o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
środa, 29 lutego 2012

Rzadko się tak kończy. Rok przestępczy mamy – jak to wyjaśniła pani w radio – tłumacząc znaczenie „przestępny”. No i fajno – muszę kupić karabin. A swoją drogą ciekawe kto to wymyślił, że właśnie tak normalizujemy nasz niedokładny kalendarz? Czemu nie dokładamy do miesięcy długich - dnia kolejnego - tak, aby co cztery lata mieć 32 dni w styczniu, marcu albo na przykład w grudniu. I wtedy taki 32 grudnia mógłby być dniem wolnym od pracy połączonym z Nowym Rokiem w długi weekend.

W Szwecji w 1712 roku luty miał 30 dni wynikało to z zawirowań kalendarzowych, jakich dokonywali mieszkańcy tego zimnego kraju. Przez to że 29. traktowany jest jak zwykły dzień, umyka nam jego specyfika. A poza wszelkimi gusłami to dzień specyficzny. Rzadki i sporadyczny. Czasem zazdroszczę urodzonym 29 lutego, umrą młodo – a przecież podobno tylko tak najlepiej jest kończyć. Gdybym założył blog 29 lutego, świętował bym właśnie rok. A tak zdziadziałem na tym blogu.

Końcówka lutego 2012 to chyba już czas podsumowań. Od początku tego roku przez moje życie przeszła rewolucja. Wprawny widz i czytelnik zauważył drobne tąpnięcie na blogu, ale i równie szybki powrót. To wszystko wina Sylwestra! Nienawidzę Sylwestrów, nie cierpię ich, gardzę nimi, pluję na nie… No więc w Sylwestra dostałem nową pracę. Podczas nocy sylwestrowej w zasadzie, wybrałem opcję wyjścia specjalnego i dostałem je wraz z bonusem. Nie szukałem pracy. Sama przyszła. I jak już wspominałem zajmuję się kręceniem lodów w branży modern art. – tak to nazwijmy. Oczywiście nie ma sensu psioczyć, że to wcale nie kokosy, że to wcale nie jest tak jakbym sobie do końca wymarzył, że czasami wszystko stoi na głowie i mam ochotę odbezpieczyć granat, albo że wcale nie pisałem się na księgową, i kompletnego pojęcia nie mam o obliczaniu podatku vat z ceny detalicznej brutto. Nie mam też pojęcia o typografii i projektowaniu graficznym, ale człowiek nie może mieć pojęcia o wszystkim. Ale wszystkie wątpliwości znikają, kiedy pojawiają się chętni na kręcenie lodów, dla których przelicznik polskiej waluty jest bez znaczenia…

Poza tym poleciłem w firmie przyjaciela, który też dostał w zasadzie od ręki pracę!

Przyszłość? Przyszłość jest zawsze czarna, jest kompletnie niepewna, mogę nie dożyć jutra albo mogę wygrać w lotka,  wpaść pod tramwaj, stracić pracę, albo znaleźć lepszą. Choć na razie zaczynam się czuć w – tej – wyróżniony… Choć bywam czasem niemiły dla podobno kogoś, kto jest właścicielem jakiegoś tam modnego ostatnio lokalu, bo nakazuję po sobie posprzątać, jak narobi mi bałaganu – a co ja mam sprzątać?      

22:48, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (12) »

Obiecanego cyklu notek ciąg dalszy! Tak więc mamy wciąż rok 2011. Tak? Ok. Jupiii!!! 30-lecie obchodzi zespół Depeche Mode!!! Zobaczmy zatem czym raczył nas DM przez trzy dekady swej działalności? 

Wpis ostatni! Zaczyna się on jeszcze w 2005 roku, kiedy Depeche Mode pracowało nad albumem PTA. W trakcie rozwodu Martin, obok wódki znalazł sobie drugie hobby. Było to maniakalne kupowanie na e-Bay'u analogowych syntezatorów z końca lat 70-tych i całej dekady lat 80-tych. Syntezatory i ich kolekcja to, po gitarach, druga miłość Martina. Jego kolekcja gitar i klawiszy jest imponująca. Swoje hobby postanowił przełożyć na kolejny album DM. Miała być rewolucja, wyrzucenie zatrudnionych w 1990 i na stałe w 1993 roku żywych instrumentów (poza gitarą) i zastąpienie ich jedynie gamą dźwięków syntetycznych - generowanych przez wszelkiego typu klawiszowce. 

W kwietniu 2008 roku Martin ogłosił, że przestaje pić i wraz z resztą zespołu zamykają się w studiu, aby pracować. Rzeczywiście jedynym nałogiem tria stały się ciasteczka i kawa - i to ta ostatnia w niezbyt dużych ilościach, bo podnosi ciśnienie. Drugim nałogiem stały się rozgrywki w trambambulę, które pochłonęły całą ekipę włącznie z producentami i inżynierami dźwięku. Atmosfera pracy była pierwszy raz od lat iście rodzinna. Martin zgodził się na 3 kompozycje Dave'a, nawet pomagał mu je aranżować. Nagrania skończono szybko, ale zespół nie chciał łamać ustalonego przed laty 4-letniego taktu wydawniczego. Dlatego dwunasty album zatytułowany Sounds Of The Universe wydano dopiero na wiosnę 2009 roku. 

Ostatnie wydawnictwo DM wyszło jakieś dziwne. Album bez wyrazu, lekko nijaki, rozmyty. Antypop - jak określił materiał Martin L. Gore. Sztuczne linie perkusyjne i automaty - nie tworzą w nowych utworach głębi. Album zaczyna się i nagle dobiega końca. I już. Ciągle nie wiemy czy to wszystko, czy jeszcze nie. Kawałki osobno bronią się oczywiście, ale jako całość to wszystko się nie spina. Wszystko brzmi zbyt syntetycznie, a niejednokrotnie wersje demo utworów wydają się lepsze od finalnych wersji. Oczywiście brzmi to miejscami również ciekawie, słychać tą całą oldsqulowość, ale... Może za mało czasu upłynęło, może jest zbyt radośnie. Właśnie, ten album jest przesłodzony, za dużo na nim radości i nadziei... Szkoda, że najlepszy numer płyty dodany został jako bonus, do horrendalnie drogiego boxu i stanowi muzyczny epilog rozwodu Martina...

Interesująco za to prezentuje się promocja ostatniego albumu. Wszystkie klipy do promowanych numerów są bez Depeche Mode. Muzycy pojawiają się albo na sekundę w klipach, albo wcale, ostatecznie w postaci kilku animowanych sekwencji. Wideoklipy są utrzymane w zróżnicowanym stylu, ale w większości zostały zakazane w MTV itp. Ponieważ pokazywały albo przemoc (Wrong) albo skrajnie obleśne lizanie się bohaterów klipu (Hole To Feed). Podczas dramatycznej trasy koncertowej (przerwanej nowotworowym epizodem wokalisty) zespół już zrezygnował z grania kilku nowych kompozycji...    

 

 

END

wtorek, 28 lutego 2012

Kiedy w niedzielę już miałem kończyć – wpadła do mnie pewna starsza pani. Staruszka – pomyślałem – wychudzona taka, nie będzie z niej lodów dobrych. A moje zadanie polega na kręceniu lodów właśnie.

Najlepiej z krajanów kręci się na poznaniakach, wiadomo mają zwykle głębokie wafelki. Nadmuchać trzeba ich próżną dumę, a potem zmiażdżyć obśmianiem zamku Przemka 2. budowanego z żelbetu, oraz wspomnieć, że ich starówka nie jest oryginalna tylko częściowo odbudowywana. Zawsze są chętni wtedy na lody. Ale tak naprawdę dobrze robi się na Szwajcarach irańskiego pochodzenia, Anglikach i Żydach – zwłaszcza tych spoza martyrologicznych wycieczek – szukających w pojedynkę wrażeń w tak skrajnie niebezpiecznym kraju jak nasz!

A więc staruszka wydała mi się bardzo mało atrakcyjna, ale niech stracę – jak mówi jedna z moich życiowych maksym. Rozpoczęliśmy rozmowę i tu szok. Wymieniła mi kilka nazwisk znanych polskich dżezmenów, z którymi chodziła do jednej klasy w liceum, a potem studiowała. Wygrzebała kilka albumów zwłaszcza afrykańskich gitar klasycznych, posłuchała i zdecydowała się wziąć. Na dokładkę zaproponowałem polewę, coś z ultra klasyki Dżezu – Davisa Milesa, co przyjęła z radością. Uiściła wszelkie rachunki i zamiast iść – abym w samotni mógł zrewidować moje uprzedzenia, zestawiając ja z faktycznym zdarzeniem – przełożyła swoje lekkie ciało przez stolik – proponując, abym wszedł na jej stronę. I w efekcie musiałem radykalnie zrewidować moje przedwczesne oceny. Ale to dobrze – spędziłem przemiłą godzinę z artystką!

ab

ab2

kw

m

pej

por

pej2

poniedziałek, 27 lutego 2012

W styczniu 2005 roku Depeche Mode rozpoczęło nagrywanie kolejnego albumu. Nikt nie spodziewał się, że będzie to aż tak zimne, pełne goryczy i złości – wydawnictwo zespołu. Na obraz muzyki wpłynęły przede wszystkim życiowe perypetie Martina L. Gore’a. Jego życie legło w gruzy, żona zażądała rozwodu. (Wbrew obiegowym opiniom Martin nigdy nie był gejem, ani nie miał takich skłonności – co więcej był [i jest] ojcem trójki dzieci i wielce ceni sobie prywatność i możliwość spędzania większości wolnego czasu na łonie rodziny). Separacja i proces rozwodowy towarzyszyły tej płycie od początku i będą towarzyszyć również trasie koncertowej, aż do połowy 2006 roku. Drugim ciosem dla Martina była utrata hegemonii w zespole. Wokalista Dave Gahan postawił ultimatum, że albo wprowadzi na album trzy swoje kompozycje albo Depeche Mode musi szukać nowego frontmena. Gore musiał iść na ustępstwa – swoją gorycz topił w muzyce i alkoholu – nałogu, do którego powrócił po kilku latach umiarkowania.

W porównaniu z ciepłym i tkliwym Exciterem, jedenasty album DM Playing The Angel  jest aż szokujący… Podobnie jak na wydawnictwie z 1997 roku, na prowadzenie wysuwa się gitara – tyle że tym razem wyjątkowo agresywna i pełna brudu. Kompozycje są raczej zwarte, krzykliwe i oparte na prostych samplach. PTA to zbiór piosenek o bólu życia, porzuceniu, niespełnionej miłości, kruchości ludzkiego istnienia i pragnieniu ucieczki od win ciążących nam na sumieniu.

O dziwo ten opryskliwy album odniósł znacznie lepszy komercyjny sukces od poprzednich dwóch albumów DM, a w niektórych stanach Europejskich zwłaszcza w Germanii i Francuzji sprzedał się lepiej od kultowego SOFAD z 1993 roku! Koncertowo nie przetrwał poza jednym super-komercyjnym szlagierem – Precious – wchodzącym dziś Depeszowego top 10. Ale z drugiej strony – nie ma się też temu co dziwić, DM swoje koncerty po 2001 roku skupia wokół utworów zawartych na albumach z lat 1986-1993, dokładając z późniejszych i wcześniejszych dokonań jedynie kwiatki do kożucha, plus nowy materiał. Wielce lukratywna okazała się trasa koncertowa, w mieście Meksyk 55 tysięcy biletów rozeszło się w kilka dni – wobec czego DM zorganizował tam dwa ogromne koncerty.

PTA ukazał się wczesną jesienią 2005 roku, w trudnym okresie mojego życia. Ta płyta dołowała mnie w najgorszych chwilach i nie dawała nadziei w tych lepszych… Obok albumu Ultra to najlepsze wydawnictwo studyjne DM po 1993 roku.

sobota, 25 lutego 2012

Rocznice miałem na tym blogu różne. Naiwne, skromne, zgryźliwe i buńczuczne – czas na kolejną. Chciałbym powiedzieć, że tym razem będę grzeczny – ale ze mną to nigdy nie wiadomo: zawsze komuś nacisnę na odcisk, nie przepuszczę w drzwiach, odpyskuję, zignoruję, nie powiem dzień dobry. Cały ja… Mój nastrój mimo zmęczenia raczej zwyżkuje. W życiu układa się nawet-nawet, nawet. Nie przelewa się, nie jest za dużo – może troszkę za mało, tak tyci-tyci brakuje. Ale jest wiele szans i nadziei na lepsze jutro.

Kot mruczy na kolanach, suczyca stuka ogonem i pojękuje (coś między wyciem a szczekaniem), dni mijają szybko, a waga nie chce spadać…

Minęły nam cztery lata! Nam. To znaczy nie mnie w trzech osobach, tylko nam wszystkim na tym blogu. Bloger KosmitaNikita napisał mi w komentarzu pod notką rocznicową 2009, „młodziutki jesteś”. Oczywiście było to w formie pytającej – ze znakiem zapytania, ale ja jako dyslektyk, gdzieś zagubiłem percepcję tego nic nie znaczącego znaczka. Ach byłem ja Ci młodziutki i głupi straszliwe w tamtych czasach. Pierwszy rok bloga to było poznawanie ludzi i wiara w wirtualne znajomości. Większość z nich nie przetrwała i należą już do pieśni przeszłości. Przez lata zmieniłem podejście do blogowych znajomości – jestem zdecydowanie bardziej wycofany, a może po prostu stary(?). Młodziutkowość mi wypłowiała i zaprószyła się wypaleniem słonecznym, świeżość i atrakcyjność nakrył czas – woalem poszarzałym od brudu codzienności.

Ale nie żal mi, nie żal mi żadnych dni przeszłych, żadnych głupot i pseudo-mądrości wypisywanych tu, na czarnym ekranie. To co złe zdaje się być marginalne. Wszystkie dobre, a nawet wzruszające chwile – wracają wraz z podróżą po wpisach i komentarzach.

Zawsze przecież chciałem pisać pamiętnik. Pamiętniczek… Ale nie potrafiłem, nie było we mnie odrobiny konsekwencji, woli do tego aby to robić. Dlatego zaskoczyło mnie, że taka forma zapisywania śladów istnienia, poglądów, pasji, sporadycznie wydarzeń – tak bardzo zadomowiła się w moim życiu! A co ważniejsze dalej potrzebuję to robić – nie wiem co to kryzys blogowania!

Na koniec zawsze zostaje kilka wspomnień – tych blogerów, którzy wywarli na mnie największy wpływ, a których blogi w sposób niewyjaśniony przepadły nagle z sieci. To miało miejsce ładnych parę lat temu, ale wierzę, że w waszym życiu układa się jak najlepiej i że wszystkim wam udało się wyjść na prostą. Albo że przynajmniej macie na to szansę.

 

***

 

Opublikuję tę notkę rano. Potem pójdę do…, zahaczając jeszcze o…, kupię kawę i coś do kawy, odpalę kompa, wszystko naszykuję…, …, …, i będę co jakiś czas zaglądał – przy tej pierwszej i którejś kolejnej kawie – do tych celebrowanych dziś wspomnień. 707 wpisów! To były czasy, eh, naprawdę! Boję się pytać o przyszłe… 

piątek, 24 lutego 2012

Po raz dziesiąty w swej karierze zespół Depeche Mode spotkał się w studiu w czerwcu 2000 roku. Na producenta muzycy wybrali Marka Bella – współpracującego Bjork – czyli wiadomo było z góry, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Do tego Martin L. Gore był w stanie permanentnego braku weny i zdolności kompozycyjnych. Tymczasem wrócony do życia i świadomości Dave Gahan, po raz pierwszy w swoim życiu chciał napisać dla zespołu swoje piosenki. Wraz ze wsparciem dwójki muzyków sesyjnych, którzy od 1997 roku pracowali z DM, Dave współtworzył swoje pierwsze utwory. Lider grupy – Martin – odrzucił sam pomysł wtrącania się Dave’a do muzyki i tekstów. Decyzja ta, zrodziła potężny konflikt między muzykami DM. Ostatecznie Martin postawił na swoim i nie dopuścił nikogo do muzyki zespołu – tym samym, zachował swoją hegemonią kompozytorską trwającą nieprzerwanie od 1986 roku. W zasadzie, wszyscy muzycy zespołu byli marionetkami w jego rękach. Gore nagrywał nawet własne wokale do wersji demo wszystkich utworów – na bazie których śpiewał potem Dave.

Exciter, wykluwany przez ponad pół roku – tym samym najdłużej powstający album w historii DM – odszedł bardzo daleko od stylu grupy jaki znaliśmy do tej pory. Bell – miłośnik minimalizmu, tworzenia melodii z kakofonii dziwacznych „stukań i pukań”, zwiódł podatnego Gore’a na muzyczne manowce. Nowa propozycja DM została przyjęta chłodno, co ciekawe album skierowany został do Amerykańskiego odbiorcy. Wszystkie klipy zrobione zostały w USA i ukazują różne rejony kraju. Sukces album odniósł również w Stanach. Promocja krążka za oceanem zwłaszcza przez MTV, wynikała po części z tego, że ponad połowa członków DM (Martin i Dave) po 1997 roku, osiedliła się na stałe na obu krańcach USA.

Exciter zdobył wiernych wrogów jak również fanów, gotowych wydrapać oczy za krytykę. Po latach, na tle dyskografii DM ten album potrafi się bronić. Dzieje się tak być może dzięki tematyce, jaką porusza – kręci się on wokół relacji międzyludzkich – zwłaszcza miłości – pojmowanej w różnoraki sposób. Muzyka z albumu zawiera ogromny ładunek – czułości, tkliwości i ciepła – choć przez to troszkę się to wszystko rozłazi – jak zbyt lekko ścięta jajecznica…

Utwory z albumu grano w zasadzie wyłącznie podczas Exciter Tour w 2001 roku, podczas kolejnych tras nie powróciły już one do repertuaru.

czwartek, 23 lutego 2012

W czerwcu 1995 roku z DM odchodzi Alan Wilder (grający na perkusji w poprzednim odcinku). Będący w zespole od 1982 roku Wilder, choć nie wniósł zbyt wielu własnych kompozycji (około 3) był człowiekiem zajmującym się produkcją i aranżacją muzyki grupy. Obsesyjnie wręcz dopieszczał i rozbudowywał kompozycje Martina L. Gore’a, ten ostatni zaś na pracę Wildera nie zwracał uwagi – dążąc do minimalizmu w muzyce, którą pisał. Wieloletni konflikt z liderem DM nałożył się ostatecznie na konflikt z (żyjącym przez ostatnich kilka lat na narkotykowym rauszu) wokalistą D. Gahanem. Muzycy DM przyjęli raczej z pogardą odejście Alana. Fani zaś uznali to za tragedię, równoznaczną z końcem Depeche Mode.

Grupa nie zamierzała jednak kończyć swej działalności. Gore próbował skonsolidować pozostałych muzyków, aby wrócić do studia – już jako trio ze wsparciem muzyków sesyjnych. Było to możliwe dopiero po śmierci klinicznej Gahana w 1996 roku i po jego półrocznym przymusowym odwyku. Legenda mówi, że Dave był tak zniszczony głodem, że nie protestował ani nie wniósł kompletnie żadnych pomysłów do nowego materiału. Było mu wszystko jedno – użyczył tylko głosu pod dyktando Martina. Martin zaś napisał muzykę posępną i pełną tęsknoty, teksty dotyczyły różnorakich rozważań wokół ostatnich doświadczeń życiowych członków grupy. Tak powstała Ultra. Starzy fani („prawdziwi”) okrzyknęli, że to nie jest już album DM, ale że udało się go dość dobrze sprzedać – stał się przyczynkiem powstania drugiej generacji fanów zespołu, których określiłem „post-fanami”. Do mnie ten album dotarł z około 6-letnim opóźnieniem i udowodnił, że DM to nie jakieś tam popowe „gie”, tylko ciekawy lekko alternatywny zespół. Styl albumu odbiega znacznie od jego czterech wielkich poprzedników: dominuje tu elektroniczny minimalizm, surowe gitary i ciekawe, acz spokojne perkusje, pojawia się kontrabas i długo tłumione eksperymenty dźwiękowe Martina. Jak większość post-fanów DM, uznaję ten album za najlepszy po odejściu Alana i chyba wciąż za najlepszy w dorobku grupy. Za to ostatnie nienawiść prawdziwych fanów DM gwarantowana.

Zmiany dotknęły również podejście DM do promocji albumu. Zespół nagrał chyba swój najlepszy klip, z pod wrażenia którego nie może wciąż wyjść (do dziś) zakochany w Dave’ie – Brian Molko (1), Martin zrobił swój najlepszy solowy numer i klip (2, reż. S.G.), wystąpił pierwszy raz ogolony na łyso bez charakterystycznej blond fryzury (3), wreszcie zespół postanowił zrobić klip autoironiczny (6) udowodniając tym, że potrafi śmiać się ze swojej patetycznej maski. W przeciwieństwie do roku 1993, Ultra promowana była niewielką trasą. Do dziś z tego albumu przetrwał w koncertowej świadomości jeden do trzech numerów – w zależności od perspektywy i kontekstu…

wtorek, 21 lutego 2012

Tak drodzy czytelnicy! Znalazłem mojego zaginionego na Tajwanie brata bliźniaka - przybrał tajwańsko brzmiące imię Lin Yu Chun. Yu wracaj do domu - nagotowaliśmy już ryżu!!!

A tak na serio: umarłem! Nie żyję! Niech bomby spadną na Tajwan!!! To się nazywa wokal...

poniedziałek, 20 lutego 2012

Ale gafę strzeliłem! Ale ja naprawdę nie wiedziałem, że I will always love You w wykonaniu Whitney Houston (1963-2012) to cover!!! A jego pierwszą wykonawczynią była - protoplastka lalki Barbie - wiecznie młoda Dolly Parton (1946). Ale tak właśnie - to ta największa (mówię tu bez żadnej ironii) amerykańska gwiazda pop & country - która wydała ponad 41 studyjnych albumów i wciąż jest aktywna w szoł-bizie - napisała ten hymn, kojarzony przez 80% słuchaczy (jeśli w ogóle) ze zmarłą niedawno Houston. Jestem troszkę zaskoczony, może dlatego że zawsze cenię bardziej autora niż odtwórcę - mimo wszystko. 

Zmieniając temat - wybitna Madonna wydaje nową płytę, jej nowy klip - pierwszy od lat zbiera niepochlebne recenzje. Zresztą sam kawałek też nie jest niczym nowym. Ale powszechne oburzenie budzi plastikowa atrapa dziecka, które Madonna udaje że karmi piersią, a pod koniec klipu, gdy znów pojawia się ów fantom - wyrzuca je poza kadr. Dziwaczne to zwłaszcza w obliczu tekstu piosenki - który jest o niczym. Rebeca Black się kłania...

Don't play the stupid game

Cause I'm a different kind of girl

Every record sounds the same

You've got to step into my world

Give me all your love and give me your love

Give me all your love today

Give me all your love and give me your love

Let's forget about time

And dance our lives away

Ok. zostawmy Madonnę w spokoju - zapewne 12-sty jej studyjny album będzie równie niesamowity i wybitny jak 11 poprzednich i sprzeda się w miliardowym nakładzie. Czego jej szczerze życzę - bo tylko to pozwoli o niej za 100 lat nie zapomnieć - bo wokalistką mimo wszystko ona nie jest żadną! 

Wróćmy do Dolly Parton. Dolly jest żywym świadectwem tego, że medycyna i chirurgia plastyczna mogą dziś zdziałać cuda! 66-letnia gwiazda wciąż próbuje zachować swoją "laleczkowatą" urodę z pierwszej połowy lat 70-tych ubiegłego wieku. I o zgrozo jej się to udaje... Niestety kosztem, kosztem tego, że obecnie wygląda jak rasowa Drag Queen. Ja bardzo lubię występy DQ - fascynujące jest to przerysowanie cech kobiecych przy jednoczesnym zachowaniu swoistej męskiej "ramy": wyostrzonych profili, kości policzkowych itd itp... Ale czy prawdziwej kobiecie - w wieku 66 lat dodaje urody wygląd DQ czy raczej oszpeca? Dolly wygląda jak żywa mumia, młodość na niej całkowicie wyschła. Jest w sumie ofiarą, mediów i trendów. A przecież pięknie jest się starzeć - bo młodość to stan ducha, a nie fizyczności.

Pierwszy klip z Dolly z 1974 roku, drugi z 2002 roku z wczesną DQ, a trzeci z blisko 66-letnią DQ podającą się za Dolly Parton z 2011 roku. Czy Madonnę czeka ten sam los? Czy będzie nosiła brwi na wykałaczkach i wyżynała sobie żebra - aby z 15-ym wybitnym albumem - znów dostać się do TOP 10?

 

piątek, 17 lutego 2012

Najchętniej nie wychodziłbym dziś z łóżka, i nie z powodu jego - kojąco-upojnych seksualnie - zakamarków. Tylko z powodu ogólnego weltszmercu. Miały być satysfakcje i sukcesy, a przychodzą rozczarowania i wątpliwości. Wiem, że to chwilowe, wiem że to minie – ile to już miałem takich dni – ile z nich mijało po chwili?

Dopada mnie rutyna i znużenie. Miewam dziwne sny i jeszcze dziwniejsze zachcianki. Podważam wszystkie wartości, z którymi się utożsamiam. Ale odkrywam z przerażeniem, że poza nimi jest tylko totalny – moralny oraz egzystencjalny nihilizm i pogarda. Totalna pogarda wobec wszystkiego i wszystkich. A finalnie pustka nicości.

Zastanawiam się, po co mi to wszystko, po co mi ten materializm z którego nie korzystam, po co mi pieniądze, których nie mogę wydać? Zrezygnować ze wszystkiego? Na szczęście nie mam odwagi.

Prześladuje mnie ostatni sen. Wracamy w nim z I’ z miasta. Jest poranek – nie ma tramwajów ani nocnych autobusów. Jest potworna plucha, więc idziemy środkiem torowiska w jezdni. Wtedy, nagle z bocznej uliczki wyłania się jakiś koleś – mglista twarz, którą skądś pamiętam, ale nie mam pojęcia skąd. Wyjmuje z pod kurtki pistolet i zaczyna strzelać w naszym kierunku. Przeraźliwy huk rozdziera pustkę, upadamy w śniegowe błoto. Napastnik ucieka. Żyjemy. A ja jestem totalnie przerażony. Idziemy dalej lub uciekamy, całe miasto znika, zostaje tylko asfalt znaczący ślady ulic i przestrzeń wypełniona skwerami i drzewami. Ogromna przestrzeń pełna lęku i braku miejsca, w którym można byłoby się schować.

Budzę się – i zdaje mi się, że sen ów nie był tylko urojeniem. Cały dzień mam problemy trawienne i czuję niesmak, bezsens i przerażenie.

Wiem, że jutro wstanę rano, wypiję kawę i będę miał normalny, standardowy dzień. Będzie to powrót do rutyny i mojej małej stabilizacji. Może takie dni, jak ten – dziś, są właśnie po to, aby nauczyć się doceniać, to co udało się zdobyć i zbudować w obliczu otaczającej nas totalnej pustki…?

 
1 , 2 , 3