o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
środa, 31 grudnia 2008
I tak minęło. Tak jak wszystko mija. Słowa są za kruche, aby wszystko oddać, a czasu zbyt mało, aby wszystko zrobić. Znów, znów, znów… tak jakby to było wczoraj, a znów będzie to dzisiaj. Sylwestrowa noc, powitanie tego co nieznane – kolejnego etapu, kolejne piętro… Jestem zmęczony, zmęczyłem się ostatnio sobą. Wyglądam przez okno jak w każdego sylwestra, na niebo. Na niebo patrzę, na pokrwawione chmury – wspominam wiatry, wyczuwam wiatry. Które wiały w te ostatnie dni – niosąc nowe lata i wyganiając wszystko to co stare. Czytam stare pamiętniki „31 grudnia 1899 jutro nowy rok, rok 1900 jaka dziwna ta data, mam wrażenie że należę do 18-nastek.” Oraz współczesną poezję. I znów dopada mnie ten tajemniczy lęk. Wszyscy jutro będą witać to co nowe, to co nowe nadchodzi. A ja uronię łzę za tym co stare, co odchodzi, bo odchodzi dobry rok, dla mnie dobry. A wszystko co nowe jest nieznane, więc budzi we mnie strach… Kiedyś jak byłem mały babcia zabrała mnie na krańcówkę tramwajową i pokazała na niebo. – Zobacz – powiedziała pokazując na chmury – tam idzie nowy rok. Wtedy się tego bardzo wystraszyłem, bo chmury były ciężkie, a tramwajowa pętla, aż pięć przystanków od domu. Wtedy chciałem żeby został ten miły roczek 1993 ale nic nie mogłem zrobić, – nawet jak mu kazałem zostać, nawet się nie mogłem schować. Popłakałem się wtedy jak strzelali na 1994 – ci głupi ludzie, bo stary rok był taki dobry. I od wtedy zawsze na 31 grudnia, wpatruję się w niebo – „zobacz tam idzie nowy rok” pędzi wraz ze wszystkimi swoimi demonami, „zapierdala jak ta lala” jak kłębowisko czarnych chmur – nadchodzi wielka burza, grad i ulewa… Z tym wszystkim, co rządzi prawami życia i śmieci, z tym wszystkim, wszystkim…

A dziś takie bez chmurne niebo – inne niż srogie, w 2006 które przyniosło samobójcze myśli dla kilku znajomych, 1:1 dla życia i śmierci. Inne niż w 2007 spokojne i chłodne – niosące odpompowanie emocji, mrożąc świat. Dziś jest radośnie, zbyt wesoło, cisza przed burzą…

W mojej dzisiejszej pielgrzymce odwiedzę jeszcze Andrzeja – dobrego przyjaciela – napijemy się odrobinę wódki i pójdę dalej i dalej…

W swoim ostatnim tomiku z 2006 roku Andrzej napisał tekst:

jak ta lala

leżę na otomanie

myślę o mamie 

zegar stoi mi

przed oczyma

wskazówka

za gardło

trzyma 

zegar chodzi

we mnie

jak ta lala

zapierdala 

tik tak

tik tak

nie nie 

nie chcę

umierać

  

On oddaje mój coroczny sylwestrowy nastrój. Miałem jeszcze tyle w tym roku napisać, tyle… Nie znalazłem czasu, zabrakło mi sił na wszystko… Baw się dobrze i kiedy ja będę żegnał stary rok, a ty witał nowy, niech te wszystkie demony, które nadciągają z kolejną dawką 365 dni, będą dla ciebie i dla mnie łaskawe. I niech nie karają nas one za mocno, za zuchwałe prawo do życia, którego się domagamy! Tego życzę sobie i tobie dobry czytelniku!

niedziela, 28 grudnia 2008

Agregacja materii w Saturnalia lub Saturnalne transfery aksjologiczne via matria! Czyli; Autonomiczna, funkcjonalna agregacja materii jako transfer wartości w darze między podmiotową diadą. DRAMAT w jednym akcie.


Kurtyna podniesiona. Scena skromnie wyposażona. Wieczór. Na dwa tempo oświetlone biurka pada reflektor z przyciemnionym światłem. Można dodać proste wyposażenie pokoju jak łóżko, krzesło oraz zawiesić rekwizyt okna po obu stronach sceny. Na jednym biurku stoi stacjonarny komputer, na drugim nienajlepszej klasy laptop. Oba monitory muszą być podłączone i oświetlać sinym światłem twarze aktorów. Aktorzy siedzą naprzeciwko siebie jakby w swoich pokojach, oddziela ich ścianka, jeśli biurka postawione będą obok siebie. Jeśli je oddzielimy – można nie stawiać ścianki tylko zostawić przestrzeń na widoczny dobrze ekran, na którym wyświetlana będzie rozmowa którą aktorzy prowadzić będą na Gadu-Gadu.

Aktorzy Dramatu:

Tahir: : Dwudziestoparo (a dokładnie cztero) letni absolwent filozofii po katolickiej uczelni, zmęczony wszystkim i wszystkimi, a w szczególności pierwszymi oznakami łysienia. Pochylony nad starą i oporną klawiaturą. Stary, niepoprawny romantyk i do tego nadal wolny! 

Koffie James: Dwudziestoparoletni student historii, absurdalny tytan pracy, dumnie mówiący o sobie jako o klasie robotniczej. Wiecznie niezadowolony ze wszystkiego i wszystkich, a w szczególności rozwiązłego gejowskiego getta....  Wklepuje tekst w okienko GG


 

(Koffie James wchodzi, niosąc kubek z kawą, siada przed komputerem, zapala fajkę. Tahir wchodzi drapiąc się w głowę i niesie w ręku szampon. Koffie James rozpoczyna akcję).

KJ- no i jak upłynęły święta?

T- Nijak. Wymuszony urlop. I trochę więcej pracy fizycznej. No a czego się spodziewałeś? Jakichś duchowych uniesień?

KJ- nie wiem ja miałem duchowe przeżycie

T- Tak?

KJ- co dnia modliłem się do Saturna, odprawiałem obrzędy do słońca niezwyciężonego

T- I?

KJ- no to jest duchowe przeżycie

T- Co najwyżej religijne 

KJ- no to jest duchowe!!!

T- Często religijność z duchowością nie mają nic wspólnego. Ulepszyły cię jakoś te modły?

KJ- tak

T- Jak?

KJ- przeczytaj na moim blogu!

(Tahir czyta zawartość ostatniego wpisu na blogu Koffiego James)

T- Urocze

KJ- ale kadzidło palę i ołtarzyk stoi Saturn był błogosławiony tego roku

T- Piękny eksperyment fenomenologiczny można by nad tym uczynić.

KJ- jaki?

T- Autonomiczna, funkcjonalna agregacja materii jako transfer wartości w darze między podmiotową diadą.

KJ- nie rozumiem 

T- Uzmysłowić sobie przedmiotowość przedmiotu. Że jest zbitkiem materii i istnieje na ołtarzyku. Ale ten przedmiot jest inny niż reszta. Bo został darowany. Od jednego podmiotu, dla drugiego podmiotu.

KJ- acha

T- To trochę zmienia sposób jego istnienia.

KJ- masz rację i przez to staje się święty!

T- Komiks nie jest już komiksem, ale darowanym komiksem.

KJ- ba świętym komiksem

T- Komiksem darowanym od kogoś. W pewnym sensie tak.

KJ- w tym przypadku, ubóstwiam dary

T- To, że ktoś ci coś dał, w jakiś sposób wprowadza cię poprzez ten przedmiot w relację dialogiczną z darczyńcą.

KJ- bo dary dali ludzie ale ludzie za pomocą Saturna

T- Ktoś musiał się zastanowić co ci dać. Co by ci się spodobało.

KJ- ale to Saturn mu podpowiedział

T- I ten ktoś zdobył przedmiot, taki a nie inny, którym cię obdarował. Tak jak dialog otwiera na sacrum, tak dawanie prezentu jest formą dialogu. "Na tyle na ile dałeś mi się poznać stwierdzam, że taki prezent sprawi ci przyjemność". I przedmiot na ołtarzyku jest świadectwem tego, jak dałeś się komuś poznać. I tego, że tym ludziom na tobie zależy. Więc nie tylko jest przedmiotem darowanym, ale też symbolem odsyłającym do relacji dialogicznej z darczyńcą. A zatem istnienie prezentu jest powiązane z istnieniem twoim i darczyńcy.

KJ- wow chyba ten dialog na blogu zamieszczę

T- Kajdanki są materialnym substratem idealnej więzi łączącej cię …(z babcią. przyp. aut. ) Więzi, która nie jest wirtualna, ani potencjalna. Ta więź z potencji przeszła w akt, a skutkiem aktu jest prezent. Cholera... Też se muszę zrobić taki ołtarzyk. No dawno już sobie tak radośnie nie fenomenologizowałem. A to dopiero wierzchołek góry lodowej

KJ- to wspaniale że i tobie Saturn dał taką możliwość błogosław go i zapal mu kadzidło

T- Meh (ogólno Małopolskie westchnienie znane w naszym rejonie kraju jako „Phi”).  Nie identyfikuję antropomorfizowanych ciał niebieskich.

KJ- barbarzyńca!!!

T- Wolę subtelną apofatyczność mistycznego agnostycyzmu 

KJ- dobra idę spać…

 (Koffie wychodzi, opada kurtyna).  

KONIEC DRAMATU.

23:24, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 grudnia 2008

Właśnie się zastanawiam nad nową notką upamiętniającą mijające święta narodzin Słońca Niezwyciężonego. Tegoroczne Saturnalia przyniosły mi rozliczne dary. I nad ich ofiarą się muszę dziś szczególnie skupić. Przybrałem już bałwochwalcze szaty i otoczyłem się złotymi cielcami. Składam teraz modły i dziękczynienie…

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar kalendarzyka z TINTINem, o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar 2 nowych bluz, o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar słodkiej bombonierki, o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar 31 albumu Thorgala (w twardej oprawie), o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar nowej płyty Queen + Rodgers, o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar płyty MaryiAwaryi, o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar kajdanek z pluszem, o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar szalika cieplutkiego, o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za dar odtwarzacza mp3 z firmy samsungowej, o dzięki CI.

- Oto oddaję hołd Saturnowi za wszystkie inne dary drobne, o dzięki CI.

O Boże niezmiernie CI dziękuję, za szczodrość. Obiecuję publicznie z nikim się tymi darami nie dzielić, nikomu ich nie pożyczać, ani nikomu ich nie pokazywać, bacznie strzec i w razie ataku złych niewdzięczników zniszczyć je, by nikt inny nie mógł ich posiąść. O Boże niezmiernie jestem CI wdzięczny. Obiecuję iż zabiorę te dary wszystkie ze sobą do grobu – jako wyposażenie pośmiertne. A od teraz będę się cieszył tymi materialnymi skarbami, które ubogaciły moje jestestwo i wniosły nowe światło pełne nadziei, która daje radość pośród złej ciemności. O Boże jak cieszą mnie te dary tylko wiesz TY, choć zawsze mogłoby być ich więcej, by wdzięczność ma była pełniejsza i hołdy liczniejsze. Obiecuję przez najbliższe trzy dni robocze modlić się do tych darów, a w nocy palić im kadzidło aż po dzień Ianuariusa boga początku i końca. Dla Janusa bowiem oddam się uroczystym tańcom, pijaństwu i swawolom. Witając i żegnając to, co nowe i stare…


Swoją drogą abstrahując już od żartów, wreszcie miałem okazję wysłuchać słynnej skandalizującej płyty pani Peszek. Cóż muszę przyznać, iż płyta jest naprawdę dobra i warta zakupu. Tylko jej podobno obsceniczny klimat wcale mi się nie udzielił, po kilkukrotnym odsłuchaniu wszystkich czternastu kawałków – czuję jakiś potworny smutek, jaki bije z całości. Symbolem tej płyty jest dla mnie samotna kobieta jadąca odległą zimną pustynią. Albumu posłuchałem, dopiero po tym jak przeczytałem kilka wywiadów z Peszek w necie. Ale chyba znamienne były słowa, które powiedziała u Wojewódzkiego, że jest ze swoim facetem, którego nie zamierza opuszczać… Zresztą kilka kawałków wyraźnie pokazuje pewien kontrast – między kobietą samotną, a kobietą związaną… I chyba o to tu chodzi.

Maria Peszek - MariaAwaria (2008)
MariaAwaria

Inną ciekawą sprawą jest to, iż Awaria strasznie w swoim klimacie muzycznym przypomina mi tematy z Counterfeit 2 (2003) Martina L. Gore’a. – Twórcy i kompozytora muzyki Depeche Mode. (Już w kwietniu 2009 czekam na nowy album DM Master Of The Universe). Counterfeit 2 w klimacie podobny jest z kolei do albumu DM Exciter (2001).

Martin L. Gore - Counterfeit 2 (2003)
In My Other World
21:46, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 grudnia 2008
Dla wszystkich moich czytelników. Tych którzy mnie lubią i tych, którzy mnie nienawidzą miłych i strawnych świąt. Szczególnie dobrych życzę dla kilku osób, które poznałem dzięki tej społeczności blogowej, a których z różnych przyczyn tu już nie ma. Dla Michała i dla Krystiana, aby wam się układało w życiu chłopcy, aby światło nadziei nie gasło nigdy, bo pozwoliliście mi dostrzec to, czego nie widziałem i zrozumieć to, czego nie chciałem rozumieć… Dla dwóch kobiet; Białego Króliczka i Tot13. Króliczku życzę ci abyś podołała wyzwaniom które stoją dziś przed tobą, Tot tobie abyś się nie poddawała zbyt łatwo i dostrzegła odrobinę światła w życiu. Oraz na końcu dla Cedra84 – tobie życzę wytrwałości i znalezienia odrobiny spokoju, aby zawsze decyzje, które podejmujesz przynosiły ci pełnię satysfakcji bez konieczności budzenia się z wyrzutami sumienia. Każda z tych pięciu osób w jakiś sposób odcisnęła się na moim blogu, zaistniała w mojej świadomości. Dziś kiedy ich już nie ma – budzi się mój głód przeszłości, która była zawsze bezpiecznym schronem. I wszyscy ci ludzie gdzieś tam siedzą… W komentarzach prowadzą swoje przeszłe życia… Kilka sekund myśli zapisanych w elektronicznym dzienniku. Zawieszone zostały na chwilę mojego trwania. Wesołych moi drodzy! Wesołych dla wszystkich, obyśmy się nie znaleźli na izbach wytrzeźwień, ani na płukaniu żołądka w rejonowym szpitalu! Masowych komercyjnych i przegadanych świat! Życzy wam komercyjnie Koffie James autor tego bloga. 
  
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Hurt - Załoga G

Te dni które odeszły i lata…Dziś jechałem do pobliskiego marketu na moim osiedlu. Akurat nie po karpia tylko do apteki. Bo wszystkie normalne apteki na osiedlach są w niedzielę pozamykane, tylko w marketach są czynne. I z domu szedłem na autobus linii 57. Którego pętla wciśnięta jest między małe Andre, blokowiska, park, stadion i parkan prywatnej posesji. Tak mała krańcówka, a mieszczą się na niej wielkie autobusy i litry ludzi wylewających się z nich, co 10 minut. Z mojego własnego bloczku do autobusu mam dobre kilka minut drogi, omijam przedszkole i przychodnię, omijam szkołę i liceum, żłobek i inne bloki i akademik dla obcokrajowców. Ile ja razy biegałem tą trasą na 57. Kiedy w 2002 roku chodziłem na angielski, z zatkanymi uszami muzyką. Biegłem pełen wiary, pełen jakiegoś szczęścia, pełen nadziei. Wtedy dni były dobre, wtedy jesień była rześka, zima nie była sroga, a radość była niewinna. Wtedy czułem tą potrzebę, iż trzeba przeć do przodu, robić coś co zaowocuje, nie wiadomo czym, bo nie było pewności co było sadzone. Wtedy byłem lekki, mojej głowy nie topił łańcuch kłamstw. Mogłem biec spokojnie, bo dni były takie długie. Radość budziły bloki, i maleńkie dziuple domostw, – z których wyglądały pokoiki pełne kolorów, białe i czerwone i zielone i wiszące żyrandole, lampy i lampiony. Na parapetach niektórych były koty, na innych wróble. Radosny był też chodnik, radosne asfaltowe dziury, w których zbierała się woda jak wielkie jeziora dla małych stworzonek. Potem na angielskim całą sforą szaleliśmy do woli, zrzucaliśmy kubki z gorącym mlekiem, z automatu na ziemię, z drugiego piętra modląc się żeby nikogo nie polało. Drażniliśmy młodego lektora, który myślał że jest niewiadomo kim, aż uciekł z zajęć. To były czasy głupoty. Takich pozytywnych psot – bezmózgich ludziątek. Wtedy na kilka miesięcy zapomniałem o tym, że mam problem, zapomniałem własną tożsamość, i było mi z tym dobrze, nie musiałem nic nikomu mówić. Nikt mnie nie pytał, wszyscy uwierzyli w granego przeze mnie stuprocentowego faceta. I potem mijały lata-lata, kiedy gra była coraz trudniejsza – kiedy odkładane decyzje, strach przed tym by spojrzeć sobie w twarz i innym – niszczył moje życie… Dziś znów idę tą drogą, mym utartym szlakiem, mamy rok 2008 i znów zaczynam czuć się jak szczeniak, jak dzieciak biegnący na angielski na początku mijającej dekady. Jest radosny asfalt, i chłodzisko jest cieplejsze, – pewnie odwróciło się podbrzuszem – i ciepłym miękkim futrem ogrzało troszkę świat. Znów okna tryskają światłem, samochody gnają, autobus mieści się jak statek w swoim małym doku, czas chyba zawraca, znudził się tym biegiem. I wiem że to jest inaczej, inaczej niż było kiedyś, mocniejsze okulary i nadgryzione zdrowie, i wiem że tego nie zatrzymam na lata, ale nawet chwila jest nagrodą za wieki… O i w aptece kupiłem leki…

Hurt - Lecę Ponad Chmurami
niedziela, 21 grudnia 2008

Jeszcze dwie doby pracujące i będę mógł przystąpić do prac nad świątecznym festiwalem. Pobiegnę do sklepu po główną atrakcję, czyli galaretowatą rybę, – która zrumieniona osiądzie na moim talerzu. Przybiorę ołtarzyk plastikowej namiastki choinki z lampkami, otoczonej przez kartki z zamierzchłych czasów, wysłanych zza oceanu – i świeczką aniołka, co spłonie. Ale teraz już nikt kartek stamtąd nie wysyła, bo wszyscy tam umarli… Z jedną, dwiema lub trzema flaszkami wytrawnego wina będę świętował każdy dzień, topiąc z alkoholu odchodzący rok, i odchodzące życie. Wszystko co wydało już oddech, co mnie pokrzepiło i co było źródłem mojej krzywdy, wszystko co powodowało, iż żółć burzyła mój spokój i rzucałem piorunami, lub to co mnie koiło. Na wspominki najlepsze jest wino. Które wtaczasz sobie przez kilka dni mając zawsze obok buteleczkę i szkło. Te święta będą jak wszystkie, jednakowe. Stoły ugną się pod ciężarem materiału na przerób dla naszych jelit. Fałsz będzie równie wielki jak przy wszystkich takich okazjach, atmosfera zgody i miłości. Bla-Bla-Bla. Dni narodowej szczęśliwości. A potem znów wszystko od nowa – bezsensu. Dla mnie jest tylko jedna ważna rzecz przy okazji tych świąt, że znów spędzam je w tym samym gronie, co przez ostatnie lata. Znów razem i to jest naprawdę wspaniałe, – bo czas pewnych wspólnot powoli się kończy – dlatego każdy rok jest w pewnym sensie na wagę złota. Nadchodzi kolejny sylwester – pożegnanie starego roku. Ostatnie trzy lata to były dziwne lata.

2006 to tragiczny rok w mojej tak zwanej bliższej rodzinie, trzy zgony, trzy pogrzeby.

2007 rozpoczął się samobójstwem mojego kolegi z dawnych lat. I było to pierwsze kompletnie świadome zabójstwo, z jakim miałem do czynienia. – Była to śmierć doskonale przygotowana z tygodniowym, albo i dwutygodniowym wyprzedzeniem. Potem masa zmian w moim życiu. Zmian radykalnych których nie lubię, nie lubię zmian w pewien sposób jestem strasznie konserwatywnym człowiekiem.

No i 2008 ten obecny. Pamiętam jak w sylwestra zostałem oblany litrami szampana tryskającego w niebo, powiedziałem sobie, że już nigdy się nie będę bawił w centrum. – Bo jeśli ma mnie to kosztować pranie kurtki i spodni no to sorry lala. Rok który był lepszą kontynuacją poprzedniego. Burzliwy i kontynuujący zmiany, rok w którym poznałem kilka nowych osób (G, H, K, M) – dobrych osób. Kilka się przewinęło bez śladu, kilka może nie powinno się było w ogóle pojawić… I może mógłbym narzekać na mijający 2008 zbiór dni 365, tylko jest jedna rzecz, bo w drugiej połowie tego roku wszystko zaczęło krzepnąć. – Wszystko to co zacząłem robić przed kilkoma miesiącami zaczęło przynosić dobre efekty, moje życie w nowej formule się ustatkowało i teraz to wszystko stygnie, – dlatego będę płakał po mijającym roku, bo jednak wszystko się przeważyło na tej wielkiej wadze losu na dobre. Dlatego boję się tego, co nadchodzi bo teraz moją największą potrzebą jest to, aby wszystko utrwalić, uspokoić, zabezpieczyć. Potrzebuję czasu na stabilizację. Przeżyłem największy dotychczas sztorm w moim życiu i teraz oczekuję spokojnego morza, bo pewnie będą gorsze sztormy i trzeba być na nie gotowym, a po jednej walce trzeba mieć czas, by wylizać rany by przetrwać następne sztormy! To moje jedyne marzenie na ten czas, na wszystko co nadchodzi. I boję się, że nie wszystko ułoży się tak, jak bym tego chciał. Tak jak oczekują tego wszystkie głodne lęki, siedzące gdzieś głęboko we mnie. Ukoiłem je spokojem i odcięciem się od pewnych zbędnych mi ludzi. Wiem że one teraz śpią, ale ich sen jest lekki i czuły, – dlatego w nowym roku oczekuję ciszy tak, aby się nie obudziły. Żeby śniło im się jak najlepiej…

czwartek, 18 grudnia 2008

Tonę w marazmie. Jeśli miałbym opisać swój dzień powszedni to… Wstaję, jem, pracuje, jem, śpię, wstaję… Wolny czas spędzam tak: włączam komputer, moja głowa opada na klawiaturę, palę, piję kawę, palę, piję kawę, wyłączam komputer, śpię. Coś mnie ugryzło i słucham ostatnio jakiś polskich kawałków typu szlagiery Perfektu: miałem dziesięć lat gdy do kibla… - ups to nie tak szło, czy Ewka, czy Chciałbym być… itd. Takie znane. Albo Pankowej Dziewczyny też słucham, i tego no, jak to się nazywa Skrzynka do Podpowiadania Tekstu Aktorom w Teatrze no wiecie co? Pewno że wiecie. I kurcze problem w tym, że za cholerę nie trawię tych trzech kapel, po prostu jak tego słucham to od razu z torebką, bo mnie na wymioty bierze, a i tak muszę tego słuchać. Nie wiem, czemu po prostu muszę i już. Jest – teraz w tej chwili 2:38 w nocy. Czwartek 18 grudzień, co za cholerny dzień. Po prostu jest jakiś taki przykry, znów słucham że mogłam twoją być kryzysową nałożnicą. O! A teraz idzie najbardziej znienawidzone, że na sali wielkiej i błyszczącej tak jak nocy Narraganset, który nie chce spać… Tak, przyznam wam się próbowałem się zabić. Od dwóch dni strzelam sobie w łeb z pistoletu na kapiszony i ni ch-ja – nie działa, – zepsuł się albo kapiszony były nie ostre. Po śniadaniu pójdę złożyć reklamacje w kiosku. Po prostu postawię sprawę na ostrzu widelca, albo mi tu zaraz wymieni zużyte kapiszony na dobre ostre, albo mu różową propagandą sterroryzuję klienta i gumą do żucia zakleję zamki tak, że będzie musiał całą noc warować… Dobra zrobimy tak rano z tym kioskiem, a teraz biorę kota pod poduszkę i idę spać. Może przyśnią mi się jakieś mruczane sny, tylko cholera mam znów uczulenie na koty! Po prostu człowiek nieszczęście.

Dobra wstałem jest 10:17, zjadłem, wypaliłem, wypiłem znów wypaliłem, głowa trzasnęła w klawiaturę… Ale! Ale chyba w końcu znalazłem cień lekarstwa, zastosuję na sobie śmierć na pięć…

Abstrahując już od Republiki nie oszukujmy się Amerykanie robią najlepszą muzykę na świecie i wszystko robią najlepsze, i też niestety najgorsze – a wszędzie indziej wszystko jest w jakiejś takiej średniej klasie… W każdym razie dziś powracam do mojego ukochanego amerykańskiego barda Adriana B., który mnie dziś udobruchał. – Nie dość, że jest wokalistą King Crimson obok Roberta F. współautorem całej muzyki Króla od 1981 roku, to jeszcze ciągnie totalnie szaloną, własną karierę. Do tego jest multiinstrumentalistą, sam nagrywa wszystkie partie na swoich solowych projektach, – czasem jest w swojej muzyce 5 beatlesemAdrian Belew - Something to do, czasem progresywnym księciemAdrian Belew - All her love is mine, a czasem progresDJ-emAdrian Belew - Sex nerve, czasem popowym hitmanem Adrian Belew - Looking for a U.F.O.– jest zajebisty no, nie przepraszam jest po prostu geniuszem bawiącym się konwencjami muzycznymi, wolnym jak ptak…Adrian Belew - Free as a bird (live) I w raz z Grzesiem daje mi dziś ochotę, aby żyć… Do Adriana jeszcze kiedyś wrócę…

11:29, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Czas płynie, a ja czuję się od tygodnia permanentnie zmęczony. W głowie mam pustkę, zero myśli. To strasznie smutny stan. Kiedy chodzę ulicami, czy siedzę w szkole lub w pracy i kompletna pustka – totalny bezmózg. Beton to beton, a asfalt to asfalt – normalnie jakbym był ostatnio umysłowo martwy. A dni płyną po godzinie, godziny jak kawałki chleba, odcinają się od dni, – które robią się kruche i delikatne jak starzy ludzie, zanim się obudzę już jest następny dzień, – nawet nie zdążę się go porządnie na wdychać i już przemija. Jutro mam odczyt na seminarium. Dziś kończę pisać pracę, zmęczył mnie ten tekst, – raptem siedem stron ale mimo wszystko, bo przecież zakładałem, że w roku 2008 już mnie nie spotka pisanie żadnej pracy, a jednak pomyliłem się. Więc to jednak styczeń, aż do sesji mam wolny no i dobrze, bardzo dobrze. A do piętnastego lutego 2009 będę musiał podjąć decyzję co dalej robie ze swoim życiem, cóż może ona zaważyć na mojej dalszej drodze… hm(?) Zobaczymy – będę się martwił od połowy stycznia, teraz trzeba się bawić bo nadchodzą święta zarzynanego karpia i nowy rok, – choć ja zawsze żegnam stary, a nie witam nowy i mam z tego powodu stany depresyjne, ale zobaczymy. – Wszystko jest dziś otwarte – decyzje nie zapadły i daje mi to odrobinę radości, to że jeszcze mogę sobie na spokojnie zadecydować…

A jutro już 16 za tydzień 22 za dwa 29 – leci, leci, nasze mierne życie…

Ale mnie zmęczyło pisanie tej notki… asfalt to asfalt – martwe psisko na asfalcieAdrian Belew - Dead dog on asphalt

sobota, 13 grudnia 2008

Życiorys

urodziłem się

13 sierpnia

13 grudnia

przyjąłem

pierwszą 

komunię

A.Strąk - Węch (1988)


27 lat. 81-08. Czas niby odległy ale co to jest 27 lat? Kiedy byłem małym chłopcem był to wiek, kiedy jestem większym chłopcem to tylko dłuższa chwila refleksji. Teraz w dniu pamięci. Jeszcze raz potępiam dawne zbrodnie!

  Węch

Dlaczego "węch"? Bo w tym napisanym w listopadzie 1981 roku tekście, Andrzej doskonale prezentuje - pewne obawy, mimo iż podmiot liryczny określa siebie jako lekko odizolowanego do szarej rzeczywistości, to mimo wszystko czuje już smród przyszłości...

jaka będzie ta zima

pytamy pytamy pytamy

będzie zimna

i zarazem gorąca

twierdzi sejmur

któremu budda objawił się

w skórze karola marksa

będzie zwariowana

dziewczęcym głosikiem

nuci zwariowany kapelusznik

spijając alicji ostatnie

literki benzynki

będzie do prawdy bombowa

mruczy spod kapelusznikowego

kapelusza marcowy zając

wrzucając ostrym pazurkiem

do filiżanki z melasą

bombę zegarową nastawioną

na godzinę zero

będzie bezdenna

śni suseł o studni napełnionej

po brzegi bezbrzeżnym białym żalem

będzie biało-czerwona

od krwi na wielkanocnych obrusach

serwuje w zawsze aktualnej karcie

naczelny kucharz akademii pana kleksa

tej zimy

na wielkich saniach zawita

królowa śniegu

krzyczy inny bohater moich wierszy

zarażę się chorobą weneryczną

kwili dziewczynka z zapałkami

a ja zabiję serce poety

odgraża się chłopiec z deszczu

jakoś tam będzie

ziewa spod kołdry

podmiot liryczny

będzie dobrze

mówi z telewizora

uśmiech srającego kota

a co mi mówi

mój własny

nos

nos poety

jest jesienią

zakatarzony

i wdycha

duszne powietrze

bo stanął

na chwilę

mojej historii

wiatr

A.Strąk - Węch (1988)


Już pierwszy prezent Jaruzelkowy dany - Kondomo-Marchewkowy Ludek, teraz poraz na złośliwości...

 

 

08:16, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (6) »
czwartek, 11 grudnia 2008

Masz prawo oddać 3 głosy na wybrane przez ciebie miasto kandydujące!!!

http://www.candidatecities.com/

Miasto Qltury cz.1

Dziś muszę oddać mojemu miastu to, co jestem mu winny. Bo wychowało mnie ono, i dało wszystko czego mi brakowało. Dziś jeszcze to miasto śpi. Ale widzę, tak jak wielu już ludzi, że coś się zmieniło – że zaczynamy się budzić. Tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 to wspaniała szansa, której nie może zmarnować tak tajemnicze miasto jakim jest Łódź. Którego historia przeplata dzieje czterech narodów – czterech kultur, ale którego historia sięga sporo dalej bo aż do XV wieku, kiedy Władysław Jagiełło nadał mu prawa miejskie. Zresztą nie ważne poco pisać lepiej zobaczyć. Stąd moja potrzeba oddania głosu – bo jest to mój hołd dla miasta z wdzięczność za to, że mogę tu żyć…

City of Culture part 2

 
1 , 2