o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 30 marca 2013

O ironio losu... Jak prawdziwy dziś jest ten numer he he he!!!

piątek, 29 marca 2013

Stało się to czego się bałem najbardziej – mój mąż skończył 30 lat. Zrobił się tym samym bardzo stary i powinienem go rzucić i znaleźć sobie jakiegoś 19-latka. Człowiek się musi jakoś odmładzać.

Znajomy życzy I’ – jako panu w średnim wieku dużo nieziemskiego seksu! Ale jakiego seksu – pomyślałem? Przecież, kiedy się już wdrapało na kolejny poziom to bliżej nam do piachu niż wszelkich szaleństw, siły już nie te, grawitacja mocniej wciąga, a kanapa zaczyna być przytulna. Prawda? Tak jest? Zaraz pewnie mnie napadnie tłum żywych trupów po 30-ce, ze skórą naliftingowaną i przybitą pinezkami do czoła i podbródków, chmara nasmarowanych hektolitrami kremu pedaląt albo skrywający zmarszczki za metrowymi brodami bersi, lub pakerzy-osiłki z zapoconej siłki, którzy co prawda wyglądają nawet smacznie, ale ich kulturystyczna potrzeba dbania o umierające ciało jest bardzo podobna do fanatycznych terrorystów-mudżahedinów, oddanych sprawie 23 godziny na dobę, bez żadnego życia poza seriami skłonów, biegów, odżywek (które zmniejszają to i tamto - błe), diety i innych koszmarów, odbierających sens istnienia. Nie moi drodzy – starości, przyjaciółki śmierci nie da się oszukać.

Mój mąż jest stary i nic nie mogę z tym zrobić. Teraz pozostały mi już tylko płacz i lamentacje do młodych bożyszczy. Taki  Isherwood był z 30 lat młodszym facetem, jego przyjaciel W. H. Auden, też lubował się w dużo młodszych chłopcach na modłę profosor ze studentem. Może to jest jakiś klucz do nieśmiertelności? Do tego aby się zwodzić nieustannie, zamiast na siebie w lustrze, patrzeć na dużo, bardzo dużo młodszego partnera.

Poświęciliśmy ostatnio I’ Dead Party – imprezę-stypę, pogrzeb na wesoło, chcieliśmy odczarować godzinę tragiczną, która nastąpiła dziś pięć minut po północy, ale czy to się udało? Czy oswoiłem się z trójką z przodu u męża mego? Nie wiem… Zawsze zostaje opcja opisana przy poprzedniej 29 rocznicy. Eh… Mam kryzys własnej trzydziestki, której jeszcze nie mam…

Chciałem zakończyć tak jakoś optymistycznie, żeby przełamać ten czarny humor, a chyba popadłem w jakąś okrutną gorycz nad upływaniem czasu i istot ludzkich wraz z nim… 

Sto lat!

 

23:52, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »

W minucie Twojej I'...

Moonlight Sonata Beethoven

czwartek, 28 marca 2013

Czas jest niezmiennie upływający. To równie smutne, jak i wspaniałe. Smutne, bo przemijamy, wspaniałe, bo ciągle i bez przerwy czeka nas nowe. Nowe bywa dobre i bywa złe, ale nawet w najodleglejszych i najbardziej odciętych od cywilizacji zakątkach naszego globu – wcześniej czy później – wszystko podlega zmianom.

Zmiany w kalendarzyku i na karku. Rok w rok stawiam kolejną kreskę, kolejny odcinek: przeżyliśmy, zrobiliśmy, dotarliśmy tu i tam. Nie wierzę w ciągłość i nieskończoność, wierzę w policzalność czasu, wierzę, że jest to matematyczna miara, którą trzeba odmierzać, aby móc odnaleźć własną tożsamość i przynależność. Czas jest fascynujący tak jak przemijalność i następstwa.

Z tym radosnym pogodzeniem się z czasem, przychodzi dziś 82-a rocznica naszej Najukochańszej. Ona przyjmuje to z jakimś zawstydzeniem, że niby to nie wypada itd. I tu pojawia się ta bardziej niszczycielska moc czasu, bo nauczyliśmy się go liczyć i rejestrować, wspominać i opiewać – ale przez całą historię naszego istnienia (jako rozumnego gatunku) w żadnym razie nie poskromiliśmy czasu. Nauczyliśmy się go rozumieć, nauczyliśmy się wykorzystywać go bardziej i więcej, ale i tak musimy z nim przegrać.

Zawsze jest dla mnie nieprawdopodobnym, że 50 czy 80 lat temu, rodzaj ludzki nie miał komputerów, albo nie potrafił tak szybko się przemieszczać jak dziś. Jak króciutko w obliczu istnienia tylko samego Homo Sapiens – posiadamy zaawansowaną technikę, a jak długo łupaliśmy kamień i siedzieliśmy w ciemnych i zimnych norach i izbach? Niesamowite.

Najukochańsza urodziła się w czasach dziś zupełnie nieprawdopodobnych, to trochę przerażające. Bo w pewnym sensie mogę tylko uczyć się o mentalności moich rówieśników w latach 50-tych XX wieku, kiedy Najukochańsza miała te dwadzieścia-kilka lat. Dokładnie tak samo, jak mogę uczyć się o mentalności starożytnych Rzymian – ale bez powodzenia – tak jak nie posiądę mentalności ludzi z połowy zeszłego wieku, podobnie i tych wymarłych starożytnych narodów. Nigdy, zatem do końca już ich nie poznam – co najwyżej będę mógł snuć domysły.

Stąd właśnie, ludzie starsi traktowani są pośród większości kultur naszego globu jak mentorzy, nawet, jeśli za młodu byli największymi głupolami. W nich tli się ogień przeszłości, oni sieją w nas ziarno tożsamości, a my albo ślepo ich naśladując albo zupełnie zrywając z ich spuścizną – budujemy kolejny stopień rozwoju naszego zwierzęcego gatunku.

To wspaniałe, że ciągle możemy być razem. Mimo wszystkich starczych słabości Najukochańszej, staramy się żyć bardzo zwyczajnie i dość nieszablonowo – po prostu szczęśliwie. Oby tylko udało się zahamować to przeklęte zwyrodnienie AMD w zdrowym oku, i już będziemy mieli jakiś sukces.

Sto lat!

 

23:20, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 marca 2013

Hah, no i się doczekałem kolejnej płytowej premiery marca. Depeche Mode wydał swój trzynasty, w dorobku, studyjny album Delta Machine. Wszystko brzmi dość ciekawie i leniwie, zdecydowanie brakuje tu tzw. przeboju, ale jest jakaś taka mieszanka elektronicznych i popowych fluidów - przenikających przez umysł słuchacza. Może się wydawać to ciut nudne bo i lekko melancholijne (to w erze muzyki łup-łup niezbyt często spotykane) ale z pewnością bardzo dobre do słuchania po zmroku... Są zadatki na bardzo dobry album, ale w przypadku DM zazwyczaj to osądza czas...

Alone

Always

Slow

 

 

wtorek, 26 marca 2013

Ha, stało się – sobotnim Dead Party rozpoczęliśmy świętowanie tragicznych 30-tych urodzin I’. Pisałem przed rokiem – że urządzimy dla mojego męża pogrzeb (z tej smutnej okazji) i takowy miał właśnie miejsce. Choć w sumie to było bardziej wywoływanie duchów lub zmartwychwstanie.

Wszystkich przybywających gości witałem krótkim błogosławieństwem – jak na kardynała przystało. Obyło się co prawda bez homilii, ale za to zmówiliśmy wszyscy modlitwę do kolacji, jak Pan przykazał.  

Goście dopisali – praktycznie w 75%, a Ci którzy zjawić się nie mogli, byli albo z daleka albo pilne sprawy rodzinne ich powstrzymały. Niezmiernie mnie Cieszy przybycie Natalii O. z Żoną, panie mogły się wyrwać na kilka godzin, od niełatwej na codzień, szarej rzeczywistości. Mam nadzieję, że bawiły się dobrze? Natalia w stroju pastorki – wniosła ekumenicznego ducha do naszego wspominkowego spotkania, zaś Żona jako pani kat (jaka jest żeńska forma dla kata?) sprawiła, że wszystkie osoby duchowne na imprezie, mogły czuć pewną dozę spokoju. Albowiem wszelkie wyroki Świętej Inkwizycji zostałyby z pewnością szybko wykonane toporkiem-tasakiem z końcówką do bicia schabu. Moc tej broni sprawdził Eliasz, który przebrał się za siebie, aczkolwiek jego sprawność w obsłudze toporka-tasaka z końcówką do bicia schabu przy odcinaniu kapsli butelek piwnych – świadczy o tym, że kolejną imprezę przebieraną robimy pod szyldem zbójników Janosika.  Znamienity bloger, bawić musiał się mimo braku stroju dobrze – świadczyć o tym może przygoda z sufitem w kuchni – ale może nie będę rozwijał tych intymnych szczegółów?

Goście podzielili się pół na pół – jeśli idzie o kwestię przebrań – przymusu żadnego nie było. Na przykład P’ przybył w koszuli w kratę, a przez to że nie zdjął butów – jego strój zakwalifikowano pod przebranie drwala. K’ natomiast, który przebrał się za siebie – wkupił się w łaski tym, że własnoręcznie zrobił sernik. A żeby takie ciasto uczynić trzeba włożyć w to dużo serca, a przynajmniej pracy. A że była to mieszanka obu tych elementów, świadczy to, że w dzień po imprezie Najukochańsza skosztowała sernika, po czym pochwaliła jego walory smakowe. A pochwały z jej strony nie są znów tak częste!

Moja przyjaciółka M’ i jej chłopak przebrali się za postacie w pelerynach, ale peleryny bardzo gustowne, może i ja sobie taką sprawię? Wreszcie gospodyni domu wybrała swój ulubiony strój dominy, zaś jej mąż, niestety nie zdążył wykombinować prawdziwego wdzianka ministranta/dziada kościelnego ale i bez tego był wielką wyręką dla mej kardynalskiej świętobliwości.

No i mój mąż. We fraku. W białej koszuli z delikatną falbaną. W srebrnych spinkach. Z pokaźną ilością makijażu – charakteryzującego go troszkę a’la główny bohater filmu Tima Burtona „Mroczne Cienie”: na ni to trupa ni to wampira – w każdym razie na bardzo sympatyczną postać. Pokłony biję dla naszej gospodyni K’, która po jednym zaledwie obejrzeniu instrukcji na ten makijaż – zrobiła go z najmniejszymi detalami, poza może tylko barwieniem ust, bo zrobiła je na czarno.

Nie byłoby zabawy gdyby oczywiście nie oprawa muzyczna i powiedzmy artystyczna. W każdym razie, poszła klasyka pogrzebowych pieśni od Chopina do Mozarata oraz „Przybądźcie z Nieba” i „Alleluja” Handela (dla przełamania impasu smutku). Oczywiście wszystko dopasowane do odpowiednich elementów przedstawienia. Dwa punkty kulminacyjne wyznaczyły klamrę całej stypy. Pierwszym było wywołanie zmarłego do gości i przywitanie się z przybyłymi – I’ podchodził do wszystkich ze świecą witając się zaledwie gestem, całkowicie bezgłośnie i w półmroku, drugim były powinszowania po odśpiewaniu stu lat, kiedy goście podchodzili do I’ z zapalonymi zniczami, a ten po wysłuchaniu ich życzeń zdmuchiwał ogień, który mu przynieśli. Były też inne zabawy jak 30 batów na tyłek jubilata lub jak to w kuriach i zakonach dość modne, zlizywanie bitej śmietany z kolana ojca duchowego imprezy.

Zresztą poza bitą śmietaną – byłem też zobowiązany wyspowiadać wszystkich przybyłych – którzy chcieli w czystości przystąpić do wieczerzy urodzinowo-pogrzebowej.

Obiad podawała kardynalska moja świętobliwość – całość ugotowana przez KJ&I’ – wszystkim zdaje się że smakowało. Ciasto-nagrobek i babeczki czekoladowe z czaszkami upiekła zapalona cukierniczka, córka koleżanki I’ z pracy. O serniku wspominałem. Druga koleżanka zrobiła sałatkę – która okazała się najsłabszym ogniwem strawy, ale pewien niesmak czy niedosyt zmyła wódka i chłodzące się w lodówce napoje na bazie słodu, chmielu i drożdży.

Chyba nikomu nic nie brakło? Chyba wszyscy byli usatysfakcjonowani? Chyba nikt się nie oburzył ani nie obraził? Było miło.          

Mozart. Requiem

sobota, 23 marca 2013

Wszystko dopięte na ostatni guzik. Mam nadzieję, że wszystko wypali. Zawsze coś nie wypala - normalka. Więc spokojnie, spokojnie i jeszcze raz spokojnie. Będzie dobrze. To dziś ten wielki wieczór. Dead Party dla mojego I', zaczynamy koncelebrację jego 30-tych urodzin. Bosh, to już tuż-tuż - tak straszliwy wiek!!! Dlatego zaczynamy go od imprezy pogrzebowej... Dziś premiera KoffiegoDżejmsa w roli kardynała prowadzącego stypę... Różowe bamboszki naszykowane... Trzeba jakoś odczarować ten koszmar upływającego czasu. Mąż mnie dziś zestresował - mówiąc, że na 40-ste urodziny pewnie już takich przebierańców nie będziemy czynić. On już myśli o czterdziestce i widzi siebie jako poważnego pana. Aaaa!!! Nie!!!   

wtorek, 19 marca 2013

Tak, dziś nasza kolejna rocznica-połowiczna. Jakoś tak wypadło, że 19 marca zwykle otwiera nam od 5 lat, okres wiosennych rocznic świątecznych. To zwykle bardzo miłe i ożywcze. Oczywiście nie przy tak podłej aurze. Miała być kolejna wiosna, kolejna eksplozja życia, a tymczasem mamy jakieś przybicie, jakoś tak mniej nadziei i chęci. A do tego cały ten zgiełk codzienności i przygotowań do pogrzebu I', który zapowiadałem w notce z jego zeszłorocznych urodzin. Ciasto-nagrobek już się podobno szykuje, ja akurat mało wtajemniczony jestem w słodkości... Ma być uroczyście i z dużą dawką czarnego humoru - naprzeciw obłudzie świętoszków i tradycji, choć w oparciu o tradycję. Taki postmodernizm właśnie. Ale cholerne zimsko - odbiera mi niestety ostatnio strasznie dużo sił, szykowałem się na wiosenną imprezę...

Cholerny świat, nic nie można zaplanować! Zawsze ci się jakoś odwinie w drugi policzek. Ale są i sprawy dobre. Doczekaliśmy się po 3 miesiącach oczekiwań, bardzo drogiego zastrzyku dla Najukochańszej. Iniekcja ta, aplikowana jest wprost do gałki ocznej, aby powstrzymać rozwój jednej z najpodlejszych chorób wieku podeszłego - AMD, zwyrodnienia plamki żółtej - prowadzącego do ślepoty. Jedno oko już stracone, za późno się zorientowaliśmy co się dzieje. A kiedy cholerstwo zabrało się za drugie, próbujemy o nie walczyć. Szanse są połowiczne - dziś nie ma jeszcze leku zatrzymującego postęp tego zwyrodnienia. Ale próbować trzeba. Choroby oczu są zmorą naszych czasów. Najlepiej o tym świadczą tłumy w prywatnej klinice, w której wczoraj byliśmy. Pacjent po trzydziestu minutach po zabiegu powinien wyjść do domu. Ale żeby się dostać najpierw na kontrolny ogląd przed zabiegiem, a potem na sam zabieg - trzeba odklepać cztery godzinki.

Więc po powrocie do domu, na nic, nie ma już siły, bo z dojazdami wychodzi sześć godzin tej zabawy. A jeśli się weźmie teraz jeszcze, wszystkie nasze przygotowania, o których mówiłem wcześniej, do tego obowiązki zawodowe, zimę, stresy o masę spraw i potrzebę odrobiny prywaty... To dnia nie starcza, aby wszystko upchać.

Więc dziś 1642 dniu naszego pożycia siedzimy w domu, pisząc bloga i czytając, relaksujemy się przed kolejną bitwą - jutro. Dziś dajemy sobie odrobinkę na luz, w końcu to nasz 54 miesiąc. Hm, a może warto by któryś zamienić w ten prawdziwie miodowy?     

poniedziałek, 18 marca 2013

Czas pędzi jak z bicza strzelił. Zanim człowiek się obejrzy, a to mu tydzień, miesiąc i rok zleci. Ale tym razem mam, na szczęście, na myśli łikęd miniony. Okay, może był przesunięty lekko względem standardowego - niedziela robiła za piątek, a wtorek za niedzielę, ale co z tego? Kiedyśmy mieli z I’ okazję do małych pijackich szaleństw z blogowymi znajomymi i to do tego pedałami. Jeden z blogów widnieje w mojej czytelni, drugiego próżno szukać. 

Oczywiście wyszło szydło z worka, KoffieJames czyta jakieś blogi  spoza swoich czytelni – dramat!

W każdym bądź razie było naprawdę bardzo miło. Wiecie z chłopakami zawsze jest raźniej. Człowiek może z siebie wylać jakieś drzemiące w nim pokłady przemyśleń i spostrzeżeń. Można się wiele dowiedzieć, z razu plotek codziennych oraz ciekawostek ze świata, na przykład z życia codziennego w dalekiej wschodniej Azji. Albo o filmach porozmawiać. Albo zderzyć różne gusta i wcale się nie pokłócić. Ba, szanując innych, obronić swoje stanowisko i wysłuchać obrony tej drugiej strony, to naprawdę zacne.

Na szacunku do drugiego człowieka można wiele zbudować, pogarda jest strasznie szczeniacka. Znamy takich ludzi, co uważają za głupich wszystkich, którzy nie podzielają ich opinii - strasznie smutne to jednostki, niby wykształcone to to, ale słoma wystaje tu i tam. Czemu o tym piszę? Bo to dziś dość rzadkie spotkać ludzi posiadających kulturę. Zresztą w swoich relacjach próbujemy ostatnio z I’ budować naprawdę interesujące znajomości, nawet, jeśli trzeba, do co poniektórych dojrzeć ze dwa lata.

Ale spotkania towarzyskie, zwłaszcza tak zbożne, pedalskie (to nie tylko, co piątkowe piwo ze starym kumplem, podczas którego rozmawia się o kolejnym tygodniu w pracy) to przede wszystkim – oderwanie się od codziennych spraw właśnie. Cudowne oderwanie, zbyt rzadkie niestety!

A sami widzicie ile jest w tym miesiącu zdarzeń i aktywności medialnej. Co tu począć, mamy Franciszka, mamy platformy oburzonych – bosh, co to za kuriozum? Mamy dalszy ciąg polityczno-medialnych kabaretów. A nawet kabarety są atakowane przez anty-ateizacyjne komisje sejmowe. Donald Tusk wreszcie mówi „do rzeczy”, że związków partnerskich de facto nie będzie, bo konstytucję pisali ministranci z SLD, tak, aby tego typu wywrotowe ustawy nigdy nie miały prawa bytu w Nadwiślance. Ale cuchnie hipokryzją, ale cuchnie – bo platforma szykuje kolejny projekt ustawy o Związkach Partnerskich! Czy to nie jest naprawdę komedia? Jakiś uliczny teatr, burdelik bez wytrawnych kurewn. A jak już co wprowadzą, to sakramentu kochającym inaczej, będzie zapewne udzielał kanalarz w katakumbach albo za murem cmentarza. Albo wymyślą jakiś kadłub, aby nawet związkiem tego się nie dało nazwać, aby tylko pedalski ród upokorzyć i wytaplać w błocie.

Wiecie, że mamy nową świętą? Święta Krystyna od pedałów Pawłowicz. Powiedziała ta boginka ostatnio, że tylko ona jest prawdziwą obrończynią naszej mniejszości, bo chce nam pomagać i leczyć, a nie mamić jak ten szatan Biedroń. No i widzicie, jakiego mamy lwa, lwicę w polskim sejmie? Jeszcze wróbelek słoniowy jej pomoże i już będą homorekolekcje i egzorcyzmy z Torunia.

Czas jeszcze szybciej leci, kiedy w zawodowym życiu dużo pracy, w prywatnych sprawach jeszcze więcej. Kultura każe czekać, by następnie raczyć nas kolejnymi płytami i wyciekami, nakręcając tym samym i tak już napięte życiowe grafiki - wszystkich i wszędzie. A do tego pogoda, ach piękna zima tej wiosny i takie tam…   

środa, 13 marca 2013

Od wczoraj mamy "następny dzień" Bowiego. Z oceną - na zimno - wstrzymam się jak to zwykle u mnie bywa jakieś pół roku, muszę się z tym przespać, przesłuchać do cna itd. Ale na gorąco, czuć, że David musiał to nagrać! Ile w tym godzinnym krążku energii i pasji! Ile sprytnych kompozycji, smaczków, oczek do czasów przeszłych. Ach i och! W każdym bądź razie ciągle w wielkiej formie!

U Bowiego słychać fascynację jego własną przeszłością. Ale to chyba już jakaś większa moda muzyczna, te pokłony względem minionych dekad. Rush, robi album kłaniający się progresywnemu okresowi grupy z lat 70-tych. Bowie robi album, w którym można odkryć wszystkie muzyczne okresy artysty z ostatnich 40 lat, a do tego klip z filmem poprzedzającym sam utwór - same pokłony dla klasyki.

Depeche Mode (tytułowy dziś kolejny dzień), zamiast wypuszczać do sieci nowy album, robi dwa hiper-klasyczne ruchy znane już w historii promocji muzyki. W programie u Lettermana (jak kapele z lat 60/70-tych) prezentuje na żywo trzy premierowe kawałki. Dave śpiewa do tego na żywo bez podkładu z taśmy, co jeszcze dodaje mroczności tym kompozycjom. A w najbliższą sobotę w Dreźnie, zespół publicznie zaprezentuje cały album. Ponadto kompozycje brzmią, jakby nagrywano je pod bardzo silnym wpływem pierwszej połowy lat 90-tych.

Fajna ta moda!

 
1 , 2