o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
czwartek, 31 grudnia 2009

Idziemy się bawić z mężem do lokalu tak zwanego przyjacielskiego. A ja nie lubię przyjacielskości. Obawiam się, że będę się czuł tam jak ktoś obcy, jak dziw. Do tego jeszcze taka głupia data. Ja nie chcę pierwszego stycznia 2010 roku. Ratujcie mnie „Niemcy mnie biją”.

W zeszłym roku przez pół nocy szukaliśmy psa I, co uciekł jego matce, kiedy wyprowadziła ją bez smyczy! Więc od 2giej w nocy do 4tej szukaliśmy, po zakazanych uliczkach jego osiedla tego psiska, i się nie znalazła (przyszła dzień później)… Potem wróciliśmy na imprezę, a ja tak wymarzłem, że potem połowę stycznia byłem chory. To był rok! A ten nowy? Szkoda gadać, oby tylko nie był zły!

Bawcie się dobrze drodzy czytelnicy – żegnając odchodzący wspaniały rok 2009. Nich wam petardy łap nie urwą, niech wam szampan nie zmąci zdrowego rozsądku, niech telewizyjne gwiazdy nie wywrócą wam w głowach. Niech kolejny rok będzie, choć w połowie tak wspaniały jak ten, który odchodzi. Tego życzy wam wasz ulubiony autor Koffie Kofin James.

16:14, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (1) »
środa, 30 grudnia 2009

Eh… Tak, wszystko się kończy. Rok się kończy, miesiąc się kończy… Nie mam ochoty na zabawę sylwestrową. Zresztą zawsze było u mnie tak, że żegnało się dany rok 31 grudnia, a nie witało nowego. Tak było w zeszłym roku. Piękny pokaz sztucznych ogni, był jakby żałobnym płaczem – dziękczynieniem za rok 2008. Wtedy jeszcze nie spodziewałem się, tak dobrego jego następcy 2009. A teraz kończą się dwa zera, w cyfrze kolejnych lat wchodzą jedynki… Wchodzimy w dekadę wielkich tragedii XX wieku. 1912 Titanic, 1914-1918 pierwsza wojna światowa, 1917 obalenie monarchii w Rosji i początek tragicznego wieku dla milionów Rosjan. Lata dziesiętne XX wieku były złe i smutne – jasne, że to okrutna generalizacja, ale w porównaniu do lat zerowych albo pierwszych…

Wspominam całą mijającą dekadę i staram się wyrwać z każdego roku jakieś wspomnienie – zasadniczo każdy rok przynosi mi ich kilka, ale jeśli by postarać się o kompletnie irracjonalne i oderwane od całości obrazy tych minionych lat to;

W roku 2000, pamiętam śnieżną zimę z początku roku i to jak rzucaliśmy się śnieżkami z jakimś tam kolegą, to była niepowtarzalna i beztroska zima. – Wszystko było tak proste. Nie pamiętam żadnych zmartwień.

W roku 2001, pamiętam zakupy w markecie z moją ciotką, która przyleciała na wakacje ze Stanów. Mimo swoich 66 lat, żuła gumę cynamonową i kupiła chyba cały sklep (jak mi się wtedy wydawało) do urządzania domu i ogrodu. Wtedy zrozumiałem, że jej niska pensja i emerytura tam, tu były fortuną, o jakiej mogłem tylko pomarzyć. Rok 2001 obok 2009, wspominam chyba jako jeden z najbardziej udanych tej dekady. Wtedy byliśmy z ciotką ostatni raz, na takich zakupach, rok później zmarła.

W roku 2002, pamiętam upalne lato i wspaniałe wakacje nad morzem – jakoś zjechaliśmy się bardzo rodzinnie wtedy i w takich grupach, że tydzień po tygodniu, nowy turnus rodzinny, który zajeżdżał na działkę wuja, sprawiał jakieś takie magiczne wrażenie, i wnosił coś niesamowitego w tamten pobyt. To był rok moich głębokich przemyśleń nad sobą, podobnie jak pod koniec poprzedniego roku, zacząłem stawiać sobie pewne ograniczania i bariery, które w kolejnych latach miały tylko przybierać na sile.

W roku 2003, pamiętam jak zacząłem zmuszać się do nie bycia sobą. Kiedy wydumałem, że będąc taki, jakim się nie akceptuję, będę zły i godny potępienia. To był rok, w którym postanowiłem się napiętnować – byłem zresztą pod wpływem kilku szalonych filozofii religijno-etycznych i postanowiłem zostać w pewien sposób ascetą.

W roku 2004, zakochałem się! To strasznie głupie, bo w pewnym okresie mojego ówczesnego nastoletniego jeszcze życia, doszedłem do wniosku, że to co się wokół mnie dzieje, na przykład łączenie się moich kolegów i koleżanek w pary – było tylko wyrazem ich infantylizmu i otępiałości umysłowej. Mi wydawało się, iż tylko samorealizacja zawodowa, może przynosić człowiekowi ulgę i paletę wszelkich dobrych doznań. Moja słabość sięgała już jesieni wcześniejszego roku, kiedy to przeżywałem początek, tego rozemocjonowania – a potem straszliwy psychiczny dół! Udało się jakoś pokonać słabości, zaczęły się studia – trzeba było znów się realizować…

W roku 2005, byłem w pełni tym, kim sobie założyłem, że będę już na przełomie lat 2002/03. – Uczącym się i pilnym, w miarę zamkniętym w sobie kimśiem. Od lat licealnych różniło się to tylko tym, iż otworzyłem się na małą grupę znajomych. I tym, iż zaciekle podtrzymywałem grupę 3-4 zaufanych osób – które stały się moim wentylem bezpieczeństwa. W okresie licealnym, byłem zamknięty całkowicie – nie miałem ochoty nikogo znać, ani nawiązywać stosunków interpersonalnych – gardziłem tamtymi ludźmi – poza małymi wyjątkami…

W roku 2006, doświadczyłem kompletnej paranoi emocjonalnej. W mojej rodzinie, to był rok pogrzebów. Zaliczyliśmy wtedy 3 bliskie przynajmniej. A z drugiej strony, to był rok moich najwspanialszych i najpełniejszych wakacji. Można by stwierdzić, iż stałem się w pełni dorosły. Lwów, Krym, Polskie Morze i to w pełni za własne, i to w pełni według własnego pomysłu – to rok podróżniczy.

W roku 2007, zrozumiałem, że od 5 lat się oszukiwałem. Zrozumienie przyszło stopniowo, kiedy – jeden z dalszych kolegów, postanowił się na nowy rok zabić – a w sumie głównym powodem była miłość. I dokonał tego w pierwszym dniu stycznia. Podczas gdy drugi z troszkę bardziej złożonymi problemami, odratowany został przed zagazowaniem się.

Coś we mnie drgnęło, coś pękło, rok ten był kompletnie inny od poprzednich sześciu. Dostałem od niego porządnie w twarz. Potem spotkał mnie jeszcze przerąbany zakład, w którym potrafiłem przepracować po 276 godzin miesięcznie, nie mając dnia wolnego. Aż wreszcie się stało. Powiedziałem sobie, iż zmarnowałem poprzednie lata, że byłem głupi i naiwny. Że muszę być sobą i cieszyć się życiem, bo nic nie jest tak ważne, jak to by być szczęśliwym i w zgodzie z samym sobą. I tak się stało – zmieniłem się całkowicie. Zostawiłem gdzieś za sobą, tą pancerną łupinę, w której się obudowałem. Czy się bałem? Tak, zajebiście. Ale warto było… (Mimo pierwszych zawodów).

W roku 2008, doświadczyłem wielkiego zawodu. Nie tego się spodziewałem, wszystko co chciałem zmienić i do czego chciałem dojść, okazało się wielką pomyłką. Zawiedli mnie ludzie, szczególnie w pierwszej połowie roku. Nie tylko nowe środowiska, ale też ci na których wydawałoby się, że mogłem polegać. W drugiej połowie roku pojawił się I dla osłody. Wtedy ten zły świat przestał istnieć. Pojawiło się kilka nowych znajomości, w miejsce tych, które nagłym zawałem zmarły. I powoli chyba odnalazłem spokój, po tej długiej wędrówce w poszukiwaniu siebie… (Generalnie I mnie kompletnie zaskoczył, nie spodziewałem się go, wpadłem w swoistą zgnuśniałość towarzyską, kiedy się ni stąd ni zowąd napatoczył).

W roku 2009, zrobiłem się nudny. Dostałem ten rok jakby w prezencie. Nie zmarnowałem dobrych okazji, jakie mi przeszły koło nosa rok wcześniej. Poczułem to, czego próbowałem się wyprzeć przez lata, z czego drwiłem przez lata. Wszystko jakby się ułożyło w spokojny pływ, bez gwałtownych kaskad i ślepych delt. Z tego roku pamiętam wszystko najmocniej, najbardziej… Niemal każdy miesiąc, przynosił nowe dobre zdarzenia…

Mijająca dekada przeprowadziła mnie przez kilku mnie – od niewinnego, przez wrogiego i zaprzeczającego, po uspokojonego i zadowolonego… Następna, jeśli uda się ją przeżyć? Hm, obawiam się, że może znów sporo namieszać w moim życiu…

sobota, 26 grudnia 2009

Mijają święta, mijają te dni! Mija ten rok. Bardzo dobry rok 2009. Nie wiem czy zdarzy się jeszcze taki! Obawiam się że nie. A kompletnie się nie spodziewałem tego, że ten będzie tak dobry.

Pamiętam styczeń, jak pierwszego byliśmy z I na Madagaskarze. Od samego początku wisiało coś nad tym rokiem, jakaś swoista aura. Potem byłem chory na zapalenie oskrzeli, a I siedział ze mną każdego dnia po pracy, aż do późnej nocy. Wtedy jeszcze nie mieszkaliśmy razem. Potem luty, kiedy byliśmy na wspólnych mega zakupach po łachy. W lutym też doszło do konfrontacji I z najukochańszą, która odnosiła się do niego niezbyt przychylnie wtedy jeszcze. Ale od tego czasu jej stosunek do niego zmienił się kompletnie. Wtedy też napisaliśmy z I, moje kłamliwe podanie o urlop dziekański na rok, i dostałem go. Miałem wolność i czas, by sobie wszystko poukładać. Potem był marzec, kiedy byliśmy razem w Warszawie na festiwalu komiksów. Kwiecień kiedy sprawiliśmy sobie wspólnie box Depeche Mode za pewną sumę pieniędzy. Maj kiedy I, u mnie zamieszkał i mieszkamy tak do dziś. Czerwiec kiedy zaplanowaliśmy wspólne wakacje i pracowaliśmy na to, by udało się spełnić nasze plany. Na początku lipca pojechaliśmy na długi weekend do Krakowa, do naszego przyjaciela Grzesia. Ten krakowski weekend był cudowny, jedno z najpiękniejszych zdarzeń tego roku. W lipcu chyba po raz pierwszy od powrotu z Hiszpanii, spotkaliśmy się Maganuną – ubraną wtedy w żółty podkoszulek i z karmelowo farbowanymi włoskami. Impreza przeciągnęła się, aż do następnego dnia i popiliśmy sobie troszkę wódki-wspominki w domu I. Na przełomie lipca i sierpnia pojechaliśmy na cudowne wakacje, na Wolin; wtedy już w sierpniu poznaliśmy Sebastiana (w Międzyzdrojach) i dziewczyny z poznania Natalię i jej Żonę (W Dziwnowie). Potem resztę sierpnia mieliśmy wolną chatę, bo najukochańsza pojechała z siostrą na wakacje, po naszym powrocie. W trakcie naszych wakacji, ukochana Maganuna kupiła nam bilety na koncert Depeche Mode, na luty 2010. Wrzesień upłynął pod znakiem mojej nowej pracy, w dobrym zakładzie (lepszym niż wcześniejszy zły zakład). Na początku października poznaliśmy Sylwię Maganunową. Ta lekko nerwowa z żyłką pod okiem. Bawiliśmy się następnie na konwencie w komiksów w Autonomii. Na koniec miesiąca wyprawiłem u I (dzięki I, dzięki mężowi) imprezę urodzinową, na której było masę znajomych w tym Dziewczyny z Poznania, Grzesiek z Krakowa, Maganuna z partnerką, znajomi lokalni… Zabawa był udana!

W listopadzie niespodziewanie pojechaliśmy do Poznania na marsz równości, i to była okazja do wspaniałej zabawy i poznania kilku nowych osób! W grudniu przyjechała do naszego miasta Justyna współlokatorka Natalii i Żony, na festiwal Camerimage – była to okazja do miłego spędzenia czasu, na łażeniu po mieście i pokazywania jej ciekawych miejsc! Bawili się wszyscy myślę świetnie! Teraz nadeszły święta… Zawsze gdy się kończą, zbieram się na podsumowania. To był bardzo dobry rok. Dlatego strasznie mi żal, że to już koniec. Bo nic nie zdarza się dwa razy i po dobrych latach, zwykle nadchodzą złe… A jeśli nawet nie, to i tak się boję tego, co ma nadejść, boję się nowych wyzwań, boję się że nie podołam, że poniosę porażkę, że nie wyjdę z twarzą z tego, z czego muszę teraz wyjść…

Wraz z końcem tego roku, kończy się niezwykle ważna dla mnie dekada, prawdą jest że jeszcze jest 2010 rok. Ale to nie będzie rok darowany jak upływający, tylko rok w którym trzeba czegoś dokonać. I tego też się boję. Kolejna dekada zasnuta, jest dla mnie nieprzeniknioną zasłoną i nie potrafię przez nią nic zobaczyć, a niepewność to najgorsze, co przedemną stoi. Jestem miłośnikiem jasnych i przewidywalnych sytuacji! Niewiadoma, mnie paraliżuje lub, co najmniej spowalnia…

Jutro jeszcze spotkanie z Natalią i Żoną, które wpadają do nas ze Zduńskiej Woli gdzie świętują obecnie…

Wszystkim których tu wymieniłem, oraz tym o których nie wspomniałem, na łamach tego wpisu – serdecznie dziękuję, za ten piękny rok!

20:39, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (9) »
czwartek, 24 grudnia 2009

Tak sobie myślę, co tu napisać wam teraz w ramach słowa na Święta, na długi grudniowy weekend lub jak kto woli na Dies natalis Solis invicti, tudzież na Saturnalia. Zrobię jak przed rokiem, małą powtórkę z tekstu zamieszczonego w 2008 roku. To lenistwo prawda ale może twórcze?!?

Dla wszystkich moich czytelników i czytelniczek. Tych którzy mnie lubią i tych, którzy mnie nienawidzą; miłych i strawnych świąt. Szczególnie dobrych życzę dla kilku osób, które poznałem dzięki tej społeczności blogowej i ogólnie wirtualnej, a z którymi udało mi się, wraz z mężem w tym roku poznać oraz spotkać.

Dla Natalii O. i dla jej Żony, aby wam się układało w życiu dziewczyny. Aby nowy rok przyniósł potrzebne zmiany na lepsze i oby mogły się udać nam wakacje. Aby praca była zawsze dobrze płatna i aby niektóre szlaki kolejowe mogły się skrócić, i były już tylko przyjemnością do pokonania. I oby w wigilijny wieczór, jednej z was się przyśniły pingwiny.

Jak jesteśmy już w poznańskich klimatach to moc serca dla Justyny i zapraszamy ponownie, wierzymy że dostarczymy jeszcze wielu niezapomnianych wrażeń.

Dla Zduńskowolskich wojowniczek – wielki uścisk ode mnie i męża. Oby się układało, aż po grób. Drogie A&O.

Dla dwóch kobiet z lokalnego pół światka; Maganuny i jej kobiety Sylwii, z fioletową żyłką pod okiem. Życzę wam, aby to co zaczęłyście kombinować razem, kilka miesięcy temu przetrwało, mimo wszelkich trudów i znojów, jaki rzuca pod nogi nowożeńcom codzienność. Osobno wam życzę, podołania wyzwaniom, które stoją dziś przed wami, na drodze rozwoju zawodowego, oraz szczególnie dla Sylwii, dobrych maseczek na oczy i mniej nerwowości, co by żyłka się uspokoiła.

Dla Tahira z Krakowa – za to, że nas tak dzielnie znosiłeś, tu i tam i w poznaniu na marszu. Nasz kochany, dzielny wojowniku za homowartości. Aby święta były dla ciebie spokojne i znośne, a nowy rok obdarzył cię szczęściem, na jakie zasługujesz!

Na końcu dla Bastiana – tobie życzę wytrwałości i spokoju, życzę ci przede wszystkim tyle sił, ile jeszcze w tobie drzemie i oby się one nie skończyły nigdy. Pogody ducha i masę zdrowia chłopie. Dzięki za pamięć i serce dla nas. Nie dawaj się temu złemu losowi.

Każda z tych osób w jakiś sposób odcisnęła się na naszych życiach, dziękujemy wam, że byliście w tym roku z nami.

Wesołych moi drodzy! Wesołych dla wszystkich, obyśmy się nie znaleźli na izbach wytrzeźwień, ani na płukaniu żołądka w rejonowym szpitalu! Masowych, komercyjnych i przegadanych świat! Życzy wam komercyjnie Koffie James autor tego bloga i jego obecny mąż I.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Nie tak dawno, bo w sobotę 5 września 2009 roku napisałem notkę „bezdomni”. Przedstawiłem tam sylwetki trójki bezdomnych, zamieszkałych za skwerem, naprzeciw samotnej kamienicy, przy ulicy widmo! Był to prawie nie widomy mężczyzna, jego towarzyszka, oraz młody facet. Jak wtedy opisywał to I:

„Ona lat, 50 ale twarz zniszczona trudami życia i alkoholem – wygląda 10 lat starzej. On 63 lata, jaskra zabrała mu wzrok 2 lata temu, do końca życia będzie żył w ciemności. Nie mają nic, starsza pani, dobra dusza, pozwoliła im zamieszkać w altance na swojej działce. Żyją tam od 5 lat, mają 4 psy, podrzucone przez tych, którym się nie chciało odwieźć do schroniska. W altance łóżko i piec węglowy, na dworze stoi stół i 2 krzesła. Wokół pełno śmieci, resztek jedzenia. 2 psy uwiązane do odstraszania chuliganów, którzy wchodzą na działki żeby dokuczyć parze bezdomnych. Policja umywa ręce – znikoma szkodliwość społeczna czynu. Nie leczą się, nie są zarejestrowani w powiatowym urzędzie pracy. Nie pracują. Żyją z tego, co dadzą im dobrzy ludzie, co wyhodują na działce i co wyżebrają. Ona opiekuje się nim jak umie. Karmi i ubiera. Chodzi po wodę, zbiera śmieci. On siedzi tylko w altance, gdyż nie widzi i zabrakło mu sił do przejścia dłuższych dystansów. Ode mnie dostaną dowody…

Ich sąsiad kilka działek dalej, usłyszał że zgłosili się do mnie i też przyszedł po dowód. Młody mężczyzna – lat 33, na lewym oku zaćma, a na obu jaskra. Za kilka lat, tak jak jego sąsiad, też straci wzrok. Ma jeszcze mniej niż oni. Mieszka w przybudówce do altanki, małe pomieszczenie, w którym mieści się tylko brudny materac i kilka pierzyn, pod którymi śpi. Nie ma pieca, w zimie ogrzewa się ogniskiem ze śmieci, które zbierze”.

Troje bezdomnych, dla których I mógł załatwić tylko dokumenty tożsamości, stało się jego problemem numer jeden, tegorocznej jesieni. Prawdopodobne było, iż na działkach jest więcej bezdomnych ludzi – ale tego dowiedzieć było się nie sposób.

W każdym razie, po długich namowach udało się I namówić starszego mężczyznę, aby poszedł do schroniska na zimę, drugi z mężczyzn jak się okazało, posiadający ciągle meldunek postanowił sam opuścić działki i wynająć mieszkanie, za pieniądze pożyczone od kumpla i rzekomo poszukać pracy!

Została tylko kobieta – która opiekowała się niewidomym. Ciekawostką było to, iż ona również posiadał aktualny meldunek, tylko z domu tego skorzystać nie chciała. Ona też nie godziła się by iść do schroniska, twierdziła iż da sobie sama radę, że jak przyjdą mrozy to się u znajomej schowa w mieszkaniu. Moc I była tu już skończona. Albowiem według prawa, nikogo na siłę zmuszać nie wolno, do pomocy, a kobieta jej nie chciała, kategorycznie odmawiała. Zresztą do nadzoru nad nią, zobowiązana była już straż miejska i policja, które w razie ataku mrozów, miały namiary na ogródek z altaną, w której mieszkała bezdomna.

W piątek 18 grudnia, około 17-stej jechaliśmy z I do jednego z centrów handlowych na zwiady. Było morderczo zimno, tramwaje ani szczególnie autobusy nie jeździły. Grube kurtki przepuszczały chłód. Na przystanku, kiedy czekaliśmy na tramwaj, zobaczyliśmy opartego o drzewo i kulącego się człowieka. Ja stałem na wysepce, I przeszedł przez ulicę do wiaty przystankowej i wtedy dojrzał, w kulącym się pod drzewem człowieku tą kobietę. Tą która nie chciała pomocy, tą która miała iść do domu przyjaciółki. Może i poszła? Ale wtedy kuląca się pod drzewem, była totalnie pijana tak, że chodzić nie mogła. Nie była w stanie wstać z przysiadu. Jedyne co mogliśmy wtedy zrobić to zadzwonić na 112. Policja przyjęła zgłoszenie, zapisał też dane I, bo to on dzwonił. To była jego ostatnia interwencja w jej sprawie. Nic innego nie mogliśmy zrobić. Kiedy po 23-ej tego samego piątku jechaliśmy, też z tego przystanku na spotkanie z Maganuną – kobiety pod drzewem, ani dosłownie niczego poza śniegiem, już nie było.

Dziś 21 grudnia w poniedziałek, I dowiedział się, iż prawdopodobnie w nocy 20 grudnia – bezdomna kobieta zamarzła, prawdopodobnie solidnie nabita… Jedyne co jeszcze można dla niej zrobić to pochówek… Samo życie i dobra lekcja na przyszłość...

niedziela, 20 grudnia 2009

Miał być wpis o Bostońskich Małżeństwach, które przybyły do nas z Poznania w poniedziałek 14go grudnia! Ale niestety nawał różnych spraw i bogata dyskusja na temat wigilii zbiła mnie mocno z tropu. A to przed świąteczne spotkania ze znajomi, a to rodzina, a to picie alkoholu z Maganuną i jej Sylwią, w piątkowy wieczór-noc. A to wizyty w marketach, do których się jeździ dziesięć razy dłużej, bo zaatakowała arktyczna zima… No i same podłe mrozy… A teraz jeszcze przed nami sam tydzień świąteczny. No i nie było kiedy. No i Koffie James jest zmęczony, I też jest zmęczony – potrzebuje dnia relaksu – a tu się nie zanosi… Cierpliwości… A tym czasem trochę refleksyjniej – bo i taka notka też mi zaprzątała umysł – ale nie ma kiedy…

Depeche Mode - Come Back

SOTU 2009 - studio

piątek, 18 grudnia 2009

I. Odpowiedź na komentarz.

1. „Zachowujecie się jak dzieci - jesteście niekonsekwentni”.

- W którym miejscu zachowujemy się jak dzieci? Jak dziecko zachowuje się matka I. Jak takie wielkie czterdziesto paro letnie dziecko. Które nie potrafi zaakceptować, tego iż jej syn jest dorosły, poszedł własną drogą. Nie potrafi pogodzić się z tym, że żyje z innym facetem. Jest nie konsekwentna w postępowaniu – żądając najpierw od syna pełnej samodzielności a potem ją negując. Nie było by sprawy gdyby zaprosiła nas oboje! A nie próbowała budować bariery!

2. „Boże Narodzenie to dla Was święto niemal pogańskie, bez zaangażowanie duchowo- religijnego. Ale nie negujecie jego tradycji i rodzinności, to Wam pasuje. Dla osób wierzących jest to postawa nie do przyjęcia, bezsensowna”.

- Nie ma najmniejszego znaczenia, jakim dla nas jest to święto. Wywodzi się ono z kultów pogańskich, więc mogę traktować je jak mi się podoba i przeżywać je tak samo mocno. Nie masz prawa odbierać mi ani porównywać moich odczuć związanych z tym świętem – nawet, jeśli podchodzę do niego z pozycji pogańskiego kultu narodzin słońca. Spróbuj zastanowić się nad większością tradycji komercyjnych tego święta – to tradycje pierwotnie pogańskie!

3. „Jak zwykle w takich sytuacjach problem tkwi w "rodzinie". Mamy tu dwie rodziny - I oraz partner i I, jego mama i babcia. Dla tej drugiej rodziny Boże Narodzenie to święto religijne, spędzane od lat tak samo, czyli tradycyjnie po chrześcijańsku”.

- Tak problem tkwi w rodzinie – to znaczy w braku akceptacji tego, że ja i I tworzymy w pewnym sensie rodzinę. Jest to bardzo smutne.

Dla żadnej z rodzin Boże Narodzenie (Narodziny Słońca Niezwyciężonego) – nie jest świętem religijnym. Matka I – jest ateistką. Do tego stopnia jest niewierząca, że I nie został ochrzczony ani nie przyjął żadnych innych sakramentów, bo nie mógł. I’ nie ma potrzeby chrztu ani przynależności do kościoła katolickiego – mąż jest sympatykiem filozofii buddyjskiej. Religijną jest tylko babcia I. Potrzeba spędzenia świąt według tradycji katolickiej jest potrzebą matki – uważa po prostu to za czas dla rodziny i tyle, idzie na pasterkę nie z powodu wiary tylko, dlatego że jest fajnie iść o północy z rodziną i znajomymi do kościoła się przejść.

4. „Dla mamy I i jego babci być moze będą to ostatnie wspólne święta, ze względu na stan zdrowia babci. Wobec rzeczy ostatecznych wyjście jest tylko jedno - uszanować wolę tego, kto jest tej ostateczności najbliżej”.

- To jest podły argument matki I. Zresztą ta wigilia może być ostatnią wigilią mojej babci (najukochańsza), która jest sporo starsza od babci I, może to być moja lub I ostatnia wigilia, albo ostatnia wigilia naszego związku… Wiele ostateczności mi się nasuwa to żaden argument!

5. „A matka to matka, i jej życzenie także winno być w tych dniach uszanowane. Bez względu na Wasze podejście do świąt nie macie prawa ranić ani zasmucać mamy i babci. Dla nich spędzenie świąt bez syna i wnuka jest niewyobrażalne, dla Was nie powinno stanowić problemu rozstanie się na te jedną noc”.

- I: Szanowałem jej zdanie przez 25 lat mojego życia, czas abym zaczął szanować własne zdanie.

Nikogo nie zasmucamy – tylko sprzeciwiamy się matce – która ma chory obraz swojego syna. I wiecznie żąda jego podporządkowania. Albo zaakceptuje w pełni syna albo go straci!

To nie chodzi też o rozstanie na jedną noc, to chodzi o rozstanie się na noc, którą wspólnie dużo-dużo wcześniej zaplanowaliśmy – my i najukochańsza.

6. „Dla dobra rodziny, która ukształtowała Twojego partnera i wobec wyższych racji, które jednak są, chociaż pewnie dobrze jest ich nie widzieć. Myślę, ze autor tego bloga potrafi zaakceptować spędzenie Wigilii bez I. W końcu w wielu rodzinach tak bywa, z różnych względów. Można złożyć sobie serdeczne życzenia i poświecić czas rodzinie, której na tym bardzo zależy”.

- Autor bloga tego absolutnie nie zaakceptuje! Albowiem można złożyć życzenia babciom, ciotką i matkom i spędzić następnie święta z Prawdziwą Rodziną u boku swojego partnera!

7. „Życzę Wam mądrości i jak najmniejszej ilości dylematów”

- Dziękujemy.

II. Wigilia.

Wobec tego, co pojawiło się w komentarzach do notki „Antyczny Dylemat” – winny jestem zakończenie tej historii. Jak mówię, długo się zastanawialiśmy z I co zrobić. A wiedzieliśmy od początku, że za wszystkim stał interes mamy I. A ona potrafi, posunąć się dla swych celów nawet do granic przyjmowanych norm etycznych… Więc szantaż, był tylko środkiem dla osiągnięcia celu – jakim było zmuszenie syna, do jednej i świętej matczynej wizji spędzania świąt…

I’ postanowił się wyautować przed jedną z dwóch sióstr matki – by szukać u niej wsparcia. Ciotka, oraz jej rodzina, opowiedzieli się za pomysłem I, na wigilię wraz ze mną. Mówiąc iż to racjonalne i normalne podejście, i matka musi syna zrozumieć! Serdeczne przyjęcie i wsparcie ze strony rodziny, zachęciło I do próby autowania się przed babcią, u której miała być zaplanowana przez matkę wigilia. Niestety brak odrobiny prywatności, na spotkaniu z babcią sprawił, iż mąż tylko oznajmił babci, że nie będzie go u niej na wigilii. – Na co babcia odrzekła jedno, kardynalne słowo: dobrze! Była zgoda babci – czyli ofiary, tejże wigilijnej farsy.

Po czym I, o tym fakcie zakomunikował matce! Mama stwierdziła – Dobrze synu, właściwie nie dobrze, ale dobrze rób jak uważasz! Rzuciła parę złośliwych komentarzy, oraz zapytała czy wobec braku, wspólnej wigilii z synem, jest jeszcze zobowiązana do zakupienia mu prezentów. I’ stwierdził, że już dla niej ma prezent… Wobec czego matka, stwierdziła iż też już je ma dla niego. A aby dopełnić całości spektaklu swej dezaprobaty dla syna, wręczyła mu te prezenty wczoraj, aby jak to stwierdziła, nie kłopotał się już po nie 24go…

Wigilię więc I spędza ze mną i moją rodziną… Pierwszy dzień i drugi dzień świąt, spędzamy osobno ze swoimi rodzinami.

I już!

czwartek, 17 grudnia 2009

Dni obecnego tygodnia spędzamy z I, na spotkaniach z naszymi kochanymi znajomymi i przyjaciółmi. Odwiedzamy się świątecznie – „kolędując sobie radośnie”. Nie wszystkich uda nam się spotkać po drodze. Bo są też postacie, które mieszkają daleko od nas w Krakowie, Szczecinie i Poznaniu (wd. kolejności poznawczej). Z tymi osobami spotkamy się wirtualnie, albo jak się uda, z poznańskimi dziewczynami tuż po świętach…

Nie ogarnął nas jeszcze przedświąteczny szał zakupów – to zostawiamy sobie na poniedziałek…

Kwestię wigilii opiszę w jednej z najbliższych notek. Wkrótce też napiszę obiecaną subiektywną recenzję, wyczekanego przez nas komiksu, Bostońskie Małżeństwa. – Hucznie przez wydawcę nazywanego, antologią polskiego komiksu lesbijskiego. – Na który to, przyszło nam czekać kilka tygodni, po premierze tego bądź, co bądź szytego na kolanie zbiorku…

W najbliższych planach wydawniczych, na moim blogu - nie może też, nie znaleźć się miejsca na odpowiedź, na brawurowy komentarz pewnej, jak mniemam matki, podpisującej się nickiem: „też matka” do notki „antyczny dylemat” cytuję ten komentarz:

Zachowujecie sie jak dzieci - jesteście niekonsekwentni. Boże Narodzenie to dla Was świeto niemal pogańskie, bez zaangażowanie duchowo- religijnego. Ale nie negujecie jego tradycji i rodzinności, to Wam pasuje. Dla osób wierzących jest to postawa nie do przyjęcia, bezsensowna. Więc w czym problem? No tak, jak zwykle w takich sytuacjach problem tkwi w "rodzinie". Mamy tu dwie rodziny - I oraz partner i I, jego mama i babcia. Dla tej drugiej rodziny Boże Narodzenie to swięto religijne, spędzane od lat tak samo, czyli tradycyjnie po chrześcijańsku. Wam to nie pasuje, ja to rozumiem. Ale jest jedno "ale". Dla mamy I i jego babci być moze będą to ostatnie wspólne święta, ze względu na stan zdrowia babci. Wobec rzeczy ostatecznych wyjscie jest tylko jedno - uszanować wolę tego, kto jest tej ostateczności najblizej. A matka to matka, i jej życzenie takze winno byc w tych dniach uszanowane. Bez względu na Wasze podejście do świąt nie macie prawa ranić ani zasmucać mamy i babci. Dla nich spędzenie świąt bez syna i wnuka jest niewyobrażalne, dla Was nie powinno stanowić problemu rozstanie się na te jedną noc. Dla dobra rodziny, która ukształtowała Twojego partnera i wobec wyzszych racji, które jednak sa, chociaz pewnie dobrze jest ich nie widzieć. Myslę, ze autor tego bloga potrafi zaakceptowac spędzenie Wigilii bez I. W koncu w wielu rodzinach tak bywa, z różnych względow. MOzna złozyc sobie serdeczne zyczenia i poswięcic czas rodzinie,której na tym bardzo zalezy. Życzę Wam mądrośc i jak najmniejszej ilosci dylematów rodzinno- świateczno -osobistych. Wesołych Świąt!i

Brawurowy to może za wielkie słowo. – Ale tak, lubię takie komentarze – bo pozwalają dopowiedzieć to, co było tu już powiedziane kiedyś, ale się gdzieś zagubiło w potoku słów.

Komentarz w odpowiedzi, znajdzie się pod notką „antyczny dylemat”, oraz potem powtórzony zostanie zapewne w notce o wigilii…

niedziela, 13 grudnia 2009

Jaruzelki – tą ohydną nazwę zobaczyłem kiedyś na wlepce w autobusie. Jakaś grupa zalepiła prawie wszystkie autobusy i tramwaje gawronami. Kiedyś nie zdawałem sobie sprawy z tego, czym był stan wojenny, ani kto go wprowadził, ani po co? Dziś mimo tego, iż wysłuchałem obu stron i każda ma swoje racje, a historical-fiction – w przypadku tak świeżej rany, jest nie na miejscu. Uważam iż należy pamiętać i przede wszystkim PAMIĘTAĆ. Nie dlatego że jestem przeciwnikiem demokratycznej lewicy, wręcz przeciwnie – brakuje mi merytorycznie silnej i odważnej lewicy w tym kraju, brakuje mi wolności, o jaką lewica walczy w europie… Ale nie wolno patrzeć na tamte czasy, przez pryzmat lewicy demokratycznej – jakiegokolwiek rodowodu by ona nie miała… Polska bowiem przed rokiem 1989, rządzona była przez bandycką juntę, opierającą się na wojsku i milicji, co wielokrotnie było uwidaczniane, podczas 44 letniego okresu panowania czerwonego reżimu. Nawet jeśli nie był on, aż tak do końca czerwony, tylko jak zwykle „nasz” oryginalny reżimek, to i tak był przestępstwem. A punktem zwrotnym była jego zbrojna erupcja 13.XII.1981 roku!

Na czele zbrojnego reżimu stał wówczas Generał – którego przeszłość mówiła sama za siebie, potrafił się wykazywać już wcześniej… Dlatego mimo tego, czego elementem stał się w 1989 roku, najpierw był przestępcą a dopiero później, politykiem szukającym porozumienia (porozumienia, które obliczone było zapewne na ochronienie, Jego samego przed stryczkiem, więzieniem, procesami, a przynajmniej dla zachowania przywilejów emerytalnych – ok. uproszczam aż do bólu).

Ale jeśli by odrzucić cały relatywizm, jaki krąży wokół tej postaci i tej sprawy, to za; wzorcową postawę w armii ludowej – zbrojnym ramieniu junty, mordującemu żołnierzy AK, za 1968, za 1970, za incydent z 1975 i przede wszystkim za 1981. – Powinien Generał, już dawno odpowiedzieć karnie, a dziś siedzieć w więzieniu na dożywociu. Dziś jest on starcem (maltretowanym przez polityków, sądy i media) – który może i chwyta, niektórych za serce – ale kiedyś dokonał zbrodni, na tym narodzie, dlatego nawet jeśli pod koniec władzy reżimu, został świętem – i tak win nie odkupił!

Dziś są 28 JARUZELKI – dzień pamięci! A żeby już nie toczyć z tej rany krwi – nadałem dla tego dnia jako rocznicy – już jakiś czas temu, odrobinę specjalnego uroku – niemiłego żartu, niesmacznej niespodzianki i chwili refleksji nad archiwaliami, na których uchwycono dramat zastraszonych i złamanych obywateli i dwa słowa w pamięci – nigdy więcej!

czwartek, 10 grudnia 2009

Tragedie antyczne nie są wymysłem starożytnych literatów, są codziennością wynikającą z ludzkiego uwikłania w emocje i zasady, którym należy hołdować mimo wszystko i zawsze.

1. I’, ja i jego matka.

Oto ja autor tego bloga, pewnego wrześniowego dnia, jakiś dobry kawał czasu temu zacząłem spotykać się z chłopakiem – który z czasem stał się moim obecnym facetem, partnerem – rodziną. Kiedy ludzie chcą być ze sobą i opierają się na wzajemnych emocjach, to nie interesują się tym, co powie ich rodzina, nawet jeśli ich zachowania, albo wybory są sprzeczne z ogólnie przyjętymi normami i zasadami.

Matka I – wie iż jej syn jest gejem od 2006 roku. Jest to kobieta silna, z bardzo mocno wyidealizowanym obrazem własnego syna. Mająca trudności z wyrażaniem emocji i uważająca swoje zdanie za świętość. Pochodzi z rodziny, w której ewidentny prym wiodła jej matka, tworząc swoisty matriarchat. – Tak więc i ona, jak i jej dwie siostry – były zawsze do dyspozycji matki. Stąd przeniosła ten model na swoje życie zawodowe i prywatne. Próbując przez to dominować nad I, w każdym aspekcie. A wobec sprzeciwów syna stosując – częstokroć szantaż emocjonalny. Kiedy mąż ujawnił się przed nią – nie odzywała się do niego przez tydzień, nie akceptowała i nie akceptuje po dziś dzień jego partnerów.

Stosunek jej wobec mnie jest zimny, zobojętniały i niechętny. I’ mieszka ze mną ponad pół roku, a matka nie potrafi tego zaakceptować, wyrzucając mu iż mieszka u obcych ludzi. I czy mu nie wstyd, tak żyć poza domem. Do tego matka ma straszne poczucie wstydu, względem rodziny, w związku z tym że jej syn jest gejem.

2. Wierzenia i tradycje.

Cała sprawa rozchodzi się o „Dies natalis Solis invicti, Saturnalia i Larentalia” – czyli pogańską pulę świąt słonecznych, przez katolików przechrzczonych na Boże Narodzenie. Od razu widać moje neopogańskie do tych świąt podejście – ale kompletnie niewykluczające ich rodzinności czy tradycji.

W moim domu zwykle spędzałem święta, a szczególnie vigilare tylko z najukochańszą, czasem też z ojcem i sporadycznie jeszcze z dwiema osobami z rodziny – które jednak były kompletnie innego wyznania niż katolickie. – Wiec traktowały wigilię, jak zwykłą imprezę rodziną z okazji powszechnego imprezowania.

U I wigilię spędzano zawsze według kilkudziesięcioletniej tradycji, u Babci ze strony matki. Wszystkie siostry zobowiązane były przyjechać ze swoimi mężami i dziećmi. A wszelki sprzeciw stanowił rodzinne faux pas! Jednak jak to w życiu bywa, z pewnych tradycji wyłamywały się rok rocznie, a to jedna, a to druga z córek, poza matką I i nim samym. Wynikało to zapewne z faktu, iż poza własną matką i synem nie miała nikogo, stąd więź jej z babcią była wyjątkowo silna. Najciekawsze jest to, iż nie jest to kobieta ograniczona, ba wykształcona, ba sprawująca wysokie stanowisko, nad którym jest tylko główny prezes, a w jej niezwykle newralgicznym dziale tylko sam „Pan Bóg”.

W każdym razie zasada świątecznego zachowania była nigdy niezachwiana.

3. Nasze plany i choroba babci.

Ponieważ tak się ułożyło, iż od wielu miesięcy mieszkamy razem z I, dzielimy każdy dzień; ja, on i najukochańsza – która nas w pełni akceptuje i chyba naprawdę jest bardzo za – naszym związkiem. Zrodziła się myśl, aby tego roku ten najuroczystszy dzień świat, spędzić razem. Zaplanowaliśmy zakupy, to co zrobimy, zaplanowaliśmy podział wszystkich obowiązków oraz to, iż we trójkę zrobimy sobie tą specjalną kolację – właśnie tą, z którą łączą się wszystkie, może i głupie i totalnie durne ale jednak ludzkie, nasze, wspólne emocje! Właśnie tą – dodając jej jeszcze bardziej specyficznego charakteru, ze względu na pewien symbol, który zaplanowaliśmy wplątać w ten wieczór… I wszystko niby szło pięknie do czasu aż…

Babcia I trafiła do szpitala. Dopadł ją kryzys sercowo-ciśnieniowy, gdyby nie matka I, babcia mogłaby zejść z tego świata. Ta 71 letnia kobieta, trafiła do szpitala w ciężkim stanie – przez ponad tydzień lekarze nie potrafili określić, co jej dolega – szpikowali ją lekami. Matka I przeżyła mocno wstrząs związany z babcią. Ale to dopiero początek dramatu.

Kiedy dziś I pojechał spotkać się z mamą – ta oznajmiła, iż wieczór wigilijny musi być spędzony z babcią. Doprowadziła do zmyślnego szantażu emocjonalnego – powołując się na to, iż biedna, schorowana babcia potrzebuje teraz wsparcia – że obie siostry będą spędzać u siebie wigilię, bo tak wyszło! A ona i pierwszy wnuk, czyli I mają obowiązek być w tak ważnym dniu obok babci, że to może już jej ostatnie święta, że jeden dzień jak się nie zobaczy ze mną, to nic się I nie stanie. Żeby I nie przesadzał i pamiętał, że to TU ma rodzinę, a nie TAM, u obcych ludzi. I że ona jako matka – go oczywiście nie może do niczego zmuszać ani szantażować, ale jeśli wybierze ten wieczór ze mną, to on sam musi wytłumaczyć się babci z nieobecności – a jeśli jej się coś stanie, to będzie to tylko i wyłącznie jego wina!

4. Tragedia Antyczna.

Kiedy I wrócił od matki do domu. Zaczęliśmy rozmawiać. Rozmowa była długa, istotna i ożywcza. Próbowaliśmy szukać wyjść; Ucieczka – czyli zmiana terminu naszej uroczystości – była by tchórzostwem i poddaniem się woli matki, jak również spowodowałaby negatywne emocje strony opuszczonej. Prawda – może być niebezpieczna dla babci, może doprowadzić do wszystkich możliwych wydarzeń, może uruchomić powszechny wstyd – że wnuczek jest pedałem, że moja biedna córeczka żyje z takim piętnem. A gdyby jednak siostry się zjechały, może doprowadzić do całkowitego autowania się przed całą rodziną i kompromitacją jego matki. Kłamstwo – jest ono nie etyczne, nie zgodzi się na nie matka I – która zapowiedziała, iż nie wyobraża sobie innego wyjścia niż wspólny z rodziną wieczór, oraz że nie będzie tłumaczyła, ani kłamała przed babcią na korzyść I. Wspólny wieczór – jest kompletnie nie realny – matka I stwierdziła, iż nigdy nie odwiedzi nas u mnie, tym bardziej nie będzie ciągać schorowanej matki. Impreza u I – też jest nie realna – ja bym mógł pojechać, choć atmosfera byłaby pewnie cmentarna, ale jest jeszcze najukochańsza – ona gdzie – zostaje sama? A gdyby pojechała to już kompletnie byłby zgon.

I’ powiedział mi, iż żadne wyjście nie jest dobre – czy będzie tu, czy tam i tak emocjonalnie będzie rozdarty, raz że złamie pewien zwyczaj, dwa że będzie musiał wybrać między równorzędnymi emocjami – dodatkowo jeszcze, podrasowanymi przez jego matkę. Która wykorzysta każde wyjście dla swojej korzyści.

5. Salomonowe wyjście czy radykalny krok?

Dużo rozmawialiśmy o nas, o naszych emocjach i charakterach. O tym jak odczujemy każde z rozwiązań i jak odbije się potem, to na naszych relacjach. O tym kiedy u mnie, włączy się wracanie do tej sprawy, a kiedy u I. Jak może zemścić się matka na wyrodnym synu. I jak można by spróbować pogodzić obie racje, lub jak zaważą na naszych życiach możliwe rozwiązania – od ucieczki po radykalną prawdę! Na obecną chwilę, czyli na 10 grudnia 2009 roku o godzinie 3 w nocy – odpowiedzi nie ma żadnej! Choć jak mawiają „prawda nas wyzwoli” – tylko, że w tym kraju – pewne prawdy są odbierane źle, znaczą ludzi bądź ich unieszczęśliwiają…

Na obecną chwilę nie widzimy wyjścia obroną ręką – tak by kogoś nie skrzywdzić – z jednej strony chcemy być egoistami, z drugiej inni też są egoistami. Staram się nie naciskać na I. Choć wiem, iż on chce spędzić ten wieczór tak jak zaplanował, jak my zaplanowaliśmy – jak zaplanowaliśmy my z najukochańszą – z drugiej strony stoją emocje i demonizowane emocje – gra na uczuciach i pogorszeniu czyjegoś zdrowia – a może to tylko my, dwaj mali niewdzięcznicy – przesadzamy chcąc niewiadomo czego… ?

17:41, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2