o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
niedziela, 28 marca 2010

I. Żywot.

No więc byłem już u wszystkich specjalistów, u których miałem być! Zastosowano na mnie dwie terapie farmakologiczne, które potrwają miesiąc ponad czasu i jeśli moje dolegliwości nie przejdą, to poczynione zostaną kolejne kroki… Ale jak na razie, wszystko zaczyna iść ku poprawie. Co mnie bardzo cieszy. Zapewne sprawczynią mojego częściowego powrotu do zdrowia, jest przybyła nagle i trzymająca się dość mocno wiosna. Po bardzo długiej zimie, nawet deszczowy acz ciepły weekend – z muzyką ćwierkających ptaków – które ulokowały się, jak co roku na malutkim zielonym skwerku, pod moimi oknami – jest lepszy niż wszystko to, co działo się w czasie ostatniego kwartału.

II. Edukacja.

Pisanina magisterskiego bełkotu posuwa się z wolna, zależy od dnia i nastroju, lub terminu odczytu. Dalej czuję bezsens tej pracy, ale godzę się z nim mimo wolnie. Dobijają mnie wszelakie myśli, dotyczące przyszłości i możliwej do osiągnięcia pracy. Rynek pracy jest martwy. A jak już jest cokolwiek, to są to ochłapy kapitalistycznego wyzysku za 1200zł. Ja wiem, że dla większości ludzi, jak widzę po niektórych znajomych, jest wszystko jedno ile będą zarabiać. A nawet dobrze im godzić się z myślą, że życie polega na wegetacji, lub unikaniu mechanizmów państwa, jak się da i ile wlezie, ale to jest kompletnie nieodpowiedzialne! Naprawdę cudownie jest być pasikonikiem i śmiać się z mrówki, tylko jak przyjdzie zima to co? Zdychamy z głodu? Idziemy po pomoc socjalną?

Z mojego rocznika studenckiego, pracę obecnie wykonuje około 30% absolwentów!!!! Mija niespełna rok, od czasu obrony większości z tych ludzi. Ogromna rzesza tuła się po stażach, znaczy ze stażu na staż i stażem pogania. Super! Kolejna grupa poszła na przeczekanie, siedzi u rodziców czekając na jakieś okazje, lub wolne miejsce w pracy mamy lub taty, żeby się wkręcić. Promil został na doktoratach – wiedząc z góry, że po napisaniu „kolejnego dzieła ich życia” – nie mają żadnych szans na etat na uczelni!

I jeszcze złota myśl, ojca mojego jak to się mówi „best friend” – który twierdzi, że zostaliśmy pokrzywdzeni przez system. Rozdmuchano sztucznie potrzebę kształcenia wszystkich na uczelniach wyższych. Szczególnie rozrosły się kierunki humanistyczne, gdzie potworzono setki etatów na kosmicznych kierunkach, po których nie ma żadnej przyszłości ani pracy. A że teraz tej kadry nie można zwolnić – to dalej trzeba gimnazjalistom i licealistom kłaść do łbów, propagandę wyższych magisterskich lub choćby licencjackich. A tym czasem kierunki zawodowe, techniczne, matematyczne – muszą prosić o studenta – zachęcając go na przykład wysokimi stypendiami…

I to są może obarczone pewnym błędem, ale jednak dość trafne słowa. Potwierdza to kierownik mojego instytutu, który w chwilach słabości potrafił żalić się studentom, jak to kombinują co tu zrobić, żeby zamiast 120 przyjąć na kierunek 220 studentów na pierwszy rok. I czy oby sprytnie nie zmienić nazwy kierunku, albo stworzyć troszkę fikcyjny następny kierunek, który różnił się będzie od mojego poza nazwą, tylko układem zajęć – czyli obcięciem lektoratu języka starożytnego, kosztem większej ilości godzin jednego z popularnych języków nowożytnych. Oraz skupieniem się na troszkę innych walorach programowych – pomijając nudę mojego kierunku – ciekawszym panelem innych zagadnień….

III. 79.

Oto znów się zatoczyło koło i Najwspanialsza osoba, dzięki której mogę żyć tak jak żyję, przekroczyła kolejny próg. Ostatnie lata już coraz mniej nas rozpieszczają, a czas jest nieubłagany… Za rok będziemy obchodzić bardzo okrągłą rocznicę i wierzę, że nic nie stanie na przeszkodzie, aby ją osiągnąć. Razem stawiliśmy czoła wielu przeciwnościom. Ona sama pokonała swoje uprzedzenia i mimo kolosalnej różnicy wieku, potrafimy się wciąż tolerować i wzajemnie na siebie oddziaływać… Podobno mam Jej charakter w jakimś stopniu, tak mówi mąż… Oczywiście wraz z I’ którego też mocno kocha, postanowiliśmy zabrać Ją tuż po świętach, na jakąś fajną kolacyjkę. Najukochańsza obchodzi dziś 79 urodziny. A liczba ta jest po prostu niewiarygodna.

IV. Urodziny I’ i prezenty.

Wczoraj w mieszkaniu I’ zrobiliśmy imprezę z okazji jego jutrzejszych 27 urodzin. Z zaproszonych gości niestety wielu się wykruszyło, cóż…. Ale zebrana grupa wcale nie taka mała, bawiła się chyba przednio. Impreza połączona była z parapetówką, więc na wyposażeniu mieszkania był tylko zlew, kibelek, nieużytkowana kuchenka gazowa i podłogi. Polało się trochę alkoholu, Maganuna jako jedyna przyniosła koc, więc było na czym dupy usadzić, do tego przyniosła różowe papierosy, i własny alkohol, którego nie zdołała nawet wypić!!! A i jeszcze przepyszną szarlotkę!!!

Jadło było iście barowe – pizza, chipsy, jakieś słone coś i ciężki tort. Alkohole proste i polskie poza piwem Mgnn. Jedliśmy i piliśmy z plastikowych jednorazówek, to strasznie urocze i spartańskie – generalnie, aby nie musieć zmywać chcemy z mężem (to znaczy ja bardzo chcę) w dorosłym i samodzielnym życiu, używać tylko plastikowego nakrycia – bo nie lubimy zmywać, a zmywarka droga…

Pośmialiśmy się trochę, pożartowaliśmy, było troszkę zbędnych rozmów na za poważne sprawy, co zwykle wylewają się po alkoholu, było troszkę kościelnych pieśni, a nawet szanty.

Maganuna wkładała sobie kapsle w oczy, a wraz z naszą przyjaciółką K, pokazały jak wyglądają i robią syreny, z czego było dużo śmiechu.

Jeśli idzie o prezenty – to oczywiście udawałem, że to moja uroczystość i starałem się zabierać je mężowi, albo samemu odbierać od gości i dziękować w jego imieniu. Ale to udawanie to wina męża, bo sam stwierdził, iż co jego to moje, a co moje to jego…

Mąż otrzymał 3186 stron książek, z czego przerobił już do dziś 9% z całości. Do tego wpadł jeszcze alkohol i otwieracz do win. Prezenty są bardzo ładne i w imieniu męża, jeszcze raz dziękuję wszystkim z osobna: K, M, M, Mgnn i jej partnerowi, oraz Sobie. Maganuna zrobiła też bardzo ładną paczuszkę na prezent – paczuszki są oryginalniejsze od toreb! Dziękujemy wam!

V. Kinowe Hity.

A no i jeszcze nutka kulturalna. Jeśli ktokolwiek ma ochotę na odmóżdżone kino, a na takie mamy siły ostatnio tylko z mężem, to polecamy Wilkołaka. Jedna gwiazdka w recenzjach wszelkich niech was nie zraża, jest po prostu pięknie – szczególnie wtedy, kiedy zaczynamy utożsamiać się z morderczym potworem – który swoją drogą, powala nas swym swoistym komizmem.

No i Alicja!!! Tak, czekałem na ten film i jest rewelacja! Rewelacja względem głupiego i naiwnego Avatara. To jest wreszcie kino. Choć film jest dość płytki, a pseudo feministyczne przesłanie za bardzo przysłodzone, to mamy tu naprawdę fajne kreacje aktorskie, postacie są zrobione fantastycznie; czerwona królowa, kapelusznik, mega kultowa biała królowa –  przypominająca troszkę jedno z wielu wcieleń Maganuny. Mega plusem jest też naprawdę świetny polski dubbing. Nawet Czarek Pazura daje radę, a Kasia Figura powala. Choć film przelatuje jak pocisk i nie zostaje nam po nim ślad, a świat realny jest przejaskrawiony do granic możliwości infantylizmu Disnejowskiego – to mamy tu powrót, mimo wszystko do tego jedynego i świętego wzorca. Że film to gra aktorów, historia, zdjęcia i choreografia, i tylko w tej kolejności to się je! A nie badziewne efekty…

23:51, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 marca 2010

Rok temu na łamach tego bloga pojawił się mój mąż! W pewnej dziwacznej notce napisałem o nim, że jest. Że jesteśmy już od pół roku dokładnie. Eh i tak upłynął właśnie od tamtego czasu rok! Dlaczego premiera męża nastąpiła tak późno? Ponieważ wychodzę z założenia, iż nie powinno się chwalić "czymkolwiek" zaraz po dostaniu, może "to coś" bowiem mieć liczne wady wrodzone, i trzeba będzie zwrócić… A szczególnie dotyczy to środowiska!

A dziś upływa już 546 dni naszego bycia razem. Półtora roku – 18 miesięcy!

To strasznie pedalskie, takie liczenie dni i miesięcy. Ale każdy ma prawo raz, czy dwa razy w roku sobie policzyć i pomyśleć – kuźwa to już tyle, niemożliwe! Kiedy zaczynałem zabawę z tym blogiem, nie spodziewałem się, że kiedykolwiek kogoś spotkam – z moim podejściem do życia, z moim dość skomplikowanym charakterem (czytaj nieznośnym we współżyciu), a jednak polityka niepodawania się modom i przykazom bliźnich, przyniosła więcej niż się spodziewałem. Dostałem wszystko, czego oczekiwałem, a nawet więcej!

W sumie trudno określić, jak długo potrafią trwać międzyludzkie więzy emocjonalne. Z moich obserwacji gejlandu – dwulatki to już naprawdę wiekowe związki – więc my, już co najmniej dobiliśmy wieku średniego. Oczywiście zawsze kiedy jest dobrze, chciałby się aby to, co łączy ludzi trwało wiecznie! Ale wiem, że między ludźmi może się popsuć – zwyczajnie, po prostu źródło wysycha a na pustyni, nie można nic zbudować – trwanie zaś na niej, przyniesie niechybnie śmierć, tudzież zmumifikowanie.

Patrząc na teorię „dwulatków” – zasadniczo w naszym partnerstwie się wszystko sprawdza – jesteśmy obecnie w okresie szczytowym – rozumiemy się bez słów, dzielmy życie na płaszczyznach wszelkich, pokonaliśmy praktycznie 90% barier, jakie przed nami stały. Wobec czego, powinien nastąpić teraz powolny acz nieuchronny schyłek… Czy tak się stanie? Któż to może wiedzieć?

Na dzień dzisiejszy, jeśli idzie o sferę życia prywatnego, jestem spełnionym facetem. I jest to niezwykle podbudowujące uczucie. Każdego dnia i o każdej porze, czuje nieustające wsparcie mojego I’. Stał się on moją opoką i podporą i wierzę, że i ja dla niego, choć w minimalnym stopniu też stałem się tym samym.

Jaki jest przepis na udany związek – nie wiem. Nie znam się na związkach i partnerstwach, na tyle aby komukolwiek radzić.

W naszym przypadku podstawą jest szczerość i wymiana poglądów, nawet jeśli prowadzi to, do sprzeczek czy kłótni. Kłócimy się wszędzie i przy wszystkich, nie potrafimy udawać, że coś jest ok. kiedy nie jest.

Kolejnym czynnikiem udanego związku to zaufanie – mąż pokazał mi, wielokrotnie iż – jest godzien tego, aby go tym zaufaniem obdarzyć.

Następnym czynnikiem jest próba wzajemnego, rozumienia swoich problemów, ja jako mało empatyczny, mam z tym znacznie gorzej niż I’.

Otwartość wobec rodziny – jest kolejnym punktem naszej wspólnoty – nie znaczy to, że biegamy po ciotkach i wujkach – reklamując nachalnie swój związek. Ale ta część z którą przebywamy – musiała nas zaakceptować – w przeciwnym razie, to my musielibyśmy się od niej odciąć.

Innym dobrym czynnikiem umacniającym nas, jest budowa – choć nie za wszelką cenę – poprawnych znajomości homoseksualnych. A heteroseksualnych tylko takich, które oczywiście nie przejawiają żadnych homofobicznych odchyłów.

Oraz bójki :) bijemy się często i regularnie – zresztą z tego, co mi wiadomo – czyni tak wiele par mm. Znaczy nie katujemy się czy coś, to ma w sobie raczej podtekst erotyczny, w każdym razie – skutecznie rozładowuje złe emocje! A i jeszcze dużo, dużo s…..

Dziś Świętujemy na całego!!!

czwartek, 18 marca 2010

I.

No więc jestem na trzydziestodniowej kuracji. Takiej jaką mi zalecił specjalista. Zobaczymy czy coś mi ona pomoże, czy znów okaże się, że zmarnowałem czas i kasę na leki?

II.

Jestem na energetycznym i psychicznym dnie! Wczorajszy (wtorkowy) odczyt seminaryjny odbył się i nawet jakoś poszło. Dostałem wreszcie jakieś wytyczne od promotora… Na morzu obojętności, zastygł na chwilę sztorm. Jednak stres, jaki mi towarzyszył przez ostatni tydzień i ogrom pracy, od świtu do nocy – spowodował, iż jestem zmaltretowany do cna!

III.

Rok 2010 przynosi kolejną stratę! Swój upadek ogłosiła, jedna z najważniejszych dla mnie w mieście księgarni. Księgarnia-Komiks – po wielu, wielu, wielu latach poddała się! Usytuowana przy Piotrkowskiej, mała księgarenka ta podzielona była na trzy strefy – antykwariat, księgarnię ogólną i ścianę komiksową. – Była jedynym tego typu punktem w mieście. Posiadała większy asortyment wydawnictw komiksowych niż Empiki (pewnie razem wzięte wszystkie). Do tego wszystko było podawane jak się należy – klient zawsze mógł wybrać towar, lepszy egzemplarz, wszystko było na czas, a stali bywalcy mieli zawsze drobny rabacik.

Ja stałym klientem byłem przez 9 lat. Od początku prowadziło ją dwóch wspólników; Faja i Broda. Faja zajmował się księgarnią i ścianą komiksową, zawsze pracował z kolegą zwanym od bujnej, szarej czupryny Szopą. Antykwariat żył swoim osobnym życiem. Księgarnię początkowo nazwaliśmy „U Szopy” – myląc pracownika z kierownikiem. Panował tam zawsze bardzo pozytywny klimat, prowadzono rozmowy o świecie, polityce i kulturze. Szopa zawsze robił poranną prasówkę, aby mieć materiał do dyskusji, a Faja puszczał cichutko jazzowe nuty, których był miłośnikiem i kopcił waniliowy tytoń z drewnianej fajki. To były piękne czasy. Każda wyprawa do Komiksu była ciekawym doświadczeniem. Nagle, jakoś cztery lata temu, Szopa zmarł, zawał czy coś takiego. Faja został sam – dokooptował sobie w miejsce kolegi, pomagającą w księgarni dotychczas na pół etatu panią Elę. Faja pracował do końca 2007 roku – a potem przeszedł na emeryturę – miał dość! Pamiętam jak w ostatnim roku swojej pracy, często siedział na wysokim drewnianym półschodku-półstołku, kopcąc faję wyglądał zza scenografii wystawy, na mknących ulicą ludzi, księgarnia zaczynała przynosić straty, dochody sprzedaży z przed lat, były już nie osiągalne.

Po Faji księgarnię przejął jego wspólnik, zajmujący się antykwariatem – Broda. Atmosfera w księgarni upadła, skończyły się taryfy ulgowe dla stałych klientów, a mimo to zostałem wierny temu miejscu – które dla wielu ludzi, także i dla mnie stanowiło pewien symbol.

Pod koniec 2009 roku, tuż obok Komiksu otworzył się wielki pieprzony Matras – ze zniżkami cen na wszystkie książki, między 25-30%. Bandycka sieć mordująca małe firmy… Księgarnie to nie supermarkety, z ziemniakami i margaryną – to klimat miejsca i ludzie. Komiksów Matras nie ma wcale, poza piątym sortem badziewia, do tego dwa tytuły na krzyż! Moja księgarnia upada, Broda całość zamienia w antykwariat…

Powstaje wielka, pewnie przez kolejne lata niemożliwa do zapełnienia dziura. To nie Warszawa, gdzie mogą powstawać liczne prywatne księgarnie tematyczne. Komiks – mimo swej nazwy, była zwykłą księgarnią z ogromnym tematycznym działem – nieporównywalnym do największych księgarskich marketów – posiadających jak zwykle wszystko i nic… Straszna szkoda, umiera dla mnie pewna Epoka!

00:05, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (9) »
piątek, 12 marca 2010

I.

Koffiejames jeszcze żyje. Ma się jednak wcale nie za dobrze. Dolegliwości zdrowotne w prawdzie zminimalizowały się, w porównaniu do tego co było, ale ciągle są! Może to na tle nerwowym? Badania, jakie od początku miesiąca wykonywał Koffiejames – wykazały, iż jego życie i zdrowie jest w stanie kwitnącym. Powinien szaleć i skakać – bo zdrów jak ryba. Jednak to nie jest prawdą – i lekarka nawet stwierdziła, że za dobrze nie jest – choć nie ma symptomów, aby karmić hipochondrię. – Którą James karmił usilnie, od jakiegoś czasu. Lekarka dała mu skierowania do dwóch specjalistów. – I tak Koffie dostanie się już do pierwszego w przyszłym tygodniu, a do drugiego, do którego się nie nagli aż tak bardzo, wyznaczy sobie wizytę według państwowego terminarza, czyli pewnie na grudzień!

II.

Autor bloga ostatnio milczy. Spowodowane jest to przez dwa czynniki. Pierwszym jest cholerna praca magisterska i termin pierwszego odczytu! Co za tym idzie, pewna nowa formuła pracy Koffiejamesa – polegająca na tym iż czyta, czyta, czyta i pisze. – Czasem każe pisać mężowi – wtedy mu dyktuje, co ten ma pisać. Wobec czego nie ma czasu na bloga. Mimo iż jest on, naprawdę lubiany i James lubi czytać, swoich czytelników i komentatorów – to po prostu nie ma teraz czasu.

Drugim czynnikiem jest średnie samopoczucie autora.

Blog więc będzie się ukazywał rzadziej, przez pewien okres – jeszcze nie wiadomo jak długi…

III.

Smutną wiadomością, kolejną smutną w 2010 jest to, iż umarło jedno ze świąt kulturalnych Koffiejamesa. Mianowicie Warszawskie Spotkania Komiksowe. WSK odbywały się od 2001 roku, zawsze w drugi weekend marca. Tym drugim weekendem, w tym roku jest 13-14, czyli ten weekend. Ostatnia edycja z 2009 roku – była już kulminacją tendencji upadkowych imprezy, po prostu dno. Ale już wcześniej zdarzały się gorsze lata, po których następowały okresy odradzania się festiwalu, w kolejnych odsłonach. Tym razem doszło do zgonu.

Kultura komiksowa w Polsce, traktowana jest jak homoseksualizm – z niechęcią i brakiem zrozumienia. W najgorszym wypadku z pobłażaniem lub drwiną, iż tacy duzi chłopcy jeszcze obrazki czytają i literki z dymków – na pewno nie potrafią dobrze czytać i brakuje im wyobraźni! Z trudem przychodzą rodakom skojarzenia tej sztuki z kinem, lub dramatem – stojącym gdzieś na pograniczu teatru i literatury.

IV.

W ramach nagrody pocieszenia, wydawnictwo Egmont próbuje po raz drugi swoich sił w wydawaniu, wysokonakładowego miesięcznika komiksowego – skierowanego do szerokiego odbiorcy. Nie będzie to Zin ani Fanzin – chociaż już w kraju mieliśmy, kilka przykładów narodzin i istnienia tej formy komiksowego przekazu prasowego. Od choćby wielkiego i kultowego w środowisku magazynu „AQQ” ukazującego się w latach 1993-2004, „KGB” (1996-1999), „KKK” (1996-2004), aż po równie kultowy „Produkt” ukazujący się w latach 1999-2004. Były to magazyny prekursorskie – dla komiksu awangardowego i alternatywnego. – Wszystkie zginęły na fali kryzysu rynku komiksowego w 2004 roku. Dziś ukazują się już ich mniej znani następcy.

Ziny nie były kierowane do szerokiego odbiorcy, ukazywały się w większości nieregularnie i w niskich nakładach. Tylko wydawnictwo Egmont odważyło się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, na wydanie czasopisma dla szerszego odbiorcy. „Świat Komiksu” ukazujący się w latach 1998-2005, od razu napotkał trudności, szybko z miesięcznika przekształcił się w dwumiesięcznik, potem w kwartalnik, aby wreszcie upaść. Magazyn ten próbował zwrócić uwagę dwóch grup czytelników: młodego odbiorcy – dzięki dużej palecie pasków humorystycznych, oraz dorosłego czytelnika przez zamieszczane odcinki komiksów fantasy. Jednak rola zmiksowanego „Relaxu” (1976-1981) ani „Komiksu-Fantastyki” (1987-1990), czy późniejszego „Komiksu” (1990-1995) – (gdzie pierwszy był czasopismem skierowanym do młodszego odbiorcy, a następne dwa do starszego i dorosłego czytelnika) się nie udała – albowiem przez swoją różnorodność i brak sprecyzowanego odbiorcy – magazyn stał się nijaki, a pod koniec istnienia zamienił się w folder reklamowy wydawnictwa.

Trendy zaś europejskie i generalnie światowe, jakie wyznaczał rynek komiksowy już w latach osiemdziesiątych, sytuowały magazyn komiksowy nie jako mieszankę gatunkową, tylko jako ukierunkowane pismo tematyczne. Tak więc Francuzi upodobali sobie pisma humorystyczne, które publikowały poszczególne komiksy w odcinkach. Amerykanie i Brytyjczycy umiłowali fantasy, magazyny obszerne – publikujące po kilka albumów komiksowych w jednym wydaniu, do tego opatrzonych jeszcze licznymi artykułami o tejże tematyce. I tak możemy spotkać nawet w polskich księgarniach, amerykańskiego giganta – magazyn „Heavy Metal”, który ukazuje się od 1977 roku, lub kilka innych Brytyjskich periodyków tego typu. Nie wspomnę już o rynku francusko-belgijskim, gdzie najstarszy obecnie ukazujący się magazyn komiksowy o tematyce humorystycznej „Spirou” ukazuje się już od 1938 roku. A nie jest on najstarszym magazynem komiksowym!

Tak więc i w 2010 Egmont, postanowił uderzyć w rynek komiksowy – magazynem, który skupi się na wydawnictwach fantasy, publikowanych przez wydawnictwo Soleil. – To jest przez to, które wydało kultową serię (również w Polsce kultową) – „Lanfeust z Troy” i innych komiksów z uniwersum Troy. Magazyn ma zawierać trzy pełne albumy komiksowe, do tego kilka pasków i artykułów. Z zapowiedzi wygląda, iż będzie to pierwszy od lat, profesjonalny magazyn dla miłośników komiksów-fantasy. Oby tylko przetrwał parę lat na rynku – albowiem jak widać po chronologii, co dekadę średnio następują tu śmiertelne kryzysy.

13:05, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (6) »
piątek, 05 marca 2010

Najukochańsza po raz pierwszy od czerwca 2009 roku, trafiła z przełomem ciśnieniowym do szpitala. Szybko ustawili jej ciśnienie i zmienili mieszankę leków, czuje się nawet dobrze i w sobotę podobno ją puszczą. Tymczasem pierwsze z moich wyników nie wykazały nic, i lekarka postanowiła mnie posłać na bardziej zaawansowane testy. A wobec czasu oczekiwania na kolejne rezultaty badawcze, postanowiłem oddać się pisaniu pracy magisterskiej.

Zaczęło się szczerze mówiąc, i idzie mi boleśnie. Ale pierwsze koty za płoty – dokładna mapa drogowa jest i zostaje tylko żmudna realizacja zagadnień, punkt po punkcie, a potem tylko literackie połączenie wszystkich fragmentów. No nie oszukujmy się, nie będę tworzył żadnej powieści, tylko dzieło zaliczeniowe. I wcale nie dlatego, że nie lubię moich studiów czy z powodu totalnego lenistwa, tylko dlatego że znudziła mnie potwornie, odtwórcza rola magisterskich pięcioletnich. Ich idiotyczna forma programowa, jak w szkole średniej – a potem totalny brak zainteresowania ze strony promotorów, swoimi seminarzystami. I jak zauważyłem ostatnio na tym seminarium właśnie – jak dwa lata temu, kiedy zaczynałem na czwartym roku – znów ktoś pisze, ten sam temat o wojskowości, u mnie ktoś pisał, i teraz znów i w przyszłości będą to samo pisać. – Znów słuchamy odczytu – i godzinnej prelekcji profesora. Oglądamy taką samą jak zawsze, podnietę jego doktora – ciągle to samo, tak było i będzie. Ciekawe czy on potrafi sobie spojrzeć przed lustrem w twarz i powiedzieć, że tak naprawdę oszukuje tych ludzi? Ich starania i prace nic nie wnoszą, są odklepaniem materiału – który już ktoś napisał, ba są powieleniem dokładnie tego samego, co już ktoś napisał – i takie powielanie w tematach ulubionych, przez studentów trwa rok w rok – jaki to ma sens? Toż to oszustwo, tak samych siebie, jak studentów, ministerstwa itd… Chodzi o to, by tylko przepchnąć kolejnego magistra i wpisać sobie w rejestr? Mnie już to nie bawi, znudziło mnie to – mam już dość studiów za długo na nich zabawiłem – to pewnie też jakiś mój kryzys magisterski. – Ale już sobie zdaję sprawę, że to co i ja tworzę to kolejna kopia, nic nowego nie wniosę, a może i nie skończę… Po cholerę? Bo taka jest presja otoczenia, jakieś absurdalne oczekiwania, bo rynek pracy – co zatrudnia magistrów analfabetów – ech to jest ten kraj właśnie. Kraj stereotypów i niezniszczalnych poprawnych postaw. I w sumie, dlatego to napiszę. Może jeszcze mi się zmieni i okryję piękno mojej pracy, jak przejdę do moich ulubionych części – może aktualny dział, mnie po prostu mierzi i nienawidzę go serdecznie, stąd moja krytyka – nie wiem.

Dla odmóżdżenia po dniu pracy zapuściliśmy sobie z I’ film Sacha’y Barona Cohena – Bruno. I szczerze żałujemy, że nie byliśmy na nim w kinie. Cohen powtórzył zasadniczo motyw swojego poprzedniego, skandalizującego filmu o Boracie. Można powiedzieć, iż scenariusze obu są dość podobne. Nie rozumiem środowiskowego oburzenia, iż Cohen najbardziej drwi z homoseksualistów – drwi tak samo jak z wszystkich innych. Obnaża za pomocą swojego wyzywającego bohatera ciemnotę, zacofanie i totalny debilizm amerykanów – tych najprawdziwszych tradycjonalistów chrześcijan. Najbardziej bolą chyba, matki gotowe zrobić wszystko, aby ich dziecko wzięło udział w sesji fotograficznej, nawet mimo zagrożenia dla zdrowia ich pociechy. Rasistowscy murzyni; moda na bycie w organizacji charytatywnej nie mając pojęcia, czym ona się zajmuje; pastor który leczy z homoseksualizmu; sex swingers; zapasy dla heteryków – i widownia – porażająca widownia i jej reakcje – ci ludzie to po prostu bydło! Mimo wtórności, ten film znów uderza – mimo podobieństw do Borata i ewidentnie większej ilości podstawianych scen, znów mam obawy patrząc na ludzi. Bo nie wiadomo co, w nich siedzi i czego się bać! Homoseksualizm jest tylko pretekstem, aby pokazać jak wiele powinni sobie zarzucić heterobohaterowie – stający na drodze Bruna do jego upragnionej sławy…

poniedziałek, 01 marca 2010

A zatem i miesiąc trzeci roku pańskiego 2010. Dzień piękny szczególnie rano, kiedy ze wzmożonymi siłami gnałem na badania, a przy okazji do biblioteki i jeszcze tam gdzieś… Całe złe samopoczucie odeszło – mimo iż ciągle jeszcze nie działam za dobrze, ale ile to daje pozytywnej energii i chęci do działania! Udało mi się też, załatwić dziś pod względem medycznym to, czym bym musiał sobie zaprzątać głowę jutro! A mimo wszystko dopiero, kiedy będę miał wyniki – odkryją się sekret mojej choroby…

Początek miesiąca przyniósł nam też dość niesympatyczną wiadomość – otóż żyjemy ponad stan! I pięć dni po wypłacie męża zostało nam bardzo, bardzo, bardzo mało (z jego pensji)! Ano odezwał się czynsz za mieszkanie, za miesiąc obecny i zaległy, mnóstwo pieniędzy na leki, bo zarażaliśmy się wzajemnie. – Do tego mąż jeszcze prowadzi sobie, pewną kurację odżywczą. Opłaty dla najukochańszej, moje wydatki komiksowe (a kupuję przeważnie od 3 do 6 nowości, w cenie około 9-14% mężowej pensji). Do tego jesteśmy potwornie rozrzutni i nie potrafimy się powstrzymać od wyjść a to do kina, czy na słodkiego naleśnika, albo do naszej ukochanej indyjskiej knajpy, albo na piwko do branżowego lokalu – i wszystko to niby nie tak często, tylko od czasu do czasu – a jednak się zbiera i wychodzi! Żyjemy ponad stan! I to jest zły symptom! Są dwie drogi wyjścia; oszczędności albo zwiększenie dochodów – oczywiście wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, za którą opcją optuję!

A mogło tak nie być – gdybym pracował, ale doszliśmy do wniosku z I’, abym jesienią zeszłego roku zaprzestał zarobkowania i poświęcił się sprawom nauki. Jak to poświęcenie wygląda każdy widzi! Ale od listopada już nie wpływa na moje konto, okrągła sumka i się nie zapowiada – musimy więc przeczekać chude lata, albo wykombinować skąd tu wziąć nowe dochody. Wiem że niektórzy moi znajomi blogerzy, chcą zarabiać na przykład tworząc blog tematyczny, a zysk czerpać z reklam, które na nim zamieszczą. Tylko że taki blog musi być naprawdę profesjonalny, no i musi przyciągać jakąś ilość czytelników żeby reklama mogła do kogoś trafić! A ja przecież nie mam czasu na blogi tego typu…

Pewnie się skończy niestety na tym, że mąż poszuka drugiego etatu, o czym myśli już od jakiegoś czasu… Tylko komu, na co, młody magister, trener i terapeuta?