o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 29 listopada 2010

Tak się jakoś stało, że od dnia obrony, przestałem mieć czas wolny. A to coś, i znów coś trzeba robić, by ostatecznie wyjść na zero. Czyli efektów pracy nie widać. Tuż zaraz po obronie pobiegliśmy z mężem uczcić mój sukces do czarnogórskiej knajpki i mmm przepyszne tam robią krewetki królewskie w pomidorowo-serowym sosie… W środę sprzątaliśmy łopatami tony materiałów, których używałem do pracy, a i tak sprzątania jeszcze masę. Czwartek zleciał pod znakiem flesz moba dla naszej koleżanki, która dobiła 30-stki więc – dobrze nie pamiętam co działo się do czasu tego wydarzenia.

Ale chyba postarałem się o obiegówkę i załatwiałem jakieś urzędy. Piątek był dniem imprezy urodzinowej tejże koleżanki, w nowej kawiarni U Milscha. Sobota to dzień w którym mam kurs, więc połowa dnia wypada z grafiku, ale warto było, spożyliśmy podczas zajęć szabasowy posiłek. A w niedzielę niespodziewanie jubilatka, dała nam zaproszenie na koncert Leny Ledoff „Komeda-Chopin-Komeda” w ramach Jazz w Pałacu. Koncert był bardzo udany w pięknej sali lustrzanej. A dziś znów miałem załatwiać sprawy urzędowe, ale poranny atak śnieżycy sprawił, iż po dwóch godzinach dostałem się tylko do Biblioteki UŁ, do której się zwykle od nas jedzie 30 minut, a nawet czasami krócej. Po wymarznięciu i zasypaniu w całości śniegiem, musiałem wracać przez kolejne dwie godziny do domu, więc nic więcej nie udało się załatwić… Kurcze chciałbym, choć trochę odpocząć, naprawdę.

środa, 24 listopada 2010

Freddie Mercury 1946-1991

wtorek, 23 listopada 2010

Moi drodzy, wasz autor bloga przestał być gnojkiem i został magistrem. Dość nieprawdopodobne. W sumie nic się nie stało, poza tym że to definitywny koniec moich studiów, przynajmniej na tą chwilę i chyba generalnie koniec. Uff… Cały ten paskudny rok poświęciłem żeby to zrobić i dopiąłem swego. Nie bez pomocy przyjaciół. Tym którzy ze mną byli i tym, którzy mnie wspierali złożyć pragnę serdeczne podziękowanie. To zadziwiające, ale kończy się najlepszy okres mojego życia – tak mówili zawsze ci, którzy kończyli. Mówili żeby się cieszyć i bawić tym darowanym czasem – a ja, chyba nie wykorzystałem go najlepiej, nie zrobiłem tylu rzeczy… Ledwo się zaczęło, a już musi się kończyć…

Słowa piosenki z pierwszego klipu, oddają jakiś mój głęboki lęk przed tym, co jutro. Dlatego potrzebuję wołać o pomoc. Pomocy. Jak pisał Machiavelli, czuję się jak oswojona wilczyca wypuszczona na wolność – nikt już nie poda michy pedigree – a świat nie raz obije mnie kijami i widłami chłopów, broniących swoje owce przed upolowaniem.

Nie, kompletnie się nadzwyczajnie nie czuję. Nie leży mi to jakoś bardzo, bycie magistrem, magistrem od zamiatania ulic, lub nie daj boshe wydobywania aluminium z kubłów na śmieci nocną porą. Jest mi jakoś smutno. I jakoś ten dobry na dyplomie, jest tak marną oceną. Bez sensu. Wróciłbym jeszcze raz tam od nowa, z dobrymi znajomymi bym się lepiej zbratał, wrogom naiwnie nie podałbym nigdy ufnej ręki, inaczej podszedłbym do złych egzaminów, a do łatwych bym się tak nie stresował… Wszystko.


Na dobre długie sny...

14:37, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 listopada 2010

Wszystko płynie. Nadchodzą wybory, ale niestety nie będziemy w nich brali z I’ aktywnego udziału. Wszystko się złożyło tak, że jutro rano wyjeżdżamy do Poznania, do Natalii Oreiro i jej Żony, w sobotę idziemy na marsz równości, a w niedzielę wyborczą wracamy. Niestety pociągi pędzą z taką zawrotną szybkością, że pewnie zdążymy na powyborczy wieczór dopiero. Zasadniczo nie mam tu, na kogo głosować więc mi nie żal. Szczególnie, kiedy na listach do rady miejskiej jest mnóstwo moich dawnych kolegów z uczelni i z roku – z którymi wódkę piłem, a teraz jeden z SLD, drugi z PiS-u, trzeci z PełO – kandyduje. Żal i szkoda gadać. Nie potrafiłbym postawić krzyżyka nad żadną z tych trzech partii. PełO pokazało zresztą jak wespół z SLD – nie robi nic w moim mieście. Partia karierowiczów i etatystów, a infrastruktura leży i kwiczy. Jedynie wybory mnie interesują prezydenckie, a znam w nich osobiście tylko Dariusza Jońskiego i Włodzimierza Tomaszewskiego. Na szczęście wszystko wskazuje, że do drugiej tury przejdzie kandydatka PełO – której władza oznacza prawdopodobnie całkowity marazm i infrastrukturalny zgon mojego miasta oraz niewiele lepszy, choć prospołeczny kandydat SLD Dariusz Joński. W drugiej turze oddam głos na Jońskiego, tylko dlatego że mój dobry znajomy P.O. twórca preambuły aplikacji do ŁESK2016 twierdzi, iż kandydat SLD wywodzi się z tradycyjnej rodziny łódzkich żydów, bardzo silnie popieram powrót mniejszość wypędzonych po odbiór swego majątku oraz przedstawicieli, którym udało się przetrwać zawieruchy czasów – stąd moja minimalnie większa sympatia do kandydata SLD.

Mniejsza o to. We wtorek mam obronę magisterską, więc do Poznania jadę z listą do jednego z zagadnień – którą muszę wystukać na blachę – więc zabawa będzie lekko przytłumiona obowiązkami. A przed wtorkiem, środą lub nawet czwartkiem – raczej już nic nie napiszę. Szczerze mówiąc jestem niesamowicie zmęczony całym tym rokiem, całą tą pracą, zmarnowany fizycznie i zapuszczony. We wtorek spędzę romantyczny wieczór z mężem a potem zapadnę w letarg zimowy… By zbudzić się, do załatwiania wszelkiego typu papierkowych idiotyzmów związanych z dyplomem, obiegówką itd. Zatem do przeczytania w innych okolicznościach. Kiedy już zdam sobie sprawę, że dyplom który zapewne uzyskam, nie ma większej wartości nad papier, pieszczotliwie określany toaletowym…

ps. dopisek po chwili...

Żeby już nie kończyło się tak śmiertelnie. To mąż zadzwonił dziś do mnie, mówiąc iż wszyscy w jego pracy włącznie z szefem jego filii – trzymają kciuki za moją obronę. Jak to przekazał mi mąż cytuję: „za chłopka I’”. Troszkę się tą deklaracją obruszyłem, prywata to prywata, nie lubię outingu. W przeciwieństwie do bohaterki uciśnionych Marty Konarzewskiej, o której pisałem na tym blogu, w pracy męża nikt nie ma problemu z jego orientacją seksualną, ani z rozmowami o tym, czy o tamtym. Nawet szef, nawet dział świadczeń wypłacający pensje i premie… Ale czy mój mąż były działacz KPH – czyli w jakimś sensie aktywista – ma szanse zostać bohaterem na miarę MK? Ma szanse wydać książkę? Ma szanse na pracę w Warszawie? Dlaczego nie? Bo jest równo traktowany w pracy jako otwarty gej?

17:08, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (9) »
niedziela, 14 listopada 2010

Nie powinienem już komentować na blogu zajść warszawskich ani polityki. Bo ten blog miał być z założenia, takim moim małym „umartwianiem się”, a nie tubą światopoglądową. Ostatnio jednak oglądając premiera Tasaka – późne śniadanie stanęło mi w gardle. Miłościwy powiedział, że polska wieś w prowincjach wschodnich jest już świadoma! (To ja się pytam czego jest świadoma?) Że będziemy budować dalej i dalej…. Orliki. Aby mimo bidy, i bezrobocia (na jabłuszka jeździ się jak sardynki – na śmierć czasami) i braku perspektyw można było sobie (przepraszam, ale muszę) kur…wa w nogę zagrać! (Oto panaceum na całe zło). Tymczasem obóz fanatyczny, dzieli się na wiele – telewizory na wszystkich stacjach wałkują wywiad za wywiadem, niektóre są nawet wzruszające. Nie powiem, bo trzymam za nową partię – która będzie szansą na pierwszy wyłom w tym dziwacznym dualnym tworze, jaki mamy obecnie. Faktem jest, że to będzie 3 partia prawicowa, ale uszczuplić w perspektywie będzie mogła PO również, o takich radykałów jak Gowin i jemu podobni… A PiS Ziobry i Kaczyńskiego – powoli będzie zmieniał się w LPR.

Jednak patrząc na całokształt naszej polityki – mam wrażenie, że zarówno PiS jak i PO w tym dziwacznym zakleszczeniu znalazły doskonałą symbiozę. PiS wali po łbie krzyżem i jakimś kosmicznym i komicznym radykalizmem – nie słyszałem żadnej konstruktywnej krytyki obecnego rządu, to jest nie do pomyślenia! Na cholerę ta opozycje? SLD-owski kandydat na prezydenta Kielc, porównuje naszą pedalską mniejszość do kóz, lub innych tam zwierzątek, poczym się wycofuje pod naciskiem góry… Co to za partia??? Co się dzieje w tym durnym kraju? Można naprawdę zapaść na jakieś obłąkanie. Zresztą już mam własną wywrotową teorię na to wszystko: PiS i PO w tej chwili tworzą właśnie koalicję, polegającą na tego typu postawie, jaka jest prezentowana. By na bazie wzajemnych antagonizmów utrzymać się u koryta. A widać to po premierze, który kompletnie oderwany jest od rzeczywistości swoich koleżków z parlamentu okładających się nawzajem obuchami po łbach, Tusk w białych rękawiczkach poprawia makijaż przed kolejnym lajfem.

Albo to co się dzieje w warszawie, faszyści zaatakowani przez organizacje lewicowe i socjalistyczne. Jedni na czarno drudzy w maskach – jednych i drugich aresztuje policja, jedni i drudzy się leją wzajemnie i to mają być dla mnie jakieś wzorce? No ludzie zaparzcie sobie jakichś ziółek. Nie tędy droga moim zdaniem. Nie wiem, jestem dziwny, daleko mi do jakiejkolwiek myśli socjalnych – tak wspieranych przez moich braci gejów i siostry lesbijki. Uznaję własność i kapitalizm za jedyne racjonale podstawy ustroju gospodarczego – za świętość, której broniłbym nawet wbrew prawu tego kraju, bo tylko w obronie życia dziś wolno użyć broni palnej. Ale materialny dorobek życia, zdobyty drogą legalnych transakcji – jest nierozerwalną sferą naszego istnienia i tylko właściciel ma prawo decydować o swoim mieniu, który jest jak jego ręka czy noga. Ogołocenie człowieka z dorobku lat jego ciężkiej pracy, jest zbrodnią w moim przekonaniu równą zamachowi na życie tego człowieka. Ktoś mi wypomni, że głosuję na SLD lub że agitowałem na tym blogu za Komorowskim. A na kogo innego miałem głosować? Na mniejsze zło! Ale szczerze mówiąc boję się, że SLD kiedyś dojdzie do władzy i zamiast stawiać na postulaty światopoglądowe, zacznie rewolucję socjalną – a państwo socjalne moim zdaniem się nie sprawdza. Nie jesteśmy Szwedami czy innymi mieszkańcami Skandynawii, Polacy to naród (przepraszam, jeśli kogoś obrażam) oszustów i złodziei – to jest generalizacja to prawda. Ale zapraszam wszystkich oburzonych do mojego męża: zobaczcie na czym polega jego praca i z kim – po kilku dniach wszelkie ideały umierają w cierpieniach, a rzeczywistość staje się posępna i wyjąca o zasadnicze reformy.

Być może z powodu naszej postawy światopoglądowej, oddalamy się od społeczność homoseksualnej, od głównego jej nurtu jesteśmy już bardzo daleko, jednak zawsze będziemy popierać wszystkie ruchy organizacji, mające na celu wywalczenie równouprawnienia – bo jest nam ono potrzebne dla dalszego bezpiecznego rozwoju.

Mimo to jesteśmy gdzieś na marginesie swojej społeczności, głównie z powodu panującej w niej nietolerancji dla innych programowo i ideowo światopoglądów. Sam od pewnego czasu mam coraz większe obawy, przed asymilowaniem się ze środowiskiem. W głównej mierze boję się zakłamania i hipokryzji (oczywiście sam też bywam hipokrytą). Ale manifestacyjne odcinanie się wielu gejów i lesbijek, od ideologii materializmu i egoizmu, jest czystą hipokryzją.

sobota, 13 listopada 2010

John Balance 1962-2004

środa, 10 listopada 2010

Matko! Oczywiście to ja jestem winny. Już nie mam siły opowiadać wszystkich moich win. W każdym bądź razie winny jestem tego, że mój promotor dał mi przedłużkę do 31go października, a ja oddałem mu pracę 25go. Winny jestem tego, że musiałem robić poprawki i spóźniłem się z oddaniem pracy poprawionej o kilka dni. Oczywiście mój promotor jest tylko we wtorki, bo nie prowadzi już żadnych zajęć poza seminarium, bo szykuje się do emerytury, więc tylko w odstępach tygodniowych mogę do dorwać. Winny jestem tego, że nie pomyślałem o kodeksie cywilnym, który daje mi prawo do wysłania listu informującego dziekana o tym, iż pracę oddałem w terminie ale poprawiam po terminie, za aprobatą mojego promotora. Więc wyszło tak, że mój promotor i recenzent chcieli abym bronił się za tydzień we wtorek, nawet zabrali swoje wersje pracy a dziekanat mi pracy nie przyjął. Więc musiałem napisać błaganie o przyjęcie po terminie, ponadto opieprzył mnie dziekan. A że teraz nadchodzą święta z długim weekendem, to decyzja będzie do odbioru w poniedziałek, tak więc wtorkowy termin sobie idzie gdzieś w dal. A pani z dziekanatu wymyśli sobie, kiedy mam się bronić. Zobaczymy…

Tymczasem załatwiliśmy sprawy mieszkaniowe I’, więc jest trochę spokoju i dochodu. To bardzo pocieszająca sprawa, bo powoli stawało się już to dość problematyczne. My zaś gnieździmy się na 12 metrach mojego(naszego) pokoju, do którego jutro przybędzie całe wyposażenie pokoju I’ z mieszkania jego mamy, bo mama od kiedy syn ma własne, kazała mu opuścić jej mieszkanie. To znaczy kilka skrzyń książek nie wiem ile tego jest? 300-500? Dwa regały od ziemi po sufit w tym jeden wyłożony podwójnie. Będziemy je trzymać – nie wiemy gdzie! Będzie trudno i darmo. Ale mąż książek: fantastyki, ezoteryki, filozofii buddyjskich, ziołoleczniczych itd. pozbyć się nie zamierza. Wiec kalkulując ilość pozycji przez wielkość naszego pokoju powstanie tu istna biblioteka. Ale cóż nikt nie mówił, że będzie łatwo…

Koniec. Tak koniec, bo poza życiem uczelnianym – bardziej już tułaczką, od dwóch dni zwozimy z mieszkania I’ jego skarby, robimy remanenty, selekcje itd. Ale jutro największa partia i najwięcej zabawy – więc mam dość od samego myślenia…

piątek, 05 listopada 2010

Co za podły dzień. Jeden z tych, w których udowadniam sobie, że jestem idiotą. Zaczął się on w czwartek o 8:57, kiedy wstałem i poczyniłem ostatnie kroki na drodze mechanicznych poprawek magisterki. Po czym około godziny 14 popędziłem do instytutu poszukać promotora, lub recenzenta doktorka (listonosza). – Zwali go tak kiedyś, kiedy między moim 1 a 3 rokiem studiów, nosił ciągle tą samą granatową marynarkę, później jednak spędził kilka miesięcy w Paryżu robiąc badania i zwiedzając często lasek buloński – w którym miały się dziać czyny lubieżne i bezecne – którymi doktor się zgorszył. Od tego czasu, aby nie kusić licha zaczął przybywać na zajęcia w fikuśnych podkoszulkach i powygryzanych, wytartych dżinsach – czym znów wzbudzał sensację, nosząc się bardziej ekstrawagancko od niejednego studenta.

W każdym razie, moja podróż zakończyła się fiaskiem i totalnym przemoczeniem od deszczu gdyż nie zastałem nikogo. Wróciłem, zatem do domu, do zgrai robotników burzących i montujących coś pod moim oknem – którzy odgłosami i wibracjami cholernych maszyn zbudzili mnie tego poranka. Niezrażony postanowiłem popracować nad kosmetyką tekstu mgr-ki, co zeszło do jakiejś 3 rano dziś. A spamiętawszy słowa mojego promotora: Jak wprowadzi pan poprawki proszę, czym prędzej składać pracę. Czym prędzej przystąpiłem do drukowania, co zeszło do jakiejś 8 rano dziś. Dlaczego drukowałem, a nie dałem komuś do oprawienia czy coś? Bo w mojej katedrze prac się nie oprawia, tylko oddaje w tzw. maszynopisie. Ledwo żywy poleciałem do dziekanatu…

To była naprawdę ważna podróż – zwykle gdy biegałem tą trasą (przez ulice, skwer, dworzec, park, ulicę, tramwajem przystanek, i znów ulicą do instytutu) przez lata minione – rozważałem nad wieloma aspektami mojego życia. Dziś, jako że miała być to pielgrzymka uroczysta – prawie, że finalna. Dopadł mnie niesamowity resentyment, przeglądałem całą historię mojego okresu studenckiego, siliłem się na podsumowania, rozpamiętywałem pierwsze lata, pierwsze papierosy z nowymi kolegami, pierwsze picie z nimi alkoholu, pierwsze zarwane zajęcia i pierwsze sesje, profesorów, doktorów itd. Stawiałem się w obliczu nieuchronności przemijalności ludzkiej egzystencji oraz okładałem obuchem za stracone szanse, za własne tchórzostwo za to, że wiele dobrych znajomości uległo zagładzie, kiedy udałem się dziekański urlop… Kontrastowałem moje błogie acz tragiczne położenie, wiecznie nieszczęśliwego romantyka z równie tragiczną pracą u podstaw, która teraz da mi porządnie po dupie. Oraz to, że mój błogostan dobiega końca, że najcudowniejsze lata już za mną i że moje osiągnięcia są praktycznie nijakie. Eh mój cudowny tragiczny fatalizm dający mi tyle radości w życiu…

Miałem o tym nawet napisać całą notkę na wiele stron, okraszając ją jakąś zbuntowaną melodią chłopaków w getrach z długimi włosami z lat 70-tych. Ale niestety w chwili największego uniesienia – dostałem w ryj…

- Proszę pana – zaszczekała siksa z dziekanatu – nie ma pan podpisu promotora, ani wpisanego recenzenta pracy. Nie mogę panu dziś pracy przyjąć!

- Yyyy???!!!??? Coooo??? Jakiego wpisu? – Dukałem, jednocześnie myśląc: ty wredna…

- Promotora podpisu – wysapała siksa z dziekanatu z dziwacznym uśmiechem na twarzy, w stylu: ale frajer przedemną stoi hi hi hi.

- Ale profesor XYZ – tu zacytowałem jego słowa, w których mówił że po wprowadzeniu poprawek od razu mam składać tego gniota.

- Profesor XYZ jest roztargniony – zaszczebiotała – mógł zapomnieć panu o tym powiedzieć.

Zabrałem więc mój naukowy dorobek, spakowałem się. Cały drżący i wściekły zacząłem iść na przystanek tramwajowy (zawsze z uczelni wracałem komunikacją miejską). Jeśli posturę moją można porównać do Godzili – to z wielką przyjemnością zrównywałem z ziemią całe wyimaginowane miasta. Najlepsze jednak było to, iż dziś upływa mi ostatni termin złożenia pracy, a mój profesor będzie dopiero we wtorek w pracy! Wobec czego mogę jeszcze wylecieć ze studiów, albo co gorsza będę płacił jakąś debilną opłatę – zakładam, że żaden wariant się nie spełni – choć z drugiej strony praktycznie wiem, że bez fajerwerków się nie skończy moja przygoda studencka. Oczywiście cały mój tragiczny nastrój szlag trafił.

Teraz pragnę tylko długiego snu… Ale gdzie tam jutro o 8 rano muszę wstać, bo czekają mnie 4 godziny kursu, na który się zapisałem nie za swoje pieniądze, a którego pierwsze zajęcia musiałem sobie już odpuścić ze względu na kończenie magisterki i równie nieprzespane towarzyszące temu noce.