o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
piątek, 31 grudnia 2010

Ostatni dzień złego roku, a mimo wszystko mi jakoś smutno. Przez cały ten miesiąc chodzę jakiś rozbity. Może coś mi jest? Może nie mogę wyrwać się z tej nagłej przepaści, w którą ciągle spadam od czasu obrony. Natalia i jej żona mówią, że Maganuna sylwestruje w stroju kobiety, więc pewnie się nie spotkamy na mieście o północy. Sam zresztą nie wiem, nie lubię sylwestrów, taki dzień wymuszonej zabawy, a dla mnie zwykle dzień smutku. Pisałem w poprzedniej notce, że odchodzący rok był zły – bo był, ale następny może być gorszy… Nie, nie wróżę że kolejny rok będzie gorszy, tylko się zastanawiam. Zawsze wierzyłem że to co jest, zapewne jest lepsze od tego, co może nadejść. Mam jednak sentyment do cyfry 1, rok 2001 był jednym z najpiękniejszych okresów mojego życia, dlaczego 2011 miałby być złym rokiem? Dlatego postaram się być dziś miły i radosny – przecież ma nadejść lepsze od tego co jest, nie wyobrażam sobie innej opcji.

Na blogu obiecałem kilka rzeczy tego roku, ale ich nie spełniłem. Wszystkie obietnice zostają automatycznie anulowane wraz z północą – więc czuję się oczyszczony. Co do bloga i mijającego roku – to był to gorszy rok niż poprzedni. Z kilkoma osobami się pokłóciłem, zresztą niesympatyczne wymiany zdań pojawiały się też w komentarzach (które już notabene usunąłem – prawie wszystkie – a osoby wtajemniczone wiedzą), napisałem też kilka zbędnych notek, ale bardzo rzadko usuwam raz napisaną notkę – bo z założenia blog ma być swego rodzaju świadkiem zdarzeń i myśli. Nie żałuję żadnych swoich czynów w odchodzącym roku, żadnych kłótni ani sprzeczek, żadnego słowa, gestu, żadnej notki poza tymi, o których wspomniałem. Nie zmierzam niczego naprawiać w żadnej dziedzinie swojego życia w roku 2011. Co wyjdzie to wyjdzie…

Drodzy czytelnicy, wy którzy przeżyliście ze mną ten rok, rok w którym całą swoją złość i frustracje przelewałem również na bloga, dziękuję wam że byliście i przepraszam, jeśli was mordowałem swoimi wpisami. Na rok następny mam pewien plan, co do małego cyklu muzycznego – pewnie się nikomu nie spodoba, ale nie każę nikomu czytać lub tym bardziej słuchać tego, co będę serwował. Innymi słowy, jeśli żyć będę w 2011 roku blog będzie kontynuowany.

Miłej zabawy sylwestrowej, wielu bąbelków, hucznej północy i tylko lekkiego kaca. Wszystkiego dobrego na nowy rok.

czwartek, 30 grudnia 2010

To nie jest dobry rok. Mimo że udało mi się osiągnąć coś tam, z perspektywy społecznego odbioru, dla siebie nic nie osiągnąłem. Mimo, iż musiałem przeczytać mnóstwo pozycji związanych z pracą kończącą studia, dla siebie praktycznie nic nie przeczytałem. Czuję się jak analfabeta, jak wymięty i wypluty człowiek.

Jak dobrze, że już się kończy ten zły rok. Rok, którego obawiałem się zanim skończył się jego poprzednik. Ostatnie 12 miesięcy było pasmem nieskończenie żmudnej pracy, której się poddałem, a której efekty są nie tylko nie widoczne, co więcej kompletnie niezadowalające dla mnie. Jeśli chodzi o sprawy zawodowe to rok ten uznaję za porażkę.

Pod względem sytuacji na świecie i w kraju był to bardzo złowrogi rok. Jakiś taki dziwaczny, jakby był okresem przejściowym, początkiem lub końcem jakiegoś cyklu. Dla mojej rodziny ostatnie 365 dni było równie złowrogie. Do marca męczyło mnie ciągnące się od stycznia osłabienie, potem wykryli u mojej ciotki (córki L’) łagodną zmianę nowotworową wielkości dwóch dużych jaj. W kwietniu byliśmy zestresowani diagnostyką ciotki, w maju spędziła miesiąc w szpitalu. Operacja, złe zamknięcie naczyń przez chirurga, utrata krwi w efekcie drugi zabieg doprowadziły U’ na skraj żywota. Do przypadłości rodzinnych doszły problemy Najukochańszej i wizyty w szpitalach (choć było ich mniej niż w 2009 roku). Ostatnio zaś wyszła sprawa udaru ciotki L’. Ciężko było, szpitali poznaliśmy tego roku wiele.

Z innych spraw przyczyniających się do złej atmosfery upływającego roku była choroba i śmierć naszego ukochanego czarnego kota Wicjana. Słabe coroczne święto komiksu w Warszawie oraz poważny kryzys na rynku. Na całokształt złego roku wpłynęły sprawy polityczne, wybory, „gdzie jest krzyż”, brak prawdziwych wakacji…

Uważam też, że większość moich, naszych z I’ relacji interpersonalnych uległa spłyceniu. Oczywiście przedyskutowaliśmy z mężem kilka spraw i zachowań względem nas, tak zwanych znajomych i mimo jego sprzeciwu optuję za tym, aby bardziej radykalnie wymazywać z życia postacie zbędne – czyli takie których zainteresowanie nami powodowane jest potrzebą załatwienia jakiegoś interesu, oraz takich które same z siebie nigdy się nie odzywają pierwsze. Cóż jeszcze mamy do dyspozycji kilkadziesiąt tysięcy innych osób w najbliższej okolicy. Planujemy też większe wyróżnienia dla ludzi niezawodnych – bo są to osoby do tego stopnia pewne, że aż zaczerwieniam się ze wstydu kiedy przychodzi mi wesprzeć się w pewnych kwestiach na (nich) przyjaciołach. W roku 2010 pogodziłem się z dawnym wrogiem i to jest naprawdę dobre, gdyż animozje wzajemne ciągnęły się za nami dobre 6 lat, należy kończyć zadawnione spory. W 2011 nie zmierzam się z nikim godzić, ani nikogo przepraszać, nie oczekuję też żadnych przeprosin. Z pośród relacji, które zepsuły się w obecnym roku, kompletnie nie żal mi żadnej. Wszystkie one były mi zbyteczne.

Co się udało? Udało się nam troszkę zwiększyć dochody – zresztą już w noc sylwestrowo-noworoczną się pokłóciliśmy o to. I’ kupił mieszkanie (a ono samo, nie przynosi strat), dostał drugą pracę. Ja mimo wszystko skończyłem studia. Udało się nam mimo wszystko znaleźć kilka chwil na relaks, chociaż bez porównania z 2009 rokiem. Udało nam się przetrwać ten cholernie dziwny, podły, domagający się ofiar rok. 2010 pożegnam bez mrugnięcia okiem. To pierwszy od dawien rok albo nawet jedyny, którego nie będę w noc sylwestrową żegnał. Ja zwykle żegnam upływające lata zamiast witać nowe, nowe nie przynoszą nic dobrego. A tym razem będę witał 2011, pełen nadziei na wyrwanie się z sideł marazmu, w których mnie więzi odchodzący rok.

01:35, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 grudnia 2010

Wola życia jest zjawiskiem fenomenalnym. Po mimo udaru i jego powikłań ciotka L’, mogę powiedzieć to śmiało na bazie czterodniowych obserwacji, ma się dobrze. Ona chce żyć, ba ona chce być z powrotem w pełni sprawna i samodzielna. A ta jej determinacja przekłada się na postępy, jakie robi jej ciało. W piątek ledwo mnie skojarzyła – dopiero po kilku dłuższych zdaniach zapytała czy to ja. W sobotę nie była w stanie poznać osoby, która stoi w drzwiach – które są naprzeciwko jej łóżka o ledwo 3-4 kroki. A dziś widzi mnie, kiedy tylko wychylam głowę zza drzwi, by zobaczyć czy można podejść do jej łóżka. Wzrok częściowo wrócił do normy, przykurczona ręka rozluźniła się, wraca jej czucie, podobnie z nogą. Gorzej jest z ruchem obu porażonych kończyn, ale kiedy w sobotę powiedzieliśmy jej, że musi ćwiczyć, bo lekarze nie spowodują że znów będzie sprawna – zamiast jak robi to większość osób starszych poddać się bez walki, zapytała I’ (który miał w rodzinie dziadka po udarze) – jakie to mają być ćwiczenia. I’ zaczął od najprostszych oraz od bolesnego rozciągania ramienia, a ciotka przejęła jego zabiegi z postawą godną głodnego wiedzy ucznia. Do tego stopnia, że wczoraj pokazywała efekty swej pracy, czyli ruch lewą ręką, którą może już swobodnie ruszać. Nie jest to sprawność pełna, są problemy z ruchem w łokciu oraz ze swobodą poruszania palców u dłoni ale… Patrząc na sąsiedztwo ciotki, najstarszą 74 letnią kobietę której stan się pogarsza, na młodego około 40-stki faceta który mimo troskliwej opieki rodziny utracił gdzieś wolę życia, oraz patrząc na dwóch 60-70 letnich facetów, po ciężkich udarach, a szczególnie na kompletnie opornego starszego faceta z pod okna, który dostając ataku szału zrywa lub odgryza wszystkie czujniki aż w końcu go prawie do łóżka przywiązano, to 86 letnia ciotka L’ – najstarsza z tego towarzystwa – kwitnie. Cieszy się z każdego sukcesu, a przede wszystkim dąży by osiągnąć więcej. Jutro zaczyna współdziałanie z rehabilitantem, wie że będzie boleć i że wielu pacjentów krzyczy podczas części ćwiczeń rozciągających. Ostrzegły ją pielęgniarki – że żadne sceny nie zrobią wrażenia na rehabilitantach. Ale L’ chce, chce wstać, chce iść… Jutro ją będą pionować. Jestem pod ogromnym wrażeniem jej woli życia, pędu do powrotu do zdrowia. Wiem że może się zdarzyć wszystko, przecież to wiekowy człowiek a mimo to jestem dobrej myśli, ta historia się dobrze skończy. Skąd ona ma tyle siły? Może to jej charakter, zawsze dopingowała chore siostry i braci a teraz dopinguje siebie, może to silne geny naszego długowiecznego rodu? Jeśli bym kiedyś dożył takiego wieku, za te 60 lat chciałbym mieć taką siłę i wolę życia jak ta kobieta.

sobota, 25 grudnia 2010

Miały być święta a wyszła tragedia. Miała być notka o tym jak cwaniacko zrobiliśmy dwie wigilie za jednym zamachem, u mamy I’ (dla I’) o 16-ej, a u nas o 21-ej… Jednak wczoraj przed 14-ą zadzwoniła do mnie ciotka, z wieścią że jej mama, siostra Najukochańszej (ostatnia jej siostra) doznała udaru mózgu, w skutek którego upadła i pół nocy przeleżała w mieszkaniu bezwładnie, próbując wstać. W te pędy pojechałem na intensywną szpitala, do którego Ją zabrali. Na szczęście ciotka L’ okazał się być przytomna i kontaktowa. Udar pozbawił ją wzroku w jednym oku – choć ta dysfunkcja się może jeszcze cofnąć, spowodował kilka przykurczy i lekki paraliż ręki – choć generalnie motoryka kończyn jest zachowana na zadowalającym poziomie. Mimo wszystko, mimo tego iż na sąsiednich łóżkach intensywnej leżały wczoraj całkowite rośliny, w dużo młodszym wieku niż 86 letnia ciotka L’ – nie ma to wpływu na ten traumatyczny obraz – człowieka wygiętego i przerażonego przez nagłą chorobę.

Ciotka L’ i jej córka w obecnej chwili stanowią naszą najbliższą rodzinę. Najukochańsza miała 14-ścioro rodzeństwa przybyłego na świat między 1911 a 1937 rokiem. Historia tych ludzi i ich rodzin jest mi częściowo znana, nie wszystkich. Dzieci dziadków rozluźniły kontakty między kuzynowskie, a wnuki w większości się już nie znają. Poza tym rodzeństwo i ich dzieci, rozjechało się po kraju. Są tu i tam, część wnuków mieszka poza krajem, a w moim pokoleniu różnica wieku jest już zbyt wielka, aby utrzymywać kontakty z na przykład 40 letnim kuzynem…

Z rodzeństwa Najukochańszej na dziś żyją tylko, poza nią dwie osoby. Chora ciotka i najmłodszy brat. Brat jednak jako wybitny profesor do tego bufon, chirurg ginekolog znany w środowisku lokalnym, a bardzo wstydzący się swego wiejskiego rodowodu – nie utrzymuje od lat kontaktów z siostrami. Majątkowo zostawił je daleko w tyle i dlatego z plebsem się nie zadaje.

Dla mnie ciotka L’ to przekazicielka rodzinnej historii, początek drogi. Z racji tego, iż zawsze opiekowała się swoją dwa lata młodszą siostrą M’, jedyną która została w „rodzinnym majątku” zbudowanym przez mojego pradziada; domu z otoczaków i gliny, oraz wielu drewnianych zagród – które do moich czasów nie przetrwały, tak jak nie przetrwała piekarnia zbudowana przez niego z kamienia polnego. Jeździłem z ciotką L’ zawsze tam na ferie zimowe i dwa tygodnie wakacji aż po 1997 rok, kiedy zmarła ciotka M’. A L’ jeździła dalej kilka razy w roku, na tygodniowe lub dwutygodniowe wypady do tego spartańskiego domu bez wody, kanalizacji, gazu, ledwo tylko z prądem. W którym trzeba było palić w piecu, aby się ogrzać w jednej mieszkalnej izbie z glinianym klepiskiem zamiast podłogi. W okolicy był tylko jeden sąsiad, też rodzina (jak cała ta wieś) daleka po barcie pradziada. Do kolejnych sąsiadów trzeba był iść już większy kawałek, a domy ich tylko rysowały się na horyzoncie. W tej głuszy, ciotka w sadzie za domem otoczonym zewsząd polami, od lat posiadała ogródek, w którym hodowała warzywa. Sadziła, dbała, zbierała, wekowała i kwasiła kompletnie sama, tej wiosny i jesieni również.

Była u nas z córką w ostatni czwartek przywieźć pierogi. Zawsze z myślą o ciotkach, choć nie obchodzą one kościelnych świąt, szykowaliśmy rodzinny obiad w każde święta… A tu nagle sprawny i w pełni samodzielny człowiek upada… Ma córkę. Tak sobie pomyślałem widząc L’ i jej sąsiadów z intensywnej, że miała piękne życie, że przekazała mi wiele niezapomnianych historii, że jest ostatnią osobą w tego pokolenia, z którym mnie wychowano – poza Najukochańszą. Pomyślałem, że człowiek jest jednak istotą tragiczną i słabą, że medycyna, biologia i chemia – nie robią nic by można było dłużej i lepiej żyć – oszukują tylko żeby agonia była lżejszą. Agonia, bo tylko ona nas czeka, kimkolwiek byśmy nie byli czegokolwiek byśmy nie dokonali, jak bardzo byśmy nie kochali, jak dużo byśmy nie mieli, jak wiele byśmy nie wiedzieli – to i tak nie mamy nic – ciągle będąc jaskiniowcami wobec nadchodzącego zgonu. Bez sensu.

Ciotka ma córkę a my, kogo będziemy mieć? Zimny szpital z personelem wściekłym, że przywieźli kolejnego cholernego pacjenta i urzędowy pogrzeb – grób który po kilku latach zrównają buldożerem, bo nie był opłacony… Wesołych Świąt. Jetem totalnie zjebany...

środa, 22 grudnia 2010

Właśnie pojawił się w naszym życiu nowy mieszkaniec. Mały, rudy i psotny kot. Od śmierci Wicjana upłynęło prawie 11-e miesięcy. Przez ten rok działo się tyle, że nie miałem zwyczajnie czasu, aby zakręcić się za nowym kotem. Zresztą zastanawiałem się dobrą chwilę, czy podejmowanie się opieki nad kolejnym zwierzakiem – kiedy ostatni kończył swe ledwo 9 letnie życie w nowotworowych bólach – ma sens? Dodatkowo poprzedni kot, wyrobił we mnie pewien ideał kota, którego bym po cichu oczekiwał od nowego. Mój poprzedni kot miał bardzo dobry charakter, i wciąż żyją we mnie po nim wspomnienia.

Nowy kotek jest fizycznie całkowicie inny niż poprzednik, trudno określić jeszcze jego charakter. Ktoś wyrzucił go z domu lub uciekł, w każdym razie dostał się pod opiekę fundacji For Animals, z której go dostaliśmy. Ma około 5-u miesięcy, jest całkowicie oswojony do tego stopnia, że potulnie daje sobie wykonać nawet zabiegi wokół uszu, oraz wszelkie związane z podawaniem pastylek. Jest w trakcie leczenia.

nowy kot

Po doświadczeniach schroniskowych jest strasznie otwarty na kontakt z ludźmi, wobec czego bez oporów pcha się nam pod kołdrę, aby tylko spać obok nas, lub ryzykownie między nami.

Jeszcze kilka tygodni potrwa proces oswajania się rudego z domem i naszymi zwyczajami, na szczęście po pierwszej tragicznej pomyłce szybko nauczył się, do czego służy kuweta…

Zastanawiamy się nad imieniem dla nowego kota, mamy kilka pomysłów: Fidel, Walerian, Laurenty… Oczywiście sugestie są mile widziane…

nowy kot

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Bim bam bom. Nadchodzą moje ulubione i zarazem najbardziej znienawidzone święta. W zeszłych latach, bazgrałem notki pochwalne dla pogańskich świąt tego okresu, ale w tym roku mi się zwyczajnie nie chce. Dlaczego te święta odbieram tak dwojako? Przyczyna jest prosta – z jednej strony jestem śmiertelnym tradycjonalistą w sensie kultury materialno-świeckiej, z drugiej strony jestem antagonistą katolickiego pieprzenia o Chrystusie, a w sumie gwałcenia wszystkich mitów, legend i opowieści z nowych ksiąg przez Katolicki Twór Opresyjny. To znaczy drażni mnie, wklejanie tych imprez w kalendarz świąt Rzymskich – jakby zabrakło Im odwagi do tworzenia własnych tradycji. Ok. nie istotne!

Z punktu widzenia tradycji materialnej, to lubię się bawić tą konwencją aż do bólu – kpiąc z niej poniekąd. W zeszłym roku poszliśmy z I’ na spacer z psem, na pasterkę. A jakich historii się nasłuchaliśmy od naprutych wiernych – kiedy zatrzymaliśmy się pod murem kościółka – matko boska i córko, niektóre chłopaki ledwo stały u wejścia do świątyni.

Niektóre elementy tradycji są przyjemne – znaczy wszystkie są przyjemne, tylko droga by do przyjemności dojść jest czasem wyboista. Najukochańsza, choć podaje się za gorliwą katoliczkę, do świątyń bożych nie chadza odkąd pamiętam. Tradycja świecka w zasadzie i neopogańska w pewnym sensie, w naszym z mężem wykonaniu, trzyma się bardzo mocno, a nawet jest chyba nie podważalna w naszym domu. No i właśnie pośród choinek, uszek, bombek, prezentów, kapusty z grzybami i innych jest sobie dogorywający w wannie karp. Uznacie mnie za potwora i sadystę, ale od kiedy pamiętam najukochańsza robiła wyśmienicie karpie, tradycja domowa, obyczaj swoisty, nakaz mówi: iż karp zawsze musiał być żywy, mordu dokonywała Najukochańsza i wciąż go dokonuje, a ja po dokonanym czynie odpiłowywałem tym potworom łby, flaki pożerał kot, krew spijał pies. Tymczasem mój podły mąż oświadczył, iż mordować ryb nie będzie. We mnie zawrzało – bo ja nie byłem od mordowania! Ja zajmowałem się zawsze trupem. A Najukochańsza żyć nie będzie wiecznie, aby mordować nam karpia. Wobec czego ubogacając swoją tradycję o czyn makabryczny, będę musiał w tym roku przyuczyć się w kacim fachu. Wcale mi się to nie uśmiecha, bo nie jestem powołany by dokonywać kaźni na zwierzątkach…

Jednak jak to powiedziała moja wykładowczyni na zajęciach z judaizmu (żydówka z pochodzenia i zamiłowania, lawirująca między haskalą a rabinizmem) kiedy zapytaliśmy ją, czemu będzie wpajała tradycję judaistyczną swoim dzieciom – odparła: bo tak jest, to musi przetrwać, my musimy przetrwać. A ja jako straszliwy sentymentalista mam przemożną potrzebę kontynuacji – źle bym się czuł, nie potrafiłbym inaczej. I nie chodzi tylko o święta, a  o bardzo wiele aspektów mojego życia – podporządkowanych Naszym, Moim rytuałom. Nie ma miejsca na żadne alternatywy. Alternatywy zniszczyłyby tożsamość przyzwyczajeń, którym hołduję, w moim odczuciu doprowadziłyby do spłycenia i wyjałowienia tych przyzwyczajeń. Wtedy też wszelkie zwyczaje by utraciły sens, więc musiałbym zaniechać całkowicie hołdowania tradycji, w jakiej mnie wychowano – co równałoby się zagładzie pewnej sfery mojego życia – być może jednego z filarów. A ja (też) muszę przetrwać, kontynuować, zachować wpojony ład domowy i basta.

Dlatego mimo pewnych oporów, ze zrozumieniem stanę obok Najukochańszej i będę słuchał i patrzył, jak wykonuje się pewne czynności. Abym za rok, za dwa, czy za pięć mógł sam dokonywać nawet tych przykrych elementów, pozwalających zachować wpojone mi i kontynuowane przez Nią rytuały i obyczaje. Nie przekonają mnie żadne wegetariańskie pogadanki, żadne argumenty, wyzywanie mnie od sadysty, mordercy czy czegokolwiek. Różni doradcy i moralizatorzy szybko przemijają, a ci którzy mnie poważają zrozumieją. Nie karzę nikomu uczestniczyć w moich obyczajach, ani nikomu nie nakazuję zmiany własnych. Tak jak nikomu nie zaglądam do łóżka, tak nikt nie ma prawa do mojego.

czwartek, 16 grudnia 2010

Po raz pierwszy cokolwiek udało nam się z I’ wygrać! Nasz bank zorganizował konkurs na Fejsbóku, a że był to banalnie prosty konkurs – do tego udało mi się być w pierwszej 10-tce odpowiadających – dostaliśmy zaproszenie do teatru. Wobec czego trochę się ukulturalnimy. Idziemy na komedię, która opowiada o podwójnym życiu pewnego faceta. Jakbym znał z własnego podwórka taką historię, tylko że akurat to nie jest komedia. Bardziej dramat, tragiczny dramat. Mam nadzieję, że przez tą komedię z morałem zapewne, nie nabawię się znów niechęci do postaci, którą znam z życia. Zresztą czy moja niechęć do tego człowieka kiedykolwiek minie? Łączy nas tylko biologiczne pochodzenie oraz to, że też muszę żyć w świecie jego zakłamania – ten przymus obarczony jest pewnym zakładem. Ten kto złamie zakład – będzie musiał ponieść jego konsekwencje.

Piszę sobie tą notkę w beztrosko pustym pokoju, przed świętami bowiem postanowiliśmy troszkę zmienić umeblowanie naszego małego lokum. Oczywiście Sigma Bank – razem z umową ratalną, wciska potajemnie kartę kredytową. Z karty nie można zrezygnować przy umowie, albowiem rezygnuje się wtedy z całej umowy i nie dostaje się rat. Dopiero po wyrażeniu zgody na całość, można w ciągu 14 dni odstąpić od paragrafu drugiego, i tak uiszczając opłatę za pierwszy rok posiadania karty. Opłata eksploatacyjna, bowiem jest naliczana z góry za cały rok. Złodziejstwo!

A tymczasem czekam na tych "dziadów" od przywózki…

Wtorek był dla mnie ciężkim dniem. To znaczy takim w którym na własnej skórze doświadczam idiotyzmów tego kraju. Zaczęło się niewinnie od przełomu ciśnieniowego Najukochańszej. Kiedyś pisałem o nich częściej, ale stały się dla mnie chlebem powszednim. Raz na jakiś czas – leki przestają działać i trzeba wezwać pogotowie, lub odstawić Ją tymże pogotowiem do szpitala. Pojechała zatem.

Dzień mijał beztrosko, załatwiałem drobne sprawy. Rozważałem nadchodzące „Zarzynki”, oraz to że zjebany 2010 rok, będzie jeszcze trwał tylko dwa tygodnie. Po fenomenalnym 2009 roku, intuicja krzyczała do mnie z każdego kąta, że 2010 będzie to rok zły. I jest zły, jest fatalny. Stąd też moja radość, iż się już przeklęty ten okres kończy.

Po południu postanowiłem wykonać kontrolny telefon do Najukochańszej, aby dowiedzieć się jak się miewa i gdzie ją położyli. Okazało się jednak, że siedziała cały dzień na izbie przyjęć. Bo szpital MSW do końca tego roku, nie będzie już robił diagnostyki dla pewnych schorzeń. Z kolei jakiś inny lekarz idzie następnego dnia na urlop, więc lepiej jakby staruszkę gdzieś przewieść do jakiegoś innego szpitala. Wydzwanianie do szpitali i specjalistów trwało pół dnia, potem przyszła druga zmiana i zaczęło się od nowa. W tym czasie Najukochańsza nie jadła i nie piła. Dodatkowo uskarżała się na inny problem zdrowotny, który mógł mieć wpływ na jej problemy ciśnieniowe – wobec czego pytała czy mogłaby zostać obejrzana przez specjalistę. Chęć konsultacji ze specjalistą, lekarze z izby początkowo uznali za kompletnie zbyteczny, jednak mamy we krwi nieustępliwość, wobec czego nawet stwierdzenie, iż Najukochańsza symuluje nie zniechęciło jej. Okazało się, że specjalisty danego schorzenia nie było w tym ośrodku medycznym, więc po całym dniu siedzenia na izbie przyjęć, postanowiono ją przewieść do innego szpitala. W tym czasie do izby przyjęć dotarłem i ja. Na transport czekaliśmy krótko – ale z powodów atmosferycznych, zostaliśmy zmuszeni do transportu wraz z inną pacjentką. Inna pacjentka jechała do innego szpitala niż my, i nie po drodze, ale cóż, takie życie trzeba jechać. Podróż do pierwszego szpitala zajęła nam chyba z godzinę – wlekliśmy się w śnieżnych korkach, dosłownie metr za metrem. Kolejne czterdzieści minut zajęło nam przebicie się, tym razem przez wylotówki, do szpitala docelowego, a w zasadzie izby przyjęć zakaźnej tegoż szpitala. Wtedy wreszcie po całym dniu udręk, spotkaliśmy normalnego lekarza – który zbadawszy Najukochańszą, zwyczajnie przepisał jej kilka leków i kazał wrócić do domu. Do drugiego szpitala dojechał mąż, i razem we trójkę, taksówką – która też nie chciała przyjechać – wróciliśmy do domu. Ja padłem – klimatyzacja na izbach obu szpitali, błyskawiczna zmiana temperatury oraz problemy z klimą w karetce transportowej, doprowadziły moje zatoki na skraj wytrzymałości.

W sumie zastanawia mnie tylko jedno po tej przygodzie – co będzie za te kilkadziesiąt lat – kiedy mną, ani I’ już nie będzie się miał kto zająć? Służba zdrowia w tym kraju, to jakaś totalna porażka, na prywatną nie zarobię. Zaś dobrotliwi, obcy opiekuni socjalni, będą tylko czyhać, aby mnie okraść czy zepchnąć ze schodów…

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Staram się być mimo wszystko z wiekiem, coraz bardziej łaskaw dla historii. Ale dla pewnych świeżych legend, nie można być łaskawym. To paskudne gówno stało się 29 lat temu: zabrali teleranek, wyprowadzili czołgi na ulicę, aresztowali i dręczyli rodziny aresztowanych… W zasadzie nie powinny być istotne liczby, ani żadne ważniejsze dane. Możemy się kłócić o polityczne racje tamtych zdarzeń, możemy rozliczać lub wynosić na piedestały jednych czy drugich. A być może jak mawiał jeden z moich wykładowców – powinniśmy zwyczajnie milczeć jeszcze przez dobrych 30 lat, bo mimo tego iż historią jest już wczorajszy dzień, to jednak ludzkie emocje potrafią przetrwać kilka pokoleń, wykrzywiając obraz tej nauki, doprowadzając do haniebnego rozgrzebywania starych ran, do wracania dawnych waśni.

A jednak niezależnie od panującej władzy czy reżimu – wyprowadzanie czołgów na ulicę przeciwko swoim, nawet jeśli ośmielają się myśleć inaczej, jest czynem niegodnym, jeśli nie zbrodniczym. Dlatego też nigdy nie poprę tych, co wołają z zachwytu – że ocalił Polskę przed interwencją. Ale też nie mogę; a przynajmniej próbuję, nie opowiadać się za tymi, co protestują pod jego domem – zostawcie tego starego człowieka. I tak go w końcu ocenimy ostatecznie, może za kolejny wiek. Ja, i tak go już w duchu oceniłem i to wystarczy. Może za rok, albo za dwa będę jak dawniej bardziej radykalny, może będę bardziej pośrodku, ale tylko dlatego iż mimo pewnej wiedzy, ciągle nie wiem nic a nic, bo jak można wiedzieć, kiedy zamiast faktów ciągle mówią emocje. Kiedy w jednej rodzinie są sprzeczne zdania…

czwartek, 09 grudnia 2010

Tak, tak moi drodzy. Od czasu obrony, wczoraj udało mi się osiągnąć kolejny etap na drodze socjalizacji i cywilizowania się ku tak zwanemu dorosłemu życiu – co za idiotyczne zdanie. Po czterech godzinach oczekiwania, po zebraniu różnych idiotycznych dokumentów, udało mi się zarejestrować w urzędzie pracy. Stałem się tym samym bezrobotnym, bez prawa do zasiłku! Wysłano mnie do pokoju ze szkoleniami i okienka z ofertami staży. W tym roku już nie ma żadnych szkoleń ani staży. A po moim kierunku pani w okienku odrzekła tylko – puuufff – co znaczy – beznadzieja, dupa zbita.

Na pierwszą wizytę mam zjawić się już na samiutkim początku 2011 roku. To będzie dobry rok, rok przodowników pracy. Tymczasem czeka mnie jeszcze załatwianie dyplomu, dodruk magisterki dla już chętnych czytelników – normalnie mam już nakład 5-o egzemplarzowy – oraz jednej w ramach daru dla miejskiej biblioteki – bo chcieli – niech mają.

Miałem jeszcze coś napisać o mordędze urzędowej, ale szczerze mówiąc – kiedy dostałem w PUP dosłownie mini książkę dokumentów i pouczeń – dających mi dostęp do szacownego grona bezrobotnych. Kiedy zdałem sobie sprawę, że jestem od teraz kimś szczególnym, małą istotą wspierającą ten jakże uroczy słupek procentowy o nazwie bezrobocie. Kiedy mąż wyjaśnił mi że urzędnicy PUP-ów nie dostają ani grosza więcej za zmobilizowanie i znalezienie pracy nierobom takim jak ja – więc mają na to generalnie zlewkę. Pomyślałem sobie: coś zrobił Donaldzie Tusku od 2007 roku, aby zmniejszyć biurokrację w tym kraju, coś zrobił aby godnie i podług zasług nagradzać urzędników, coś zrobił dla ułatwienia nierobom takim jak ja pojęcie szkoleń small business a potem otworzenie własnej firmy przy jednym okienku? Coś zrobił poza gwałceniem wolności obywatelskich jak zakaz handlu dopalaczami (każdy ma prawo robić ze swoim życiem, co chce), jak utrzymywanie Radziszewskiej na ciepłej posadzie, coś zrobił poza ohydnym populizmem w celu utrzymania władzy? No co? A, już wiem, od pierwszego podnosisz podatek VAT, to bardzo prorynkowy krok…

 
1 , 2