o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 31 marca 2008

O kochany Panie, cud się stał!!! W mojej firmie podwyższyli mi stawkę. Z 7.77zł na 8zł. To o całe 0.23 grosze!!! Co ja teraz z taką kasą zrobię??? Zastanawiam się, na co ją teraz wydać, ktoś ma jakieś pomysły??? A jak się za przeproszeniem przepierdoli 120 godzin w tym obozie pracy to zapłacą 8.50zł. No nic tylko żyć i pracować. Cieszyć się każdym groszem życia. Kolejne 0.23 grosze do stawki 8zł zobaczę pewnie w jakimś 2010 roku. Ułu-u jestem normalnie podbudowany tak, że chyba się porządnie w piątek upiję ze szczęścia…

ŻENUJĄCE!!!!!!!!!       
niedziela, 30 marca 2008

Rutyna zabija mawiają!!! W moim przypadku jest to chyba nie do końca prawdą, bo ostatnio wszystko mnie z tej rutyny wytrąca. Dziś jest niedziela – dzień, którego generalnie nie lubię. A wydawało mi się, że mamy poniedziałek czy inny dzień tygodnia. Wszystko było w jakimś potwornym biegu. Na domiar złego zatrułem się czymś i czułem się fatalnie cały dzień. Możliwe jest to, iż ktoś próbuje mnie celowo zatruć hehehe – tylko, po co??? Mimo wszystko jakoś mi powraca humor po popołudniowej drzemce.

Inną kwestią która mnie ostatnio nurtuje jest to, i zastanawiam się nad tym solidnie. Jak jestem odbierany przez ludzi po tym, co piszę. Tu na tym blogu, czy na profilach, czy na forach internetowych, generalnie o tematyce wszelkiej gdzie się zwyczajnie udzielam. Większość pisze o tym, iż podziwia moją postawę samotnika bla bla bla… A ja myślę, że moja postawa wynika z buntu przeciwko czemuś, bo nikt normalny nie godzi się świadomie na izolację. Ja też się na nią nie godzę!!! Ale izoluję się od tego wszystkiego, co mnie nie pociąga, a siłowo próbuje klasyfikować – wiem, z czym się utożsamiam i do czego dążę – być może iż mało realne to plany. Być może słowo „normalność” jest dla kogoś obce i niezrozumiałe, albo kojarzy się z rutyną i nudą. A przecież tak nie jest. Tylko, że kraj i społeczeństwo, w jakim żyjemy – narzuca nam rozumienie pewnych postaw w określony sposób a to, że pojmujemy pewne postawy po przez ten pryzmat to tylko nasz problem – i niestety też dramat. Bo nie mając ochoty zrozumieć drugiego człowieka – z góry go klasyfikujemy. Ja też cierpię na tą chorobę szufladkowania ludzi. Ale zasadniczo prowadzi ona nas do tego, że stajemy się w jakimś stopniu tzw. moherowymi beretami – synonimem nietolerancji i zaślepienia. Troszkę to straszne.

Dziś po tym całym dniu – troszkę dziwnym, w którym byłem doświadczony retorsjami żołądkowymi (nikomu nie życzę), – czując jak słabą istotą jest człowiek wobec głupich błahostek codzienności, czuję się lekko osowiały i zagubiony… i szukam odrobiny spokoju i tego, o czym śpiewa……

Adrian Belew -> Quicksand:    

Sometimes I'm paralyzed
with life speeding by
I ne
ver seem to get anywhere
No matter how hard I try
Oh it used to be, I thought, I was in command
Now I know I'm up to my chin
in quicksand

Is there no thread of hope
that we control?
Oh if you could only pull me up...
I will never let you down, let you down
I will never let you down

Oh if you could only pull me up...
I will never let you down, let you down
I will never let you down
I will never let you down, let you down
I will never let you down

……ale z kim hi hi hi??? …hm……???

 

sobota, 29 marca 2008

Dziś jest dziś. Jutro nastąpi nieubłagalnie. Dziś jestem a czy jutro będę??? Bardzo często zapominam o tym pytaniu. Mówią, że nie warto pytać o jutro. A ja i tak często pytam. Mówią, że trzeba brać wszystko jak leci bez wyboru – poddać się narzuconym z góry formom. A ja tak często łamię formy – mało mnie obchodzą. Płacę wysoką cenę – cena jest wkalkulowana w bycie sobą – wiem o tym doskonale. Ceną jest wykluczenie, są cztery gołe ściany – a ja pokochałem już te ściany jak siostry – wśród nich czuję się tak bezpiecznie. – Usłyszały więcej niż ktokolwiek, znają mnie na wylot i wiem, że kiedy je tylko mocno przytulić stają się ciepłe – takie ciepłe…

Dziś miałem dobry dzień. Jeśli patrzeć na dzień jako okres czasu – 24 godzin. To położyłem się o 2 w nocy spać. Wstałem o 3.30 – Zjadłem śniadanie, z niesamowitym zapałem przygotowałem się do wyjścia do pracy. O 4.15 wyruszyłem na 85A (odkryłem nowe lepsze połączenie do mojej pracy). Po drodze zahaczyłem o stację zakupić papierosy. O 4.30 byłem na przystanku – i cała ta droga przez osiedle i park przymglone świtem – takim wiosennym świtem – dodała mi tyle siły – po okresie jesienno-zimowych ciemności, że aż się chce rzyć. Osiedle było tak malownicze jak kiedyś dawno temu, – kiedy byłem jeszcze całkiem małym – prowadzonym do przedszkola chłopcem – cieszyłem się wtedy okropnie – będą koledzy, Radek, który jeszcze nie potrafi samodzielnie jeść (kupa śmiechu była) i samochodzik przypominający fiata 126p. Kochałem to autko. Powietrze było rano dość ostre rześkie – niesamowite. Autobus oczywiście się spóźnił o 10 minut. To nic. Bo pustymi ulicami na żółtych światłach nadgonił spóźnienie do przystanku przesiadkowego. O 5 było już całkowicie jasno – miasto budziło się do życia – a mój nastrój wzrastał w euforię – całkowicie nie wytłumaczalną. O 5.13 przyjechało 98 – zatłoczone jak zwykle i ruszyliśmy już w docelowym kierunku. Pasażerowie to głównie pracownicy firmy, w której pracuję – o dziwo też pełni radości – mimo konieczności pracy w sobotę. Żartowali – ze swoistą dla większości z nich średnio wykształconych ludzi koło pięćdziesiątki (ok. 60% pracowników firmy to 50+, 10% obcokrajowcy, 30% studenci i inni młodzi pracownicy) - prostotą i nabożną zgryźliwością jak na przykład – „ona ma wielkie zęby i głowę jak koń, dlatego jest taką plotkarą” albo „no 700 złotych to dla niej majątek, bo jej stary przynosi 1500”. Słuchałem nie kryjąc uśmiechu – takie to ludzkie obgadywanie! O 5.40 wszedłem do zakładu – przebrałem się roboczy strój, opatuliłem plecak kurtką, bo strasznie kradną w męskich szatniach – a jak tak robię to mam wrażenie, że to może zniechęci potencjalnych złodziejaszków  do grzebania w plecaku – złudzenie! O 6 byłem już na hali produkcyjnej. Trafiłem dziś na lekką acz brudną pracę takie miłe 8 kolejnych godzin. Pracowałem z grubym dość miłym kolesiem – trochę śmierdzącym, – ale widać było, że z prostodusznym i niestety skazanym na zawsze już na ten zakład. Pogadaliśmy troszkę o pracy w firmie i ludziach (takie ploty). Rozmowa wymsknęła się na temat gejów pracujących w firmie – no to ich obgadaliśmy też ;-))) Ale koleś się przejął tematem widać i na przerwie pokazał mi swoją dziewczynę – do przerwy zapewniając, że on gejem nie jest, – że jest normalny tak jak ja. Ja??? Pozostawiłem go w słodkiej nieświadomości. A to jego zapewnianie o tym, że nie jest gejem – było troszkę żenujące – a, z drugiej strony obraz stereotypu – gej to ktoś straszny, nienormalny, z poza społeczeństwa. O 14 zakończyła się moja zmiana i nieco wymęczony wróciłem do domu 98 i tramwajem numer 2. Kiedy byłem już pod domem, akurat zajechała do nas nieszczęsna ciotka – ta, co się z nią pokłóciłem w święta – przyjechała do babci na podwieczorek, – więc ja całą tą wizytę przesiedziałem przed kompem w pokoju (nie odzywamy się) – czytając pocztę z profili na Fe i Is – i coś we mnie pękło – dostałem dziś sporo listów – tak pozytywnych listów i pozdrowień jak nigdy. Hm po prostu radosna łezka w oku. O 16.30 zacząłem pisać dzisiejszy wpis.

Dziś miałem dobry dzień – brakowało mi takiego dnia – tak zwykłego, tak dobrego. Jutro to samo… 3 pobudka, 6-14 praca. Jutro będzie już rutyną. Poniedziałek – środa szkoła, czwartek – piątek praca??? Może. Sobota lub piątek impreza – coś tam w planach. Moje jutro??? Nie, nie to jutro przyziemne: praca, szkoła, dom, impreza, praca, szkoła, dom….. Pytam się o to coś więcej, o to dopełnienie, – które nada rutynie sens, które będzie napędzać do codziennego odkrywania sensu w najbardziej bezsensownych i rutynowych czynnościach… Dziś nic nie widzę – jedna czarna plama. Jedno marzenie, ale nie realne jak sen……

Dlatego tak trochę z przekory, wychodzę by zapytać przechodnia na ulicy miasta, gdzieś w świecie…

Rafał Wojaczek -> Chodzę i pytam:

Chodzę i pytam: gdzie jest moja szubienica?

W czyim ogrodzie, w jakim lesie rośnie? 

Na jakiej miedzy pasie cień kobiecy? 

Na którym rynku świąteczną choinkę? 

W jakim pokoju zwiesza się nad stołem 

Uprzejma pętla, bym ją szyją przetkał? 

Na jakich schodach nareszcie ją spotkam? 

Na którym piętrze sznur sobą wyprężę? 

W której to stronie głowę ku niej skłonię? 

W jakiej piwnicy, hałasie czy ciszy? 

Na jakim strychu, ciemnym albo widnym? 
W jakim klimacie, gorącym czy zimnym? 
piątek, 28 marca 2008

Wędrując wczoraj po profilach na fellow trafiłem na jeden, który po prostu mnie zmiażdżył: pozawodach. Jestem nim mocno wstrząśnięty!!! Dlatego tu na tym, blogu bo ktoś go tam kurwa chyba czyta nie??? Apeluję do chłopaków, do dziewczyn, do wszystkich!!! Przeczytajcie sobie. Pamiętajmy zawsze o rozsądku, bo kiedy obudzimy się któregoś dnia z +, to już wszystko będzie inne. I ok. tak można z tym żyć jak z cukrzycą. Daj mi Boże proszę tylko cukrzycę!!! Ale nie mówmy nigdy, że nas to nie dotyczy, że mnie to nie dotyczy!!! To jest zajebiście złudne, bo może któregoś dnia zacznie dotyczyć mnie i ciebie bez odwrotu!!! A może dotyczy już ciebie??? Sprawdź czy nie jest już po zawodach, Ja sprawdzam!!!, Sprawdzasz??? Test na HIV nic nie kosztuje, a twoje życie ILE jest warte…..???

czwartek, 27 marca 2008

Jutro moja ukochana babcia obchodzi swoje 77 urodziny. A może nawet nie babcia tylko matka. Bo matką mi jest, od dwudziestu już lat. Wyobrażenie babci w normalnych rodzinach jest całkowicie inne niż w mojej – ja nie miałem babci w takim razie nigdy. Babcie to na ogół miłe starsze panie, które odwiedzają swoje wnuczęta by je rozpieszczać, wyręczając często rodziców w opiece nad małymi dziećmi by ci mogli spokojnie pracować. W moim przypadku było odwrotnie. Całkowicie inna bajka. Moja matka, kiedy urodziłem się w 1985 roku była już w zawansowanym stadium białaczki, mogła usunąć ciążę zwarzywszy na to, że już miała 12 letniego syna, a ciąża przy białaczce oznaczała dla niej tylko wyrok. Wybrała wyrok – do dziś mam tak wiele mieszanych uczuć względem tego czynu, szczególnie jako zwolennik prawa kobiet do wyboru!!!!! Wyrok nastąpił z odroczeniem trzech lat w 1988 roku. Zostałem kompletnie sam, ojciec pracował w RFN, 15 letni brat trafił do siostry matki, a ja??? Ja do 57 kobiety matki mojego ojca. Stała się ona moją drugą – w sumie pierwszą – matką. Czasem myślę, że jest ona szaloną kobietą – nikt normalny na starość nie bierze sobie bagażu dziecka, – bo przecież można nie podołać, poza tym każdemu człowiekowi należy się w pewnym wieku już czas na odpoczynek. Moja babcia nigdy nie dała sobie taryfy ulgowej – zasadniczo do siedemdziesiątki pracowała – i jak sama twierdzi chciałaby jeszcze pracować, gdyby miała tylko więcej siły. A nasze relacje??? Jak pamiętam zawsze byłem rozpieszczany aż za mocno. Zawsze dopilnowany i niczego mi nigdy nie brakowało, choć ona sama często niedojadała by tylko wnusio (synuś) mógł się najeść do syta. Miała i ma tą niesamowitą zdolność do zmiany małych sum pieniędzy w takie, które pozwalały na wszystko a przecież ich (pieniędzy) nigdy nie było, tyle by mogło na wszystko wystarczyć – a ona potrafiła je zaczarować – sam nie wiem jak, że wystarczało. To były czary, bo ojciec nigdy do niczego się nie dołożył – nie przepraszam raz mnie do kina zabrał jakoś w 1994 roku, pamiętam to do dziś. Przez wiele lat babcia zamknęła mnie troszkę w nadopiekuńczym kokonie bezpieczeństwa, który musiałem siłą zniszczyć – wiem, że to ją bardzo bolało, ale w życiu przychodzi taki czas, że trzeba zacząć samemu troszczyć się o swoje sprawy. Ona tego raczej nie rozumie, generalnie różnica pokoleniowa jest strasznie odczuwalna i kłócimy się czasami potwornie, czasami mamy się serdecznie dość – jak matka z synem. Ale nie możemy chyba się bez siebie obyć. Podziwiam ją za to jak przyjęła wiadomość o mnie – w milczeniu, – co nie sprawiło mi radości. Nie powiedziała mi nigdy, że to akceptuje ani słowa krytyki. Ale już następnego dnia, aż do dziś – jest jak zwykle – normalnie, dni, w których strzelamy do siebie z dwóch stron frontu i dni, kiedy trzymamy sztamę… po staremu, choć ona wie już wszystko. Dziś w wigilię jej urodzin coraz bardziej zaczynam zdawać sobie sprawę, z nieubłagalności upływającego czasu – już nie będzie mieć nigdy sześćdziesięciu lat, – czyli tego wieku, z którego ją najlepiej zapamiętałem jako podrostek i nastolatek – była wtedy naprawdę silną kobietą. Dziś już się przygina ku ziemi, ma coraz mniej sił, czas ucieka, nic nie wróci nam minionych wspaniałych lat. Wiem, że tego czasu ma (mamy) już przed sobą mniej niż kiedyś, coraz mniej i że nastąpi kiedyś dzień naszego pożegnania, powoli patrząc na nią wiem, że to nieuniknione, ale nigdy nie dopuszczam takich myśli do siebie. Dziś wiem, że cała nasza przeszłość jest już moim dziedzictwem – i choć wciąż żyjemy często jak pies z kotem, to wdzięczny jej jestem za to, co dla mnie zrobiła przez te wszystkie lata. – Pozwoliła mi normalnie żyć dając więcej niż namiastkę domu. Dzięki ci za to – Matko, Mamo, Mamusiu (???) – nigdy jej tak nie nazwałem – mówimy sobie zasadniczo po imieniu (nowoczesna rodzina) – ale ona wie, wie na pewno…

środa, 26 marca 2008

Przeklętym prawem ludzi chorych jest to, że mają za dużo czasu. Siedzą w domach i kaszlą, nosi ich z kąta w kąt, faszerują się lekami, zamiast grzecznie leżeć z termometrem w buzi. Marnują dzień przed komputerem – pisząc teksty na swoje blogi i inne nudziarstwa. Tak jest dziś ze mną. Jestem wściekły, bo muszę gnić w mieszkaniu zamiast iść do pracy. Nie powiem, że nic nie zrobiłem w dniu dzisiejszym, i że był zmarnowany – o to, to nie!!! Postanowiłem rozwinąć swój profil na Youtube’. Dzięki czemu nawiązałem ciekawy kontakt ze środowiskiem gejów w USA. Szukałem filmików dotyczących comming out’u – mój swoją drogą nastąpił w październiku 2007, i był udaną operacją ;-))) – a znalazłem filmiki liberalnych oświeconych fajnych ludzi – nie tylko gejów!!! Którzy walczą z baptystycznym kościołem jakiegoś tam nawiedzonego pastora, – który nienawidzi gejów i uważa, że wszyscy wylądujemy w piekle. Pierwsze skojarzenie, jakie mi przyszło do głowy to, że Rydzyki są wszędzie hihihi. Myślę że tego typu psychopatów jak ojciec dyrektor powinno się jakoś POSKRAMIAĆ. Nawoływanie do wszelkich nietolerancji i wzbudzanie ksenofobii powinno być KARANE!!!!! Tak więc i społeczność gejów w USA nie ma lekko, – ale brawo oni potrafią walczyć, nie jak my tylko kolorowymi paradami i różowymi podkoszulkami, pod taką walką się nigdy nie podpiszę – walczmy z tą przeklętą homofobią w sądach, po przez edukację, po przez media, po przez kulturę i sztukę! Homofobia prowadzi jedynie do tego, że będziemy ranić się wzajemnie i bez końca – a przecież to jest wolny świat, w którym ani żadna postawa polityczna ani religijna nie ma prawa narzucać społeczeństwu jednej poprawnej odgórnie wyznaczonej postawy. Jesteśmy ludźmi stworzonymi do tego żeby myśleć i szukać własnego szczęścia, by rozumieć się wzajemnie i tolerować nasze odmienności. Mamy prawo do RÓWNOŚCI, prawo do MIŁOŚCI i SZCZĘŚCIA, do NORMALNOŚCI.

Chłopcy z placu broni -> Kocham wolność:

Tak niewiele żądam
Tak niewiele pragnę
Tak niewiele widziałem
Tak niewiele zobaczę

Tak niewiele myślę
Tak niewiele znaczę
Tak niewiele słyszałem
Tak niewiele potrafię

Wolność kocham i rozumiem
Wolności oddać nie umiem

Wolność kocham i rozumiem
Wolności oddać nie umiem

Tak niewiele miałem
Tak niewiele mam
Mogę stracić wszystko
Mogę zostać sam

Wolność kocham i rozumiem...

Tak niewiele miałem
Tak nie wiele mam
Mogę stracić wszystko
Mogę zostać sam

Wolność kocham i rozumiem...

Boy in love to freedom…    

Czuję się potwornie głodny. Głodny jakichkolwiek emocji, nie mam teraz żadnych. Szkoła, praca, tu znajomi tam znajomi, dom, książka, muzyka – wszystko za szkłem. Jest coraz zimniej, są papierosy. I wszystko za mało, czegoś mi potwornie brak. Czegoś potwornie mi brak. Nie umiem sobie odpowiedzieć czego. Może kogo? Brakuje mi wolności i oddechu, realizacji, zgubiłem wiarę. Przyjemności materialne zadowalają nas na tak krótką metę. Czasem potrafiłem czekać miesiącami za czymś, a gdy już to miałem po pięciu minutach już nie było ważne – pozostawał głód, pustka która z każdą minutą drąży mnie jak woda w skale. Kiedyś myślałem, że potrafię być taką skałą, że kupię sobie to czy tamto i zadowolę swoją potrzebę wypełniania pustki, pustka zawsze pozostawała. Marzenia umierały ze starości, ludzie się zmieniali – gasły wszelkie impulsy do działania. Zwykle wyznaczamy sobie cele by zbierać siły do trwania – obiecujemy sobie, że dzięki temu czy tamtemu wyrzeczeniu uda się coś zmienić, – wypruwamy sobie żyły by tylko biec do celu. Osiągamy ten cel i kolejnego dnia już balonik jest sflaczały – to nie to kolejna pomyłka. A czasami najdrobniejsza bzdura daje więcej szczęścia niż wielkie zamierzenia – tylko musi być zmotywowana jakimś impulsem, którego mi ciągle brak – czuję to każdej nocy, i w każdy dzień, kiedy jeszcze nie zdążę zacząć się oszukiwać znajomymi i spalanymi papierosami, fajka za fajką. Nikt mi nie powie, że człowiek jest silny, jest tylko igraszką losu – słabą kukłą na wietrze, – dlaczego rodzimy się i umieramy sami? Dlaczego nie wierzę, że cokolwiek jest dalej? Poza byciem poddanym powolnemu trawieniu przez soki i robactwo nosicielki naszej ludzkiej zarazy... Naiwnie porywamy się z motyką na słońce – i płoniemy w jego ogniu... Mówią że uczymy się całe życie, a i tak nie potrafmy się nauczyć kurwa najprostszych rzeczy.

wtorek, 25 marca 2008

Zawsze każdym pierwszym razem jest taksamo, najpierw setki godzin marzeń jak to będzie, czy będzie boleć, czy będzie z miłości, czy tylko w wyniku chwilowej słabości przymuszonej popędem, dużo strachu, masa pragnień, napięcie i buzujący strach – niesamowite uczucie. By po wszystkim stwierdzić – e, co to było, to już po? Miesiąc temu był mój taki pierwszy raz, z pisaniem bloga. Zastanawiałem się, po co? I mimo tego, że dalej nie wiem, dokąd dojdę i kiedy skończę – dziś mogę już powiedzieć o sobie, że prawiczkiem w tej materii już nie jestem. A że to pisanie sprawia mi przyjemność, na razie będę, więc popisywał, ktoś to sobie czyta i fajnie, ktoś to komutuję – miło mi, ktoś mnie krytykuje – wolność objawia się między innymi w wolności wypowiedzi. Wciąż jeszcze nie potrafię nad tym wszystkim zapanować, nie reklamuję specjalnie swojego dzienniczka, który ma być powiernikiem moich myśli i pewnych faktów z bycia tu i teraz. To moja forma wypowiedzi. I nie spodziewałem się, że ktokolwiek tu nawet zajrzy – by czytać te nudziarstwa – myliłem się ;-))) Blog będę rozwijał w mirę moich możliwość i potrzeb nie ma co ukrywać, że fajnie jest, kiedy ktoś upuści oko nad czyimiś wypocinami i powie, że tak zgadza się z domniemanym autorem.

Do wczorajszej notki dostałem ciekawy komentarz cyt: „jeszcze ci to wypisywanie się pewnie wyjdzie nosem, bo taka blogowa terapia to też taka ściema, jak z nocą, Oscarów trochę.... niby jest i zrozumienie i zainteresowanie, ale wszystko takie ciut powierzchowne... s@motność w sieci w wersji lajt....
ale z blogowaniem jest trochę jak z nałogiem, wciąga... chociaż z każdym kolejnym rokiem ( chyba ) przynosi coraz słabsze fazy.”
Co tu powiedzieć na taki komentarz? Jest na pewno bardzo prawdziwy, zgadzam się. Ale czy ludzie piszą blogi tylko, dlatego żeby się móc odnaleźć, zyskać aplauz, poparcie czy zrozumienie? Jest pewna grupa ludzi, która pisze tylko po to, a gdzie zaklasyfikować tych, którzy realizują się na blogach specjalistycznych, biznesowych, czy hobbistycznych? Czy oby stwierdzenie, że pisanie bloga to samotność w wersji lajt nie jest sporą przesadą? Chyba jest, bo obrażamy tym kilka milionów blogersów z całego świata. Przecież nie wszyscy są samotnymi ludźmi, a jeśli by chcieć bronić tej teorii to największym odsetkiem internetowych pamiętniko-pisarzy powinni być emeryci, bo to najbardziej samotna grupa ludzi na świecie. Myślę że to ciekawe pytanie do porządnej merytorycznej dyskusji – „na cholerę nam te blogi, jaki spełniają cel dziś, i jakie cele będą spełniały jutro???” – Czy będą świadectwem minionych dekad, czy tylko bezwartościowym zbiorem ciągów liczb, zapychającym serwery supernowoczesnych baz danych w 2050 roku czy kolejnych wiekach? Jedno jest pewne – nasze życie względnie jest bardzo krótkie, – dlatego w każdej jednostce ludzkiej drzemie potrzeba pozostawienia po sobie śladu. Blog jest na pewno pewną szansą tego, że pozostawimy po sobie nasz mały odcisk – odcisk istnienia nas Kowalskich dla naszych dzieci, czy przyszłych poszukiwaczy dinozaurów, – którymi przecież już za moment się staniemy. – Wiec poza tym, że odkopią nasze kości, to dajemy szansę odkopać komuś gdzieś nasze myśli – i to jest piękne.

Teraz odrobina statystyki za miesiąc pierwszy mojej działalności w środowisku:

- od 25.II.2008 do dziś (25.III.2008) odwiedziło mnie: 340 osób – dla mnie szaraczka i prawie, że prawiczka blogowego to jest masa ludzi.

- 13.III.2008. – 1 osoba – to najniższe zainteresowanie

- 24 i 25.III.2008 – po 57 osób – to dni mojego oblężenia hi-hi-hi

Dzięki jestem nawet zaskoczony, nawet bardzo hihihi ;-0000 ;-)))))

poniedziałek, 24 marca 2008

Istnienie jako tajemniczy ukryty pod nickiem pan ktoś, jest niezmiernie ciekawym zjawiskiem. A z racji tego, że zbliża się rocznica mojego zaistnienia w tej społeczności – myślę generalnie o blogersach. To muszę szczególnie po ostatniej notce przyznać, że takie wypisanie się na „maxa” daje porządną ulgę, której przecież tak często nam potrzeba. To iście terapia zbiorowa – sami stajemy się swoimi psychiatrami, a po pewnej ilości komentarzy, lub odwiedzin – dostajemy wręcz orgazmu – poczucie zrozumienia, a może nawet poczucie bycia komuś do czegoś potrzebnym. Nie spodziewałem się tego, to naprawdę fascynujące!!!

 
1 , 2 , 3 , 4