o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
wtorek, 29 marca 2011

Dziś jest ten straszliwy dzień. Wiedziałem że kiedyś nadejdzie. I oto jest, zawitał do naszego życia. Mój mąż osiągnął wiek 28 lat! Jest już taki stary. Naprawdę! To jest straszne! 28 lat!!! To jest dla mnie wiek tak niewyobrażalny i podeszły chlip-chlip! Ja nie chcę starości! Geje po 30-stce to już panowie w wieku poważnym! A mój chłopak musi być młody!!! Dlatego podjeliśmy uroczystą decyzję, że jeśli mój mąż osiągnie wiek poważny (30), to się rozstaniemy w obliczu świadków. Wtedy dla utrzymania młodości, korzystać będziemy z młodych, świeżych dziewiętnastolatków. I będziemy mogli żyć wiecznie. Bo życie wieczne w obliczu braku czegokolwiek, jest jedyną alternatywą. Może już za naszej podeszłości (czyli około wieku 45 lat) biolodzy znajdą metodę odtwarzania, totalnie wszystkich elementów człowieczej konstrukcji – wtedy przeszczepimy sobie wszystko, ze skórą młodzieńca na końcu. Znów będziemy jak, cudowne sprężyste dziewiętnastki. Ach! ;p

Swoją drogą, motyw rozstania ostatnio chodzi mi po głowie. Nie, my się jeszcze nie rozstajemy, dopiero w 2013. Ale rozmawiam ostatnio ze znajomymi braćmi gejami i w sumie wychodzi dość pesymistyczny obraz. Mianowicie wśród gejów tworzących (te parszywe heteronormatywne) związki, większość opiera się na schemacie. Po kilku latach tuti-frutti, nagle podczas gdy ten bardziej naiwny, dalej wierzy w ideały Ani z Zielonego Wzgórza, drugi robi z tamtego rogacza (ach pierwszy raz na blogu to słówko – jestem zachwycony). Życie na skok w bok. Podobno ten schemat, wchodzi u par powyżej 2 lat stażu u jakiegoś procenta heteronormatywnych, zaś w 100% tak się dzieje u par przekraczających (paranormalny staż) 10 lat. Podobno od tych schematów nie można uciec, więc trzeba porzucić heteronormę i oddać się w ożywczy pływ queer.

Zapobiegawczo więc poszukujemy już, swoich następców, wśród kwitnącej młodzieży, między świeżym kwiatem. Jak greccy mentorzy szukamy wychowanków. Aby dać sobie w pożegnalnym prezencie, nową miłość… i młodość. Brzmi cudownie ;D

A w rzeczywistości – nie wiem czy są jakieś normy – może są i dotyczą tych 95%. Ale co mnie obchodzą ci ludzie? Ja jestem potwornie zasadniczym facetem a do tego queer – ta cudowna sprzeczność, ten paradoks jest jakimś paliwem, napędzającym nasz przydługi już związek, z moim bardzo starym mężem.

Będę musiał go kijem pogonić po jakim torze przeszkód, przez jakąś siłownię, lifting, botoks, liposukcję, chirurgiczne wydłużanie penisa – i może jakoś pociągniemy – ten nudny, wyświechtany, żałosny, otyły, chamski, wulgarny, podły, złośliwy, upierdliwy, nachalny, męczący i upadły związek dalej.

Wszystkiego najlepszego, mój stary dziadu ;*

15:07, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 28 marca 2011

To co chcę dziś napisać – przychodzi mi dość trudno. Jestem emocjonalnym facetem. Nikt nie odkrył tu Ameryki. Emocjonalnym i sentymentalnym. Może, dlatego wybrałem taki a nie inny kierunek studiów? Skryć się w przeszłości, aby wydłużyć swe istnienie – co za idealna konstrukcja! W życiu ułożyło się tak, że urodziłem się w takich a nie innych warunkach i dostałem takie a nie inne życie. Dobre życie w sumie. Lepszego bym pewnie nigdy nie dostał. Matkę zastąpiła mi Najukochańsza. Co to za patetyczna ksywka! Ale innej chyba nie ma, bo jest wypadkową dość złożonych relacji, jakie między nami panują. Matczyno-Synowskich, Partnerskich, z rzadka Babko-Wnukowskich. W życiu dostałem matkę bis, ledwie 18 lat starszą od mojej biologicznej mamy. Mój ojciec – nigdy się nie spisał. Jest martwy za życia. A ja dostałem od Najukochańszej – nie namiastkę, a więcej niż 100% tego co mogli dostać moi rówieśnicy. Oczywiście było to dla Niej obarczeniem większym, dużo większym niż dla biologicznych matek, moich rówieśników. Ta kobieta pracowała, aby mi mogło być dobrze do 73 roku życia, ostatnie cztery lata na połowie etatu. Do czasu aż skończyłem ogólniak. Dla większości to niewyobrażalne, jak tak można się poświęcać – ale to normalny duch jaki panuje w mojej rodzinie – poza patologiami. Zawsze się zastanawiałem, co skłoniło Najukochańszą – w 1988 roku do powzięcia decyzji o niańczeniu bachora. Wtedy kiedy była wolna, i powinna jak spora grupa kobiet w schyłkowym PRL-u – szykować się na wcześniejszą emeryturę. W każdym razie z jakichś egoistycznych pobudek, chciała zostać matką po raz drugi, i została. W procesie wychowania nasze stosunki – w zasadzie można opisać jako relacje matka-syn. To moja prababka i babka matczyna – były babciami – dużo starszymi od Najukochańszej i kompletnie wpisującymi się w tą społeczną rolę. Najukochańsza stała się matką a ja synem. Buntowałem się tak jak syn, spierałem z Nią, kłóciłem, walczyłem o różne głupoty szczeniactwa, czasem bywało ciężko, bywały dni ciche i dni pełne emocji, kalejdoskop. Oboje mamy wojownicze natury! To w końcu Ona przyjęła też mojego mężczyznę i zaakceptowała wszystko bez trudu. Co siedzi w Jej głowie – jak zdołała się wcielić w taką rolę? Czy to potrzeba poszukiwania powtórnej młodości, czy to może, mimo wojennej i powojennej zawieruchy – edukacja? Mała matura to było coś przed 1950 rokiem. Emancypacja? Ateizm? Choć oficjalnie modli się do jakiegoś boga – nigdy jednak nie uczestniczyliśmy w życiu żadnego kościoła – poza komunią i bierzmowaniem – ale to się robi dla kasy przecież, nie? Oficjalnie mówi, że nie ma czasu na wiarę, nawet na pełnej emeryturze nie ma czasu? Mówię Jej żeby bezbożnica poszła się plackiem walnąć na ołtarzu, bo ją diabeł porwie. Śmiejemy się z tego. To ja byłem religijny – a przynajmniej wierzący w okresie anty-homoseksualnego buntu, a Ona nigdy. Może Hitler Jej na dobre wybił z głowy Boga Katolików – kiedy jako mała dziewczynka – mijała stosy ułożone z ciał żołnierzy niesprecyzowanej armii – przemycała wódkę za pazuchą. Trupy był nie ważne, tworzyły dodatkową atrakcję krajobrazu – ważny był chleb, który można było za wódkę dostać. Od śmierci ważniejsze było życie.

Dziś Najukochańsza obchodzi 80 urodziny. Jej praca już dobiegła końca, ma czas do nic nie robienia, a przynajmniej nie musi mieć już żadnej odpowiedzialności. Choć bym skłamał gdybym powiedział, że Najukochańsza nic nie robi – robi i to za dużo czasami. To Jej wybór, ale też i nasza wygoda. Tworzymy kurewsko dziwaczną rodzinę. Ale szczęśliwą. A mimo może złowrogiej notki o KPH Łódź – w sobotę świętowaliśmy w czarnogórskiej knajpie – jaki oni mają tam zajebisty zapiekany kozi ser i krewetki duszone w białym winie. Mamy tylko jeden czas, kto wie kiedy się skończy?

16:06, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 marca 2011

Cover FotoMoving Pictures – 1981

1.Tom Sawyer 4:33

2.Red Barchetta 6:10

3.YYZ 4:26

4.Limelight 4:19

5.The Camera-Eye 11:01

6.Witch Hunt 4:45

7.Vital Signs 4:46

 

Czwartą pozycją tej niezwykłej płyty jest chyba jeden z najbardziej rytmicznych utworów w historii Rush Limelight . Opowiada on o życiu na scenie i jego trudach z pozycji muzycznej gwiazdy. Druga część utworu nawiązuje już do społeczeństwa, które stawia sobie za cel konieczność zaistnienia, nie zdając sobie sprawy z tego, że codziennie gramy i jesteśmy gwiazdami dla siebie samych – Peart nawiązuje znów do Jak wam się podoba Szekspira. W tekście pada też istotne zdanie, które traktuję jako jedno z mott mojego życia: „Nie mam serca kłamać. Nie umiem udawać, że obcy człowiek. Jest długo wyczekiwanym przyjacielem”. Limelight jest jednym z moich naj-naj-bardziej ulubionych utworów w dorobku zespołu. Tekst tej piosenki zainspirował tytuł dokumentu o Rush z 2010 roku: Rush Beyond Lighted Stage.

Cover FotoPiątą pozycją na albumie Moving Pictures jest utwór The Camera Eye . Jest to ostatni długi utwór Rush. Jego konstrukcja jest jednak prosta i bardzo melodyczna. Po długim wstępie okraszonym dźwiękami kwaczących syntezatorów – dodających przestrzeni całemu numerowi, nadchodzą dwie dynamiczne zwrotki – podzielone przez dwa spokojne refreny. Całość do dziś brzmi bardzo ciekawie, zresztą jak i sam tytuł mówi, jest to impresja związana z obserwacją miasta. Najpierw mamy Nowy York, a potem Westminster. Kamera opowiada to co widzi na przestrzeni jednej obserwowanej ulicy, porównuje dynamikę ludności, jej zachowanie, urbanistykę miasta w pewnym sensie historię. Jest to bardzo ciekawy zabieg – ja naprawdę widzę te miasta i tętniące, na różne sposoby w nich życie. Początkowe dźwięki Nowego Yorku to odgłosy ulicy, samochodów i ruchu – wprowadzają w ten interesujący świat obserwacji, im dalej tym ciekawiej. Dla mnie przygoda z The Camera Eye to zawsze pełen relaks. Inspiracją dla tytułu był jeden z rozdziałów 1919 Johna Dos Passosa.

Co innego jednak ma do powiedzenia szósty utwór. Witch Hunt to nie jest zwyczajne polowanie na czarownicę aby spalić ją na stosie. To nie prawicowy, jakby mógł ktoś błędnie i obraźliwie uważać wywód Neila Pearta. To utwór zaangażowany, najbardziej nastrojowy na całym albumie, nawiązanie do niego przedstawione jest na stronie tytułowej płyty. Polowanie tworzą surowe dźwięki gitary z wtórującymi im jednostajnym syntezatorem i perkusją. Wstęp oddający odgłosy zgromadzonego na wzgórzu tłumu – wygenerowano – wypędzając całą ekipę Le Studio na dwór i głośno pokrzykując – aby uzyskać efekt zgromadzenia – osądzającego czarownicę. Przekaz utworu jest jednak z goła odmienny od oczekiwań. Tą krótką przypowiastką o osądzającym motłochu – Peart napiętnuje nietolerancję i rasizm. Samozwańczy sędziowie karmieni nienawiścią i strachem wierzą, że tylko ich metody są najlepsze. Obcych, imigrantów, niewierzących, którzy zagrażają im w sklepach spożywczych i księgarniach gotowi są pobić, podpalić i zabić. Obcość jest zła i nam zagraża, dlatego (ci sprawiedliwi) muszą powstać i ocalić nas, przed nami samymi. Szybko będą osądzać, szybko będą pełni agresji, ich zrozumienie będzie powolnym procesem – zagłuszanym przez ignorancję, uprzedzenia i strach. I takich ludzi się trzeba bać! Jest to jeden z najmocniejszych tekstów Rush, wytrącający większość argumentów przeciwnikom linii światopoglądowej zespołu.

Ostatnim siódmym utworem jest Vital Signs powstały całkowicie w Le Studio. Słychać tu syntezatorową wariacje reggae, na której oparty jest ten syntetyczny utwór – będący już zapowiedzią kolejnego wydawnictwa. O czym opowiada ten dziwny energetyczny utwór? O kondycji społeczeństwa, zresztą w bardzo dziwnym tekście. Jest tam mowa o czynnikach i warunkach, o impulsach i faktach – o tym że jesteśmy zagubieni i bombardowani – o tym że się ścieramy i mieszamy. Przesłaniem ukrytym w tym zawiłym tekście jest porzucenie fikcji w drodze do rozważnego poszukiwania celu swej egzystencji – który zawarty jest w pokonywaniu ograniczających nas norm. Celem naszego życia, wszystkich ludzi jest wznoszenie się ponad normy – szukanie doskonałości.

Leave out the fiction
The fact is, this friction
Will only be worn by persistence
Leave out conditions
Courageous convictions
Will drag the dream into existence

A tired mind become a shape-shifter
Everybody need a soft filter
Everybody need reverse polarity
Everybody got mixed feelings
About the function and the form
Everybody got to elevate from the norm

I tak oto dobiega końca, niespodziewanie, za szybko, w niedosycie album Moving Pictures. Opowiadający o tylu ciekawych rzeczach, które dla wielu są straszne i niepojmowalne, a dla innych obarczone – bagażem wypaczenia i pogardy, wobec dzisiejszych nowoczesnych, tylko hedonistycznych pobudek. Ktoś powie, że Peart to też hedonista! To prawda hedonista i egoista tylko różnica polega na tym, że ma on racjonalnie osadzoną troskę i krytykę dla stada. Jeśli moje stado wymrze to zginę i ja. To egoizm humanitarny, oświecony, myślący, rozważny – mówiący, iż trzeba brać i być, ale nie kosztem niszczenia do cna. Pasożytnictwo nie jest egoizmem – jest długofalowym samobójstwem, symbioza i dążenie do jej rozwoju jest oświeceniem, a kluczem jest rozsądek w braniu.

Cover FotoPo wydaniu albumu, Rush wyruszył zwyczajowo w trasę koncertową, podczas której powrócono do nagrań materiału na drugi album live. Ostatecznie album Exit… Stage Left ukazał się 29 października 1981 roku. Zawierał wybrane utwory z koncertów granych w 1980 i 1981 roku. Tytuł albumu nawiązywał do najsłynniejszej kwestii Snaga – różowej pumy z kreskówki Hanna-Barbera, który w sytuacjach awaryjnych wypowiadał te słowa poczym uciekał. Okładka jest ciekawym kolażem, wszystkich dotychczasowych okładek studyjnych albumów Rush. Materiał z albumu został przyjęty tak jak wszystkie następne albumy Rush – czyli całą paletą opinii – od porażającej krytyki po ubóstwianie i wynoszenie albumu na piedestał. Czyli najlepiej jak się da, bo muzyka wywołująca szeroką reakcję zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia. W 2004 roku magazyn Classic Rock uplasował ten album na dziewiątym miejscu best live album of all time. Ja się na lajfach nie znam – nie oceniam. W każdym bądź razie Exit… Stage Left oznaczał zamknięcie kolejnego etapu, już trzeciego w historii grupy. To co miało nadejść w niedalekiej przyszłości, miało być kompletną rewolucją w muzyce Rush, dla wielu zdradą, gwałtem ideałów, dla drugiej połowy narodzinami, nowym otwarciem. W każdym razie, było to coś kompletnie odmiennego od dotychczasowej muzyki serwowanej przez grupę.

Cover Foto

Następny odcinek: 5.IV.2011


Dla chętnych: Z mojego ulubionego video-album Rush Replay X 3 (2006), zawierającego między innymi zapis kilku występów z trasy Grace Under Pressure z 1984 roku. Na której to zespół można podziwiać w najwyższej formie: Witch Hunt i Vital Signs. Na koniec z Exit... Stage Left, La Villa Strangiatto z kawałkiem żydowskiej piosenki w języku jidysz.

sobota, 26 marca 2011

Jestem złą ciotą metalówą, a dziś przeżyłem totalny szok, wróciło tyle strasznych wspomnień. Jestem pełen wściekłości, euforii i pragnienia zemsty... Moje życie szarpnęło... Co robić, co robić? Wszystko powiem - jeszcze nie wiem...

Chciałem napisać notkę polityczną, ale wczoraj, kiedy poszliśmy na Queerowy Czwartek do obskurnego klubu doznaliśmy szoku z I’. W godzinach szczytu między 23 a 24 było 11 osób! To ostatnia albo prawie ostatnia tego typu impreza. Żenada. Ale jak może być inaczej, kiedy na spotkaniach KPH Łódź, nikt nic nie robił. Byliśmy na jednym spotkaniu i dosłownie – nikt nie był przygotowany, nikt nie rozliczył się z żadnego zadania – w tym połowy osób nie było wcale. To jest jakaś masakra!!! Rzuciliśmy wtedy swój pomysł, a właściwie mój pomysł żeby coś Queerowego – symbolicznie na festiwal komiksu zrobić. Odzewu nie było nigdy. Świetność podwórkowego KPH rozbłysła w drugiej połowie zeszłego roku i tak szybko zgasła. Queerowe Czwartki naprawdę przyciągały sporo ludzi do obskurnego lokalu, zbierano nieudolnie, ale jednak datki na swoją działalność, to znaczy od co piątej osoby wchodzącej. Ale losowanie nagród już było ustawiane, powiedziała mi o tym przypadkiem jedna wtajemniczona osoba – myśląc, że ja też jestem wtajemniczony. Godne pogardy doprawdy. Po naszej wizycie w KPH prawie kwartał czekaliśmy, aby jedna czy druga osoba zapisały nas na newsletter. Przez cały wrzesień i październik do połowy listopada, co Queerowy czwartek podawaliśmy od nowa nasze adresy e-mail. Czy to nie jest żałosne? Teraz jedyna osoba z KPH, która obsługiwała imprezę mówi, że to raczej się już rozłazi. Ach, prężny team składający się z ludzi nienawidzących i gardzących miastem i regionem, w którym żyją. Ale to prawda – królowała pogarda i tęsknota do szybkiego poklasku tanim kosztem. Mają najlepsze wzory kiepskich nauczycielek, niespełnionych literatek – robiących wielkie buum, aby ktoś je zauważył i pociągną na karierę do Farszafy! Tam jest prościej – tam można przyjść na gotowe – zamiast coś budować od podstaw! To taki typ wyrobników, wychowanych na głęboko wpojonych podświadomie regułach PRL – praca musi być, państwo musi dać. A tu wygląda to inaczej, trzeba zakasać rękawy i zapierdalać w pocie czoła – ale co to, to nie! Wyrobnicy wyrabiają, nie potrafią kreować, zaczynać czegoś od podstaw. Mój mąż się pyta czy pisarka, od kiedy jest gwiazdą zrobiła coś dla swojego rodzinnego KPH? Nie!!! Pada głucha odpowiedź nocnej ciszy. Jedną z gwiazd jej porażającej lektury jest bardzo znana postać wywodząca się z naszego środowiska – o której mój daleki (zmarły towarzysko) znajomy mówi iż jest – podzielny. Dzieli się sobą z każdym, nawet wbrew woli obdarowywanego. Ale gdzieżby był jakimś odkryciem tej pisarki – jest jej znajomym. Łatwizna, tchórzostwo, karierowiczostwo, lenistwo, brak pomysłów, brak autorytetów, kompletny brak zainteresowania społecznością lokalną, to wszystko są powody kolejnych i kolejnych i kolejnych porażek. To już 3, 4 raz kiedy KPH Łódź upada? Brakuje nam elity, ci którzy mogliby być elitą, nie posiadają ducha pracy, to znaczy wolą pisać książki, czy inne tam pierdoły. Brak elity powoduje brak autorytetu. Mąż zapytany o to jak to było te 4-5 lat temu mówi, że tak samo. Na palcach jednej ręki mógłby zliczyć osoby, które można by uznać za autorytet, za swoiste edukacyjne wsparcie mentorskie. Obecna lub była pani prezes ma dwadzieścia kilka lat, jest dużo młodsza ode mnie – wszyscy ją, mam wrażenie tam olewali. Czemu mówię, że mogła być to była pani prezes – albowiem jak donoszą nam sikorki, na którejś ostatniej imprezie KPH w czwartek, podobno doszło do rękoczynów w gronie przywódczym. Jeśli to prawda – to jest to bardziej niż smutne. To co robicie, pytam tego chłopca wczoraj (w czwartek)? Odpowiada że tylko starają się realizować statut, nic ponadto – no i może ten marsz, maraton równości wyjdzie w maju, jeśli dopiszą inne regionalne KPH. Zadałem jeszcze jedno – kardynalne acz trywialne pytanie – czemu tak się dzieje, dlaczego? A odpowiedź, śmiertelnie poważna – śmiertelnie poważna, a nie głupi żart – za winowajcę rozpadu i degrengolady KPH Łódź, o zgrozo, podała przydługą zimę! Poczułem się jak w jakiejś komedii – czy to był żart – czy teraz padnie ha ha ha? Nie padło.

KPH męża mego(mąż był działaczem), rozpadło się przez – jak to mówi mąż – kurwidół. To znaczy między innymi, za sprawą kolegi lubiącego się dzielić. Prawie wszyscy się nim podzielili – doszło do niesnasek w wielkim dark roomie. Mąż też uczestniczył częściowo w tych podziałach, zaczynał będąc ze swoim pierwszym lubym, ale luby go znielubił, a samotność lubi szukać towarzystwa, więc opuszczał I’ KPH wraz z T’, swoim jak się później okazało kilkuletnim partnerem, który po 2,5 roku powiedział mu – że woli doktorat we Włoszech, zamiast I’. W każdym razie kurwidół doprowadził do niesnasek i rozpadu, czy było coś potem? Chyba tak! Aż po ten ostatni. I każdy jeden (KPH) odcinający się całkowicie od dorobku swoich poprzedników – przed nami nikogo nie było, nikt nic nie zrobił (słyszeliśmy niejednokrotnie). Co było już częścią składową przyszłej klęski. No ale w dobie antyhistoryzmu – przeszłości nie ma – wszystko stało się wczoraj i jest zajebiście.

Ktoś krzyknie ty hipokryto – tylko umiesz krytykować nic nie robisz! Mój mąż wraz z T’ swoim bardzo mocno zaangażowanym chłopakiem – byli współorganizatorami (w ramach ówczesnego KPH) pokazów filmowych, dni milczenia, dyskusji z Kingą Dunin na temat publikacji „Homofobia Po Polsku” – wszystko to, a przede wszystkim doświadczenie – nie ma dziś najmniejszej wartości. To prawda, że nie łazimy na obecne pokazy filmów o tematyce Queer – bo są to filmy na drugim, czy trzecim miejscu naszego zainteresowania. Ale czy tylko organizowanie pokazów filmów queer jest jedyną propozycją KPH? Mąż opowiadał, że za jego czasów urządzano jakieś sesje naukowe, dyskusje – działo się więcej. Poszliśmy na spotkanie KPH – zobaczyć co się święci, urodziliśmy nawet jakiś pomysł – który po krótkim orgazmie wytarto ze zbiorowej pamięci. Trzeba się było prosić o zapisanie na listę mailingową. Ale wtedy nie krytykowałem – mają czas, myślałem, pokażą co potrafią, są młodzi i prężni. Ale Queerowy czwartek za czwartkiem, oblewał nas kubłem zimnej wody. Nie moi drodzy, to nie jest krytyka, to nie jest obraźliwy paszkwil, niech się każdy 150 razy zastanowi, nad zostawieniem tu negatywnego komentarza. Bo to jest lustrzane odbicie, małego Queerowego Czwartku. To jest rozpaczliwa relacja, bo zima była za długa, bo połowa osób już osiągnęła swój cel – za jedną gwiazdą – znajomi i ziomki – poszła następna i następna – na gotowe, oczywiście dostając jakiś tam ochłap. Teraz czekamy na kolejną aferę, co to będzie? Jestem tramwajarzem i jestem gejem? Jestem radnym i jestem gejem? Jestem studentką i jestem gejem? Jestem muzułmaninem i jestem katolikiem? Jestem i mnie nie ma? Kolejne buum, aby odpalić kosmiczny prom, rakietę medialną – wynoszącą kogoś i jego satelity (małe pasożytki, kleszcze, którym udało się wkręcić w…) wbrew społecznej grawitacji, wbrew rodzinnym i zawodowym układom do lepszego miejsca w raju na gotowe.

20:59, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 marca 2011

Cover FotoMoving Pictures – 1981

1.Tom Sawyer 4:33

2.Red Barchetta 6:10

3.YYZ 4:26

4.Limelight 4:19

5.The Camera-Eye 11:01

6.Witch Hunt 4:45

7.Vital Signs 4:46

 

Owocna trasa koncertowa albumu Permanent Waves trwała w najlepsze w roku 1980. Sam krążek zawędrował do U.S. top 5 album. Rewelacyjna sprzedaż biletów na koncerty oraz szybki wzrost sprzedaży Fantastycznej Trylogii, a co za tym idzie narodziny legendy Rush – mrocznego, antysystemowego, prawicowo-satanistycznego, acz tolerancyjnego i otwartego – dziwacznego zespołu, zrobiły swoje. Jeśli w wakacje 1979 roku chłopcy mogli się martwić, że bez nieustannej pracy stracą płynność finansową, tak w wakacje 1980 wiedzieli, że już mogą sobie trochę odpuścić. Geddy Lee, ogromny fascynat nowych technologii w muzyce, marzył o nagraniu syntetycznego albumu, gdzie dźwiękiem będą sterowały komputery i programy. Tymczasem jednak postanowiono odpocząć od robienia jakiegokolwiek nowego materiału. Rush poczuł się na tyle pewnie, że postanowiono nagrać drugi album koncertowy – podsumowujący wydawnictwa z lat 1977-1980. W maju, między trzecim a czwartym koncertem w Nowojorskim Palladium, ni stąd ni zowąd urodził się pomysł – aby nagrać jednak nowy album! Muzycy bez namysłu, postanowili zrealizować ten projekt. Trasa koncertowa trwała do początku lipca, przez te półtora miesiąca do końca tourne, chłopcy na każdej próbie rozgrywali i jamowali nowe pomysły, przy okazji rejestrując co lepsze występy dla przyszłego wydawnictwa live. W lipcu przystąpili do pracy z zaprzyjaźnionym hard-rockowym zespołem Max Webster nad jego kolejnym albumem – służyli pomocą techniczną i muzyczną. W zamian Pye Dubois, kanadyjski poeta i tekściarz Max Webster, podarował Neil’owi jeden z odrzuconych przez zespół tekstów. Tekst ów, Peart mógł sobie dowolnie przerobić i wykorzystać na nowym albumie – powstał z tego Tom Sawyer – tekst do najbardziej rozpoznawalnego i kultowego już utworu RUSH.

Cover FotoW sierpniu muzycy zaszyli się, tak jak przy nagrywaniu poprzedniego materiału, w domku na wsi i jak rok wcześniej spędzali tam czas w sposób różnoraki. Alex głównie dopracowywał technikę pilotażu zdalnego samolotu. Kilka tygodni pracy pozwoliło na wyklucie się sześciu nowych pomysłów. W październiku zespół wylądował w Le Studio – rozpoczynając proces nagrań. Okazało się to być jednak bardzo trudnym zadaniem, bez porównania gorszym od pracy nad Permanent Waves. Długie godziny pracy i powtórek – pozbawiły chłopców przyjemności grania w siatkówkę czy tenisa, jak przed rokiem czynili to w wolnym czasie. Wolnego czasu nie było, tylko jeden numer poszedł bezbłędnie i szybko. Ponadto postanowiono skomponować jeszcze jeden utwór w warunkach studyjnych. W grudniu ostatecznie zmiksowano nagrany materiał, który przyszedł na świat 12 lutego 1981 roku, jako ósmy studyjny album Rush, ochrzczony nazwą Moving Pictures.

Cover FotoJeśli idzie o okładkę albumu, to fotografia jest przenośnią treści zawartej na krążku. Widzimy tragarzy muzealnych przenoszących obrazy i kilka osób na schodach, przed wejściem do budynku. Budynek grający muzeum to front Parlamentu Ontario. Niesione obrazy przedstawiają Starman’a, Psa grającego w pokera (C.M.Coolidge, 1903) i Płonącą na stosie czarownicę (???). Wymowa „poruszających obrazów” jest wieloznaczna (triple entendre) – gdyż poruszają się one przenoszone przez ludzi, poruszają emocjonalnie widzów stojących na schodach (staruszka z zachwytu wypuszcza siatkę z zakupami i dławi się chustką, zatykając usta). Druga strona okładki pokazuje zaś kręcenie filmu – ruchomych obrazków – wskazując łopatologicznie na potrójne znaczenie.

Cover FotoAlbum Moving Pictures jednogłośnie przez krytykę i fanów okrzyknięty został najlepszym albumem Rush. Jest to zdecydowanie najważniejsze wydawnictwo w ich dorobku – album stojący gdzieś po środku twórczej drogi zespołu – idąc od niego w którymkolwiek kierunku, dojdzie się w zupełnie inne muzyczne rejony Rush. Jest to album stanowiący kwintesencję twórczości zespołu, a zarazem sygnał nadchodzących zmian i poszukiwań muzycznych. Jest to też najlepiej sprzedający się album w historii Rush (ponad 4,5 miliona egzemplarzy). Wszedł na pozycję 3 Billboard’s Pop Albums, odtąd wszystkie albumy studyjne Rush będą notowane w pierwszej dziesiątce tej listy (poza wydawnictwami z 1987 i 1989 roku). Moving Pictures jest to zbiór siedmiu, pozornie „przyjaznych” hard-rockowo-progresywnych utworów, z ogromnym wpływem nowej fali. Bardzo ważną rolę na albumie ogrywają syntezatory, choć ich rola nie jest dominująca. W przeciwieństwie do poprzedniego wydawnictwa studyjnego, którego Moving Pictures jest bezpośrednim kontynuatorem – nie ma tu podziału na części – muzyka jest jednostajna, ale nie nudna. Występuje tu ostatni raz długi jedenastominutowy utwór, nigdy więcej Rush nie nagra nic dłuższego niż 6:59. Długi utwór z Moving Pictures, nie może być jednak porównywany z wcześniejszymi rozbudowanymi kompozycjami – ma o wiele prostszy i bardziej przestrzenny charakter. Niespodziewany, ogromny sukces radiowy albumu – wywindował pozycję Rush i przyczynił się do zwielokrotnienia sprzedaży wszystkich dotychczas wydanych płyt.

Album otwiera utwór Tom Sawyer – który stał się elementem amerykańskiej popkultury. Jego muzyczna konstrukcja oparta jest na szarpiącym wstępie syntezatora (ile razy już słyszałem ten charakterystyczny motyw zmałpowany od Rush przez inne kapele) oraz na melodycznej środkowej wstawce, zestawionej z poszarpanymi partiami instrumentalnymi oraz na interesującym tekście – będącym wypadkową społecznych poglądów Neila Pearta. W ten sposób powstaje największy hit w historii zespołu, żądany na koncertach przez publikę od momentu powstania, aż po dzień dzisiejszy. Sam utwór powstał przypadkiem, z ćwiczebnej zagrywki na klawiszach (Oberheim OB-X) jaką Glee (ksywa Geddie’go Lee) rozgrzewał się na próbach w roku 1980. Bezpretensjonalny tekst, wpisujący się w zbuntowane młode nastroje, oddający cały światopogląd Pearta – opowiada powiedzmy o Tomku Sawyerze. Oryginalny wiersz Dubois’a Louis The Lawyer, Peart przerabia na Tom Sawyer. Zamieniając książkowego Tomka we współczesnego wojownika, nadczłowieka górującego nad masą. Umysł tej jednostki nie jest na sprzedaż, nie można go wynająć dla żadnego rządu, ani dla żadnego boga. Ten indywidualista zachowuje się troszkę arogancko, jest wycofany – lecz jego reakcje są spokojne jak rzeka – wypływając z szerszego rozumienia wydarzeń, gdyż masowy cyrk popkultury, opatulonej w życiowe teorie, różowa miłość i cała ta pseudo-głębia życia razem wzięte, nie są być może tak szerokie jak jego horyzonty i otwarte oczy. Peart sytuuje swojego bohatera w elicie społeczeństwa, pisze „What you say about his company. Is what you say about society”. O dziwo tekst nie wywołał żadnej kontrowersji, a jego promocja doprowadziła do pojawienia się fragmentów lub całości tego utworu w dziesiątkach programów i seriali w USA, od choćby w Family Guy, Rodzina Soprano, Chuck, South Park.

South Park robi intro dla Rush na Snakes & Arrows Tour 2007-2008.

Ale nie bądźmy hipokrytami, przecież to jest nasze masowe dążenie, do bycia lepszym niż inni. Nikt nie obrusza się gdy Geddy śpiewa, że Tomek przewyższa pod każdym względem nas wszystkich, bo nikt, a przynajmniej świadomy fan Rush, nie utożsamia się z masą tylko dąży do Tomka. Swoją drogą, czemu Peart wybrał Tomka Sawyera – diabli wiedzą – Mark Twain uznawany jest w wielu subkulturach satanistycznych, za jednego ze współwyznawców…

Drugim utworem na płycie jest uwielbiana przez fanów Red Barchetta – utwór nieco dłuższy niż poprzedni, zainspirowany futurystycznym opowiadaniem A Nice Morning Drive Richarda S. Fostera. To historia kompletna, znów zawierająca się (jak Tom Sawyer) w amerykańskim śnie. Oto chłopak, jedzie do wuja na wieś, uciekając od starych, a ten zły, podstarzały sekutnik postanawia mu pokazać swój największy skarb, ukrytą w szopie czerwoną Barczettę – wyścigowy model Ferrari 166MM lub OSCA MT4. Mieszanka wolności i marzenia kumuluje się, gdy nasz bohater dosiada czerwonej bestii, auta z lepszych czasów. No i co robi? Oczywiście testuje jej możliwości – zaczyna niebezpieczną przejażdżkę, która kończy się ucieczką przed policyjnym pościgiem. Do tak wysmażonej historii powstał oddający całą jej dynamikę utwór. W zasadzie muzyka i teksty w Rush powstają symultanicznie – a następnie dokonuje się dopasowania – stąd teksty Pearta uznawane są za prozę intelektualną, a nie poezję muzyczną. Neil nie pisze tekstów pod muzykę – on pisze tekst pod problem, a dopiero potem dopasowuje się tekst lub się go odrzuca. W każdym razie w przypadku Czerwonej Barczetty, mamy do czynienia z tematem typowo rozwojowym – spokojna historyjka rozwija się wraz z przygodą aż po dynamiczny pościg, w którym można usłyszeć odgłosy gitarowego pisku opon, aż po zwalniające zakończenie. Jest to kolejny utwór, w którym Rush gra jak co najmniej pięcioosobowa kapela – oczywiście możliwe jest to dzięki rozwojowi technologii. Poszczególne partie klawiszy zostają zwyczajnie zaprogramowane. Nie jest to problemem w przypadku Moving Pictures gdzie partie keyboardów stanowią głównie wypełnienie tła…

Trzeci numer o zagadkowym tytule YYZ – to utwór instrumentalny. Drugi w pełni instrumentalny kawałek w dorobku Rush. Uznawany przez fanów i krytykę za najlepszy tego typu numer w historii zespołu. Pokazuje on w krótkim, acz poszatkowanym temacie wirtuozerskie i techniczne umiejętności muzyków zespołu. Każdy ma tu coś do powiedzenia, Rush bez wokalu niejednokrotnie broni się lepiej niż z wokalem. Do dziś ten numer stanowi ogromną inspirację, dla licznych muzyków poszczególnych sekcji, z których składa się YYZ. W mainstreamie rock’n’roll niestety nie ceni się mistrzowskiej techniki, albo nie ceniło(!) aż do czasu powrotu prog-rocka do łask w pierwszej połowie lat 90-tych, między innymi dzięki Porcupine Tree i Stevenowi Wilson’owi – prywatnie przyjacielowi Rush. Rozszyfrowanie nazwy YYZ jest bardzo proste – to pierwsze litery kodu lotniska w Toronto, kiedy muzycy kończyli trasę, a na ich bagażu pojawiał się kod YYZ – wiedzieli że wracają do domu. CDN.

 

Następny odcinek nietypowo: 27.III.2011 lub 30.III.2011

Dla chętnych: dziś oczywiście króluje Tom Sawyer. Najpierw niech idzie bardzo udany moim zdaniem klip do tego numeru nagrany w Le Studio (Rush robi klipy od albumu Fly By Night – ale nie są to nadzwyczajne przedsięwzięcia i nie stanowią żadnej atrakcji). Następnie mega występ w Rio z 2002 roku. Następnie tam też wykonany mistrzowsko YYZ. A na końcu Red Barchetta też w wersji koncertowej z 2004 roku.

poniedziałek, 21 marca 2011

Jesteśmy z I’ mocno zabiegani oraz zaoglądani – szczególnie filmów, po nocach, na diwidi i jakoś tak, się mi omsknęło. Ale pisać nie ma o czym. Wstyd i hańba, nie pokazujemy się nikomu na oczy, daliśmy ciała i obaj zamiast tracić, lekko przybraliśmy. Porażka. Trzeba chyba wprowadzić patent Natalii Oreiro – spacery, spacery i spacery.

Waga: 183 kilogramów, było 178.

Talia: 215 centymetrów, było 213.

Wzrost: 348 centymetrów.

Bez komentarza! Dla osłody tylko puszczam sobie cudowną Aimee Mann…

sobota, 19 marca 2011

Jak to wszystko leci… Błyskawicznie! To straszne, choć ciekawe. Ciekawe, co będzie dalej. Zawsze jest jakieś dalej, nawet bez nas. W drugim życiu mógłbym być kotem, a w trzecim jakimś lotnym ptakiem. Wracając tu i teraz na ziemię, jest godzina 3:18 i właśnie piszę ten tekst. Wróciliśmy niedawno z Wigilii dzisiejszego święta – bardzo uroczystej, choć nie tak romantycznej jakbyśmy chcieli. Ale nie wszystko jest tak jakby się chciało. Ostatnio jesteśmy obaj zabiegani – przed nami trudny miesiąc, trudne dwa tygodnie marca, a dopiero maj na horyzoncie niesie trochę luzu, a nawet rozrywek.

Dziś przypada mój 911 dzień związku z I’. Dwa i pół roku razem – 30 miesięcy. A wszystko zaczęło się w słotny piątkowy wieczór 19 września 2008 roku. I jakoś tak przeszło. W zeszłym roku pisałem o szczytowym okresie dwulatków i następującym po tym czasie okresie spadku. Coś w tym jest. Albo też zrobiliśmy się lekko rutynowi. To wszystko wina zeszłego złego roku, braku wytchnienia, braku chwili wakacji – wychodzącego poza jeden weekend. I stąd nasze ogólne zmęczenie i wyczerpanie, które pewnie skończy się tym, że zwyczajnie spędzimy tydzień w domu – nie wychodząc z łóżka. Głównie śpiąc i marząc.

Sobota mija, jest właśnie 17:12, a ja piszę dalej. Nie ma reguły, na udane czy nieudane związki. Trzeba się dogryźć, znieść i znienawidzić – to chyba daje to coś. Ale tego nie wiem. Pewnie co gejowski układ, związek czy relacja to inne reguły. Czasem dziwne, a czasem zaskakująco heteronormatywne – a nawet wybiegające przed szereg. Nie potrafię opisać Nas. Musi to zrobić ktoś z zewnątrz. Bywamy jebnięci, i często wydajemy taką opinię o innych. Naturalne. Nie znamy zbyt wielu par, tak hetero jak i homo. Ludzie się boją identyfikować jako coś więcej, często będąc z kimś, są jakby obok. To znaczy, że boją się utraty wolności. A my będąc razem czujemy się wolni. To jest wspaniałe. Miewamy dni tak totalnej szczeniackiej beztroski, kiedy plany układają się same. Choć nie zawsze czynniki zewnętrzne sprzyjają – na przykład pojawia się nielubiany osobnik – i trzeba udawać radość, klnąc w duchu. A czasem planujemy na wiele miesięcy do przodu…

Jesteśmy trudni w społecznym obcowaniu, obce jest nam skrępowanie, jeśli chodzi o durne wygłupy. Więc ni stąd ni zowąd przy znajomych zaczynamy się kłócić, robić sceny, wychodzić z restauracji, lub obrażać się nawzajem kończąc tym samym spotkanie – bo jeden z nas zaczyna ostentacyjnie milczeć (ignorując wszystkich). Nie wielu to znosi, trudno ich sprawa. Drzemią w nas żywioły i specyficzny urok. Ostatnio testujemy różne debilne zachowania z naszą koleżanką-fantomem, tworzymy w jej domu różne dramy, które potem odstawiamy w realu – zwykle bawiąc się przy tym znakomicie. Jest kilka rzeczy nam strasznych: niepewne towarzystwo – zawsze tworzy zbyt sztywną atmosferę, nuda i brak poczucia humoru – a robienie wioski to nasza druga natura. Ale zwykle jesteśmy spokojni.

W odbiorze społecznym nas jako pary, dużą trudność też stanowi dość specyficzny dialekt, jakiego używamy. Wystarczy powiedzieć, że jest oryginalną mieszanką mocno złośliwego i lekko wulgarnego języka. To jest nasza naturalna konwencja, nie lubimy trzymać się wyświechtanych formuł. A to powoduje groteskowy popłoch, szczególnie dalszych znajomych, często obawiających się naszego zachowania. A nas to zwyczajnie śmieszy.

wtorek, 15 marca 2011

Cover FotoPermanent Waves - 1980

1.The Spirit Of Radio 4:59

2.Freewill 5:24

3.Jacob's Ladder 7:28

4.Entre Nous 4:37

5.Different Strings 3:50

6.Natural Science 9:17

 

Zaczynając drugą część, zanim przejdę do kolejnych dwóch kategorii z albumu Permanent Waves, chciałbym przybliżyć wam troszkę historię i symbolikę okładki tegoż albumu.

Hugh Syme zaczął pracować nad okładką w Le Studio. Po konsultacji z zespołem na temat kulturowych zmian w obrębie muzyki (również Rush), sztuk plastycznych i wizualnych oraz kontekstu polityczno-historycznego; wykoncypowano żartobliwą wizję strony tytułowej. Kolaż okładki prezentuje widok sprzed falochronu w Glaveston (Texas), po przejściu huraganu Carla 11 września 1961 roku. W rolę Carli wcieliła się modelka Paula Turnbull – czy to stylizacja, czy fotka wzięta sprzed lat, nie wiem. Suknia Carli podwiana przez wiatr ukazuje białe majteczki – za co oskarżono Rush o seksizm. Jednak najwięcej krytyki posypało się na zespół, za umieszczenie na okładce niewinnej gazetki. Chicago Tribune z 3 listopada 1948 roku, która mylnie poinformowała w swym nagłówku „Dewey Defeats Truman”, co okazało się największym skandalem medialnym drugiej połowy lat 40-tych w USA. Gazeta udowodniła swoje upolitycznienie i republikańskie zapatrywania, ogłaszając na podstawie nierzetelnych danych, iż republikański kandydat na prezydenta Thomas E. Dewey pokonał urzędującego demokratę Harry’ego Trumana, niezależność polityczna mediów legła w gruzach. Oczywiście chicago’wski dziennik wymusił na Rush zmianę nagłówka, wobec czego słowo Dewey zamieniono na Dewei. Aby nie wikłać się ponownie w sprawę zespół w edycji remasterowanej albumu, usunął cały nagłówek – w dość ordynarny sposób zostawiając wymowny biały ślad. – Przecież nikt nie będzie ciekaw prawda? Machający z dalekiego planu mężczyzna to Neil Peart, zaś billboardy reklamowe znajdujące się ponad podwianą suknią pani huragan, pierwotnie reklamujące słynny gazowany napój Amerykański – postanowiły zareklamować nazwiska trzech śmiałków z Rushbendu. A wracając do zawartości krążka…

Cover FotoDrugą kategorię utworów na płycie stanowią rockowe-ballady w specyficznym stylu Rush. Mamy tu w zasadzie tylko utwór Different Strings – to jeden z niewielu utworów traktujących o miłości – nie używając ani razu tego zbędnego słowa. Ta piosenka jest po prostu piękna, klimatyczna i ciekawie zrobiona. Rush to zespół, który naprawdę rzadko stosuje chwyty balladowe czy klimatyczne spokojniejsze utwory, w zasadzie po Different Strings ballad już więcej słuchacz nie uświadczy.

Cover FotoTrzecią i ostatnią kategorią utworów reprezentowanych na Permanent Waves były utwory art-rockowe i progresywne. Różniły się one znacznie od wcześniej prezentowanych, sam Alex odnośnie tych wielkich kompozycji z lat 70-tych powiedział: Sądzę, że po prostu wydusiliśmy z tej formuły wszystko co się da. Skorzystaliśmy z niej kilkakrotnie i każdy następny raz byłby jedynie powielaniem samych siebie. W tym okresie muzyka rockowa bardzo się zmieniała i zmieniały się nasze inspiracje. Czuliśmy, że na lata osiemdziesiąte trzeba spojrzeć z innej muzycznej perspektywy. Pierwszy z nich Jacob’s Ladder – jest to ekspresja opisująca lirycznie i muzycznie proces rozstępowania się burzowych chmur, oraz przebijania się promieni słonecznych i ich dotarcia do powierzchni ziemi. Neil Peart schodzące na ziemie promienie słoneczne, przyrównał do drabiny ze snu Jakuba z księgi Rodzaju 28:12, stąd też zaczerpnięto tytuł utworu. Wokalu w tym kawałku nie wiele, za to dominuje gitarowo-syntezatorowa historia. Drugim i zamykającym album utworem progresywnym jest Natural Science – zasadniczo zszyty z trzech niezależnych utworów, połączonych w pierwszych dwóch przypadkach tym samym refrenem, a w trzecim tylko muzyką, bo słowa refrenu zostały zmienione. Pierwszy utwór to nawiązanie do naukowej teorii twierdzącej, że życie wyszło z morza, drugi to wizja współczesnego świata opartego na zdobyczach nauki i techniki, oba kończą się tym samym refrenem – opowiadającym o tajemniczej spiralnej drodze – DNA. Trzeci utwór odbiega od poprzednich – opowiada o konieczności podporządkowania człowiekowi natury – wraz z jej ochroną, opowiada o wyzwoleniu sztuki spod władzy rynku, o wymieraniu gatunku uczciwych ludzi – którzy jednak przeżyją nadchodzącą zagładę – potrafiąc wznieść się ponad resztę społeczeństwa. Konkluzją jest Permanent Waves każdej dziedziny życia i wiedzy – pokolenia będą znikać i przybywać, żyjąc kompletnie inaczej – choć jednakowo, jak my… Aby nagrać efekty dźwiękowe, panowie muzycy musieli udać się do bliżej niesprecyzowanego portu – aby nagrać mewę, odgłosy przepływającej wody uzyskano taplając wiosłami o brzeg jeziorka… Króciutka część pierwsza, jest jednym z moich ulubionych motywów Rush – gitara, wokal, echo i kilka nut na basie i sala koncertowa otwiera szeroko uszy, publika już została kupiona…

Cover FotoUtwory Freewill i Natural Science wywołały nowe oskarżenia o Satanizm zespołu Rush, od oskarżeń o kult Thelemy wg. Aleistera Crowley’a, po czysty hedonistyczny Satanizm Laveyański. Chodziło o wolną wolę i podporządkowanie sił natury człowiekowi. Oczywiście oskarżyciele zapomnieli doczytać drugiej zwrotki Natural Science oraz nie zapoznali się ze złożonymi poglądami Pearta. Ale w sumie, każdego człowieka opierającego się na indywidualizmie, ateizmie i wolnej woli nazwać można satanistą. Jeśli to określenie jest tylko etymologicznie opozycyjne względem: katolik, rasta itp., ok. niech będzie, ale jeśli to jakakolwiek okultystyczna, czy ateistyczna forma określania grupy zbieżnych poglądów, to jest to głupie, naiwne, smutne i przykre.

Permanent Waves – sprzedał się doskonale, a radiowe przeboje, pomnożyły publikę zespołu.

A już za tydzień (albo dwa) będziemy palić czarownicę na stosie (ha ha ha!), ponad to będziemy rozważać o nadczłowieku, a to wszystko dlatego że wszyscy muszą wznieść się ponad normę…

 

Następny odcinek: 22.III.2011


Dla chętnych: mój kochany Natural Science Live w dwóch wersjach, pierwsza z 30 czerwca 1997 roku – czyli z jednego z ostatnich występów promujących album Test For Echo. Zespół w znakomitej formie – nieświadomy zbliżającej się tragedii… Druga z 12 czerwca 2008 roku – czyli z jednego z ostatnich występów promujących album Snakes & Arrows. Zespół w znakomitej formie – tuż przed dopełnieniem elipsy życia… Wskaż różnice!

niedziela, 13 marca 2011

Pozwoliłem sobie posłuchać 15-stego studyjnego krążka R.E.M. – Bez zachwytu, podobnie jak na Accelerate z 2008 roku, gdzie chwyciły mnie tylko Hollow Man i Until The Day Is Done, a reszta to nuda. W przypadku albumu Collapse Into Now mówienie o nudzie byłoby gwałtem – bo to równy album i zdecydowanie lepszy od przednika – bardziej melodyjny, R.E.M-owy i muzycznie w pewnym sensie refleksyjny. Zresztą ja lubię charakterystyczne wokale – a w muzyce rockowej – niestety, coraz rzadziej spotyka się coś intrygującego, w obliczu pobocznych Bruceów Dickinsonów. Starczy wokal – tak zawsze odbierałem śpiew Michaela Stipe’a, w 80% geja jak się ostatnio dowiedzieliśmy, wciąż świdruje gdzieś w mojej duszy. A choć R.E.M. to zespół dla mnie zdecydowanie za łagodny (brak mu pazurka) i zbyt popowy, aby uganiać się za nim jak szczeniak! To i tak, mam dla tego co zrobili Ci panowie, ogromny szacunek – bo uroczymi motywami, z których zrobili swoje największe hity, podbili masę świata i moje serce również. Z najnowszego krążka zauroczyli mnie jedną tylko piosenką, ale za to jaką… No i ten klip – nie wiem czy jest to oficjalne wideo (oby) – ale jeśli zaiste, to widać od kogo zrzynali, i jest zajebiste. Tańczący pan i brak zespołu w filmie, odzywa się we mnie te 100% geja… Überlin

 
1 , 2