rejestruje termometr, muszą być też getry termiczne pod spodnie. Zaczęliśmy gorączkowo szukać z I’ wszelkich nowości odzieżowych oraz promocji, no bo jak inaczej pokazalibyśmy się na Islandii w znoszonych zimowych łachmanach – jak jakieś dzikusy? Nie! Cały styczeń mieliśmy z I’ wypełniony zakupami i pięknymi marzeniami.

Islandia zmobilizowała mnie wreszcie do tego, aby iść do chirurga. Po 10 latach wątpliwości zdecydowałem się usunąć kompleksogenną zmianę skórną, którą ukrywałem od lat przed wszystkimi możliwymi ludźmi, wykonując wszelkiego typu figury we wszelakich możliwych szatniach. Ale czy miałem czuć dyskomfort w Blue Lagoon? Mowy nie mogło być w tym temacie.       

5.Radość nigdy nie trwa wiecznie.

Tak to jakoś bywa, że wszelkie huraoptymistyczne nastroje szybko mijają. Stan kont uszczuplił nam się znacznie. Do wszystkich spraw trzeba było dołożyć opiekę nad Najukochańszą, która wprawdzie jest jeszcze w znacznym stopniu samodzielna, jednak z powodu utraty wzroku trzeba wokół niej codziennie zrobić sporo czynności, maksymalnie ułatwiając jej codzienną egzystencję. Do pomocy zwerbowałem ojca, moją ciotkę (kuzynkę ojca), oraz w ostatniej chwili naszego człowieka – M’, który miał nas informować o tym, co się ewentualnie u Najukochańszej dzieje podczas naszego wyjazdu…

W mojej pracy od stycznia trwała epidemia grypowa, osłabiona Najukochańsza też coś złapała, złapał coś wreszcie I’ – więc pierwsze dwa tygodnie lutego upłynęły nam pod znakiem kwarantanny. Ja oczywiście poszedłem na L4, aby na Islandię być na sto procent zdrowym. W czasie mojego tygodniowego pobytu w domu przez wymarzoną wyspę przeszła największa od lat anomalia pogodowa, wielki sztorm, połączony z silnymi opadami deszczu i śniegu, wespół z morderczym wiatrem – który na prawie cały weekend zablokował islandzkie porty lotnicze. Nasza gospodyni z Reykjaviku opowiadała nam później, że nie pamiętała tak silnego zjawiska pogodowego na wyspie od wielu lat, a jej sklep za jej życia nie był jeszcze zalany po kostki wodą. Poza anomaliami pogodowymi, w czasie mojego zdrowotnego tygodnia, telewizor doniósł o trzech katastrofach lotniczych, zatem moje całe pozytywne nastawienie szlag trafił. Szaleńcze myśli skupiły się na zbliżającym się locie. Jako szczur ziemny – wychowany na katastroficznych serialach dokumentalnych, zwyczajnie zacząłem czuć lęk, przez co podświadomie bombardowałem nim resztę zespołu!      

6.Koniec wyprawy.

Ale najlepsze było dopiero przed nami. Kiepsko znosząca luty K’ również chorowała, jednak to nie problemy zdrowotne w jej przypadku przelały czarę niepowodzeń. K’ na początku miesiąca zmieniła charakter zatrudnienia na uczelni, na której od kilku lat pracuje. Dziekan wydziału bardzo zdziwiony planami urlopowymi podwładnej, tuż po przerwie międzysemestralnej, dał do zrozumienia K’, że jej plany wyjazdowe są cokolwiek sprzeczne z ideą pracy na uczelni. To jedyna firma, która daje swoim pracownikom w trakcie roku akademickiego (podsumowując wszystkie okresy wolne od zajęć) blisko cztery miesiące wolnego czasu, a jak prowadzący umiejętnie skumulują swoje zajęcia, to owego czasu wolnego może być zdecydowanie więcej… Ale oczywiście K’ może wyjechać – nikt jej nie będzie zatrzymywał siłą. Jednak z tonu rozmowy można było zrozumieć, że nierozważne plany K’ – mogą jej raczej zaszkodzić w karierze naukowej… Wszystko to działo się w tygodniu naszego wyjazdu. W środę 21-go lutego K’ poszła na rozmowę ze swoją bezpośrednią przełożoną, w wyniku której podjęła ostateczną decyzję. Tego dnia wieczorem spotkaliśmy się u K’, oznajmiła nam wtedy, że jest zmuszona zrezygnować z Islandii. Padło pytanie czy jesteśmy w stanie pojechać sami? Nie! Nie byliśmy gotowi na taki wyjazd. K’ miała być naszym kierowcą. Ani ja ani I’ nie jesteśmy osobami z prawem jazdy, ono nie jest nam po prostu potrzebne w mieście. Pracujemy w centrum, mieszkamy blisko centrum, mamy autobusy i tramwaje co 6 minut, korzystamy w okresie ciepłym z miejskiego roweru, albo z własnych jednośladów… Po długiej deliberacji uznaliśmy wyprawę islandzką za temat zamknięty, umówiliśmy się z K’ odnośnie spraw finansowych i pełni rozczarowania oraz goryczy wróciliśmy do domu… Zanim dotarliśmy do mieszkania, późną środową nocą, odwołałem mojego ojca, a I’ ciotkę (kuzynkę ojca) z akcji pomocy Najukochańszej. To był koniec.   

c.d.n

 

środa, 07 marca 2018

Zastanawiam się jak ugryźć temat opowiedzenia tej historii? Najprościej będzie to maksymalnie uporządkować. Mam ostatnio tak mało czasu, że nie mam po prostu siły bawić się w żadne ogromne formy pisarskie. Musi być zwięźle, a przynajmniej tak myślę? Zatem skąd pomysł na Islandię?

1.Pomysł.

Jak zwykle nie mieliśmy planów z I’ na Sylwestra 2017/18. Planowaliśmy zostać w domu i dłubać w pępkach przez telewizorem. I to prawie się udało. Prawie – wiecie – zawsze robi wielką różnicę. W dobie smartfonów i chipów wszczepianych do mózgu – ludzie wymieniają się wiadomościami. Ta aktywność sprawiła, że pół godziny przed północą wylądowaliśmy u K’, która wraz ze swoją przyjaciółką M’ wyprawiała mini-imprezkę. Kilka dnia przed Sylwestrem puściliśmy zupełnie niezobowiązujący komunikat do naszych znajomych, że mamy pomysł aby Nowy Rok przywitać śniadaniem w lokalu Pop&Art. Podczas plotkarsko-netfliksowego sylwestra u K’, potwierdziliśmy śniadaniowe zamiary.

2.Śniadanie.

Poranek noworoczny nie był bardzo lekki. Pomysł śniadania był dość niepewny. Ale skoro to była to moja inicjatywa – wysłałem wiadomości do zainteresowanych, że ja wraz z I’ zjawiamy się na pewno. Większość znajomych nas olała w czym nie było nic zaskakującego. Obaj z I’ byliśmy na granicy rezygnacji z jakiegokolwiek wychodzenia z domu. Ale słowo się rzekło. W lokalu byliśmy koło południa. Dołączyć do nas zdecydowała się jedynie nasza sylwestrowa gospodyni K’. Kiedy zdążyliśmy się z I’ pokłócić, K’ dla rozładowania atmosfery rzuciła pomysł – czy nie chcielibyśmy obejrzeć zorzy polarnej. Zorza polarna – pomyślałem przez chwilę, a dzień 1-go stycznia był dość mroczny i idea tak odrealnionego zjawiska wydała się totalnie romantyczna. I’ zapalił się do pomysłu, tylko gdzie można zobaczyć to cudo? Chyba nie planujesz nas zabrać na Svalbard – głośnio wyrecytowałem myśli. W odpowiedzi padła Islandia i pytanie – czy nie chcielibyśmy zobaczyć tej wyspy zimą? K’ próbowała się umówić na taki wyjazd z M’ – ale ta ostatnia wciąż wynajdywała jakieś wątpliwości, więc poirytowana K’ – uznała, że jej koleżanka nie jest dobrym materiałem na planowanie podróży. My zgodziliśmy się od razu. Zorza? Islandia? Będzie fajnie. Nie będzie drogo…

3.Szaleństwo.

Po śniadaniu wraz ze świeżo upieczonym pomysłem, zadowoleni z siebie udaliśmy się pospiesznie do K’, aby na wszystkich agregatach ofert, czyli innymi słowy troszkę w stylu współczesnych piratów grasować po internetach. Szczerze mówiąc – ja jestem w tych tematach zieloniutki – ale K’, która podróżuje dość intensywnie po Świecie – w przeciągu 10 minut znalazła oferty o blisko 50% tańsze od standardowych na przelot, zdecydowanie dobre ceny na zakwaterowanie w apartamencie w centrum Reykjaviku, samochód w Keflaviku – abyśmy mieli jak wydostać się z lotniska, oraz na dokładkę wykupiliśmy dzienny pobyt w Blue Lagoon. Od razu wykupiliśmy lot w relacji Wrocław-Keflavik i nasza czterodniowa wyprawa była zabukowana. Ja doznałem szoku, ponieważ pisałem się na śniadanie noworoczne, a wróciłem do domu wieczorem z biletami na Islandię. Tego jeszcze w życiu nie robiłem… Postanowiliśmy utrzymać całe przedsięwzięcie w tajemnicy…  

c.d.n.    

 

 
1 , 2