o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
czwartek, 28 lutego 2013

20 lat temu zespół Rush, na dwudziestolecie swojego pożycia muzycznego, oraz z okazji czterdziestki w metryczce poszczególnych panów z tria - spreparował piętnasty w swym dorobku album studyjny Counterparts. Bardzo dobrze przyjęty przez fanów, krytykę itd.

Dla mnie przez lata, najważniejszym z jedenastu kawałów był ostatni. Taki mój mały hymn, z którego banalnym do przesady refrenem - utożsamiałem się przez lata. Był mi pomocny nie tylko w najtrudniejszych czasach, ale nawet czasem teraz, kiedy trzeba wyjść z pozorowanego ukrycia, by walczyć o swoje.      

 

In the house where nobody laughs

And nobody sleeps

In the house where love lies dying

And the shadows creep

A little girl hides, shaking,

With her hands on her ears

Pushing back the tears, 'til the pain disappears

 

Mama says some ugly words

Daddy pounds the wall

They can fight about their little girl later

Right now they don't care at all

No matter what they say...

No matter what they say...

 

EVERYDAY PEOPLE

EVERYDAY SHAME

EVERYDAY PROMISE

SHOT DOWN IN FLAMES

EVERYDAY SUNRISE

ANOTHER EVERYDAY STORY

RISE FROM THE ASHES -

A BLAZE OF EVERYDAY GLORY

 

In the city where nobody smiles

And nobody dreams

In the city where desperation

Drives the bored to extremes

 

Just one spark of decency

Against a starless night

One glow of hope and dignity

A child can follow the light

No matter what they say...

 

EVERYDAY PEOPLE

EVERYDAY SHAME

EVERYDAY PROMISE

SHOT DOWN IN FLAMES

EVERYDAY SUNRISE

ANOTHER EVERYDAY STORY

RISE FROM THE ASHES -

A BLAZE OF EVERYDAY GLORY

 

If the future's looking dark

We're the ones who have to shine

If there's no one in control

We're the ones who draw the line

Though we live in trying times -

We're the ones who have to try

Though we know that time has wings -

We're the ones who have to fly

NO MATTER WHAT THEY SAY

 

 

wtorek, 26 lutego 2013

Susan Sontag, gdzieś na przełomie lat 40-tych i 50-tych, zapisała w pamiętniku o postaci X, że jest już 67-letnim starcem. I nie chodziło tu bynajmniej o stan umysłu - tylko o metrykę. Tak, była ona dzieckiem epoki kultu młodości. Kultu, wówczas, jeszcze w powijakach i chyba nikt nie przypuszczał, że zdominuje on tak szybko cały świat. 

Dziś, drugi singiel do albumu "The Next Day" wydał starzec David Bowie.

Starzec?

Definicja starości, uległa w ostatnich 30-stu latach - prawie że - fundamentalnym zmianom. Przesuwając według umiarkowanych, starość o co najmniej dekadę, a według radykałów nawet o dwie dekady - ten finalny okres życia.

Czy Bowie jest starcem? Cholera by go wzięła - ale nie wygląda :)  

Stars are never sleeping

Dead ones and the living 

Zapowiada się pysznie...

poniedziałek, 25 lutego 2013


5 - zawiera w sobie coś doskonałego, zarówno jako znak graficzny i jako liczba. Dobrze można nią kończyć, dobrze, kiedy się ją ma. Piątka sprawia, że choćbyśmy się tak czuli – to nikt nam nie uwierzy, że jesteśmy zupełnie początkujący. Bardzo dobrze można z tej cyfry wyprowadzić kontynuację. Nowy początek, już bez stresu i nieprzespanych nocy. Z piątką za pasem, wydaje się złudnie, że niby już co nieco wiemy, lecz jeszcze wszystko przed nami.      

Siadając do tej notki, przejrzałem sobie wpisy sprzed lat. Kim właściwie wtedy byłem? Czego szukałem? Czego się bałem? O co chodziło w moim życiu wtedy i jak bardzo się to zmieniło dziś, gdzie jestem teraz?

Przecież wszystko nas zmienia, każdy oddech, każda książka, płyta, każdy nowo poznany człowiek. Żeby się lepiej przyjrzeć temu komuś, kim byłem te pięć lat temu, zacząłem słuchać muzyki, którą zostawiałem za sobą na blogu. Ktoś, diametralnie inny zaczynał pisać tego bloga w 2008 roku. Ktoś zupełnie inny, o innej wrażliwości i potrzebach – niż ten, kto siedzi tu teraz. Wtedy „chciałem umrzeć z miłości”, chciałem być nabywcą marzeń. Byłem „chłopcem z dynamitu”, patrzącym rzewnie i pełen strachu w świat. Najbardziej ukochałem pejzaże zachodzącego dnia – które słońce malowało wespół z wiatrem na niebie. Potrafiłem godzinami wychylać się z okna i odpływać, paląc papierosa, na jednej z tych leniwych chmur.

Och, jak ja się wszystkiego bałem, jak bluzgałem na wszystko, stawiając kosy na sztorc. Zarzekałem się, że zabiję, że się będę bronił, że nie stanie się nic nigdy. A z drugiej strony, dawałem się wodzić za nos głupcom wszelakiej maści. Byłem gotów uwierzyć we wszystko, jeśli tylko ktoś potrafił sprytnie kłamać.

I niesamowite, jakie to dziś jest śmieszne! To wszystko jest takie zabawne. I troszkę żal, że tak krótko. Tak krótko człowiek jest naiwnie głupi – potem jest się już tylko albo totalnie głupim, albo głupio głupim. A czas naiwności, niewinności, smak wszelkiej nowości, wszystkie pierwsze razy: wszystkie ekscytujące, pełne emocji i niebezpieczeństw – wszystko to gdzieś odchodzi. Stając się ledwo uchwytną tęsknotą.

Tak, to było 5 lat temu. Zaczynałem tu pisać, bez celu i bez zastanowienia się – pod wpływem jakiegoś romantycznego kopnięcia. To była trochę deska ratunku...

Nie na krześle, nie we śnie

Nie w spokoju i nie w dzień

Nie chcę łatwo, nie za sto lat

Chciałbym umrzeć z miłości


Nie bez bólu i nie w domu

Nie chcę szybko i nie chcę młodo

Nie szczęśliwie i wśród bliskich

Chciałbym umrzeć z miłości

(Tusk) "raczej nie przekonał jednak swojego nowego wicepremiera Jacka Rostowskiego. - Jak byłem młody, to w Wielkiej Brytanii za kontakty homoseksualne szło się do więzienia. Dziś pary gejowskie adoptują tam dzieci. Nie łudźmy się, to jest równia pochyła - tłumaczył minister finansów. Inny konserwatywny poseł PO, Antoni Mężydło, wtórował z kolei premierowi. - Nie jestem homofobem. W akademiku mieszkałem w pokoju z gejem, i cytując Szymborską, byłem próbowany. Rozumieliśmy się bez słów i kolega się wyprowadził - powiedział".

sobota, 23 lutego 2013

To, to coś może wydawać się komiczne, ale pod maską tego politycznego kuriozum - kryje się cała paleta skrajnych poglądów. Niebezpiecznych o tyle, że przyzwalających na użycie "ostrej amunicji" - w postaci całej palety fizycznej agresji - w stosunku do przeciwnika politycznego.

Coś się stało złego - w naszym - i generalnie pośród europejskich społeczeństw. Obecne pokolenie nie pamięta, nacjonalistycznych napięć, które po 1918 roku - doprowadziły do narodzin skrajnych ideologii wykluczenia i podziału. Nie pamięta lat 20-tych, 30-tych XX wieku. Nie potrafi zrozumieć tragizmu wojny, wykluczenia, getta itd. Wreszcie zagłada Żydów, zaczyna być postrzegana jako mit lub co gorsza jako fantastyka. 

Politycy, oni również jakoś dziwnie zasnęli, i troszkę przypominają tych tchórzliwych mężów stanu - międzywojnia. Odważni (czasem) w gębie i zupełnie pozbawieni ikry w działaniu (zazwyczaj). W niektórych krajach (stanach) UE, sami sobie wyhodowali problem, odrzucając cały XIX-sto wieczny model asymilacji, od likwidacji gett dzielnicowych, aż po przymusowe golenie brody. Oczywiście - NIE - żebym był zwolennikiem przymusowego golenia bród i noszenia garniturów, ale tylko pewne stanowcze posunięcia, pozwoliły zbudować nowoczesne społeczeństwa europejskie w drugiej połowie XIX wieku. I o zgrozo, wtedy, w tych zasymilowanych - etnicznie nie-do-odróżnienia społeczeństwach - znaleziono abstrakcyjnych winnych - ofiary, i oprawców. W takim razie dziś, kiedy w zachodnich krajach Europy, nie trzeba zaglądać w spodnie, tylko od razu wskazywać dzielnice do odgrodzenia i skrzyżowania do budowy strażnic - kiedy to się stanie? Nie będzie miało znaczenia - dlaczego - każdy powód będzie dobry, kiedy frustracje sięgną zenitu. Nie ma znaczenia również, która strona - zacznie. Nie istnieje dziś już jednolity podział na oprawców i ofiary.

To będzie swoista powtórka z rozrywki. Coś jak rozszalały huragan - wypadkowa, wpływu na środowisko człowieka oraz anomalii jakie się zdarzały od początku powstania tego globu. To będzie wypadkowa francuskich wojen religijnych z hugenotami oraz holocaustu.

Oczywiście to fantazja. Tak być nie musi, tak być nie powinno, tak być nie może. Ale kiedy słucham tego politycznego kuriozum. Kiedy posłom o innych poglądach niż jedyne święte i apostolskie - zalewa się farbą okna biura politycznego. Dziennikarzom i urzędnikom z KRRiT, wysyła się listy z pogróżkami, zapowiadającymi wyrok śmierci z datą wykonania w marcu br., a do korespondencji wkłada się kawałki sznura. To oczywiście - może to być żart i prowokacja. Ale jeśli nie? Co wtedy? Wet za wet? Powołanie SA (już powołują tego typu organizacje ruchy narodowe), a potem SS?

Co dalej...?     

15:40, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lutego 2013

W dobie kryzysu. W godzinie dyskusji o pakcie fiskalnym, o euro walucie, o związkach partnerskich, o abdykacji Benedykta XVI, o przyszłości PO itp., kiedy meteoryty spadają nam na głowę, a media wymiotują bezsensowną sieczką informacyjną - nad świat nadciągnęła straszliwa zaraza harlem szejk. Uwaga to może być śmiertelne!

poniedziałek, 18 lutego 2013

A jednak z tym Szatanem (Diabłem) to nie przesada. Zło, namówiło niewinnego chłopaka do zasztyletowania innego, działo się to w nocy w centrum Łodzi. Teraz poseł Ziobro, planuje zrobić konferencję w miejscu mordu, w której będzie nawoływał do budowy większej ilości kościołów. Poseł Joński, zrobił już swoją konferencję z okazji mordu w centrum miasta - nawołując zapewne do prohibicji na wódkę. Pod wpływem - której - morderca miał kontakty z demonami! PiS, zastanawia się czy nie zrobić konferencji w Warszawie, gdzie noc później grupa siedmiu niewinnych bandytów, maczetą odrąbała rękę jakiemuś człowiekowi, drugiej ręki nie udało się uciąć - niemniej próbowano!

W sprawie łódzkiej, czekamy również na głos Janusza Palikota. Ofiara była razem ze swoją dziewczyną, kiedy oboje wyszli z klubu, dziewczyna postanowiła przysiąść na murku sklepowej witryny - UWAGA - wyciągając nogi na chodnik! W myśl słów prezesa Janusza odnośnie Wandy Nowickiej - partnerka ofiary - sama prowokowała (niewinnego) napastnika do gwałtu. A wiemy, że niewinny, kuszony przez Diabła morderca, nie miał zamiaru nic zrobić żadnemu chłopakowi. Z facetem? Bleeee! To wina dziewuchy! A że tamten chłopczyk obrońca się wciął między..., tam gdzie nie powinien, to dostał noża. To takie przecież ludzkie nie? Nie? Tu wina jest po stronie tej, która wyciągnęła nogi. Ją powinno się sądzić!

Ok., muszę zmykać. Właśnie usmażył mi się popcorn. A dziś na srebrnej arenie, pokazują kolejne szoł. Błękitny24 relacjonował właśnie transport Mamy Madzi z aresztu w Katowicach do sądu. Całą trasę przejazdu - kondukt. Podobno sala sądowa pęka w szwach. Nie mieliśmy za wielu zbrodniarzy wojennych na ławach naszych wymiarów sprawiedliwości, na szczęście mamy Mamę Madzi. Może zdarzy się cud i sąd wymierzy karę - oddania zbrodniarki w ręce rozwścieczonego tłumu. Ile by się dało wtedy na reklamach zarobić? Telewizja24 zrobiła by program specjalny, z głosowaniem audiotele - "Jak według Ciebie rozwścieczony tłum zabije Mamę Madzi?". Do wygrania darmowe wejściówki na publiczną egzekucję.

I z ostatniej chwili!!! Szef fundacji antypedofilskiej zdefraudował pieniądze, które wpłacano na rzecz ofiar tego przestępstwa. Drogie wakacje i luksusy - za kasę maltretowanych i w intencji maltretowanych dzieci. Czy spotka go los Mamy Madzi? Tą odpowiedź i wiele innych poznamy już wkrótce!

Ayj! To mój prywiślański kraj!  

 

niedziela, 17 lutego 2013

To było tuż przed erą dilaksów, bonusów i takich tam. Kiedy odbiorca otrzymywał 10-13 premierowych utworów, od, z dawna wyczekanego artysty.

A teraz, świetny przykład z Bowiem i Depeche Mode, zapytany pan z wielkiej sieciówki, po pierwsze zmroził mnie groźbą bandyckiej wyłączności dla sieci empik, która chciałaby mieć obie ważne dla mnie premiery marcowe - tylko dla siebie. Po drugie wyśpiewał, że oba albumy ukażą się w trzech postaciach (boskich). Dla zwykłych odbiorców CD, dla lepszych dilaks z drugim krążkiem zawierającym bonusy, oraz dla najbardziej wytrwałych wyznawców wersja vinyl + CD + CD dilaks. To mi trochę przypomina tekst Kazika Staszewskiego z początków lat 90-tych, że wszyscy artyści to...

Ale takie mamy czasy.

Prawie wszystkie reedycje starych albumów, wielkich i znanych gwiazd, zawierają jakieś utajone bonusy - które nie weszły na oryginał. Z tą różnicą, że dziś nastała era dilaksów i każdy szanujący się artysta, dokłada coś dla tych lepszych fanów od razu, a nie po latach. Gorszym, zostawiając jeszcze gorsze rozwiązanie w postaci - mega idiotycznej akcji (tylko chyba nad Wisłą wykoncypowanej) - "zagraniczna płyta w polskiej cenie", co jest już gwałtem w biały dzień. 

Zaś ja będąc dumnym z siebie bucem, kupię wersję dilaks, chociaż nie super dilaks, bowiem czarna płyta w obecnej chwili, z powodu czego strasznie ubolewam, zwyczajne by się u mnie kurzyła...

Ale na przykład DM, jeszcze do 2005 roku nie wydawał żadnych bonusów nad standardowy album. Stąd, tylko fanatycy nabywający single, mogli poznać odrzuty z sesji nagraniowej. Szersza publiczność nie miała często o nich pojęcia, a szkoda, bo niektóre bi-sajdy są znakomite, czasem nawet lepsze od podstawowego składu. 

Dziś strony B z albumu PTA (2005).

środa, 13 lutego 2013

Pontyfikat tragiczny, tak z perspektywy lat 2005-2013 wygląda dobiegający końca okres papiestwa Benedykta XVI. Dziś (11.02.2013) papież ogłosił, że abdykuje i będzie to pierwsze zrzeczenie się urzędu od 1415 roku, kiedy po 9 latach abdykował Grzegorz XII. W czasach nowożytnych to pierwsza de facto abdykacja wynikająca z samoistnej decyzji pełniącego urząd kardynała.  

Mój znajomy trafnie na fejsbóku zauważył, że Benedykt XVI będący konserwatywnym wrogiem ponowoczesności, swą rezygnacją zmienia się w postmodernistę. Zaprzecza tym samym samemu sobie i konserwatywnej teologii, której był strażnikiem. Ale niewątpliwie zapisuje się w historii jako „ten, który abdykował”. Tym aktem słabości, który wszyscy jego stronnicy w spódnicach, próbują zamienić w akt chwalebny, w akt roztropny i wielce przenikliwy, mówi nam zaprawdę – bracia, mój dorobek zostaje przekreślony. Całe osiem lat zmarnowane. Kościół, pozostawia w bardzo trudnej sytuacji. Jest nim tak bardzo strudzony, że ucieka i zostawia swój okręt bez kapitana. Pokazując tym samym zatrważającą słabość instytucji, którą kierował.

Stronnicy papiestwa mówią, że to bzdura, że centrum kościoła przeniosło się do Ameryki Łacińskiej i Południowe j oraz do Afryki. A w Azji trwa święta wojna z islamem. Nic bardziej mylnego. Dla Benedykta XVI to Europa miała być miejscem odrodzenia się wiary. Co prawda wiary dla wybranych, stąd tak bardzo gardzono w Watykanie Polską bałwochwalczą religijnością. Religia, którą chciał krzewić niemiecki papież to wyznanie surowe. Wbrew wszystkim umizgom, uśmieszkom do innych wyznań, katolicyzm miał być w swej wewnętrznej naturze, dalej wrogi innym systemom wiary. Nawet bratnie wierzenia reformowane, zamiast traktować na równi, starano stawiać się o stopień lub dwa niżej: nasi mniejsi bracia, to znaczy bracia, ale jednak tacy troszkę ułomni, odrobinkę gorsi od nas. W kontaktach ekumenicznych i w dialogu między wyznaniami Benedykt XVI stosował z lubością zasadę prymatu KK. nad innymi, dialog zamieniając w irytującą wymianę poglądów, nie mówiąc już o żadnym ekumenizmie.

Tymczasem, to nowe centrum religijnego rozognienia w Afryce i Ameryce Łacińskiej – to de facto, jak u nas nad Wisłą, lekko pogańskie sekty, którym pomógł się wybić na pierwszy plan niewątpliwie Jan Paweł II. To za pontyfikatu Polaka na scenie (ołtarzu) obok papieża tańczyli półnadzy Indianie, których papież przekonywał do krzyża różnymi formami zabawnych przekupstw, zakładał na głowę pióropusz: papież-wódź; czy inne afrykańskie, hinduskie czy jeszcze co mu tam, kto przyniósł, aby utożsamić się oraz aby był utożsamiany z autorytetem dla danej grupy etnicznej lub społecznej. Nad Wisłą niezbyt istotne były homilie, liczyły się tylko kremówki i anegdotki – i w sumie fajnie, że je sobie mówił – ale gdyby to był wykład dla ateistów albo agnostyków – no to rozumiem, fajny ludzki koleś, opowiada o ciastkach i maturze. Ale przecież on mówił do (podobno) wiernych – tylko oni nie potrafili słuchać, oni chcieli uczestniczyć, chcieli dotknąć Bwana Mkubwa i zobaczyć go w oknie przy Franciszkańskiej Avenju. Potem odprawić gusła, dziady i dobra jest.

W Polsce ogromną siłę zdobywa duchowny nacjonalistyczny-antysemita, szef pewnej rozgłośni i telewizji, w Afryce jest słynny ksiądz uzdrowiciel, w Ameryce Południowej równie słynny ksiądz z gitarą. Wszyscy oni, choć działają w inny sposób, bazują na gusłach i zabobonie, wypełniają tłumem stadiony i są zawsze w stanie zebrać miliony zielonych od wiernych. Wszyscy oni, i wielu im podobnych: silnych i niezależnych duchowych przywódców katolickich, wygrywa dziś właśnie walkę o rząd dusz. Tym samym stając się dla Kościoła i jego zdolności do jakichkolwiek reform, balastem i hamulcowymi. Grupy religijne wewnątrz KK., są dziś tak zróżnicowane, że wykonanie kilku reform bardziej niż kosmetycznych doprowadzi do schizmy, albo do całkowitego rozpadu Kościoła Rzymskiego. Jedną z teorii, którą zasłyszałem jest opcja rozpadu papiestwa na frakcje kontynentalne, powstał by tym samym, system kilku głów kościoła, który w wielu kwestiach zwłaszcza społeczno-obyczajowych różniłby się znacznie między sobą, dalej zachowując swoją powszechność w sprawach liturgicznych. Watykan na dzień dzisiejszy sam staje się więźniem swojej doktryny nauki wiary, staje się więźniem pełnej nadużyć kurii Rzymskiej, splotu znajomości i koterii towarzyskich, wreszcie zakładnikiem samej włoskiej mafii!

Takim więźniem był niewątpliwie Benedykt XVI. On, który pośród mężczyzn odznaczał się znaczniejszą delikatnością, znaczniejszą wrażliwością, znaczniejszym dbaniem o to, aby spod sutanny było widać czerwone pantofle, on darzący większą estymą braci nad siostry, wreszcie przez swoje słabości do pięknych sekretarzy – nie potrafił podjąć męskiej decyzji. Nie potrafił powstrzymać tych rozszarpujących świeże mięso wściekłych wilków. Rozstrzelany aferą pedofilską – nie mam tu nawet ochoty na złośliwości – prawdopodobnie bardzo ją przeżył, zupełnie jej nie sprostał. Nie postawił kropki nad i! Pewnie się bał z wiadomych względów, że jeśli dobiorą się do księży pedofilów, to następnie dobiorą się do innych – którzy co prawda już nie popełniają żadnego przestępstwa w świetle prawa karnego, ale w świetle norm swej religii grzeszą. Targany nie tyle rozpadającym się kościołem, co rozłażącym się we wszystkie strony. Zdegustowany musiał być swym ludem, który w różnych zakątkach świata wyszukiwał sobie nowych bożków, spośród Jego czarnych żołnierzy. Finalnie nie zakomunikował swej decyzji pospólstwu, tylko kardynałom. Chociaż Ci wyrządzali mu najwięcej krzywd, korumpując nawet papieskiego lokaja, który ukradł osobiste i poufne dokumenty. I może też coś z tymi papierami zmusza papieża do abdykacji? Nie dowiemy się pewnie tego szybko. Nie za życia tego i pewnie następnego papieża. Benedykt nie zdołał tego udźwignąć. Śmiem nawet twierdzić, że ten teologicznie mądry facet (to nie znaczy, że się z nim zgadzam czy popieram KK., albo jego zacofane pozycje światopoglądowe) – doznał zwątpienia. Stał się widomym symbolem poważnego kryzysu Kościoła Rzymskiego. Nie został mu żaden wybór – zwątpił, przegrał, nie podołał, zmarnował osiem lat swojego życia, osiem lat grania Mozarta i innych dobrych przyjemności, którym mógł się poświęcić.

Dla kościoła, choć będzie się zapierał i wypierał, to też jasny przykład, poważny i groźny – nastał czas kryzysu. Tym bardziej bolesnego i widocznego w Europie, w której w walce z laicyzacją, KK. przegrywa na całej linii z islamem, który będąc religią niezinstytucjonalizowaną, bez hierarchii i za pomocą dziesiątków głosów swych autorytetów duchowych, czasem wzajemnie sprzecznych – potrafi mimo to zdobywać wyznawców, podczas gdy wydawać by się mogło jednolity Kościół Rzymski z roku na rok wiernych traci.

A na koniec, jeszcze odrobina spojrzenia teologicznego – do którego zapewne uzurpuję sobie prawo haniebnie. Ale czy jeśli papieży wybierają kardynałowie pod wpływem Ducha Świętego, trzeciej postaci boskiej, to czy ten Duch może być omylny? Czy może wybrać kogoś niezdolnego do świadectwa? Kogoś, kto zwątpi? Wszechmogący Bóg przecież wie, kim są jego posłańcy, wie jak zaczną, przejdą i skończą życie. Nie wiedziałby jak skończy Benedykt? Nie wiedziałby na skraju jakiej otchłani postawi swój Apostolski Kościół? A poza tym czy Hiob albo Chrystus – obaj wystawiani na ciężkie próby, dwa wzorce dla prawdziwych chrześcijan, czy oni mieli prawo powiedzieć pas, nie daję rady, idę na emeryturę?

A może jednak Bóg się pomylił, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Jana XVIII w 1009 roku, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Benedykta IX w 1045 roku, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Grzegorza VI w 1046 roku, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Celestyna V w 1294 roku, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Grzegorza XII w 1415 roku i wreszcie obecnie w 2013 roku?

A może jednak Go nie ma?    

 

niedziela, 10 lutego 2013

Kiedy zapalam pudło telewizyjne i widzę tych wszystkich... To Zoo z Wiejskiej, od razu odzywa się mój nieistniejący refluks żołądka. Wyjątkowo niesmaczna wizja. Jest mi potwornie wstyd za tych wszystkich ludzi, którzy tam siedzą, za dosłownie wszystkich z małymi - jednostkowymi wyjątkami. Dlatego nie będę pisał o polityce, ale o czymś co w naszym kraju jest praktycznie równoznaczne. Poniekąd o kościele, jego mackach i o tym jak próbuje ponownie i wciąż wcinać się do kultury. Albo inaczej, kościół przecież jest nieodłącznym elementem naszej kultury (w znaczeniu ogólnym w prawie każdym jej aspekcie). Ale zdawać by się mogło, że wolno istnieć innym bez-kościelnym obszarom, zwłaszcza z kręgu tzw. pop-kultury. A jednak nie.

Tekst powstał w znakomitej części w listopadzie 2012 roku, kiedy wpadła mi w ręce pewna recenzja, z pewną przestrogą. Oczywiście jest to kuriozalne i wydawać by się mogło, że troszkę niewiarygodne. Kogo bowiem obchodzi, co kto robi i do czego nawołuje, zwłaszcza jeśli to jest dość mało popularny nad Wisłą zespół muzyczny? Zatem...   

Szatan nie śpi! Działa wyśmienicie, a wierzących w niego kusi i na manowce głupoty zwodzi. Znalazłem recenzję najnowszego - znakomitego - albumu grupy Rush. I jeśli miałbym tam przeczytać, że album muzycznie jest beznadziejny - to możemy dyskutować. Z gustami bowiem jak popadnie ktoś woli Popa ktoś Popadię - prawda? Ale nie, to nie jest recenzja muzyczna, to jest recenzja światopoglądowa :) To jest przestroga i "poszukiwanie diabła". Jestem wzruszony, myślałem, że tylko sekty przestrzegają przed "Złą Drogą" w szeroko pojętej kulturze. Tymczasem portale opiniotwórcze - też są na usługach czarnych spódnic... Zarzuty są oczywiście totalnie z trzeciego wymiaru - napisane bez zrozumienia historii i filozofii jaką reprezentuje Rush - nie ważne.

Jestem wdzięczny za takie teksty, one skutecznie otrzeźwiają mnie i pokazują w jakim kraju mieszkamy. 
Mam nadzieję, że przyczyni się to do wzrostu sprzedaży nowego krążka Kanadyjczyków w bolandii :)

Rzeczona recenzja z moim niewielkim komentarzem: 

Płyta jest ukłonem w stronę lat 70-tych - słychać nostalgię do płyt "A Farwell to Kings" , "Hemispheres" , także ukłon w stronę "Permanet Waves". Wszystko jednak opatrzone jest brzmieniem grupy z ostatnich 10 lat - czyli bardziej metalowym. Mocno i gwałtownie dzieje się w pierwszej części materiału, bo od kompozycji "The Wreckers" robi się melodyjnie, mniej drapieżnie, Alex Lifeson przemienia się z rasowego gitarzysty metalowego krzeszącego riffy jak iskry, w art rockowego malarza pejzaży, niczym Steve Rothery z Marillion: płynie, improwizuje, nie jest już matematycznie riffowy. Tak jak rozpoczynający płytę "Caravan" jest ponurą wizją przyszłości, tak wieńczący krążek "The Garden" tej przyszłości optymistyczną codą.

- Obawiam się, że recenzenci nie słuchali tego materiału wcale, tylko skupili się na tekstach - zresztą zupełnie bez zrozumienia, a to tylko język angielski. Album jest zróżnicowany i nie ma na nim podziału na dwie części...

Niestety lirycznie, zespół Rush wpędza słuchacza w ślepy zaułek. Trzeba uważać, ponieważ wciągnięci urokiem muzyki, możemy na to nie zwrócić uwagi i powagę treści przykryć metaforą, moralitetem, czy baśniowym przekazem w tolkienowskim zabarwieniu. Niestety nie jest już bezpiecznie. Za teksty w zespole odpowiedzialny jest perkusista, Neil Peart. Pisze je od lat siedemdziesiątych, odkąd zaczął grać w kapeli. Dzięki niemu zespół zaangażował się społecznie, w przekazie antytotalitarnym. Peart zafascynowany był w tamtym czasie leseferystką Ayn Rand, która uważała prezentację pozytywnych wzorców obiektywizmu za główny cel swojej literatury. Muzycy Rush uznali to za podstawy swego manifestu artystycznego, choć tak na prawdę filozoficzny obiektywizm polegający na gloryfikacji egoizmu trudno było przekuć w estradowy przekaz.

- O zgrozo dla katotalibanu, zespół przekuł swój egoistyczny przekaz - zdobywając rzesze fanów i istnieje do dziś. Zapewne dlatego, że go Szatan ogonem nakrywa.   

Na pewno był powodem do zainteresowania się w tekstach człowiekiem jako elementem wszechświata ruszającym z posad jego bryłę - standardem moralności jest więc życie człowieka, a jego celem – własne szczęście. Ta etyka odrzucała chrześcijańską ideę grzechu pierworodnego - jego dziedziczność. Zamykała człowieka w okresie jego bytu, nie otwierała przed nim wieczności.

- To straszne! Wszystkie przekonania, które nie prowadzą do odprowadzania kasy na tacę - odrzucają wszelkie chrześcijańskie idee. Ok., to sarkazm! Ale problem, który motywuje autorów recenzji w imię niewoli światopoglądowej, którą nam proponują jest w moim pojęciu świata i wolności - niebezpieczny! 

Ta problematyka była podstawą etapu progresywnego w działalności grupy, epickiego, w baśniowym fantasy przekazie - nawet trochę przegadanego. Utrzymała się jednak do dzisiaj, choć w zmodyfikowanej formie. Doprowadziło Neila Pearta do stania się zatwardziałym ateistą i po etapie filozofowania etycznego, do czerpania pełnymi garściami z religii wschodu i magii.

- Neil Peart jest ateistą od co najmniej 1974 roku, czyli od czasu kiedy gra w zespole. Ateizmu nie dzieli się, o ile mnie wiedza nie myli, na ateizm katolicki, ateizm nju-ejdżowy, islamski itd. Perkusista posługuje się wszelaką symboliką ilustrującą albo bawiącą się konwencją w nawiązaniu do swoich tekstów. Symbolika chrześcijańska też się pojawiała. Ateista ma prawo (na równi ze wszystkimi ludźmi) do czerpania z dziedzictwa kulturowego człowieka. Czyż nie?

Czy tragedia rodzinna Pearta przyczyniła się do tego, że ateizm został podbudowany szarlatanerią w zabarwieniu fantasy? Zanim została wydana płyta "Vapor Trails" w 2002 roku, perkusista grupy odbył ponad dwuletnią podróż motocyklem - po Ameryce Północnej i Centralnej. Na ile była to próba zapomnienia po stracie córki i żony, a na ile obrania nowej filozofii życia?

Jedno jest pewne - od tamtej pory nazwał się Ghost Riderem. Odbył "tajemniczą podróż", napisał o niej książkę i postanowił dalej ją kontynuować, tylko, że w przestrzeni tekstowej w zespole Rush. Odbywa te podróże na pograniczu duchowego ryzyka, szkoda tylko, że na to ryzyko naraża także swoich słuchaczy. Płyta "Vapor Trails" zdominowana była przez karty tarota - każdy z tekstów utworu otrzymał przypisaną konkretną kartę - utwór "Ghost Rider" z tej płyty powiązany był z kartą "wheel of fortune". Sama płyta niespodziewanie sprawiła brzmieniowy kłopot, muzycy tak chcieli mieć mocne brzmienie, że przesterowali materiał w masteringu. I w takiej formie materiał zaczął wciągać słuchaczy, stał się nowym rozdziałem w dziejach kapeli. Odbiciem w stronę ... magii. Kolejna płyta "Snakes & Arrows" z 2007 roku, miała odniesienia hinduistyczne.

- Zaprawdę powiadam wam, że tak demagogicznego bełkotu nie słyszy się często. Granie ludzką tragedią, i dowodzenie, że powrót do świata "żywych" po utracie swojej rodziny, inną drogą jak tylko krzyżową - ma już podtekst tajemniczości (zapewne konszachtów z samym Antychrystem), albo, że któryś kolejny album w warstwie graficznej nawiązywał sobie do popkulturowego symbolu astrologicznego. A muzyka "wciągała" fanów i "brzmienie nie wyszło" (bo pewnie Szatan za mocno ogonem trzaskał z radości - jak wnioskuję). Naprawdę, te brednie całkowicie dyskredytują recenzję i recenzenta.

Nowa płyta - "Clockwork Angels" - nawiązuje do alchemii i znaków runicznych, trawestacją tego jest okładka płyty. Jest to anielski zegar, na którym każdą piosenkę opisuje jeden znak runiczny. Każda piosenka, to konkretna godzina, znak, wyznacznik. Zadziwiające, że często zadeklarowani ateiści uwielbiają tworzyć analogie do świata aniołów, posługiwać się anielską terminologią, niebiańskim wymiarem. Tutaj Neil Peart zdaje sie tworzyć zupełnie nowy manifest ideologiczny grupy - dla olbrzymiej rzeszy fanów grupy - Rush to życiowa filozofia, hipertrofia i religia, której działaniu poddają się oni bezgranicznie.

- A jeśli byłyby to katolickie symbole? Pewnie ani o ateizmie ani nawiązywaniu do religii alternatywnych nie byłoby mowy. Apeluję o napisanie do pana Pearta aby rozważył drogę krzyżową przy kolejnym albumie. To chyba załatwiło by sprawę nie? 

Pomimo upływu lat Neil Peart pozostaje ciągle wierny obiektywizmowi, bo czym innym jak nie afirmacją tej filozofii jest historia młodego człowieka opisywanego na nowej płycie? Ma marzenia i plany, które konsekwentnie wciela w życie patrząc tylko na swoje szczęście. Ważny jest tylko własny rozwój.

- Jedną z podstawowych inspiracji w warstwie filozoficznej, jeśli chcemy odbierać album jako dzieło konceptualne, jest "Kandyd". A raczej luźna interpretacja przypowiastki Woltera, z naciskiem na kilka innych elementów niż w oryginale. Zwłaszcza głośną krytykę wszelkiego religijnego sekciarstwa. Jak zwykle zresztą. I pewnie to tak bardzo boli. 

I jak to z manifestami bywa, pojawia się on także jako broszura - równolegle z płytą, a nawet dostępna w pakiecie - pojawiła się jako książka "Clockwork Angels: The Novel". Napisał ją przyjaciel Neila, Kevin J. Anderson, pisarz SF. Napisał na podstawie historii zawartej w tekstach z płyty książkę pod tym samym tytułem.

- Kto im takie akapity puszcza w tych recenzjach? Masło maślane!

A gdzie w tym wszystkim pozostali muzycy: Geedy Lee i Alex Lifeson? Tak jak zaakceptowali od razu Neila Pearta, znakomitego perkusistę, tak przejęli od niego filozofię Ayn Rand. Każdy z nich ma swoje tajemnice rodzinne wpływające na przyjęcie takiej filozofii - fetyszyzującej i stawiającej nade wszystko człowieka. Rodzice Lee, to polscy Żydzi, którzy po wojnie osiedli w Kanadzie, a Alexa to emigranci z byłej Jugosławii, tej serbskiej - pierwsze utwory, jako amatorzy, Rush wykonywali po serbsku. Po tragedii rodzinnej odizolowali swojego perkusistę od dziennikarzy, zaczął pisać podręczniki i wydawać płyty CD dla perkusistów, zaczął też (i to może przede wszystkim jest owocem tej izolacji) komunikować się ze światem za pośrednictwem pamiętnika - strony internetowej, gdzie może niczym Terry Pratchett tworzyć własny Świat Dysku - i to mu się udało.

- Zło się jak zwykle rozlewa za pomocą blogów i internetu... 



High above the city square 
Globes of light float in mid-air 
Higher still, against the night 
Clockwork angels bathed in light 

You promise every treasure, to the foolish and the wise 
Goddesses of mystery, spirits in disguise 
Every pleasure, we bow and close our eyes 
Clockwork angels, promise every prize 

Clockwork angels, spread their arms and sing 
Synchronized and graceful, they move like living things 
Goddesses of Light, of Sea and Sky and Land 
Clockwork angels, the people raise their hands
As if to fly
As if to fly

All around the city square 
Power shimmers in the air 
People gazing up with love 
To those angels high above 

Celestial machinery - move through your commands 
Goddesses of mystery, so delicate and so grand 
Moved to worship, we bow and close our eyes 
Clockwork angels, promise every prize 

Clockwork angels, spread their arms and sing 
Synchronized and graceful, they move like living things 
Goddesses of Light, of Sea and Sky and Land 
Clockwork angels, the people raise their hands
As if to fly
As if to fly

"Lean not upon your own understanding
Ignorance is well and truly blessed 
Trust in perfect love, and perfect planning 
Everything will turn out for the best"

Stars aglow like scattered sparks 
Span the sky in clockwork arcs 
Hint at more than we can see 
Spiritual machinery 

Clockwork angels, spread their arms and sing 
Synchronized and graceful, they move like living things 
Goddesses of Light, of Sea and Sky and Land 
Clockwork angels, the people raise their hands

Clockwork angels, spread their arms and sing 
Synchronized and graceful, they move like living things 
Goddesses of Light, of Sea and Sky and Land 
Clockwork angels, the people raise their hands

As if to fly

"What do you lack?"
 
1 , 2