o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
niedziela, 30 listopada 2008
Small (2008)

Znów jesteśmy na autostradzie, dmucha silny wiatr. Właśnie wychodzimy z poczciwego baru obok stacji, chmury kłębią się nad linią horyzontu. Papierowa torba z zakupami wypchana jest po brzegi, – ale nie tym co kupiliśmy tylko naszymi wspomnieniami. Przejechaliśmy przez kraj, w którym pełno było ludzi – i takich przydrożnych barów, których co kilka mil nastawiali. – Bo od jazdy lepsza była rozmowa, pośród polemik gubiąca noce. Ale życie jest drogą – nic nie trwa wiecznie – kończy się stare – by mogło zacząć coś nowego, bo życie musi dalej trwać. Bo dalej biegnie droga, – od której nie da się uciec. Dlatego pakuje zakupy do bagażnika, odpalam silnik, uchylam okno, jeszcze tylko fajka, ogień i pedał gazu. Nie umiem zatrzymać czasu, umiem jedynie w nim trwać. Na zawsze pozostaje tylko to coś, co ukryło się w mojej torbie wspomnień, teraz jest pusta droga, chmury i nowa przygoda…

wtorek, 25 listopada 2008
Let Me Live (1995)
Heaven For Everyone (1995)

Od momentu wydania „Innuendo” do śmierci Freddiego, czyli prawie przez ostatnie 9 miesięcy życia wokalisty. Trwały prace nad zrobieniem jak największej ilości nowego materiału. Komponowano, nagrywano lub poprawiano i przerabiano materiał, który z różnych powodów nie znalazł się na wcześniejszych albumach. Freddie jak wspominają jego koledzy z Queen miał potrzebę, by zostawić po sobie jak najwięcej. Kiedy zmarł wiadomo było, iż to już koniec historii, dlatego nikt nie spodziewał się kolejnego wydawnictwa Queen po 4 latach od śmierci Mercurego. Na albumie który ukazał się w 1995 roku znalazło się 11 kompozycji, z czego 6 nowych, 2 z projektów muzycznych Rogera Taylora, 2 z solowej płyty Mercurego „Mr. Bad Guy”(1985) i 1 odrzut z „The Miracle”.  – Muzycy oddając hołd zmarłemu wokaliście zasugerowali tytułem płyty, iż pochodzi z samego nieba i sygnowana jest przez żyjącego tam Freddiego. „Made In Heaven” (1995) okazał się sukcesem komercyjnym – promowany przez kilka singli ukazujących się w kilkumiesięcznych odstępach, aż po rok 1996. Queen ostatnim swoim albumem przypomniał się opinii publicznej, a przez promocje ostatnich utworów zapisał w muzycznym kalendarzu świadomości lat 90tych. „Made In Heaven” to też mała legenda wokół Queen. – To pożegnalne piosenki pogodzonego ze śmiercią Freddiego, dlatego też są one dość często puszczane przy okazji różnych specjalnych okazji i może przez to przetrwały do dziś jako niepodważalne kanony muzyczne Queen.

Utwory w kolejności to Let Me Live – śpiewany przez wszystkich 3 wokalistów Queen. Heaven For Everyone, Too Much Love Will Kill You i You Don’t Fool Me. Oraz na koniec ostatni utwór Queen poświęcony pamięci tragicznie zmarłej księżnej Diany w 1997 roku: No-One But You… Znalazł się na składance największych przebojów Queen z 1999r. I na tym koniec serii Queenowej – autor bloga ma już jej serdecznie dość, tak jak i chwilowo ma serdecznie dość bloga – więc robi sobie urlop na jakiś czas – może umrze w tym czasie i będzie spokój…
Too Much Love Will Kill You (1995)
You Don't Fool Me (1995)

A na koniec bonus - ostatni utwór Queen!!!

No-One But You (1997)
poniedziałek, 24 listopada 2008

24 listopada 1991 roku zmarł w wieku 45 lat Freddie Mercury. Dziś mija 17 rocznica jego przedwczesnej śmierci. Siedemnaście lat, a ja go wciąż słucham, chyba nie idę z duchem czasu. A może po prostu „I still…”


These Are The Days Of Our Lives (1991)

W maju 1991 Queen wszedł ostatni raz do studia, by nagrać ostatni już wideoklip do ballady These Are The Days Of Our Lives, którego premiera nastąpiła wraz z kolejnym singlem we wrześniu. Było to pożegnanie schorowanego Freddiego ze swoimi fanami. Pochylił przed nimi głowę i zadeklarował – „I still love you”

A ja mu zawsze odpowiadam – ja ciebie też…

niedziela, 23 listopada 2008

23 listopada 1991 roku. Freddie Mercury wydał oświadczenie prasowe informując o tym, iż przeszedł pozytywne testy na obecność wirusa HIV i że ma AIDS. Oraz że prosi wszystkich by wraz z jego lekarzami i wszystkimi cierpiącymi na tą straszliwą chorobę, połączyli się w walce przeciwko jej rozprzestrzenianiu się…


Rok 1990 upłynął na gorączkowym pisaniu i nagrywaniu nowego materiału. Czas zaczynał odgrywać coraz większą rolę. Wokale trzeba było nagrywać kilkukrotnie, bo Freddie nie miał już sił, więc na nagraniach bywał bardzo krótko. 14 stycznia 1991 roku ukazuje się pierwszy singiel promujący nadchodzące wydawnictwo. Jest to utwór Innuendo który mimo, iż trwa sześć i pół minuty trafia od razu na miejsce pierwsze brytyjskich list przebojów. Wydana na początku lutego płyta „Innuendo” okazuje się jednym z najlepiej sprzedających się albumów roku 1991. Od czasu pokazania się wychudzonego Mercurego, na rozdaniu brytyjskich nagród muzycznych w 1990 roku. Nie ustają spekulacje prasowe dotyczące stanu zdrowia wokalisty Queen. Prasa wprost insynuuje (Innuendo – insynuacja, pomówienie – często dotyczące sfery seksualnej), iż Freddie choruje na AIDS. Czemu zespół kategorycznie zaprzecza. W marcu ukazuje się drugi singiel nowej płyty do utworu I’m Going Slightly Mad, do którego Queen robi kolejny klip. – I jest to ostatnia wielka kreacja Freddiego, w której wciela się w postać tytułowego szaleńca. Sam teledysk zaś zawiera liczne odwołania do motywu śmierci. Aby wystąpić w tym klipie – Freddiego ubrano na cebulkę, aby potem wcisnąć na niego garnitur. Następnie specjalnie go ucharakteryzowano, zaś samego nagrania dokonano na czarnobiałym filmie, przy jednoczesnym silnym oświetleniu postaci, czym udało się osiągnąć efekt zamierzony, czyli doskonałą kreację Mercurego i zamaskowanie jego prawdziwego wyglądu.

I'm Going Slightly Mad (1991)
W maju wydano trzeci singiel do utworu Headlong, który miał być skierowany na rynek Amerykański i gdzie z sukcesem wylądował na miejscu pierwszym list przebojów. Ciekawostką jest to, iż sam klip do utworu zrobiono dużo wcześniej, bo prawdopodobnie pod koniec 1989 lub na początku 1990 roku, kiedy ten utwór powstał. Więc wizerunek Freddiego jest tu podobny do jego kreacji z "The Miracle"
Headlong (1991)

W maju również Queen wszedł ostatni raz do studia by nagrać ostatni już swój klip…, którego premiera nastąpiła wraz z kolejnym singlem we wrześniu, wtedy też Freddie pożegnał się z fanami… Piątym zaś promującym „Innuendo” singlem – został kolejny sztandarowy utwór The Show Must Go On, który ukazał się na miesiąc przed śmiercią wokalisty, a wobec tragicznego stanu zdrowia Freddiego klip zmontowano ze starych teledysków Queena. Działalności Queen i Freddiego w szczególności, w roku 1991 nie można sprowadzić jedynie do promocji ostatniego albumu, ponieważ po jego premierze muzycy zabrali się z powrotem do pracy tworząc kilka nowych utworów, które ukażą się dopiero w cztery lata po śmieci Mercurego na pośmiertnym wydawnictwie „Made In Heaven” (1995). Wobec czego praca twórcza Freddiego mimo potwornej choroby, która wyssała z niego życie zakończyła się na miesiąc, półtora, przed jego faktycznym zgonem, kiedy stracił całkowicie głos. Do późnego lata 1991 roku prawdopodobnie do września, tylko kiedy miał siły był dowożony do studia by nagrywać partie wokalne do nowych utworów i mimo problemów z głosem, które wystąpiły z powodu powikłań, do dziś twierdzi się iż na dwóch ostatnich albumach jego wokal jest wyjątkowo ostry i perfekcyjny.

Innuendo to dla fanów Queen święty album, muzycy odważyli się dać ponieść swoim fantazjom. Dlatego Brian postanowił tupnąć rockową nogą, a Freddie zaśpiewać pioseneczkę o miłości do swojej ulubionej kotki (miał kilka kotów ja słyszałem o magicznej liczbie 7).

The Hitman (1991)
Delilah (1991)
sobota, 22 listopada 2008

Z pośród 5 utworów promujących „The Miracle” moją uwagę obok Breakthru przykuł w szczególności Scandal. Opowiadający o niepotrzebnym, nachalnym, niszczącym prywatność zainteresowaniu mediów sferą prywatną znanych ludzi. Utwór napisany przez May’a i Mercurego. Dotyczył tego, co było problemem całego kwartetu Queen. Gdzie paparazzi wdzierali się na tereny ich posesji, lub ścigali członków grupy samochodami po ulicach angielskich miast. Jak można się domyśleć szczególną obsesją dziennikarzy był Freddie. Koczowali oni pod jego Londyńską posesją, więc chory muzyk nie ruszał się ze swojego domu, nie mógł wyjść nawet do własnego ogrodu, ponieważ każde jego pojawienie się poza domem lądowało od razu na czołówkach bulwarówek. Swego czasu właśnie od roku 1989 co rusz pojawiały się artykuły i spekulacje na temat zdrowia i życia Freddiego. Znany był jego biseksualizm i bujne życie seksualne, – dlatego padały różne spekulacje i oskarżenia tłumaczące zniknięcie grupy Queen.

Scandal (1989)

Drugim utworem, który dziś wrzucam jest Bijou – które traktuję jak wprowadzenie do pożegnalnego albumu „Innuendo” (1991). Na LP jest to przedostatni kawałek. Ale kompletnie inny od pozostałych propozycji na albumie. Opiera się ma jednej prostej zwrotce, w zestawieniu z wariacjami na gitarze Briana, ze smyczkowym podkładem jako tłem dla całości. Ten krótki utwór można śmiało określić jako perłę „Innuendo” – Taka historia o przeznaczeniu wiecznej miłości, – brzmi troszkę dla mnie jak miłość do śmierci. I chyba o to tu właśnie chodzi…  

BIJOU

You and me

We are destined

You’ll agree

To spend the rest of our lives with each other

The rest of our days like two lovers

For ever – yeah – for ever

My bijou…

Bijou (1991)
piątek, 21 listopada 2008

Moja opowieść zatacza koło. Oto znów jest rok 1989. Chory na AIDS Freddie Mercury wraz z kolegami tworzy nowy album. Po trzech latach od ostatniej trasy koncertowej wraz z nowym wydawnictwem, nie pojawia się zapowiedź żadnej następnej. Nowy album promowany jest serią singli wraz z towarzyszącymi im klipami. Następuje też znaczna zmiana wizerunku Freddiego, a wraz z nim reszty muzyków z Queen. Znikają frywolne, modne ciuszki z lat wcześniejszych gdzie Mercury bez oporów szalał w dziwacznych kombinezonach, skórach, czy z samym gołym torsem. Wszystkie te elementy zastępują dobrze skrojone garnitury lub inne skrzętnie zakrywające wszystko stroje. Szczególnie Freddie miał doskonałych stylistów, którzy potrafili maskować jego utratę wagi, doradzono mu rezygnacje z charakterystycznych wąsów i zapuszczenie zarostu. Broda miała spełniać funkcję maskującą, pokrywając policzki zakrywała ich wklęsłość, oraz wszelkie problemy skórne, które miał Mecury z powodu swojej choroby. Zresztą kamera nie pokazywała już Freddiego w zbyt długich ujęciach, jego twarz ucieka z kadru, albo jest fotografowana z dystansu. Wobec tych wszystkich zmian prasa rozpoczęła rozliczne spekulacje, i polowanie na wokalistę Queen. Freddie powoli stał się więźniem własnej willi, chcąc za wszelką cenę bronić swojej prywatności. Wszystkie promujące album „The Miracle” teledyski są pełne energii. Freedie szaleje na platformie kolejowej, albo na scenie, albo na wybiegu, albo w prywatnym domu. – Lecz wszystko to zakrywa rzeczywisty obraz jego stanu zdrowia i to, co działo się już poza zasięgiem kamer. Patrząc tylko na jego twarz i w jego oczy widać coś niepokojącego, jakiś taki smutek i powagę mimo wszystkiego tego, co dzieje się na scenie… To mój ulubiony okres, jeśli chodzi o Mercurego. To jest ten koleś, którego zawsze widzę kiedy myślę o Queen. Nie z lat siedemdziesiątych ani z osiemdziesiątych, tylko ten z okresu 1988-1991. To jest mój Freddie – mój idol – a wszyscy poprzedni moim zdaniem byli niedojrzali – niepoważni. A ten doskonale ubrany, z delikatnym dobrze wypielęgnowanym zarostem – jest dla mnie jakimś takim synonimem geja! Wiem że żyję w innym świecie – ale dojrzały homoseksualny mężczyzna – kojarzy mi się z tym Freddiem z roku 1989. Dlatego że ma klasę – coś co odróżnia go od dobrze ubranych pingwinów, coś specyficznego. Zwłaszcza w tym klipie – do Breakthru który po prostu uwielbiam. Potrafię go godzinami oglądać. Ten Freddie mi imponuje – mimo iż umiera – iż wie, że umiera i nic go już nie uratuje - to robi swoje z ogromną pasją (podnosi mnie za każdym razem na duchu). I ja chciałbym mieć taką pasję – aby nawet w obliczu śmierci – nie uciec, tylko realizować coś do końca, aż po kres mych sił. I aby w wieku 43 lat tak wyglądać i mieć taką kondycję… ha marzenie…

Breakthru (1989)
Ten pociąg jechał z szybkością do 60km/h!

Drugim utworem jest – takie coś o miłości i nie miłości – jeden ze spokojniejszych utworów na „The Miracle” – który wyróżnia się na tle całego albumu. I może nie jest to też nic wolnego – ale to połączenie rytmicznego basu i zawodzącej gitary wprowadza mnie w jakiś taki nostalgiczny nastrój – a może winne temu jest kilka prostych zdań, które padają w tej piosence – tak prawdziwych i banalnych że aż życiowych…

My Baby Does Me (1989)
czwartek, 20 listopada 2008
The Works (1984)
Is This The World We Created? (A Kind Of Magic tour 1986 Live at Wembley)

Nie było nic chyba jeszcze o miłości. Dlatego postanowiłem dziś nadrobić ten zatrważający brak. Choć będzie to miłość w dwóch wydaniach, a jedna inna od drugiej… Obie tak bardzo potrzebne i obie tak blisko, bo stykamy się z nimi na co dzień, a bez których zachwianiu ulega definicja człowieka…

A Kind Of Magic (1986)
One Year Of Love

A jako bonus sztandar Queen, utwór który stał się ikoną popkultury, wykonany podczas ostatniej trasy koncertowej na żywo przez swoją matkę! I może nie w najlepszym wydaniu i formie, jaką widziałem ale nigdy później nie był już wykonywany na żywo, na takim koncercie dla takiego audytorium, jak wtedy w 1986 roku.

News Of The World (1977)
We Are The Champions (A Kind Of Magic tour 1986 Live at Wembley)
środa, 19 listopada 2008
The Game (1980)
Play The Game (Hot Space tour 1982 Live at the Bowl)
Czas ucieka i już jesteśmy w latach osiemdziesiątych. W dekadzie, w której Queen przebił wszystko i przez lata między 1984-1986 nie znikał z telewizji i radia. Promując dwa najbardziej komercyjne albumy „The Works” (1984) i „A Kind Of Magic” (1986) – z którego utwory wykorzystano do filmu Nieśmiertelny. W owym czasie grupa była prawie ciągle w nieustającej trasie koncertowej. Wtedy też podczas koncertów w Japonii w 1986 roku pojawiły się pierwsze symptomy problemów zdrowotnych Mercurego, które szybko połączył z wiedzą, iż już dwóch z jego byłych kochanków zmarło na AIDS. W tym samym roku prawdopodobnie też dowiedział się, że i on cierpi na tą samą nieuleczalną chorobę. Freddie zdawał sobie sprawę, iż jego życie jest zagrożone, choć jak wspominałem wcześniej, początkowo wierzył w potęgę medycyny i stanu własnego konta. Podobno swoje nosicielstwo przyjął ze spokojem – zwierzając się kiedyś swoim bliskim przyjaciołom iż „każdy musi nieść swój bagaż, niezależnie od tego jaki on jest, ja mam swój bagaż i ty masz swój i musimy go nieść do końca”. Dziś chciałbym się jednak skupić na dwóch wcześniejszych wydawnictwach Queen z lat osiemdziesiątych; na płycie „The Game” (1980) i „Hot Space” (1982). O ile „The Game” była jeszcze miejscami troszkę surowszą kontynuacją „Jazz” – opartą na czystym i czasami nawet garażowym rytmicznym brzmieniu instrumentów, o tyle Hot okazała się całkowitym przewrotem stylistycznym Queen. Album został zdominowany przez syntezatory i automaty perkusyjne. – Można by rzec, że muzycy zauroczeni techniką kupili nagle wszystkie syntetyczne nowości wydające dźwięki i postanowili użyć na nowej płycie. Tak więc cała stylistyka wypracowana przez ostatnie 12 lat (Queen powstał w 1970 roku; pierwszy album wydał w 1973) w mgnieniu oka upadła, wyparta dyskotekowymi i black-funkowymi rytmami. Queen po klapie albumu wycofał się z tak radykalnej zmiany brzmieniowej. Jednak wykorzystując dalej w rozsądnej ilości mieszankę pop papki z elementami granymi wcześniej w poprzedniej dekadzie, wylansował Queen w nadchodzących latach swoje największe przeboje (lat osiemdziesiątych!!!). Dziś tytułowy utwór albumu „The Game” w wersji koncertowej i piosenka napisana przez Freddiego w hołdzie Lennonowi – Life Is Real (Song for Lennon) z „Hot Space” a jako bonus We Will Rock You (Fast).
Hot Space (1982)
Life Is Real (Song for Lennon)

A na koniec mały bonus...
News Of The World (1977)
We Will Rock You (Hot Space tour 1982 Live at the Bowl)
wtorek, 18 listopada 2008

Kiedy już miałem całą dyskografię Queen na półce, wpadł do mnie mój kumpel, który dla ojca nagrywał różne płyty i powiedział żebym mu nagrał największe hity grupy. Zaczęliśmy przeglądać każdą płytę po kolei, i wybieraliśmy to czy tamto. I tak na pirackiej składance znalazł się utwór Jealousy z albumu „Jazz”(1978). Potem kiedy spotkałem się z tym kumplem ponownie – stwierdził, iż ten numer jest po prostu zajebisty. I aż dziw, że nie został kolejnym hitem. No ale cóż musiał konkurować na albumie z „dziewczynami o grubym zadzie”, „rowerkiem” czy z „nie zatrzymuj mnie teraz” i jakoś zaginął w machinie promocji… Ale dla nas już zawsze, ta balladka będzie przebojem.

Jealousy (1978)

„Jazz” poza trzema wspomnianymi wyżej hitami, był jednym z najlepszych i najbardziej równych albumów. Doskonale przemyślany, można powiedzieć klasyczny, surowy album – rodem z lat siedemdziesiątych, dla mimo wszystko wymagającego słuchacza. Dlatego stoi on u mnie wyjątkowo wysoko. – I jest dobrym przykładem tego, iż Queen potrafił uciec (ewoluował) od eksperymentów pierwszych płyt, – które wyraźnie były zróżnicowane pod względem autorskim, na kiczowate utwory Mercurego, niespokojne i melodyczne May’a i rock’n’rollowe Rogera Taylora. Od albumu „Jazz” już żadnych różnic nie widać, muzycy dotarli się, i dojrzali do robienia wszystkiego razem jako zespół, a nie jako zbieranina. Na koniec utwór tytułowy z tej płyty More of that Jazz w wykonaniu jego autora Rogera Taylora

More Of That Jazz (1978)

Hm(???) a gdyby jednak Freddie nie umarł w 1991 roku? Czy poniższy utwór stałby się kolejnym przebojem z następnej płyty Queen? Ciekawe. Choć jest to dość kontrowersyjna piosenka mówiąca o tym, iż niewolno zapominać nazizmu ani zaprzeczać, iż to zło było kiedyś na świecie. Roger Taylor...

Roger Taylor
Nazis (1994)
poniedziałek, 17 listopada 2008

Dziś będzie groteskowo bo Freddie kochał lata 20te.

Seaside Rendezvous (1975)
seksualne orgie rozpoczynała projekcja starych filmów, a potem wszyscy się kochali...
Fairy Feller's Master-Stroke / Nevermore (1974)

Dlaczego piszę teraz o Queen? Jest to chyba najważniejsze pytanie, jakie zadaje sobie mój czytelnik, kiedy zagląda na mojego bloga. Już idea kolejnej rocznicy, jakby nasuwa pewną podpowiedź. Zbliża się 17 rocznica śmierci Freddiego Mercury – która spełnia też dla mnie rolę mojego światowego dnia walki z AIDS (zamiast 1 grudnia). Zbliża się dzień istotnej refleksji. Jak co roku robię sobie takie rekolekcje Queenowe. Może dlatego, że jak to wyczytałem w jakimś komentarzu na youtube, głos Mercurego to kombinacja Jezusa i orgazmu. Może dlatego, że Queen był pierwszym moim kontaktem z gejowskim światkiem, a może martyrologia choroby i śmierć jego lidera została mi w pamięci jako przestroga. A może kojarzy mi się z ojcem, kiedy jak byłem malutki, puszczał w aucie kasetę Greatest Hits II Queen. I opowiadał, że ten wokalista co śpiewa, umarł na zapalenie płuc! A mi robiło się przykro, no bo jak to, (kurwa) taki miły wokalista z którym można sobie pośpiewać w autku „la la la la”, albo „bicycle-bicycle”, albo „mama uuuu”, albo „radio ga ga” – umarł?!!?. I to na zapalenie płuc, a przecież duzi ludzie nie umierają na zapalenie płuc. I w takim przekonaniu żyłem przez lata… Aż tu w 2000 roku – spotkałem na wakacjach fanatyka, który opowiedział i pokazał mi więcej i więcej, wtedy jako młody ukrywający się gej poczułem jakąś więź z tą grupą i jej frontmenem, a jego śmierć zasiała strach w moim sercu… Ale Queen nie stał się dla mnie istotny tylko ze względu na Freddiego. Tylko dzięki temu, iż był to prawdziwy zespół, który poza promującymi kolejne albumy hitami, wkładał też do swojej twórczości sporo ambitnego materiału i wychodziło mu to genialnie. Gdzie kawałki pisali czterej kolesie. W tym Brian i Freddie konkurowali ze sobą, o to czyj numer wyjdzie jako pierwszy singiel, i który włoży więcej w opracowywany materiał, oraz gdzie nie było jednego wokalisty tylko trzech. Co słychać na wszystkich albumach między 1973 a 1980 rokiem, kiedy część własnych numerów wykonywali Brian i Roger (perkusja). Mercury zdominował wokal w Queen dopiero od 1982 roku od albumu „Hot Space”. Choć i tak May’a słychać w Who Wants To Live Forever (1986) czy w I Want It All (1989), oraz w dwóch utworach z płyty „Made In Heaven” (1995) nagrywanej od wiosny do jesieni 1991 roku. W Mother Love – gdzie kończył śpiewać drugą zwrotkę po zmarłym już Freddiem i w Let Me Live, gdzie śpiewają wszyscy trzej wokaliści Queen. Dlatego teraz robię coś w hołdzie – (upraszczając – bo żyjemy w świecie zdominowanym przez prostotę) literce Q, a co znaczy to dla mnie, już wam chyba powiedziałem. Choć runął mój pierwotny plan na cały ten projekt, to staram się spełnić jakkolwiek własne standardy. Dlatego spróbuję uciec jak najdalej od odgrzewanych kotletów i poszukać Queen dalekiego od swojej plastikowej sztampowości.


Dziś będzie Punkowo(???) i Metalowo(???) bo Queen lubił eksperymenty...

Sheer Heart Attack (1977)
a żeby nie było że kłamię to czarny Queen też istniał...
Sheer Heart Attack (1974)
Stone Cold Crazy
 
1 , 2