o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 31 marca 2012

Wczoraj urodzinowo wybraliśmy się do znajomych dojeść tort. Od słowa do słowa padło pytanie - czy znamy kultowego już w TV i necie - "Mięsnego Jeża"? Niestety nie znaliśmy. Co zrobili nasi znajomi? Pokazali nam owego zwierza. A dokładnie wybitny program "Pamiętniki z Wakacji", który zbiera milionowe widownie dla stacji Polsat.

Wyszło, że oglądaliśmy ów program blisko 4 godziny. Wybierając sobie dwa pasjonujące epizody - perypetii polactwa na Kanarach. Zrywaliśmy boki ze śmiechu. Ale naszła nas pewna refleksja, a w sumie kilka.

Tak! Polsat to wybitna stacja telewizyjna krzewiąca kulturę i sztukę wysokich lotów.

Tak! Naród nasz przejawia wybitną skłonność uwielbienia dla projektów ambitnych.

Refleksja trzecia bez bez cienia cynizmu. Para-realitiszoł Polsatu jest tak żenującym programem, sięgającym tak totalnie obrzydliwego poziomu, że zaczyna być w zasadzie czymś genialnym. Drwina z bohaterów serialu jest posunięta do tak absurdalnych granic, że cynizm wyziewający co sekunda (z każdej sceny) - nadaje mu drugie dno. Podobnie jak bajki dla dzieci i dorosłych. W przypadku "Pamiętnika" podział jest bardziej skomplikowany a nawet lekko dyskryminujący... 

Nie! Więcej oglądać tego nie będziemy! A jeśli już, to tylko jak ostatnio ze schłodzoną połówką. Aaaaaaaaaaaaaaaa!!! 

czwartek, 29 marca 2012

Jak co roku – przychodzi ten dzień. W latach poprzednich już rozpisywałem się w tym temacie. I nic dodać nic ująć nie mogę.

Hm? Powyższy akapit wydaje ci się znajomy? Mnie też. Zatem posłużmy się obszernym cytatem!

Dziś jest ten straszliwy dzień. Wiedziałem że kiedyś nadejdzie. I oto jest, zawitał do naszego życia. Mój mąż osiągnął wiek 29-u lat! Jest już taki stary. Naprawdę! To jest straszne! 29 lat!!! To jest dla mnie wiek tak niewyobrażalny i podeszły chlip-chlip! Ja nie chcę starości! Geje po 30-stce to już panowie w wieku poważnym! A mój chłopak musi być młody!!! Dlatego podjęliśmy uroczystą decyzję, że jeśli mój mąż osiągnie wiek poważny (30), to się rozstaniemy w obliczu świadków. Wtedy dla utrzymania młodości, korzystać będziemy z młodych, świeżych dziewiętnastolatków. I będziemy mogli żyć wiecznie. Bo życie wieczne w obliczu braku czegokolwiek, jest jedyną alternatywą. Może już za naszej podeszłości (czyli około wieku 45 lat) biolodzy znajdą metodę odtwarzania, totalnie wszystkich elementów człowieczej konstrukcji – wtedy przeszczepimy sobie wszystko, ze skórą młodzieńca na końcu. Znów będziemy jak, cudowne sprężyste dziewiętnastki. Ach! ;p

kj 29.03.2011.

Niestety, zeszłoroczne plany rozstaniowe musimy zmienić. Doszliśmy do wniosku, że w roku 2013 – I’ musi popełnić samobójstwo. Wynika to z pobudek czysto humanitarnych. Po 30-stce nie opłaca się żyć. Śmierć zagląda nam w oczy. Człowiekowi zaczyna powoli obwisać to i tamto. Nawet jak się było grubym do 30-stki – to młode ciało zachowywało wszystko w jędrności, a po 30-stce, grawitacja jest niestety bezlitosna.

Samobójstwo musi być perfekcyjne – tak, aby zakryć intencje – i pozorować nieumyślność. Najlepszą opcją jest tragiczna śmierć w wypadku komunikacyjnym na terenie któregoś z krajów europy zachodniej – broń boshe w Polsce! Taka śmierć dla I’ – nie dość, że szybka, to jeszcze najkorzystniejsza z materialnego punktu widzenia… … - … … dla mnie. Wcale nie jestem materialistą! Nie chodzi o kasę! Ale w obliczu tragedii, jaką jest 30-stka – pozostaje tylko śmierć. A w obliczu mej nadchodzącej samotności, coś musi mnie pocieszyć – prawda? Zwłaszcza w obliczu rychło nadciągającej mojej 30-stki – po której, również popełnię samobójstwo – topiąc się w morskiej kipieli. Kiedy to, wracając balonem z lotu dookoła Świata (który będzie jedną z form pocieszenia), rzucę się zeń z kulą ołowiu u szyi, a majętność całą zapiszę w ofierze na kościół…

Zatem zostało nam 365 dni miłości i szczęścia, to dużo i mało. Postaramy się wykorzystać ten czas najlepiej. Tymczasem dziś – celebrujemy z żalem i sentymentem liczbę 29. 29. Dlaczego to już 29? To prawie sam szczyt pokoju o nazwie 20. I’ już drapie w sufit – pokoju numer 30. Drap-drap ku starości! Drapu-Drapu ku przemijalności!! Drap-Drap ku kruchości i mierności ludzkiego żywota drapu-drap!!!

Wszystkiego najlepszego mój kochany w roku twej ostatniej dwudziestki.

 

[*][*][*][*][*][*][*][*][*][*]

[*][*][*][*][*][*][*][*][*][*]

[*][*][*][*][*][*][*][*][*]

09:30, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (6) »
środa, 28 marca 2012

Jak co roku – przychodzi ten dzień. W latach poprzednich już rozpisywałem się w tym temacie. I nic dodać nic ująć nie mogę. Dostałem takie życie. Piękne życie. Takie warunki. Piękne warunki. Tylko czasem nie potrafię być wdzięczny. Ale to też jest piękne – ta niewdzięczność, bo sprowadza naszą relację, choć to dość karkołomne, do relacji (matka-syn). Moja mama, gdyby żyła miałaby dziś 63 lata, byłem późnym dzieckiem – mój brat jest ode mnie o 12 lat starszy, nie zamieniłbym się z nim na czasy młodości. Ale z powodu mojego ojca (zwłaszcza tego co uczynił wiele lat temu) nie utrzymujemy kontaktów. A mój ojciec? Jak na złość żyje i ma się wyśmienicie.

Rolę matki, po śmierci tej biologicznej przejęła Najukochańsza. Sama straciwszy drugiego synka, Tomka, mającego zaledwie 3 miesiące życia w roku 1956 – do dziś trzyma w szufladzie jego fotografię, leżącego w maleńkiej trumience. I jakoś się tak stało, że pani po 50-tce (dziś to wiek drugiej młodości) postanowiła jeszcze raz spróbować zostać matką. Czy brakowało mi babci? Właśnie że nie. Kobiety z różnych stron mojej rodziny były zawsze długowieczne. Troszkę czułem się jak w filmie Volver. Za babcię robiła mi prababka. To ona robiła mi obiadki i odbierała z przedszkola, kiedy Najukochańsza pracowała. To był i wciąż jest normalny dom – tylko jakby trzydzieści lat in plus. Ach prababcia – pamiętająca obie wojny dożyła prawie 90 lat – robiła mi dziwne i smaczne potrawy. Ziemniaki zawsze osobno utuczone na piure do zupy. Co to za dziwactwa? Miała mieszkanie pełne antyków, zegarów, poroża zwierzątek, które upolował jej mąż. Piękne wspomnienia.

Tymczasem Najukochańsza nie spełniała roli babcinej – było nam czasem trudno. Darliśmy koty, dziś też czasem się to dzieje… Buntowałem się, uciekałem, robiliśmy sobie jakieś wyrzuty. A z doświadczenia moich rówieśników wiedziałem, że nie różniło się to niczym od ich (innych) doświadczeń. To pozwalało mi żyć przez lata w zbawiennej iluzji – normalności. Ba, niektóre rodzicielki był znacznie bardziej zasadnicze od Najukochańszej. Opowiadałem jej o matkach niektórych kumpli, a ona w rozbrajający sposób potrafiła skwitować niektóre zachowania owych matek, co strasznie mi imponowało. To jej życiowe doświadczenie brało górę – dlatego rezygnowała z walki z wiatrakami… Młode matki chciały walczyć, a Najukochańsza pozwalała niektórym sprawom płynąć własnym torem… To było wielkie.

Żyliśmy przez wiele lat w błogostanie i jakoś tak, nagle, ja dorosłem a Najukochańsza zmieniła się w babcię. Dla I’ również przyszywaną, ale za to obejmującą go większą troską obecnie niż mnie. Szalony dom mój. Zawsze do góry nogami. Ciekawe co sobie myślą stare (nie nawet fizycznie a mentalnie) i zgrzybiałe sąsiadki o Najukochańszej – klepiące modły co niedzielę w kościele – o piekło dla naszego wykolejonego domu? Czy to ważne?

Mamy potencjalnie dużo mniej czasu, aby się sobą nacieszyć i to diabelnie zmienia perspektywę i mentalność rodzinną. Najukochańsza obchodzi dziś 81 urodziny. Czas nas zabija. Dlatego staramy się czerpać maksymalnie dużo… Stąd, kłócimy się co niedzielę o różne sprawy i sposoby ich rozwiązywania. My rozprawiamy o nowoczesności, a Najukochańsza pogardza nowoczesnością – i tak jakoś się to kręci. Ale jest zabawnie…       



09:40, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 marca 2012

Wiosna bez dwóch zdań. Oznajmiły mi to zapachy psich odchodów. Gówna wielce szacowne, obfite i jędrne spoczywają w alejach, alejach gówna. Czcigodne pieski i ich Pany, starają się zostawić swoje skarby na błotnisto-trawiastych poboczach chodników, tak aby śpieszny przechodzień nie musiał wdepnąć w co nieco. Ale również tak dobitnie, że nie mijasz pięciu metrów, dwóch, jednego aby w równym odstępie ślad kolejnego czworonoga dostrzec i podziwiać.

Ale nie bądźmy francuzami, podziwiajmy miast psiego substratu, produkty męskiej natury. Tak-tak szok! Podziwiam mężczyzn i piszę o tym na blogu! Ale ja, od kiedy pamiętam mężczyzn podziwiam i podglądam bezwstydnie. Oczywiście nie będzie to wpis homoerotyczny, ale w zasadzie…

Ostatnio, wiosenna aura zmusiła mnie do pognania do galerii handlowych w poszukiwaniu wiosennego przyodziewku. Zima umyka, wiosna nadchodzi – trzeba by się jakoś przepoczwarzyć. Wizytacje w marketach i szopach-molach owocują zwykle spotkaniem szerszej reprezentacji chłopców z branży. Co tu dużo mówić, zna się Tego czy Tamtego, a to z widzenia, a to z jakiego lokalu, a to z powodu tego, że po postu jest się wścibsko-ciekawskim itd. itp. Wie się, kto jest z kim i dlaczego nie jest, albo można szybko rozpoznać co się kroi… Obserwacje chłopców tchnęły mnie jednak pesymizmem…

Zwłaszcza tych rówieśników mych (plus – minus), którzy w ostatnim czasie (od wiosny zeszłej) rozstali się, zostali rzuceni, rzucili, zdradzili itd., swoje drugie połowy. Ci chłopcy, wraz wiosną kwitną, zmarszczki mają rozsmarowane kremem, włoski mają rozczesane, przycięte, grubość nagle zamieniła się w smukłość, buty jeśli posiadły na noskach kilka roztoczy, zostały roztoczy pozbawione, a bródki czarne z siwych odmieńców oskubane. Samotnicy kwitną. Są na polowaniu, są całkiem dobrym towarem, są pełni zapału, zgrabnie maskują niepierwszą świeżość. W jakimś stopniu jest to imponujące! Imponujące.

Nam z I’ po tych 3 latach, się po prostu nie chce. Ile trudu trzeba włożyć, by wyglądać jak „tapmadl”(???) i wcale nie chodzi o to, że wszyscy wyglądają jak z top model. Ale chcieliby sprawiać takie wrażenie. Zamiast bluzy i spodni – muszą kupić całą szafę – aby pawie piórka były znów eleganckie. Jakeśmy się z I’ rozleniwili i zdziadziali – dwie stare klabzdry, które wychodzą do ludzi troszkę jak goryle – nieogoleni, niedopięci na ostatni guzik, rozchełstani, niezbyt uczesani. A ci młodzi-starzy – którzy walczą i muszą być atrakcyjni dla świata, którzy muszą wstawać godzinę wcześniej by wszystko doszlifować – oni ciągle zachowują ten powiew świeżości, nawet, jeśli lekko zwietrzały, trącący myszką. To i tak nic w porównaniu, z naszą dusznawą atmosferą przewidywalności i łachów z poprzednich sezonów – które trzeba znosić, zanim się potnie na szmaty, albo da psu do rozszarpania.

Pesymizm dotyczy nas samych właśnie. Przewidywalnych, oczywistych, bez ikry – nudziarzy, młodych-starych, pospolitych, mdłych i coraz bardziej wtapiających się w tło…

11:24, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (14) »
czwartek, 22 marca 2012

Xanadu to jedna z moich najulubieńszych kompozycji Rush. Zatem i godnie musi być oddany jej hołd. Ale bądźmy ciut-ciut przewrotni, niech będzie z godnością - ponownie VirtuallyRush - ale też i młodzieńczym pazurkiem (nie do końca godnym) w wykonaniu kapeli Silver Sun.

Kawałek pochodzi z mojej ulubionej płyty A Farewell To Kings (1977).  

środa, 21 marca 2012

Wpis ten pierwotnie powinien ukazać się 8 marca w dniu kobiet. Miał być żartobliwym zwieńczeniem lutowego mini cyklu na 30-lecie DM. Byłem jednak rozłożony grypami więc nie wyszło... 

Dziś wystąpi tylko Martin, który zaśpiewa w trakcie robienia sobie makijażu w 2001 roku. A komentarze w stylu such a girl! Mówią same za siebie... Oraz piękny bis z 2006 roku, wykonany troszkę w stylu Eltona Johna (przynajmniej wokalnie jakoś tak Martin wypadł). 

I to by było na tyle, aż do 2013 roku w temacie DM. W 2013 roku bowiem 13. studyjny album nas czeka.

Surrender

Shake The Disease

poniedziałek, 19 marca 2012

Eh, Czasie nieubłagany. Niby wolno, niby galopem, a im dalej tym szybciej – a jednak równym tempem – wiedziesz nas przez życie. Właśnie, że nie uciekasz. Nikt Cię nie goni, nie gonimy Ciebie. Kroczymy razem, w zasadzie za rączkę z Tobą…

To jest w pewnym sensie niepojęte… To wszystko mogło się ułożyć inaczej, a jednak kości ułożyły taki los. Suma przypadków, czas, akcja i reakcja, odrobina szczęścia i chęci – i stało się…

I trwa. To też jest przecież pełne swoistej tajemnicy. Dookoła nas wszystko się wali, albo bardzo wiele. Zdrady mnożą się jak króliki, meksykańscy gej-przyjaciele nie szukają znajomości bez podtekstów. Podteksty występują w darkrómie z kolegą A’ i poza darkrómem z kolegą B’. A reakcja kolegi C’ – na to wszystko – jest bardziej histeryczna niż moje wszelkie spazmy z roku 2008. A tymczasem my z I’, śmiejemy się z tego jak z dobrego żartu na jakimś kabarecie i pocieszamy kolegę C’, który był wielkim promotorem hiszpańsko-meksykańskich znajomości. Bo wierzył w jakieś górnolotne szczere intencje. Naiwność to taka cnotliwa cecha. Pełna uroku. Wierzymy, że kolega C’ szybko się otrząśnie z szoku, jaki przeżył i znów da komuś szansę.

Ale to nie gej-łorld nas szokuje, to hetero-stan bombarduje nas ostatnio najlepszymi kąskami. Nie tyle pikantnymi, co szokującymi. I nie dlatego, że ktoś oszukuje drugą stronę wmawiając jej wciąż miłość, tylko dlatego że nie stać tej osoby na opłaty mieszkaniowe. Ekonomia bywa ważniejsza niż górnolotne nieuchwytne ‘coś’, ‘ple-ple’, ‘motylki’ itd. Szokuje nas ilość zdrad na tydzień, na dzień oraz metodologia kłamstw! I to w relacji, która wydawać by się mogło, przeżyła ze sobą bardzo wiele – która wydawała się przez to niezniszczalna. A tymczasem potrzeba zdrady, motywowana jest iście szlachetną pobudką – którą rozumiem – to przemijalność.

– Wykorzystaj czasy swe najlepsze, bo jutra może nie być, a jeśli będzie to już po twoim najlepszym momencie, kiedy heteromatriks wymusi swoiste role: ojca, matki, tatuśka z oponą od piwska, który pragnie zobaczyć mecz, na którym zdarza mu się kimnąć… Tu nie chodzi tylko o mechaniczny stosunek seksualny, toż to łabędzi śpiew, lęk przed końcem pewnej epoki – bez spróbowania jej możliwości… Czy to moralne, niemoralne – nie wiem – to ludzkie…

Wybitna rozwiązłość jakoś nagle – przed 30-stką – eksplodowała w hetero-stanie. Gdzie nie spojrzę coś się dzieje. Istna wojna, moda – nie wiem? Czasem zostają jakieś plusy, na przykład miłość – która zawiodła pewną osobę do innego i pięknego miasta – pozostawia w spadku piękne miasto i jego wszystkie słodkie grona.

A my – durnie dwa, jak osiołki dwa – które się ciąga od składziku oliwy do okolicznego targu – patrzymy czasem na to z oślim rozumkiem. Z wywieszonymi jęzorami i raczej bardziej zainteresowani paszą i korytkiem z wodą. Czasem nie pojmujemy: jak to jest z tymi wszystkim ludźmi? Czasem płaczemy razem z nimi, radzimy co byśmy zrobili gdyby… Czasem niedowierzamy, brakuje słów. Czasem zanosimy się śmiechem – serdecznym zazwyczaj. Czasem pocieszamy: bo świat wcale nie jest taki zły! Czasem czekamy aż niektórzy się wreszcie rozstaną i wierzymy w to żarliwie. I trwamy. Trwamy. Trwamy aż dziw – 1277 dni, 42 miesiące… Ale kto wie, ile jeszcze? Ile tak można?

01:52, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 marca 2012

Od kilku dni chodzi to za mną... Eh, są kawałki których czas nie rusza...

I can dim the lights and sing you songs full of sad things
We can do the tango just for two
I can serenade and gently play on your heart strings
Be your valentino just for you

Ooh love - ooh loverboy
What're you doin' tonight, hey boy
Set my alarm, turn on my charm
That's because I'm a good old-fashioned lover boy

Ooh let me feel your heartbeat (Grow faster, faster)
Ooh ooh can you feel my love heat
Come on and sit on my hot-seat of love
And tell me how do you feel right after-all
I'd like for you and I to go romancing
Say the word - your wish is my command

Ooh love - ooh loverboy
What're you doin' tonight, hey boy
Write my letter
Feel much better
And use my fancy patter on the telephone

When I'm not with you
I think of you always
(I miss those long hot summer nights)
I miss you
When I'm not with you
Think of me always
Love you - love you

Hey boy where do you get it from
Hey boy where did you go ?
I learned my passion in the good old
Fashioned school of loverboys

Dining at the Ritz we'll meet at nine precisely
One two three four five six seven eight nine o' clock
I will pay the bill, you taste the wine
Driving back in style, in my saloon will do quite nicely
Just take me back to yours that will be fine (Come on and get it)

Ooh love, (There he goes again just like a good old-fashioned lover boy)
Ooh loverboy
What're you doin' tonight, hey boy
Everything's all right
Just hold on tight
That's because I'm a good old-fashioned fashioned lover boy


poniedziałek, 12 marca 2012
niedziela, 11 marca 2012

Moebius

Jean Moebius Giro - rozmowa from Face2FaceTV.pl on Vimeo.

Wczoraj 10 marca 2012 roku po długiej i ciężkiej chorobie w paryskim szpitalu zmarł Jean (Moebius) Giraud. Odszedł człowiek, którego określano w rodzinnym kraju mianem „dotkniętego śladem geniuszu”. Moebius był wybitnym grafikiem, scenarzystą komiksowym, był autorem koncepcji graficznych i postaci do filmów s-f. Wreszcie był filozofem przekazującym swoje wizje Świata za pomocą autorskich, krótkich opowiadań graficznych.

Jego kariera rozpoczęła się niepozornie, kiedy jako 24-latek spotkał w siedzibie magazynu Pilote scenarzystę Jeana-Michela Charliera (1924-1989) w 1962 roku. Giraud namówił wówczas Charliera by ten napisał dla niego scenariusz do westernu, który by mógł się stać konkurencją dla podobnej serii ukazującej się od 1961 roku na łamach magazynu Spirou. I tak w październiku 1963 roku światło dzienne ujrzał najsłynniejszy (obok komediowego „Lucky Luke’a”) francuski kowboj „Blueberry”.

Wśród tego rodzaju popularnych opowieści Giraud od początku wyróżniał się zarówno wysokim poziomem artystycznym, jak i pogłębionym rysunkiem psychologicznym postaci (na przykład główny bohater o twarzy Jean-Paul Belmonda starzeje się w miarę rozwoju akcji). Westerny podpisywane pseudonimem Gir mają bogate, świetnie odmalowane tło historyczne, a także odtworzone w najdrobniejszych detalach realia topograficzne, kulturowe i obyczajowe.

Pod koniec lat 60-tych XX wieku konwencja klasycznego komiksu francuskiego zaczęła dusić młodego rysownika. Na fali kontrkultury Gir objawił drugą część swej osobowości, a powstające w tym nurcie utwory zaczął podpisywać pseudonimem Moebius. Trudno w kilku zdaniach opisać specyfikę „moebiusowego” Świata, który emanuje metafizycznym i egzystencjalnym niepokojem, wyraża religijne zagubienie i duchowe poszukiwania w gąszczu mitycznych opowieści. Twórca eksponuje zło i niepokojącą erotykę. Jest urzeczony oniryzmem, „odmiennymi stanami świadomości” i magią. Wprowadza do swych prac wątki ekologiczne, fascynuje się nowymi technologiami, odkryciami naukowymi i zagląda w otchłań kosmosu. Moebius żegluje na fali zjawisk określanych mianem New Age, a czyni to najczęściej w szczególnej formule metafizyczno-onirycznych, fantastycznych opowieści. W swych inspiracjach sięga po środki halucynogenne: grzybki i haszysz. Najbardziej znanymi utworami tego nurtu są albumy i cykle: „Arzach” (1976), „Garaż Hermetyczny” (1976-1980), „Czy człowiek jest dobry” (1977), „Incal” (1981-1988) według scenariuszy sławnego pisarza i filmowca Alexandro Jodorowskiego (1929), „Świat Edeny” (1985-2001). Jako Moebius narysował kilka epizodów do amerykańskiej serii „Silver Suffer” (1988-1989).

W 1975 roku debiutował jako twórca dekoracji do filmu Diuna w reżyserii Jodorowskiego, muzykę miał napisać zespół Pink Floyd, a w jedną z głównych ról wcielić się sam Salvador Dali (1904-1989) – niestety filmu nie skończono. Mimo tego fiaska kariera kreatora koncepcji graficznych stanęła przed Moebiusem otworem. W 1979 roku wykreował świat Obcego – Ósmego pasażera Nostromo reż. R. Scott (1937), w 1982 roku zadebiutował jako scenarzysta swojego własnego komiksu Władcy Czasu (animacja), w tym samym roku stworzył scenografię do filmu Tron reż. S. Lisberger (1951), w 1988 roku zajął się filmem Willow reż. R. Howard (1954), w roku 1989 wykreował świat filmu Otchłań reż. J. Camerona (1954), w 1992 roku powrócił do animacji w filmie Little Nemo, w 1996 roku pracował nad animowanymi dekoracjami filmu Kosmiczny mecz reż. J. Pytka (1938). Ostatnim filmem, do którego Moebius wykreował świat był Piąty element reż. L. Besson (1959) w 1997 roku, przy tej produkcji grafik współpracował z Jean-Claude Mézières’em rysownikiem kultowej serii „Valerian”.

Stając się Moebiusem – rysownik nigdy nie zapomniał o Jeanie Giraud dlatego aż do 2005 roku ciągną serię „Blueberry” – stając się również jej scenarzystą (po 1989 roku). Dla swego najsłynniejszego bohatera wykreował też małe uniwersum. Seria doczekała się nominacji do nagrody Eisnera. W latach 1979-1999 Gir stworzył drugą lekką serię „Jim Cutlass”, a w 2007 roku na prośbę Jean Van Hamme zilustrował 18. album jego kultowej serii „XIII”.

Gir i Moebius mimo życia w skórze jednego człowieka byli artystycznie skrajanymi postaciami. Giraud z lubością opowiadał o swoim rozdwojeniu jaźni. Pod koniec – nie wiadomo który – mieszkaniec ciała Jeana Giraud zajął się grafiką satyryczno-humorystyczną.

Bardzo trudno jest mi się pogodzić ze śmiercią mistrza, skromnego i roztropnego człowieka, którego udało mi się spotkać i zdobyć autograf.

Spoczywaj w pokoju Jeanie Giraud Moebius (1938-2012).

 
1 , 2