o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 31 grudnia 2011

Ostatni dzień grudnia, ledwo 52. tydzień i 365. dzień roku 2011. Jak to zleciało szybko? Tak szybko!

Dziś sylwester – noc pożegnania starego roku. Noc imprez, których nie lubię najbardziej w ciągu całego roku. Bo co tu świętować? To że czas przemija? To że bliżej nam do zakończenia życia? To że będziemy mniej sprawni? Nie rozumiem. Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem i nigdy nie był. Nic nowego, co nie byłoby stare i znane od zarania dziejów, nas nie czeka. Ani inna miłość, ani inny ból.

Ale dobrze, niech się bawią Ci, którzy mają na to ochotę. Dla mnie zawsze impreza sylwestrowa kojarzy się z kwaśnymi refleksjami – niezależnie od tego, czy wychodzę na jakiś umowny bal, czy siedzę w domu. W tym roku mamy do wyboru trzy opcje: lokal, miasto i dom. Ja optuję za domem – sylwester to żadne halo i nie cierpię sy-sy-Sylwestrów pod żadną postacią. Jest oczywiście lokal i mój best frend z dziewczyną i licznymi znajomymi (których nawet dobrze nie kojarzę). Towarzystwo jak w liceum, planuje wnoszenie wódy pod koszulą – więc heterycka impreza zakończy się popijawą w trupa. Nawet gej frendli lokal nie wytrzyma pewnych zachowań i nawet bliska sympatia barmana z dziewczyną mojego kumpla, nie powstrzyma go przed wyrzuceniem towarzystwa na kopach. Wobec czego chyba mnie to nie kręci. Kręcić być może by mogło, gdyby nie był to ten przeklęty sylwester, tylko naiwna, spontaniczna imprezka…

Zamiast wejściówek do lokalu, wolimy kupić za te pieniądze dobre wino i pójść na Nowy Rok do centrum. Zobaczyć pokaz sztucznych ogni – wystrzelić korkiem od szampana – odpalić kilka petard na pożegnanie starego, dobrego, kochanego i poczciwego 2011 roku. Przy okazji być może spotkać się z towarzystwem ze wspomnianego lokalu, gdyż znajduje się on rzut kamieniem od centrum, a zaraz potem wrócić sobie spokojnie do domu, nastawić 13 odcinek Allo-Allo. Na koniec, wznieść Noworoczny Toast wspomnianym powyżej, dobrym winem i wspomnieć minione, lepsze czasy.

Chociaż w ostatniej chwili pojawił się pomysł nowy…

Drodzy czytelnicy bawcie się dobrze – niech ten nowy 2012 rok nie będzie gorszy od tego, który mija. Wszystkiego Najlepszego!

Nie może być końca tej notki i tego roku bez akcentu, który zdominował ów blog w roku 2011 i po części wpisuje się w ten bal czasów...

17:25, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (6) »
piątek, 30 grudnia 2011

Wspomnienia, wspomnienia. Pozwalam sobie na wspomnienia minionych lat. Przepadły jak szczapy w ogniu. Wydawały się wielkie i solidne, a po chwili został tylko popiół. Tyle to już lat, tyle zmian, tyle zaskoczeń, tyle zawodów, tylu blogerów wspaniałych i równie tylu beznadziejnych, tyle blogów, które przepadły ze szkodą dla tego małego pisanego światka i równie tyle, które na szczęście dla wszystkich postanowiły zniknąć. I oto kończy się kolejny rok.

Wracam wspomnieniami do ludzi sprzed lat, do chwil miłych i niemiłych. Do wielkich nadziei i zawodów. Do wszystkich tych, którzy przewinęli się przez tego bloga, wreszcie do lat tłustych i chudych, a na samym końcu – jak zwykle – wychodzi samo życie. Tak, oczywistym jest że wszystko płynie w nierównym tempie, koła czasów zakręcają raz wolno, raz gwałtownie, czasem mozolnie, a czasem na piątym biegu… Dobre czasy równają się ze złymi, a wszystko trwa tyle samo, czyli nigdy za długo.

Rok 2011 był umiarkowanym czasem w moim życiu. Już na samym początku w sylwestrową noc, kiedy żegnaliśmy straszliwy rok 2010, miałem to swoje niezawodne (dotąd) przeczucie, że nadchodzi okres uspokojenia i umiarkowania – czas zawieszenia i oderwania się od minionych utrapień. I tak się stało. Wyhamowałem i być może ciągle jestem na poboczu, ale dzięki temu, dzięki tej przerwie mogłem wreszcie odetchnąć, poświęcić więcej czasu rodzinie i na przyjemności. To był niewątpliwie rok przyjemności – nie były one być może straszliwie wyrafinowane – ale nie szukałem wielkich wrażeń – szukałem spokoju. Pierwszy kwartał roku totalnie mnie odizolował od ludzi i Świata – najważniejsza była rehabilitacja ciotki L’. Dała dobre rezultaty ale kosztowała mnie swoiste wycofanie się z życia społecznego. To wycofanie zaowocowało też oczywistymi porażkami w życiu zawodowym – którego nie było. Stchórzyłem tu na całej linii, obudziły się we mnie najgorsze społeczne fobie. One zaś rzuciły cień na moje życie towarzyskie. Ale pomimo porażek na tym polu, pojawiły się również liczne przebiśniegi. Odeszli ludzie, którzy chcieli odejść a ja uznałem, że nie ma sensu zajmować się tymi, o których ciągle trzeba zabiegać. To egoistyczne, ale ja jestem egoistą i egoizmu nauczyli mnie ci właśnie, których trzeba było błagać o „względy”. W roku 2011 przyjąłem inną taktykę, a mianowicie jeśli ktoś jest „Pępkiem Świata” który wyświadcza łaskę swym towarzystwem – to nie, nie, nie – dziękuję niech „spierdala” i już.

W dalszym ciągu w roku 2011 pielęgnowałem kilka mych żali i niechęci, i będę to robił dalej – ponieważ satysfakcja jest jedną z największych przyjemności, jakich lubię doznawać, więc poczekam sobie na serdeczne, nienawistne, wymuszone – przepraszam – lub dogodną okazję osiągnięcia satysfakcji w inny sposób. Stąd też, być może ucierpiały moje nowe znajomości, które się nie zdążyły nawet wydarzyć, gdyż nie potrafię uznać za przyjaciół, przyjaciół moich wrogów, a nawet się z takimi ludźmi spotkać/poznać. To jest chore i wypływa z mojej społecznej fobii – być może czas przepracować swoje starożytne zasady, bo być może są głupie? Suma strat o dziwo zbilansowała zyski, kwiaty zimy są jednak niewielkie i łatwo można je zadeptać! Stąd zadanie na kolejny rok, aby zbudować rusztowania, które mogłyby wesprzeć te delikatne i nietrwałe relacje – wszystko zależy od wielu czynników i dobrej ręki w tej grze, zwanej życiem. Najważniejsze jednak są te relacje, które uległy dalszej konserwacji w mijającym roku i nie ma sensu ich tu wymieniać, jedne rokują na lata, inne na czas krótszy z różnych przyczyn. Mam nadzieję iż udało mi (nam) się pokazać owym ludziom, że są kimś ważnym w moim (naszym) życiu.

Rok 2011 na blogu był raczej spokojnym rokiem. Choć zdaję sobie sprawę, że wielu uznało mnie za wariata po cyklu 33 notek muzycznych o pewnym zespole na R, które zamieszczałem z maniakalnym uporem od stycznia do października bieżącego roku. Ale pomyślcie o tym w inny sposób, Wy nie musieliście ich czytać, a mój mąż musiał jako korektor (nakazuje mu czytanie większości moich notek, jako dyslektyczny debil muszę mieć zwykle podstawową korektę tekstu). Ale I’ był dzielny – zniósł wszystko z godnością. O dziwo do bloglandii wróciło kilka blogów, albo ja wróciłem do nich po dłuższej przerwie i dalej jest w ich tekstach dalej coś magicznego. Pięknie. Pojawiło się też kilka nowych blogów, choć część szybko się mną znudziła – w sumie się nie dziwię – mnie jest ciężko lubić i nie zabiegam o to lubienie.

Mam swój świat i poglądy – walę po łbie wszystkich jak leci, przyklejam łatki, szufladkuję. Dla ateistów jestem papistą, a dla papistów ateistą. Dla środowisk LGBT jestem tajnym agentem NOP, a dla NOP pierdoloną ciotą. Dla PO jestem PiSowcem, a dla PiS jestem POwcem. Dla Lwaków jestem Prawakiem, a dla Prawicy jestem Lewakiem. Ale już taka ma parszywa natura, aby być kotem i myszą jednocześnie, islamistą w Watykanie i katolem w Mekce, żydem w Arabii Saudyjskiej i Muftim między Chasydami w jakiejś ortodoksyjnej dzielnicy. Taki mój charakter, że muszę być po środku i między tymi wszystkim (wymienionymi powyżej) fanatykami i obrońcami „swoich wartości” – których bronią z reguły w ten sam sposób – nienawiścią, nietolerancją i przemocą – i to ich łączy.

A nowy rok 2012, w którym będzie koniec Świata? O dziwo to będzie rok wyzwań i celów, jest we mnie więcej optymizmu niż przed rokiem. Rok, w którym być może wykiełkują kolejne przebiśniegi, być może zreformuję kilka swoich starożytnych zasad towarzyskich (nie względem „Pępków Świata” i zadawnionych nieprzyjaciół) względem ludzkości. Może powalczę z fobiami? Na pewno będę kontynuował wiele postanowień uzdrawiających – nasze z I’ – relacje interpersonalne. Być może ograniczę uzależnienie od fejsbóka. Spróbuję stawić czoła kilku odłożonym sprawom – które zawaliłem w mijanym właśnie roku. Zobaczymy. Na pewno wydarzy się dużo i być może zaskakująco – już styczeń zapowiada się interesująco.

Odnośnie bloga to będzie on istniał dalej (wiem że niektórzy nienawidzą tego bloga, ja też wielu nie lubię). Jak zwykle anuluję wszystkie swoje zobowiązania, których podjąć się miałem – jeśli nie udało mi się w roku 2011 to znaczy, że w 2012 do tego nie wracam. W kolejnym roku nie planuję żadnych wielkich cykli tematycznych (zwykle zdobywam się na takowe co dwa-trzy lata) poza obiecanymi dawno temu coverami Rush, ale nie wiem kiedy je zacznę, a jeśli to się wydarzy zrobię to w bardzo luźnej formie.
    
   



czwartek, 29 grudnia 2011

Kończąc temat izraelskiego zespołu Gevolt – nie można pominąć tzw. jidysz-folku, jaki wykonuje ten zespół. Nawiązanie do kultury Księgi, jak i do kultury świeckiej przez duże Q – społeczności żydów środkowoeuropejskich – występuje tu na całej linii – począwszy od okładek (okładka plus jóutjóbowe okładki), które zawierają jasny i czytelny przekaz skończywszy na, mimo wszystko utrzymanych w klezmerskich klimatach, przeróbkach standardów.

Nie ma mowy o porównywaniu owego folku z dokonaniami na przykład polskiej Kapeli Ze Wsi Warszawa. Polacy jak zwykle starają się być wydumani, czasem nudnawi i troszkę jednak na kolanach podchodzą do interpretacji swojego (słowiańskiego) dziedzictwa kulturowego. Żydzi robią to na odwrót – pokazując tym samym ogrom swej kulturowej tożsamości, której nam, polakom brakuje. W Gevolt mamy etno/folk, ale w metalowej otoczce, to znaczy pojawia się tu całokształt ciężkiego instrumentarium i podchodzący pod metalowe standardy wokal – dzięki temu blisko 100-letnie piosenki są wciąż żywe i pełne witalności. Tu jest zabawa, tu jest pasja, tu jest nowa interpretacja, ale mimo to wciąż mamy ten sam – identyczny kod kulturowy! Dzięki swoistej świeżości muzycznej, nie traci on nic a nic na wartości.

Wracając do okładki płyty zespołu, symbolika jest oczywista. Mamy do czynienia z Księgą, na której naklejony jest obrazek dziewczynki niosącej w rączkach literkę „alef – א” czyli po naszemu „a”. Co oznacza poznawanie wiedzy: czytanie, pisanie, nauki religijne i kulturę już od maleńkości - zazwyczaj od 4 roku życia do śmierci. Ta literka stanowi pierwsze trzy litery (znaki graficzne) alfabetu jidysz („sztumer alef א – nieme a”, „pasech alef אַ – a” i „komec alef אָ – o”). Tytuł albumu „AlefBejs” fonetycznie oznacza litery „ab – אַב” wymawiane, kiedy deklamuje się kolejno alfabet – znaczeniowo słowo to oznacza „alfabet” zapisywany graficznie w troszkę bardziej skomplikowany sposób za pomocą hebraizmu – אַלף־בית.

Zaprezentuję tu dwa utwory, które będzie można porównać z wersjami klezmerskimi „Ojfn Pripeczik - Na Przypiecku/ Gevolt: Der AlefBeys” Marka Warszawskiego i „Tum-Balalajka”. A w kolejnej notce tylko wersje Gevolt „Szpil że mir a lidele in jidysz – Zagraj mi że piosenkę w jidysz” oraz finałowy numer komiksu „Klezmerzy: Podbój Wschodu” Joanna Sfara, śpiewany przez główną bohaterkę w Odessie „Shein wi di Levone – Pięk-ny, -na , -nie jak księżyc”. Wszystkie utwory mimo metalowej aranżacji, są nierozerwalnie klezmerskimi standardami – nie tracącymi w zasadzie nic ze swojego klimatu. Zwłaszcza dwa ostatnie, celowo nie zestawione z żadnym bardziej oryginalnym wzorcem (takich wzorców i oryginałów jest wiele) – trzymają klezmerską klasę!   

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Mimo, że nie jestem wielkim fanem, nie posiadam żadnego albumu itd itp., znam całą solową dyskografię tego muzyka. Myślę, że dobry to czas na tą skromną piosenkę. Wierzę, że plotki o chorobie, utracie głosu i zakończeniu kariery - to tylko plotki. W pewnej chwili mojego życia odkryłem i przekonałem się do tego artysty - mimo nienawiści i obrzydzenia do albumu Faith z 1987 roku.

sobota, 24 grudnia 2011

Przygotowując ten wpis „gwiazdkowy” – przeczytałem wszystkie tego typu notki, które spłodziłem od 2008 roku i komentarze, które pod nimi zostały napisane… Dla mnie to wzruszające, że kiedyś potrafiłem śmiać się z ludźmi, których dziś nienawidzę. Dla mnie to wzruszające, że kiedyś potrafiłem kierować imienne życzenia świąteczne do ludzi, którzy wywarli na mnie jakiś wpływ w mijających latach. W tym roku tak nie będzie, ponieważ niezależnie od tego kogo spotkałem i kogo lubię lub nie, niezależnie czy uznałem kogoś za istotnego w owym mijającym 2011 roku czy uznałem za totalne zero – wszystkim chcę dobrze życzyć. Nieważne co obchodzicie – ludzie z przed czarnej strony ekranu – Jezusa, Maryję, Józefa, barany, stodołę zwaną obórką, Betlejem czy Tel Awiw, czy może obchodźcie Chanukę, Saturnalia, czy może wierzycie w Zen, Buddę, swojego psa i rudego kota, Boga Materializmu i Pornografii, Boga Ateistów i jego proroków, lub w bigos, karpia i opłatek – wesołych wam świąt życzę. A jeśli nawet z różnych przyczyn nie mogą być wesołe – to niech będą chociaż z bliską lub bliskimi wam ludźmi.

Moje zeszłoroczne święta musiałem dzielić między dom a szpital. Leciwa ciotka L’, siostra Najukochańszej w dniu wigilii dostała udaru mózgu. Bardzo fajnie jest spędzać święta w szpitalach – to się zdarza! Bardzo fajnie jest patrzeć na człowieka podłączonego do aparatury podtrzymującej życie albo nawet do takiej, która tylko monitoruje jego parametry. Płacz na korytarzach i strach o życie – to jest dobra i solidna lekcja – nikomu jej nie życzę, choć niestety przejdzie ją każdy…

Dlatego – kurwa mać (wybaczcie, to emocje) – w ten głupi, wymyślony przez starożytnych pogan dzień – chcę spotkać się z ludźmi, których kocham i upić się różowym winem (może owa okazja nie powtórzy się za rok? kto wie). A potem o północy, iść z psem pod kościół, aby zobaczyć pod nim ledwo żywych i zapitych w trupa ludzi – którzy zbyt obficie (i nie tylko z różowym winem) cieszą się z Narodzin Słońca Niezwyciężonego i którzy zbyt komercyjnie podeszli do owych świąt. Cieszą się z narodzin cyklu życia! Cieszmy się wszyscy. Ale jakby co, to nie lądujcie na izbach wytrzeźwień ani na płukaniu żołądka z przeżarcia – bądźcie zdrowi i zdystansowani.                

czwartek, 22 grudnia 2011

kocirokLudzie przywiązują się do zwierząt, które okazują przywiązanie do ludzi. Zresztą nie tylko do takich. Są miłośnicy beznamiętnych gadów, płazów, owadów czy pajęczaków… Ja jestem kociarzem. Dlatego też ciężko przeżyłem agonię i śmierć swojego poprzedniego czarnego kota Wicjana. To może być śmieszne, że ludzie aż tak bardzo się utożsamiają z domowymi zwierzakami – włączają je w grono członków rodziny. Nie jestem na etapie żeby urządzać pogrzeby dla czworonożnych domowników – znam takich ludzi, którzy nawet przyjaciół zapraszają na stypę po zmarłym psie czy kocie. 

kocirokBałem się nowego kota, bałem się że nie będę potrafił go zaakceptować, że stary kot wyuczył mnie tak bardzo swoich zwyczajów, że nowy nie spełni moich oczekiwań. A jednak chciałem zobaczyć, chciałem znów mieć kota. Musiał to być zupełnie inny zwierzak, innego umaszczenia niż poprzedni, aby nie budzić skojarzeń ani wspomnień. Dzięki fundacji For Animals znaleźliśmy z I’ tego wymarzonego, kilkumiesięcznego rudego malca. Kiedy na kilka dni przed wigilią 2010 pojechałem do sąsiedniego miasteczka po owego zwierzaka – zaskoczyła mnie sala z kotami tamtejszego schroniska. Ściana klatek, w której gnieździły się dziesiątki kotów, w parach, po trzy w pojedynkę, żywe i miauczące albo kompletnie obojętne, łaszące się i wyciągające łapy z klatek albo warczące. Dziewczynka, może ośmioletnia – siostra opiekuna mającego na oko jakieś osiemnaście lat – przy każdej klatce opowiadała krótką historię mieszkających w niej osobników. Ale miała gadane, a mówiła to wszystko z jakąś zimną obojętnością, nie jak mała dziewczynka tylko doświadczona życiem kobieta… Wreszcie w najmniejszej klatce, przy samej ścianie, znajdował się nasz rudy szkrab. Leżał absolutnie nieporuszony wizytą obcego człowieka i sprawiał wrażenie osłabionego lub chorego. Kilka formalności i byliśmy na mroźnym zadupiu owego miasteczka poza murami więzienia dla psów i kotów. Jak się potem okazało Fidel był chory na kocią grypę – na szczęście udało się go odratować. Z początku bałem się że będzie niemową – nie wydawał żadnych dźwięków oraz pachniał w jakiś taki dziwny sposób – mlekiem zaraz po ręcznym udoju. kocirokW ciągu pierwszego roku jednak, nasz nowy mieszkaniec zmienił się bardzo i w znaczący sposób odcisnął swe istnienie w życiu naszego domu. Jest inny od swojego poprzednika – nie łasi się jak na niego gwizdać na przykład, za to mruczy na okrągło! Jak tylko go się dotknie zaczyna mruczeć, kiedy się bawi mruczy, kiedy gryzie to zawsze mrucząc, kiedy je to mruczy – aż dziw – po co tak mruczy ciągle? Wychodzimy z I’ z założenia, że wynika to z wdzięczności jaką okazuje za zabranie ze schroniska. Ale poza mruczeniem jest to bardzo rozmowny kot – co wieczór przychodzi na długie pogaduchy – kładzie się koło I’ i patrząc na mnie pomiaukuje krótkie acz wysokie frazy. Raz cicho, raz głośno, dokładając mruczące wstawki – rozmawia tylko ze mną, z I’ sporadycznie. Wieczorne rozmowy mogą trwać bardzo długo i najczęściej prowokuje je sam Fidel – człowiek nie musi nawet odpowiadać – wystarczy zmarszczyć brwi albo głośno sapnąć, a jak się jeszcze na kota zerknie to on euforycznie odpowiada na ten gest kilkoma „słowami”. Poranki zaś wita przeciągającymi się jak melodia, długimi dźwiękami połączonymi z mruczeniem czasem też podgryza I’ w stopy – ale tylko jego – mnie nigdy. Poza tym jest bardzo społecznym kotem, co też w porównaniu z jego poprzednikiem nas dziwi. Dość skomplikowany i czasem zaskakujący system rytuałów, którym jest bardzo wierny – nadają Fidelowi uroku. I jak, tak pociesznego zwierzaka nie traktować jak domownika? Nawet I’, który jest większym miłośnikiem psów – za to, że bezwarunkowo się przywiązują do człowieka/pana – i merdają ogonem, nawet kiedy je złajać – jest pod wrażeniem bezpośredniej postawy Fidelkota. Każdego z domowników Fidel bowiem traktuje indywidualnie, zachowując się inaczej. Nie robi tego z powodu michy lub roszczeń o karmę – nasz kot ma bardzo restrykcyjny system karmienia zalecony przez weterynarza – pory karmienia ma perfekcyjnie zakodowane i szaleje przez godzinę przed czasem, a potem się uspokaja. To nie micha determinuje jego zachowania, co zatem go tak cywilizuje?

Wczoraj stuknął nam kocirok :)



wtorek, 20 grudnia 2011

Mam złe doświadczenia ze ślubami kościelnymi dlatego w sobotę dla odmiany byliśmy z I’ u naszej przyjaciółki K’ na cywilnym. Ślub został zorganizowany dość szybko i to chyba było pierwsze zaskoczenie, drugim była decyzja młodej pary, że będzie to impreza zorganizowana bardziej dla przyjaciół niż rodzin. Oczywiście zaproszeni byli rodzice i babcia z jednej strony, a reszta to w zasadzie znajomi. Ostatnim zaskoczeniem był pomysł na kompletnie nieortodoksyjny model zarówno strojów gości, jak i samej młodej pary. Świadek w marynarce ponabijanej ćwiekami, z różowym krawatem i melonikiem w tym samym kolorze, ja z I’ we frakach i cylindrach. Panna młoda w wiśniowo-bordowej sukni – pan młody w (chyba) zamszowej – albo nie wiem jak ten lekko włochaty materiał nazwać – marynarce. Prawie dwa kilogramy ryżu posypało się na młodą parę po ślubie – kiedy schodziła po schodach na „ogród”. Późnym wieczorem ów ryż jeszcze sypał się z włosów K’, kiedy wreszcie można było na spokojnie usiąść w domu. Ano właśnie w domu – ponieważ i poczęstunek weselny był pomyślany nieortodoksyjnie, wszystko odbyło się w hinduskiej, kameralnej restauracyjce, w której kelnerki zasypały nas dosłownie toną smacznego jedzenia - przystawki, zupa, dania główne, placuszki, wino, kto co tylko chciał! Na finiszu czerwony tort i kawa z kardamonem. Ojciec panny młodej przywiózł wybornego 30-letniego szampana (i jak ja nie lubię tych paskudnych tanich napojów bąbelkowych, win musujących, tak prawdziwy szampan nie smakuje jak siara za 40-50 złotych) – to prawdziwe wytrawne lub pół-wytrawne i kunsztowne białe wino zaopatrzone w gaz z naturalnej fermentacji, a nie naszpikowane dwutlenkiem węgla w sztuczny sposób „coś”.

Oczywiście nie byłoby udanego ślubu, gdyby mi się coś nie stało. Tym razem na pięć minut przed wyjściem na ślub, urwał mi się ekspres w rozporku spodni! Kurrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr… Ale co zrobić, we frakach i cylindrach musieliśmy biec do samochodu znajomej państwa młodych. Ja biegłem trzymając się kurczowo w kroku. Świadkowa wyciągnęła z torby czerwoną nić z igłą i dawaj, na żywca zostałem częściowo zaszyty w kroku podczas podróży do urzędu. W małym autku jechaliśmy w trójkę z tyłu – ja w środku, operowany – a mąż obok kierowczyni z przodu. Na parkingu, świadkowa poleciała do młodych – podczas gdy druga z przyjaciółek K’ kończyła szycie – będąc w pozycji względem mojej osoby cokolwiek dwuznacznej. Oczywiście zauważyli to wszystko jacyś ludzie i zaczęły się śmiechy. Na sam koniec szycia mąż musiał się schylić, aby przegryźć nić, co szło mu z trudem – przyprawiając wszystkich o histeryczny śmiech, a mnie o nagłe nadciśnienie i czerwone pąsy na twarzy.

Wszystko się skończyło na szczęście dobrze i ślub udał się perfekcyjnie. No może fotograf z Urzędu troszkę nawalił – ale to przecież był tradycjonalista – nie przygotowany na nowe…

Sama uroczystość w urzędzie była bardzo krótka i aż dziw, że po przysiędze i kilku formułkach dwoje ludzi zmienia się w świetle prawa w rodzinę. Zrobiło mi się też przykro z powodu refleksji jaka mnie naszła, dla mnie czy dla I’ nie ma takiej formułki, która by nas w piętnaście minut zamieniła w rodzinę. Nie dla psa kiełbasa, nie wolno, zakazane, pedały won. A przecież w tym urzędzie żadne krzyże, ani religie nie rządzą, przecież to państwo świeckie jest. Mam cichą nadzieję, że w tej dekadzie coś się ruszy w sprawie dyskryminacji w tym kraju (bardzo, bardzo, bardzo cichą i bardzo lichą). Dyskryminację można poczuć wtedy, kiedy widzi się cukierka, a on jest za szybą – tylko dla pewnej grupy dostępny. Można lizać szybę przez całe życie, nie poznając nigdy smaku cukierka… Dyskryminacja jest wtedy, kiedy z różnych podwodów dzieli się ludzi na równych i nierównych względem prawa.

Kochani K’ & B’ bądźcie szczęśliwi i niech wam się układa po wsze dni.

20:30, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (9) »
niedziela, 18 grudnia 2011

Z powodu minionego wesela i co najmniej dwóch wigilii – jakie mamy w planach, grudniowe Grubasy nie mają sensu. Wrócimy do tematu w styczniu – wtedy też będzie czas na podsumowanie całego roku 2011.

piątek, 16 grudnia 2011

Gewolt (Chciałbym) to Izraelski zespół wykonujący muzykę z gatunku metal. Jednak nie jest to metal zwyczajny - tylko propagujący kulturę języka Jidisz. Zespół wykonuje pieśni patriotyczne pisane przez żydowskich poetów podczas lat spędzonych w gettach w czasie Drugiej Wojny Światowej, oraz klezmerskie piosenki - nierozerwalnie związane z kulturą Idn (Żydów = Ludzi). Brzmi to ciekawie. Poniżej utwór Zog nit kejn mol - Pieśń Partyzanta napisana w 1943 roku pod wpływem wieści o Powstaniu w Gettcie in Warsze - przez Hirsza Glika (1922-1944), który był wówczas więźniem wileńskiego getta.

זאָג ניט קיין מאָל, אַז דו גייסט דעם לעצטן וועג,
כאָטש הימלען בלײַענע פֿאַרשטעלן בלויע טעג.
קומען וועט נאָך אונדזער אויסגעבענקטע שעה –
ס׳וועט אַ פּויק טאָן אונדזער טראָט: מיר זײַנען דאָ!

פֿון גרינעם פּאַלמענלאַנד ביז ווײַסן לאַנד פֿון שניי,
מיר קומען אָן מיט אונדזער פּײַן, מיט אונדזער וויי,
און וווּ געפֿאַלן ס׳איז אַ שפּריץ פֿון אונדזער בלוט,
שפּראָצן וועט דאָרט אונדזער גבֿורה, אונדזער מוט!

ס׳וועט די מאָרגנזון באַגילדן אונדז דעם הײַנט,
און דער נעכט וועט פֿאַרשווינדן מיט דעם פֿײַנט,
נאָר אויב פֿאַרזאַמען וועט די זון אין דער קאַיאָר –
ווי אַ פּאַראָל זאָל גיין דאָס ליד פֿון דור צו דור.

דאָס ליד געשריבן איז מיט בלוט, און מיט בלײַ,
ס׳איז ניט קיין לידל פֿון אַ פֿויגל אויף דער פֿרײַ,
דאָס האָט אַ פֿאָלק צווישן פֿאַלנדיקע ווענט
דאָס ליד געזונגען מיט נאַגאַנעס אין די הענט.

טאָ זאָג ניט קיין מאָל, אַז דו גייסט דעם לעצטן וועג,
כאָטש הימלען בלײַענע פֿאַרשטעלן בלויע טעג.
קומען וועט נאָך אונדזער אויסגעבענקטע שעה –
ס׳וועט אַ פּויק טאָן אונדזער טראָט: מיר זײַנען דאָ!

 

zog nit keyn mol, az du geyst dem letstn veg,
khotsh himlen blayene farshteln bloye teg.
kumen vet nokh undzer oysgebenkte sho,
s'vet a poyk ton undzer trot: mir zaynen do!

fun grinem palmenland biz vaysn land fun shney,
mir kumen on mit undzer payn, mit undzer vey,
un vu gefaln iz a shprits fun undzer blut,
shprotsn vet dort undzer gvure, undzer mut!

s'vet di morgnzun bagildn undz dem haynt,
un der nekht vet farshvindn mit dem faynt,
nor oyb farzamen vet di zun in der kayor –
vi a parol zol geyn dos lid fun dor tsu dor.

dos lid geshribn iz mit blut, un nit mit blay,
s'iz nit keyn lidl fun a foygl oyf der fray,
dos hot a folk tsvishn falndike vent
dos lid gezungen mit naganes in di hent.

to zog nit keyn mol, az du geyst dem letstn veg,
khotsh himlen blayene farshteln bloye teg.
kumen vet nokh undzer oysgebenkte sho –
es vet a poyk ton undzer trot: mir zaynen do! 
 
1 , 2