o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
niedziela, 27 lutego 2011

II.

Wreszcie nadeszła końcówka owych ferii, był czwartek lub piątek – byliśmy w centrum miasta, zmierzając powoli do domu. Wtedy nagle K’ wstąpił najpierw do jednej, potem do następnej księgarni, szukając 24 albumu komiksu z serii Thorgal. Bardzo mnie to zdziwiło. Mieliśmy przecież ponad 15 lat, byliśmy licealistami i żeby jeszcze w takim wieku kupować i czytać komiksy? Co za infantylność!!! Ble! Na co K’ odpowiedział mi że jestem głupi, i że nie mam pojęcia o czym mówię, i że zostałem wychowany jak dziecko PRL-u! Zaczęliśmy rozmawiać o komiksach… Pamiętam że czytałem je jakoś we wczesnej podstawówce, im bardziej zagłębiałem się we wspomnieniach, tym więcej otwierało się klapek. Tam byli rycerze i nagie panie, męskie nagie torsy, potwory i brodaci woje – tam w końcu były różne dziwne kraje oraz wiele humoru… To były moje pierwsze skojarzenia. Wciąż wydawało mi się to bezwartościowym chłamem, na dłuższą metę. K’, kiedy byliśmy jeszcze mali, sam tworzył komiksy w zeszytach, podczas siedzenia na szkolnej świetlicy. Sam posiadał na pewno około 70 komiksów, (choć pewnie znacznie więcej) i jego kolekcja była jak dla mnie imponująca.

Rynek komiksowy w Polszy upadł w pierwszej połowie lat 90-tych, więc K’ posiadał ledwie kilka tych cudeniek, wydanych w ostatniej dekadzie PRL-u, oraz Asteriksa – jedyną chyba całą serię wydaną w Polsce do 1998 roku. Od owego roku wydawnictwo Egmont spróbowało ruszyć polski rynek, za pomocą kontynuacji szlagierowych tytułów wydawanych ongiś przez Orbitę, KAW, Koronę, Komiks Fantastykę, Komiks oraz innych wydawców, działających na przełomie. Wracając do Thorgala, Yansa, W poszukiwaniu ptaka czasu, Lucky Luke, promując kilka nowych tytułów – udało się reanimować maleńki rodzimy rynek. W 2001 roku można powiedzieć, że sytuacja wydawnictw komiksowych na tyle dobrze rokowała, iż zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu. Ja trafiłem na początek fali wzrostowej. Zanim jednak kupiłem pierwszy komiks udałem się do P’ (tego samego od Rush). On posiadał ponad 300 komiksów oraz nie hołubił zasadzie – którą i ja przyjąłem od K’: komiks nie jest towarem, który się daje w rękę kolegom (znajomym, rodzinie itp.), pod żadnym pozorem nie wolno GO nikomu pożyczać!!! Do dziś nikt nie ma prawa zbliżać się do moich komiksów (tylko I’, ale też zwykle pod nadzorem). Ludzie nie szanują książek, które fizycznie są mniej cenne od komiksu, niszczą brudnymi łapami strony, zaginają rogi, drą – miałem nawet znajomego, który wdychał zapach atramentu komiksowego, twierdząc iż jest lepszy od książkowego!

P’ miał inne podejście – zacząłem pożyczać od niego polecone tytuły na plecaki (czyli ile wlazło). Jego pojęcie o komisie jako elemencie kultury masowej, było znacznie szersze i daleko wychodzące poza mejnstrim, jaki zaserwował początkowo Egmont. Przez letni semestr miałem co nadrabiać i do czego wracać. Komiks zaś stał się dla mnie analogią wolności homoseksualnej. Tak samo bycie gejem, jak i przyznanie się na większym forum do czytania, ba do neofickiego oświecenia i powrotu do komiksów, było równoznaczne z drwiną, wyśmianiem i izolacją społeczną. Tak, moi rówieśnicy zdecydowanie chcieli być już dorośli, choć przy swej nadętej postawie, zamieniali się w przerysowanych klanów. Kiedy leciałem w lutym 2001 roku po zmroku, do kiosku po 21 numer kwartalnika Świat Komiksu (1998-2004/n.38) czułem się tak samo, jak rok i kilka lat później, kiedy w zakamuflowanym kiosku w innej dzielnicy, nabywałem jakiś magazyn tylko dla panów. Dokładnie to samo dziwaczne i podłe uczucie – szczególnie kiedy kioskarz, (pewnie złośliwie) dopytywał o co chodzi, albo który numer, albo nie miał jak wydać reszty z 20-stu i szedł do kiosku obok do kolegi…

Bardzo ważnym komiksem, odczarowującym troszkę moje upośledzenie jakie próbowano mi wmawiać, był niepoprawny politycznie Maus Arta Spiegelmana, (obecnie wznowiony w wydaniu zbiorczym za jedyne 72.50zł). Jest to komiks, który może się w tym kraju nie podobać, a mimo to porusza na równi z literaturą holocaustu. Maus przetarł szlak dla poważnego komiksu – który obok wznawianych staroci, zaczął wypełniać półki polskich księgarń (Niebieskie Pigułki, Persepolis, Klezmerzy, Golem i Gwiazdy Dawida, Feralny Major, ARQ, Świat Edeny, Kroniki Birmańskie, Mój Syn, Niedoskonałości, Fun Home, Rany Wylotowe, Polowanie, Dziadek Leon, Opowieści Szeherezady, Reduktor Prędkości, New York, Prosto z Piekła, Krzyk Ludu, Księga Genesis i wiele, wiele ale to wiele innych).

Komiksowy świat stał się radosną alternatywą dla smutnej rzeczywistości. W październiku 2001 roku podczas XII MFK, (czyli w czasie mojego pierwszego zetknięcia się z tak zwanym środowiskiem) w pełni mogłem zobaczyć szaleńców takich jak ja, w większości chłopców starszych ode mnie o jakieś 10 lat. Był to tak bardzo alternatywny i pociągający świat, że nie potrafiłem się już uwolnić. Moje półki stopniowo zaczęły się wypełniać komiksami, zacząłem szukać wszelkich oszczędności, aby tylko mieć trochę grosza na zakup comiesięcznych nowości. Komiks nauczył mnie też cierpliwości – kapryśni wydawcy bowiem często zmieniali plany, lub likwidowali wydawane serie. Na niektóre kontynuacje trzeba było czekać po kilka lat, a wciąż jest jeszcze na co czekać. Od 2001 roku, kilku już wtedy wydawców, rozpoczęło nasycanie rynku kompletnie nowymi tytułami. Od 2002 roku zacząłem jeździć do Warszawy na WSK lub pochodne festiwale. W związku z wyprawami do stolicy, wyrobiłem sobie specyficzny zwyczaj łażenia po Warszawie tak, aby nie zginąć w gąszczach tego PRL-owskiego molocha. Z czasem komiksy związały się nierozerwalnie z moim życiem i wyznaczyły troszkę jego bieg. Festiwale stały się świętami, na których wydawałem horrendalne sumy pieniędzy (szczególnie kiedy nie zarabiałem), aby wywieść jak najwięcej łupów z autografami. W tych pierwszych latach, liczba festiwalowych premier przewyższała kilkukrotnie niewielkie ilości wydawane miesięczne. Dziś kiedy wszystko kupuje się przez internet, a ilość premier jest przez cały rok równomierna – festiwale nabrały bardziej kulturowego wymiaru. Jednak są to ciągle jedyne imprezy/święta, które mają na mnie wpływ iście duchowy, które traktuje z powagą i w pewien sposób przeżywam. Świętami religijnymi się bawię i ucztuję, podczas świąt komiksowych uczestniczę!

I tak jakoś strzeliło 10 lat. Dziś mam ledwo 622 komiksy, to mało! Mało, w porównaniu wobec małej sondy jaką przeprowadziłem na zeszłorocznym MFKiG, podczas kolejki po autografy. Padły liczby (około, ponad lub konkretnie), 7000 (boshe daj mi taką, pewnie nie doczekam), 4000 (o matko), 2000 (niezła, niezła), 1700 (chyba nie mogę być twoim kumplem), 980 (a to drań, ma więcej). Dlatego ciągle mówię do mojego męża: I’!!! Mam za mało komiksów!!!

W związku z obecną aferą chopinowską, chyba nie muszę już mówić, komiksy nie są dla dzieci! Przynajmniej większość.

Jeśli idzie zaś o meritum komiksowe, to od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pomysł na bloga komiksowego. Może jak mi trzaśnie 1000, to na nieokreślonym portalu blogowym, pod inną lub tą samą ksywą – wpiszę się chlubnie. Tylko dla tej jedynej dziedziny, gotów byłbym się szczerze zaangażować. Na niej jedynej, nie zawiodłem się nigdy…

sobota, 26 lutego 2011

Ta notka składa się z dwóch części. Kiedy zaczynałem ją pisać jakiś czas temu, nie spodziewałem się, że aż tak się rozrośnie. Że tytuł, który powinien całkowicie zdominować temat, stanie się tylko częścią składową tej historyjki dygresyjnej. A jednak te dygresje są bliskie memu sercu, gdzieś głęboko szarpią za struny mych emocji, wspomnień i nie był bym sobą gdybym je pominął. Choć tyle mogę zrobić, w ramach hołdu dla mych wspomnień i bliskich.


I.

Tę notkę muszę napisać w lutym 2011, w innym lutym straci sens. Tak jak traci sens gotowanie jajka na miękko, po dziesiątej minucie od wrzenia wody.

Kiedy w lutym 1997 roku zmarła ciotka M’, którą przez ostatnie lata opiekowała się ciotka L’ (ta która jest po udarze), przestałem regularnie jeździć na wieś. Wieś to było miejsce magiczne. Przez pewien czas miałem do dyspozycji dwie wsie – nowoczesne gospodarstwo brata mojej macochy, oraz od zawsze – romantyczny dom z otoczaków przetkanych gliną, pomalowany na biało wapnem, do mojego dziesiątego roku życia przykryty strzechą. Tam właśnie żyła ciotka. Ta część mojej rodziny, z którą się utożsamiam, pochodzi z małej wioski położonej dwa kilometry od krajowej dwójki, między Łowiczem a Kutnem. Tam to mój prapradziad zbudował ten dom, oraz całe samowystarczalne gospodarstwo, na ziemi którą mu podarował jego ojciec. Z pośród wielu jego dzieci, tylko ciotka M’ została na roli. Kiedy w 1963 roku zmarła praprababka, M’ została całkowicie sama.

Nie radząc sobie z życiem i spuścizną ciężkiej pracy – do tego samotna, kobieta-chłop, nosząca męskie ubranie, włosy po męsku i paląca męskie mocne bez filtra – stopniowo popadła w alkoholizm, a gospodarstwo zamieniło się w ruinę. Cegłę i kamień rozkradziono, albo sprzedała za wódkę – ostał się tylko podłużny dom, z kurnikiem i izbą gospodarczą. Stodoła, chlew, piekarnia – wszystkie owoce ciężkiej pracy jej ojca przepadły. Kiedy ciotka L’ w połowie lat 80-tych przeszła na emeryturę, zaczęła często odwiedzać osamotnioną siostrę. Pomagała jej jakoś wszystko ogarnąć, jeździła w każdej porze roku na dwa tygodnie oraz na całe wakacje. Ja jeździłem zawsze tam na miesiąc w lato oraz na całe zimowe ferie. Jednak po śmierci ciotki M’, częstotliwości moich wyjazdów na wieś zmalała, mimo iż L’ dalej starała się dopilnować domu i ogródka warzywnego, pola oddała w dzierżawę. Ten samotny dom z sadem, na odludziu, wyspa zieleni pośród pól, gdzie ledwo prąd doprowadzili, a do szosy trzeba było jeszcze minąć sąsiada, stracił swój sielski urok – zamieniając się niebezpieczne siedlisko… A jednak w sercu, to będzie zawsze moje miejsce, dom, zdziczały sad, wyschnięty staw, studnia i labirynt ścieżek w wysokich i gęstych malinach, w których można było się zgubić. Ostatni raz na ferie pojechałem tam na tydzień w 2000 roku.

Druga połowa owych ferii spłynęła mi na szwendaniu się po mieście. Byłem w takim wieku, że dość miałem wyjazdów z ciotką na wieś, wolałem kumpli w mieście. Były to moje ostatnie podstawówkowe ferie, ostatni tydzień – wieczność. Wtedy to zrodził się pomysł, aby iść do centrum i włazić na ostatnie piętra biurowców i wieżowców mieszkalnych. Było nas trzech: ja, K’ i CMR (kto wie i zna stąd, potwierdzam tak to ten sam). Znaliśmy się wszyscy dosłownie z pierwszej grupy od przedszkola – mnóstwo lat. To był ciekawy tydzień ferii, choć byliśmy raczej grzeczni. To był nasz rok bierzmowania, a ja akurat miałem okres nawróceniowy, który skończył mi się wraz z otrzymaniem namaszczenia w maju 2000 roku. Nawrócenie miało podstawy pierwszej negacji mojego homoseksualizmu, jednak dopiero początek liceum stał się dla mnie dramatem…

W ferie 2001 roku jakimś cudem, znów spotkaliśmy się w tym samym gronie. Tym razem byliśmy w połowie pierwszej klasy liceum. K’ i CMR poszli do jednego ogólniaka, ja do innego. Trafiłem do klasy z dwiema cokolwiek mało zdolnymi pannami ze starej szkoły, co wcale mi nie ułatwiło aklimatyzacji. Z różnych przyczyn izolowałem się od swojej nowej klasy, choć siłą rzeczy zadzierzgnąłem kilka chłodnych znajomości. Na pierwszy plan, wysunęło się moje spojrzenie na własną orientację seksualną oraz jej wyparcie. Po jednym semestrze tej obsesji – niechęci przebywania z nową i obcą grupą ludzi – czułem się kompletnie wyzuty. Stąd tak cudowną wydawała mi się perspektywa ferii, w gronie dobrych kolegów. Oczywiście pomysł był ten sam, włazimy na zbyry i spadamy z nich. I tak spędzaliśmy dni na włóczynodze, na wkradaniu się na wieżowce i  łażeniu do China Town – gdzie zajeżdżało przepalonym olejem, a Chinole wyłapywali koty na potrawkę z królika.

Raz wjechaliśmy na ostatnie, 15 piętro niebieskiego wieżowca. Okazało się, że kondygnacja była niewykończona, lub w trakcie remontu. Dopiero po kilku minutach zorientowaliśmy się, że podczas prac wykręcono też panele przywołujące windę. Zostaliśmy uwięzieni, szybko panicznie zaczęliśmy szukać wyjścia, a po kilku minutach znaleźliśmy wewnętrzną, pozbawioną oświetlenia klatkę chodową. Z dziesięć minut – trzymając się jedną ręką poręczy, a drugą siebie nawzajem – w egipskich ciemnościach złaziliśmy na dół… To był tak bardzo głupiutki czas, tak szczęśliwy.

piątek, 25 lutego 2011

Uwaga!!! Notka zawiera słowa i stwierdzenia uznawane powszechnie za wulgarne, nie mam na celu tym wpisem nikogo obrazić!!!

To stało się dziś, o 4:15 w poniedziałek, trzy lata temu. Trzy lata! Piszę ten parszywy blog trzy lata. I chyba jestem już w najlepszym okresie, po buncie pokrzywdzonego niewiniątka, po gruchaniu o pierdołach, po podlizywaniu się dla akceptacji, po rozdzieraniu szat, po historiach o antykopciuszkach. Aż po ten stan z teraz, kiedy człowiek dojrzewa, aby nie patrzeć na innych, wstecz, aby nie urazić, źle nie spojrzeć, aby nie stracić wiernego czytelnika, którego i tak gówno obchodzi twoje życie. Bo nie słuchasz Sradonny, czy może nie jesteś lewakiem, albo właśnie dlatego że nim jesteś, lub bo jesteś pedałem, tym parszywym lachociągiem, albo dlatego że będąc wspaniałym gejem, nie potrafisz być pedałem – skaczącym zawsze w pierwszym rzędzie, pod dyktando różowych myślicieli (cwaniaków i karierowiczów). Nie! Mam na to wyjebane! Jestem podobnym do Chopina, sobowtórem Michała Wiśniewskiego z więzienia Krzyśka Ostrowskiego. Jebanycweloholocaust to jest moje życie i celowe nadużycia językowe, są jedyną dozwoloną bronią. Czuję się czasami jak Żyd w Jerozolimie, w oblężonej twierdzy, jak bohater idiotycznego opowiadania Kinga – który nie wyrabia i zaczyna strzelać. Zanurzony głęboko w gęstym morzu podwórkowej paranoi, nie mogę już wytrzymać tego, że jedni biegają z widłami na drugich, opluwają się jak bachory w piaskownicy. Oj daleko mi do szwedzkich obyczajów – lać kurwa, lać trzeba było wtedy do krwi za młodu – to może by spokornieli ci durnie – dziś, kiedy udają dorosłych. To mój blog, wpisy jak kadry tego komiksu, troszkę banalne, zbyt naiwne, nieumiejętne – choć zwykle szczere, czasem na siłę a czasem z serca, w formacie nieczytelnym dla większości, w sposób odrażający, brudny i wulgarny, bez żadnej myśli przewodniej, poza jednym małym pragnieniem (uznanym w tym kraju za największe zboczenie) a jest nim normalność (uspokojenie)… I o tym jest w jakimś sensie tych 490 notek z tego bloga! Naprawdę…

Mam kilku znajomych, którzy grają w zespołach muzycznych, są ich liderami lub szarymi członkami. Oto zespół brata mojego znajomego. Panowie z TUNE, mimo iż mają słabego wokalistę, mimo że troszkę się powtarzają – ale to jest debiut – nikt nie jest genialny od zaraz, postawili sobie ambitne cele. Po ponad rocznej pracy, wydają swój debiutancki album, chyba w marcu, płyta jest jeszcze masterowana za oceanem.

Sceno prawdziwej muzyki progresywnej drżyj. Oto wychodzi na rynek zespół, posiadający moim zdaniem, wielki potencjał. Czy go spożytkuje czy zmarnuje, pokaże czas i sami chłopcy. Jedno mnie cieszy niezmiernie – że daje się jeszcze szanse, ukazania się prawdziwej muzyce, pośród tego morza plastikowego szlamu. Jaki jestem dumny, że mogę znać pałkarza tej kapeli.

Tune - Cabin Fever

Tune - Dependent

środa, 23 lutego 2011

Chopin New RomanticMamy w końcu pierwszą aferę komiksową w Polsce. Oto wyszło na jaw, jak olewczy stosunek do swojej pracy mają pracownicy MSZ i polskiej ambasady w Berlinie. Bo komiksy są dla dzieci i dzieci sobie popatrzą, że Szopen wielkim fortepianem był. A tu wyszedł zonk – bo komiks to nie Smerfy, nie Kapitan Żbik, nie Kajko i Kokosz, to też nie Thorgal ani Profesorek Nerwosolek. To cholernie okrutne, precyzyjne i silne medium, potrafiące lać po łbie wszystkich dookoła, oraz same siebie. Szczególnie agresywny jest komiks wyrastający z subkultury zinowej, istniejący gdzieś z boku nurtu komercyjnego. Alternatywa w latach 90-tych XX wieku, tworzyła w Polsce swoiste podziemie – a ono zaś napędzało budzenie się głównego nurtu czyli mejnstrimu – o którym większość z nas ma blade pojęcie, rzucając hasło Thorgal, ale mejnstrim to nie tylko oczywistości, więc uwaga z rzucaniem pochopnych tytułów.

Podziemie to mekka pokolenia młodych twórców, z którego między innymi wywodzi się części autorów „Chopin New Romantic”. Oni tworzą dzisiejszą nową falę komiksu polskiego! Ich niemieccy rówieśnicy są w o tyle lepszej sytuacji, że większość z nich już ugruntowała swoją pozycję w branży wybranym tytułem, kreacją postaci czy specyficznym stylem. U nas jeszcze się tak do końca nie dzieje – choć już zaczynają się ci młodzi wybijać. Komiks alternatywny i undergroundowy Polski – to nie zabawa, tylko komentarz wraz z lustrzanym odbiciem – naszej małej paranoi. To komiks chłopców i dziewcząt mających dość tej paranoi, to komiks mówiący językiem ulicy, blokowiska, naszej codzienności i przerysowujący mocno rzeczywistość.

Można dyskutować o komiksie, o wulgaryzmach, o jego miejscu w kulturze itd. Tylko, po co? Skoro afera, która wybuchała nie tyle szuka winnych zamieszania, co próbuje wrobić komiks w całe zło, jakie powstało. Przede wszystkim medialna nagonka jest tendencyjna, dyskredytując całe wydawnictwo. Wina leży po stronie urzędników niemających pojęcia, czym jest komiks, oraz co się w nim w ogóle dzieje. Bezmyślnie zostawiono wolną rękę twórcą – choć jeśli był to projekt ministerialny, powinno się wyznaczyć jakieś ramy i cele publikacji. Ktoś w końcu z ministerstwa musiał ten produkt chyba obejrzeć, w końcowej fazie składania i wyrazić zgodę na druk? Jeśli tego zaniedbano, to czyj jest wina?

Teraz ministerstwo chce zniszczyć 20-sto tysięczny nakład! Kolejny idiotyzm państwa polskiego, teraz po medialnej aferze – komiks wysprzedałby się do sztuki, na rynku krajowym. Tylko co, oczywiście polaczkowaty wstyd nas trapi? Brak dystansu, tchórzostwo i narodowa nadętość! Pewnie wydawca, prędzej czy później i tak wyda ten komiks komercyjnie. Ja go kupię, mój mąż nawet by go kupił (gdybyśmy żyli osobno). To straszne jak bardzo nie potrafimy się śmiać z naszych ikon, jak pełzamy do nich na kolanach i chronimy blokującym swobodę wypowiedzi prawem, jak czołobitnie (komicznie) oddajemy im hołd. Polsko kochana, mój domu, to nie ten komiks mnie zawstydza tylko zacofana mentalność, której tak daleko do zachodu.

PS. „New Romantic” jest już na allegro, jedyne 150zł za komiks, wart po doliczeniu marży około 10-20 złotych za sztukę (czyli taniocha, to do krzyczących, że ten komiks drogo kosztował MSZ!!!).

Dopisek z godziny 21:21: Inne źródła podają iż nakładu komiksu było 2000 sztuk, za 110 tysięcy złotych polskich. Co daje nam 55 złotych za sztukę. To jest i tak średnia cena, jak za komiks w Polsce, która oscyluje od 20 do 250 złotych polskich za jeden egzemplarz!!!

PPS. Nie niszczcie tego nakładu - to są metody znane z państw totalitarnych i IV RP.

wtorek, 22 lutego 2011

Cover FotoA Farewell To Kings - 1977

1.A Farewell To Kings 5:53

2.Xanadu 11:07

3.Closer To The Heart 2:54

4.Cinderella Man 4:22

5.Madrigal 2:36

6.Cygnus X-1 10:21

 

Radykalne rozbudowanie instrumentarium, wprowadzenie 12-strunowych gitar akustycznych, gitar dwu-gryfowych, syntezatorów, minimoog’ów, syntezatorów basowych pedałowych, kilku rodzajów dzwonków, cymbałów itd., stało się podwaliną pod nie tyle nowy album, co pod kompletnie nowy unikalny styl zespołu Rush – jaki został zaprezentowany na piątym studyjnym krążku grupy. Pojawienie się dwu-gryfowców – zmieniło rolę, jakie dotychczas odgrywali członkowie zespołu. Alex przestał być tylko gitarzystą, zaczął obsługiwać też kilka nożnych syntezatorów, podczas jednego numeru mógł grać na akustycznej i na elektrycznej gitarze. Elektryczną zmieniał często na 12-stkę to znów 6 lub 12 akustyczną, podczas wciąż tego samego numeru. Geddy obok basu, zaczął na stałe grać na klawiszach, uruchamiając też syntezatory basowe, na drugim gryfie zaś wspomagał Alexa w jego partiach gitarowych, oraz dodatkowo śpiewał. Neil zniknął już całkowicie za nową armią dzwonków, dzwoneczków i dzwonów, za kotłami i cymbałkami, ponad to też dostał swoją działkę syntezatorów – choć były to bardziej – jak byśmy to dziś określili samplery – generujące określony dźwięk. W końcu Rush to trio – które zaczęło grać jak sekstet – można by wyręczać się oczywiście muzykami sesyjnymi – ale zespół to zespół – skoro tworzy go trzech muzyków z aspiracjami – to trzeba samemu zaspokoić swe pragnienia. Dlaczego Rush nie powiększył swojego składu? Muzycy uważali bowiem, iż 3 to liczba doskonała dla zespołu – każdy z muzyków ma po równo pracy i równą dostaje zapłatę, trójka wyklucza potrzebę istnienia lidera i jest liczbą w pełni demokratyczną. Zespoły cztero i więcej osobowe – doprowadzają często do sytuacji w których – na przykład wokalista – niemający innej pracy w grupie nad śpiew, albo drugi gitarzysta – odpowiedzialny tylko za popisy wirtuozerskie, zaczynają siać ferment w kolektywie, jakim jest zespół. W dużych kapelach dochodzi też do tworzenia się frakcji i różnych sił, prowadzących do niepotrzebnej konkurencji – a co za tym idzie częstokroć do rozpadu grupy, do braku poczucia jedności, niedostatecznego spełnienia się w ramach formacji, lub poczucia zepchnięcia do mniejszości przez większość. Trio musi pracować razem, musi włożyć w tworzenie muzyki więcej wysiłku – podział ról musi być ściśle określony i wyśrubowany, a odpowiedzialność musi spadać po równo, na każdego członka zespołu. Wychodząc z takiego założenia Rush ani myślał o powiększeniu składu, przynajmniej jeszcze nie teraz.

Tak bogate instrumentarium przydało się chłopakom późną wiosną 1977 roku, kiedy rozpoczynali pracę nad nagrywaniem piątego studyjnego albumu. Tym razem jednak – po sukcesie płyty 2112 – wytwórnia Mercury postanowiła dofinansować muzyków, zostawiając im całkowicie wolną rękę, jeśli idzie o kompozycje. Dla lepszej pracy wydawca postanowił posłać swoje wyrodne, acz dochodowe dziecko do Walijskiego studia w Rockfield oraz Londyńskiego Advision’u. Nowe warunki pracy, nowe zabawki oraz silna fascynacja sceną progresywną (to jest King Crimson, Van der Graaf Generator oraz Yes) jakiej ulegli chłopcy z Rush – doprowadziły do powstania albumu doskonałego, bijącego na głowę swojego poprzednika. Można śmiało powiedzieć, że najlepszego albumu zespołu w latach 70-tych. I jednego z 3 najważniejszych dokonań zespołu, plasując tenże album na miejscu 2, gdzie 2112 plasuje się na pozycji numer 3 – czyli wciąż najlepsze przed nami.

Cover FotoTak oto 1-go września 1977 roku, nastąpiła premiera piątego studyjnego albumu Rush pod wymownym tytułem A Farewell To Kings – z jednej strony będącym podpowiedzią odnośnie tematyki dzieła, z drugiej wieloznacznym prztyczkiem w nos krytycznych recenzentów oraz świadomym odcięciem się, od porównywanych z Rush zespołów – których świetność w dużej mierze już gasła. Można z całą pewnością stwierdzić, iż na 2112 Rush stał się w pełni dojrzałym zespołem, tworzącym własny styl odcinając się od przekleństwa porównań z innymi, które punktowała prasa oraz rozgłośnie radiowe, aż do Caress Of Steel włącznie. Na A Farewell To Kings zespół zdecydowanie potwierdził swoją dojrzałość i muzyczną odrębność.

Między pierwszą a drugą częścią Fantastycznej Trylogii obejmującej albumy: 2112, A Farewell To Kings oraz Hemispheres, dochodzi do zasadniczej brzmieniowej zmiany. Rush progresywny, łagodzi swoje hard rockowe brzmienie, muzyka staje się bardziej zróżnicowana i rozbudowana, pojawia się wiele nowych dźwięków w wyniku poszerzenia instrumentarium, o czym już wspominałem. Żeby jednak osiągnąć odpowiedni nastrój na płycie – muzycy wychodzą do natury. Nagrywają śpiew ptaków, szum lasu, szum jeziorka, grają część partii w plenerze, aby osiągnąć zamierzony efekt echa – po prostu szał. Czy wobec tego A Farewell To Kings odbiega od tego, co zespół stworzył dotychczas? I tak i nie – ten album to twórcze rozbudowanie wszystkiego, czego Rush dokonał już wcześniej – albo mam tylko takie wrażenie, wynikające z niewiary w cudowne wynalazki – zawsze coś wynika z czegoś, bez fundamentu nie można zbudować domu.

Oto krótka charakterystyka albumu, której dokonał Neil Peart tuż po ukazaniu się go na rynku. Ptaki z Rockfield słychać na utrzymanym w stylu elżbietańskiego jazzu wstępie do tytułowego utworu. To jedna z naszych ulubionych piosenek z całej płyty, bo zdaje się zawierać w sobie to wszystko, co chcemy, by Rush reprezentował. Ptaki można usłyszeć raz jeszcze we wstępie do drugiego kawałka, który jest dziełem fantazji zatytułowanym "Xanadu". Każdy, kto był na którymś z koncertów końcowej części naszej ostatniej, amerykańskiej lub brytyjskiej trasy, będzie go prawdopodobnie pamiętał. Na albumie przyjmuje postać jedenastominutowego cacka będącego niewątpliwie naszą, jak do tej pory, najbardziej złożoną i wielowarstwową kompozycją. Zawiera także jedną z najbardziej emocjonujących i lirycznych solówek Alexa, jak również dramatyczny wokal Geddy'ego.Cover Foto

Stronę druga otwiera prosty, bezpretensjonalny utwór zatytułowany "Closer To The Hart". Poetycko rzecz ujmując, o ile "A Farewell To Kings" traktuje o problemach, to ten mówi o ich rozwiązaniach. Bazuje na zwrotce, którą napisał nasz przyjaciel z Seattle, a ci, którzy potrafią słuchać, usłyszą tu wiele. "Cinderella Man" to mocna historia napisana przez Geddy'ego z pomocą Alexa, mówiąca o jego reakcjach i uczuciach, które pojawiły się po obejrzeniu filmu "Mr. Deeds goes to Town". Piosenka ta zawiera bardzo niezwyczajną (jak dla nas) środkową sekcję instrumentalną, którą można by nawet nazwać (aż się wzdragam) funky! Dalej relaksujemy się na chwilę przy balladce "Madrigal", piosence miłosnej z miło poruszającą melodią graną na syntezatorze i perkusją nagraną w pomieszczeniu z echem.. Geddy śpiewa tu też w przyjemny sposób.

Szybka zmiana scenografii i klimatu, i już znajdujemy się w najdalszych zakątkach przestrzeni kosmicznej, w środku czarnej dziury "Cygnus X-1". To pierwsza część epickiej historii, która ma być kontynuowana aż do zakończenia na naszej następnej płycie. Muzyka niemal w całości skomponowana była w studio i była to dla nas wszystkich bardzo satysfakcjonująca realizacja. To jedna z naszych najmocniejszych rzeczy, które zrobiliśmy do tej pory. Jeśli nie wywoła u was gęsiej skórki oznaczać to będzie, że nie słuchaliście jej wystarczająco głośno!

Otwierający A Farewell To Kings a farewell to kings– jest zaskakująco anty-prawicowy – zabolała chyba Peart’a łatka prawicowca. Podważa on historyczne prawo do sprawowania władzy przez określoną grupę społeczną, system taki rysuje jako wypaczający morale społeczeństwa, odpowiedzą na uzurpację władzy przez wysoko urodzonych, są mędrcy lub myśliciele, którzy powinni poprowadzić społeczeństwo w sposób bliższy sercu. Ale czy ta bliższość serca – jako system polityczny oznaczać ma (nie daj boshe) socjalizm? Dowiemy się za jakiś czas…

Drugim utworem na płycie jest Xanaduxanadu – porywający, epicki, wspaniały, genialny, odkrywczy, zaskakujący, niesamowity kawałek. Genezą jego powstania był wiersz Samuela Tylora Coleridge’a jednego z brytyjskich prekursorów romantyzmu, pod tytułem Kubla Khan (1797r.). Peart przerobił tekst utworu – opowiadając historię śmiałka wyruszającego do Xanadu, aby zdobyć nieśmiertelność. Jej władca Kubla Chan – obdarza naszego bohatera tą cechą – jednak staje się ona dla niego przekleństwem, a nasz bohater więźniem lodowej jaskini Chana. Historyjka fajna, programowa – muzyka nietuzinkowa. Xanadu to muzyczna uczta, na początku ptaki, odgłosy lasu i dzięcioł stukający w drzewo – potem atmosfera gęstnieje, wszystko następuje stopniowo, z lasu wychodzimy w góry, dmie wiatr, szukamy kryjówki władcy krainy – nie możemy być obojętni wobec przestrzeni i klimatu, które czuć w całym tym utworze. Wreszcie są dwie zwrotki z refrenem, a po każdej z sekcji dziwacznie wysokie klawisze wychodzą piszczeć na pierwszy plan. Na końcu następuje wielki solówkowy finał oraz wyciszenie utworu. To chyba najlepsza kompozycja Rush jaką stworzył, łatwy a zarazem niezwykle pogmatwany, dla wszystkich i zarazem tylko dla wybranych – grany dziś wywołuje euforię publiki, jeden z najbardziej nastrojowych i niepokojących zarazem utworów Rush…

Closer To The Heartcloser to the heart – to kontynuacja myśli z pierwszego numeru, ten piękny miniaturowy utwór, dla wielu jest afirmacją socjalizmu, jednak jak to mówi Neil Peart – kto potrafi słuchać ten usłyszy tu wiele – głównie o altruizmie, naczelnej cnocie egoizmu. Słowa Peart’a nie są przykazaniem, ani też nie są pochwałą żadnych zdrożnych światopoglądów, są twierdzeniem lub propozycją. Rush znany jest w Kanadzie z działalności dobroczynnej, między innymi wspiera grupę dzieciaków z zespołem Downa, oraz dofinansował w wysokości 100 tysięcy USD budowę Kanadyjskiego Muzeum Praw Człowieka.

Następną ciekawą kompozycją jest Cinderella Manciderella man – w pełni opisany przez Neila Peart’a powyżej. Ostatnim zaś godnym uwagi utworem jest zamykający album futurystyczny Cygnus X-1cygnus X-1 – jest to iście gwiezdno-wojenna historia podróży ku czarnej dziurze, zlokalizowanej w gwiazdozbiorze łabędzia. Muzycznie to kolejna uczta, tym razem mamy odgłosy kosmicznego rejsu i przygody. Jest to utwór prostszy niż Xanadu, a mimo to dalej porywający, oparty na prostym hard rockowym temacie, pokrojony na klika epizodów i przesiąknięty jakby dźwiękami uniwersum, z agresywną i zaskakującą końcówką.

Czym dla Rush jest album A Farewell To Kings? Jest dobitnym przykładem muzycznego geniuszu trojga ludzi tworzących zespół. Dla kilkunastu zespołów otwierających nowy rozdział w muzyce rock-metal i heavymetal jest źródłem inspiracji. Już od albumu 2112 Rush staje się zespołem wywierającym wpływ na muzykę rockową. Dla Rush, dla fanów oraz stopniowo dla krytyki, album A farewell To Kings staje się jako rzecze tekst Xanadu „… drink the milk of Paradise”. Znakomita sprzedaż albumu umocniła pozycję zespołu, a bilety sprzedawały się do ostatniego, podczas kolejnej trasy koncertowej…

 

Następny odcinek: 1.III.2011

Dla chętnych: Closer To The Heart Live 1980, 2003 z Rio i 2004 na 30-sto lecie, specjalna edycja z dziećmi opóźnionymi umysłowo. Jakość dwóch ostatnich filmów nie jest najlepsza!!!

niedziela, 20 lutego 2011

Dziś mija miesiąc od podjęcia kuracji odchudzającej, efekty nie są wielkie, ale zima dalej trzyma, a na mrozy dobrze coś zjeść. Nie będę się rozpisywał, jak udało się nam osiągnąć troszkę lepszy wynik (in minus), bo zwyczajnie staraliśmy się tylko kontrolować ilość spożywanego jedzenia, bez podjadania. Ograniczyliśmy ilość białego chleba do tylko i wyłącznie ciemnego chleba. Ograniczyliśmy ilość spożywanych ziemniaków – znaczy przestały być one zapychaczem głównym. Ryż i kasze też są dobre, ziemniaki w formie przerobionej cudowne, ale komu się chce poza weekendem wymyślać dania z ziemniaków? Oczywiście nasze dość luźne rygory, zdarzało się nam łamać. W końcu jest depresyjnie, zimno i ciemno – a i zdrowie też nam specjalnie nie dopisuje, więc coś na słodko czasem… Oczywiście walczymy dalej. Mąż mój jest bardzo dzielny i wytrwały w postanowieniach, ja nie! Z całości wyników tylko ¼ stanowi mój udział.

Waga: 178 kilogramów, było 188.

Talia: 213 centymetrów, było 216.

Wzrost: 348 centymetrów.

Walczymy o 40 kilo mniej. Przed nami wiosna i czas wychodzenia z futer – powinno to być czynnikiem zachęcającym do gubienia nadmiaru, ale przed nami 3 marca – tłusty czwartek… Będzie się działo.

piątek, 18 lutego 2011

Ostatnio dzieje się coś niezwykłego. Ewolucja zdaje się istnieć w rzeczywistości…

IX.2008 – Synu już najwyższa pora abyś opuścił moje mieszkanie, powiedz kiedy a spakuje ci walizki.

XII.2008 – Synu masz czas do końca przyszłego roku, aby się wyprowadzić z mojego mieszkania.

Na początku stycznia 2009 pojawiłem się w świadomości mamy I’. Mąż spędzał ze mną cały wolny czas, widywaliśmy się codziennie, czasem (jeszcze) potajemnie u mnie nocował.

I.2009 – Synu pamiętaj, że tu jest twój dom! Nie siedź na głowie obcym ludziom.

II.2009 – Jeśli myślisz, że będę wychodziła z twoim psem rano, kiedy zostajesz na noc u tego faceta, to się grubo mylisz.

I’ grzecznie jeździł zawsze na 7 rano do domu, na drugi koniec miasta wyprowadzać psa a potem wracał do pracy, znajdującej się pięć minut ode mnie.

IV.2009 – Synu możecie się przecież spotykać kilka razy w tygodniu, ale nie przebywać ciągle razem. Synu czy wiesz, co robisz?

V.2009 – Synu traktujesz swoje mieszkanie jak hotel, może też pora na psa abyś go zakwaterował w tym nowym domu?

VII.2009 – Synu jak długo będziesz mieszkał u obcych?

IX.2009 – Synu może uda mi się dostąpić łaski widzeń, chociaż z psem, skoro ty odwiedzasz minie dwa razy na miesiąc?

Mama I’ zabiera psa na wszystkie długie weekendy oraz na święta. Bardzo pogłębiła się jej relacja z psem. Kupiła suczycy całokształt wyposażenia psiego, łącznie z kilkoma zabawkami. Stokrot została jej włochatą wnuczką.

XII.2009 – Synu, jeśli się nie zjawisz na wigilii to babcia umrze!

Nie umarła i do dziś trzyma się w miarę.

II.2010 – Synu skoro masz już własne mieszkanie, to po remoncie chyba w nim w końcu zamieszkasz, zamiast siedzieć u obcych?

IV.2010 – Synu, ale ty się ociągasz z tym remontem, już się nie mogę doczekać, kiedy zaprosisz mnie na jakiś obiad do siebie.

VIII.2010 – Jak to synu, nie będziesz mieszkał we własnym mieszkaniu? To on cię namówił! Zapamiętaj jedno, moja noga nigdy nie postanie w jego mieszkaniu!

IX.2010 – Chcesz wynająć synu mieszkanie? Acha, czyli chcesz na Niego dawać kasę tak?

Kiedy stało się jasne, że I’ nie ugnie się pod naciskiem matki, od jesieni jej zachowanie zaczęło się raptownie zmieniać…

XI.2010 – Synu jak będziecie robili przeprowadzkę małego pokoju, to zrobię wam obiad, więc nie kłopoczcie się w domu…

Wyszły tego dwa obiady…

XII.2010 – Synu daj mi znać gdzie spędzasz wigilię w tym roku, abym mogła zaplanować…

I.2011 – Synu mam wenę, coś wam ugotuję…

II.2011 – Smakowało wam? To dobrze, wena mnie ostatnio nie opuszcza, przyjedź w czwartek to zrobię wam to, co lubicie…

Eh, jak to się zmieniają te czasy… A my z I’ dalej razem. Związek to takie bardzo dziwne niewolnictwo, które długafalowo bywa przyjemniejsze niż pustkowie samotnej wolności…

wtorek, 15 lutego 2011

Cover Foto2112 - 1976

1.2112 20:33

2.A Passage To Bangkok 3:34

3.The Twilight Zone 3:19

4.Lessons 3:52

5.Tears 3:34

6.Something For Nothing 3:57


Siłą albumu 2112 nie była tylko tytułowa opera. Siłą tego wydawnictwa były wszystkie kompozycje. Składały się one na niesamowicie dojrzałe dzieło. Czemu używam przymiotnika niesamowicie? Wynika to z prostego zestawienia, wszystkiego co zrobił zespół do tego albumu z nim właśnie. Postęp – trudno tu mówić o postępie – dojrzałość, nie wiem jak to określić, może to dar twórczy – tak mocno wywindował 2112 i zdystansował względem wcześniejszych wydawnictw. W jakimś sensie Rush tym albumem narodził się ponownie. Tym razem jako zespół pewny swych umiejętności z ogromnym potencjałem, potrafiący komponować porywające utwory, wreszcie odznaczający się własnym stylem… Własnym!

2112 to album otwierający fantastyczną trylogię Rush – która kończy okres lat 70-tych w historii zespołu. Jest to też album graniczny – jak stwierdzili muzycy – kończący pierwszy okres działalności grupy, okres hard rockowy…

Trudno jest mi wybrać którykolwiek z pozostałych 5 utworów ze strony B, uważam że każdy z nich zasługuję na uwagę. Czuć na tej płycie wszystko to, o czym już wspominałem wcześniej, całą jej rush’owość. Muzycznie dominuje klimat hard rockowy, pojawiają się pierwsze, niewinne klawisze, gra na nich gościnnie Hugh Syme – grafik zespołu. Zagra on jeszcze później kilka partii klawiszowych, podczas kolejnych sesji nagraniowych. Obecność syntetycznego instrumentarium – jest na tym albumie minimalna. W warstwie tekstowej Peart realizuje się kompletnie, nawiązując do swej filozofii życia oraz swoich wielkich pasji. Zwraca uwagę na siłę jednostki oraz na to, iż musi ona walczyć o swoją wolność. Oddaje hołd brutalnej wizji kapitalizmu swej inspiratorki – ale jak Rand ma nie być brutalna, skoro ją samą zgwałciła brutalnie rewolucja bolszewicka? Drodzy państwo, co jak co, ale sto razy bardziej wolę białą Rosję z jej bandyckim kapitalizmem – dającym nadzieję na wolność niż, czerwoną hołotę gwałcącą wszelkie prawa, wolności i normy, odbierającą tożsamość jednostek i grabiącą własność prywatną. Mówię to jako materialista i egoista. Neil nie jest radykalnym kapitalistom.

W swoich tekstach zabiera nas też Peart w podróż po świecie, nie wiem od kiedy zaczął jeździć – najpierw po Kanadzie, potem po Stanach – motocyklem, w każdym razie – podróże tym właśnie pojazdem, są największą pasją perkusisty Rush. Nie wiem też, od jakiego czasu na wszystkie koncerty, podczas tras zespołu dojeżdża motocyklem (pewnie jakoś od drugiej połowy lat 80-tych), wobec czego koncerty są tak ustawione, aby Peart miał czas przejechać wyznaczony odcinek między miastami. Od lat też przy okazji takich tour-podróży pisze eseje i reportaże, zawierające obok relacji z trasy, przemyślenia i refleksje częstokroć o zabarwieniu filozoficznym.

Do 2112 w warstwie lirycznej swoje trzy grosze dorzucili też Alex i Geddy. Uwagę zwraca szczególnie liryczna ballada napisana przez Lee.

Prace nad albumem trwały zasadniczo krótko, najwięcej czasu chłopakom zabrało napisanie i nagranie pierwszego monstrualnego utworu, a potem poszło jak z płatka. Dwie bardzo istotne kompozycje – podróżniczo-narkotycznego A Passage To Bangkoka passage to bangkok – oraz nawiązującego do serialu o tej samej nazwie The Twilight Zonethe twilight zone – ze zniewalającym „nej ne nej nej aaa nej na nej nej” (u Geddy’iego na takie smaczki się zwraca uwagę), napisali i nagrali każdy z osobna w ciągu zaledwie jednego dnia. Ten ostatni wprowadza słuchacza w fantastyczny świat wyobrażeń głównego bohatera, Rush jak zwykle opowiada jakąś historię. Na prawie każdym albumie zespół – opowiada historyjki. Tears tears – to jedna z niewielu ballad, jakimi raczy swych słuchaczy zespół, prosty tekst napisał Lee, i tu właśnie pojawiają się klawisze – wciskane przez Syme’a. Ostatnia propozycja na krążku to znów Peart, tym razem inspiracją dla perkusisty staje się grafitti, które dostrzegł w centrum Los Angeles – głoszące hasło „Wolność nie jest wolna”. Zmartwiony tą myślą napisał tekst Something For Nothing something for nothing – programowy tekst Rush – nawołujący do aktywnego wykorzystywania swoich swobód – gdyż w przeciwnym razie samoistnie dajemy się niewolić. Nikt nam nic nie da, nie dadzą nam nic nasze marzenia, wolni będziemy wtedy, kiedy zawalczymy o swoje – kiedy sami zbudujemy własną potęgę. Jednostka pragnąca wolności musi pozbyć się biernej i oczekującej postawy.

2112 odniósł sukces, jak na niszowy zespół ogromny. Kilka milionów sprzedanych płyt jednego krążka to niemało… Na przykład patrząc na nasz rodzimy rynek – sprzedaż od kilku do kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy czyni już gwiazdę. A Rush nigdy gwiazdą nie był, mimo ugwieżdżania – był kolektywem złożonym z trzech indywiduów, wirtuozów i mistrzów w swoim fachu. Rush nie wypromował nigdy żadnych wielkich przebojów, nie miał chyba nigdy takiego zamiaru. Taki zespół – wobec braku łatwych sukcesów powinien się rozpaść. A jednak, to niepozorne trio istnieje już prawie 40 lat – nie idąc nigdy z głównym nurtem, zawsze i pod warunkiem niezmienności składu. To od momentu dołączenia Peart’a do zespołu – w wakacje 1974 roku, muzycy liczą swe istnienie, a nie od wydania debiutu. Zostało to bardzo mocno zaakcentowane w 2004 roku, kiedy obchody rocznicy rozpoczęto 29 lipca, w dniu w którym przybył Neil Peart na próbę zespołu. Wtedy ukazał się rocznicowy album, dopełniający trasę R30.

Zapytany o źródło sukcesu 2112 Alex Lifeson odpowiedział następująco: Można powiedzieć, że ta płyta była z naszej strony aktem protestu. Nagrywaliśmy zawsze rzeczy niezbyt komercyjne i zarówno wytwórnia, jak i management naciskali, byśmy poszli w kierunku muzyki łatwiejszej w odbiorze. Zdecydowaliśmy więc wprost przeciwnie nagrać taki album, na jaki sami mieliśmy ochotę. Nie bacząc na to, czy się komuś spodoba, czy nie. I myślę, że ludzie zrozumieli jego ideę. Że trzeba stać na straży tego, w co się wierzy i walczyć o to. Nawet jeśli wszyscy dookoła są przeciwko tobie. Myślę, że takie było źródło sukcesu 2112.

Cover FotoOstatecznym zamknięciem pierwszego okresu w historii Rush, było wydanie pierwszego (podwójnego) albumu koncertowego All The World’s A Stage podsumowującego dotychczasowy studyjny dorobek grupy. Wydawnictwo ukazało się 23 września 1976 roku, tytułem zaś nawiązywało do słynnej frazy:

All the world's a stage,

And all the men and women merely players:

They have their exits and their entrances.

z komedii Jak wam się podoba Williama Szekspira. Bardzo dobra sprzedaż albumu, który już w 1981 roku zdobył platynę w USA, utwierdziła tylko wydawcę Rush, w sens dalszej współpracy.

 

Następny odcinek: 22.II.2011

W tym odcinku dział "dla chętnych" będzie nieco rozbudowany. Na YouTube znalazłem 17-sto letnią dziewczynę(!!!), zagorzałą fankę Rush (jestem z niej taki dumny ;p ). Mnóstwo filmów na jej profilu ma charkater tribute to, jest też dwanaście jej ulubionych numerów zespołu. Postaram się korzystać z takich fanowskich filmików, albowiem to my w jakimś sensie tworzymy Rush :)

Numer jeden to Something For Nothing jako My Obsession V z  owych 12 ulubionych kawałków. Numer dwa to In The End z tej samej listy (VI) - tym razem wzięty z All The World's Stage. Osobiście mi się ta koncertowa interpretacja nie podoba wcale, ale...

sobota, 12 lutego 2011

Świat jest ciągle ciekawy i bulgocze od temperatury zdarzeń. Mubarak odszedł. Co będzie dalej? Wiemy, że wszystko jest pod kontrolą armii. Czy tłum wróci do domu? Przecież ekipa wojskowych w jakimś sensie to ta sama ekipa, na której czele stał Mubarak. Sulejman to wielki szef wywiadu… Tantawi minister obrony, obecny numerem jeden, to najwierniejszy żołnierz byłego prezydenta… Wojsko, wojsko, wojsko. Wszystko to wygląda jak przemeblowanie pokoju pełnego starych mebli. Nic nowego. Ale czy chcemy nowego?


Wracając na domowe łono, po 50 dniach hospitalizacji ciotka L. wróciła do domu. Jej powrót opóźnił jeszcze jeden odział szpitalny – którego żądała córka ciotki. Ale dla U. dopiero zaczyna się koszmar. W jakimś sensie koszmar, U. była zawsze wolnym ptakiem, pracowała jako tancerka aż do 1990 roku, kiedy ledwo po trzydziestce została żoną, brodatego pana z Niemiec. Pan z Niemiec pracował w bardzo znanej firmie farmaceutycznej na wysokim stanowisku – niczego im nie brakowało. Nie było to jednak udane małżeństwo, po niecałych dziesięciu latach rozwiedli się. Niemiecki sąd zasądził winę męża – a że to jednak niemieckie prawo – stąd U. nie musiała w życiu więcej pracować. Mimo, iż dziś danina od męża nie stanowi wielkich pieniędzy, ani w sumie nawet dobrych – to i tak do końca życia jest to jakiś pieniądz.

Z tą wolnością jak ptak troszkę przesadzam – samowolnie nałożyła sobie na głowę – przynależność do moralnego więzienia, religijnego odłamu post-protestanckiego wyznania. W każdym razie aż do choroby mamy – nie musiała się niczym przejmować, poza religią którą kultywuje. Jak na swój wiek wciąż wygląda kwitnąco, nawet o zgrozo jeden z moich kolegów się w niej zadłużył kilka lat temu. Więc kiedy jej to powiedziałem to chyba jej schlebiło. Chociaż wśród niektórych jej koleżanek (z poza trzódki) ogólnie panuje moda na kochanka w przedziale 18-25.

Z matką, U. jest związana w bardzo silny sposób. Jako kobieta bezdzietna i samotna ma tylko tą starą dobrą matkę. Od wczoraj – po 50 dniowym okresie przygotowawczym, U. stała się całodobową opiekunką chorej. Musi z nią na stałe zamieszkać, opłacić codzienną rehabilitację, pielęgniarkę środowiskową, by mogła gdzieś wyjść, chociaż na 4 godziny z domu… Musi coś dla L. ugotować. I tu jest największy problem, U. nigdy nie gotowała, nie ma o tym pojęcia. Zawsze w anegdotach opowiada, jak starała się mężowi usmażyć schabowego… Zrobiła tak jak (wydawało jej się że) robiła mamusia – jajko i bułka… Surowy niedoprawiony i ociekający krwią kotlet, bardzo smakował mężowi, kiedy jednak U. spróbowała kawałeczek natychmiast wszystko wylądowało w koszu… Na razie mamusia je kupne pierogi i takie tam… Ale kupowanie obiadów zrujnuje finanse naszych ciotek, my zaś nie jesteśmy w stanie zaoferować pełnego cateringu Najukochańszej oraz mojego I’. U. studiuje po nocach podstawy robienia zup, zaprawek i sosów. Podobno człowiek może się nauczyć wszystkiego.

Opieka nad człowiekiem chorym i starym w przypadku U. jest jak spłata długu za otrzymane szanse i dobre życie, jakie wiodła. Ciotka L. może ma przed sobą miesiąc, może kilka lat, kto wie – ma prawo do godnego życia. Może po kilkumiesięcznej domowej rehabilitacji będzie w stanie wrócić, choć w małym stopniu do samodzielnego życia, może nie? Nie chodzi tu o brak sił i woli – to już zrobiło swoje – teraz trzeba fachowca i ciężkiej pracy. Wysiłku, który nie tylko będzie kosztował dużo ciotkę L. będzie zapewne miażdżący dla U., a i nam się troszkę oberwie po głowie (rykoszetem). Czy to narzekanie? Skąd, to kolej życia, której musimy się poddać. Dawno temu na tym blogu zamieściłem notkę – chyba o tytule „droga” lub coś w tym stylu – z dołączoną fotką jakiejś autostrady czy też drogi… Nikt nie powiedział, że droga jest zawsze prosta – czasem są ostre zakręty – ale to wciąż ta sama droga – i trzeba roztropnie pokonać przeszkody.


Acha polska polityka, ach popatrzyłoby się na te lesbijki… Co za głupi naród! Wstyd i obrzydliwość. Ja nie neguję, że 90% facetów hetero ma fantazje seksualne z pseudo-lesbijkami – to znaczy z aktorkami porno stanowiącymi ucieleśnienie męskiego ideału seksbomby. Owe bomby po krótkich igraszkach powinny ulegle zaprosić napalonego samca do zabawy. A samiec – jak to sobie wyobrażają panowie – zaraz pokaże naszym lesbijkom – wyższość męskiej dominacji nad figielkami pań.

Wszystko ok.? Sam znam masę chłopców hetero, lubujących się w tak rozumianym lesbijskim seksie. Lesbijki na swoje szczęście lub nieszczęście, zostały wykluczone z kategorii homoseksualnych. Homoseksualni są tylko faceci – obrzydliwe pedały, geje, lachociągi. Lesby są prawie hetero – bo w świadomości tych nieświadomych – zawsze pokornie wezmą z połykiem, dadzą dupy, a potem ugotują rosół z kurczaka i podawać będą w bikini na obiad. Aby znów na podwieczorek pofiglować troszkę, ku uciesze pana domu. Jeśli się próbuje pokazać prawdziwe lesbijki lub też lesbijki "hardcore" – to typowy samiec odmówi im ich lesbijkowatości bo nie są cycatymi lafiryndami, gotowymi na jedno jego pstryknięcie wyskoczyć z majtek. Ba, one nawet nie są nim zainteresowane!!! Co się jemu nie mieści we łbie. Wobec czego odsądza je od czci i wiary – pozbawiając Je prawa do ich kobiecości. Dla niego to nie są kobiety, to zapewne też nie ludzie, nie homo – dla niego one nie istnieją – obrzuca je wiązanką przykrych obelg, a z kolegami robi sobie z nich okrutne żarty. To jest poważny problem – nie istnienia prawdziwych lesbijek w męskiej (hetero) świadomości. Spaczony obraz kobiecej miłości, pociąga za sobą redefinicję pojęcia lesbijka – który jest krzywdzący tak samo dla ogółu lesb jak i kobiet hetero. Geje są w tej uprzywilejowanej pozycji – bo są z góry czarną owcą, lesby niestety są rozmyte w świadomości heteryckiej.

Moi drodzy niech każdy ma fantazje seksualne podług własnych pragnień, bądźmy wolni! Lecz mówienie na forum publicznym – zwłaszcza w przypadku, kiedy celowo lub nawet (w co wątpię w tej sprawie) przypadkowo niesie to ze sobą ładunek obelg, pomyj i drwiny – na temat swych fantazji erotycznych, powinno być obarczone krótką refleksją. Czy nie robię komuś krzywdy? Czy to, co mam do powiedzenia jest innym potrzebne do szczęścia? Czy nie zrobię z siebie imbecyla, błazna i prostaka? Jeśli tak – to może lepiej milczeć, nawet tak jak poseł Dorn przed kamerami, kiedy wychylił kielicha za dużo?

09:25, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2