o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
niedziela, 28 lutego 2010

Najgorsze są dla mnie w życiu zastoje! A mijający właśnie miesiąc, poza pierwszym bardzo intensywnym tygodniem pracy – upłynął pod znakiem totalnej indolencji. Częściowo z mojej winy, a częściowo z przyczyn wyższych. W planach był półtoratygodniowy odpoczynek – z przyczyn powiedzmy rekreacyjnych, na początku miesiąca – jednak przedłużył się on w odpoczynek wbrew woli, aż po dziś dzień i boję się, że i na marzec się przesunie! A dzwon już bije – i gonią terminy. Mam równe trzy tygodnie, na napisanie choćby odrobinki.

Nigdy jak w ten weekend nie miałem potrzeby, aby przyspieszyć czas, aby już był poniedziałek, abym mógł pobiec rano do laboratorium, wykonać potrzebne mi badania. Albowiem moja choroba się przedłuża i zaczyna być dokuczliwa – siedząc w domu albo leżąc marnuję tylko czas! Czy coś mi jest? Pewnie nic specjalnego – tylko trzeba dobrać odpowiedni lek, ukierunkowany na bakterię lub wirusy, które mnie zaatakowały. Potrzebuję już być w pełni sił do pracy! A jeśli coś jednak mi jest, to muszę rozpocząć leczenie – podjąć jakiekolwiek sensowne kroki lub poważne decyzje. Ale w żadnym wypadku nie mogę stać w miejscu!

Marzec będzie więc miesiącem intensywnych prac – naukowych, zdrowotnych – innych też zapewne – bo do nadrobienia są zaległości, prawie ze wszystkich dziedzin mojego życia. Będzie to też miesiąc (jak co roku) jubileuszy – moja prawie cała najbliższa rodzina, urodziła się w marcu.

Będzie to miesiąc, w którym chyba doznam zawodu na polu kulturalnym, albowiem prawdopodobnie jedno z moich wieloletnich świąt i rytuałów marcowych, w roku 2009 odbyło swoją ostatnią edycję, a w tym niestety już umarło (ale o tym kiedy indziej).

Staje przed dość trudnymi czterema tygodniami – i wierzę, że uda mi się wziąć byka za rogi – muszę – nie mam wyboru. Życie nie czeka na przegranych…

 

czwartek, 25 lutego 2010

TAK, TO DZIŚ TEN DZIEŃ! KOLEJNA ROCZNICA MOJEGO BLOGA, TYM RAZEM DRUGA JUŻ! KOFFIEJAMES I JEGO STRASZLIWY I MAŁO CZYTELNY BLOG, MAJĄ DWA LATKA. I MIMO WSZELKICH OKROPIEŃSTW TEGO PISADŁA (I CZYTADŁA) – AUTOR ZDOWOLONY JEST Z POCZYTNOŚCI I SATATYSTK.

DZIĘKUJĘ ZA DWA LATA, MOI DRODZY CZYTELNICY!!!

A co się działo w moim życiu? I jak przecinało się ono z życiami niektórych z was, moi czytelnicy – możecie przeczytać tu, poniżej w niejednej z 379 notek!

Przez te dwa lata, zmieniło się w moim życiu bardzo wiele… Choć czasem wolałbym być w lutym 2008 roku, jeszcze raz!

2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2 2

środa, 24 lutego 2010

Po notkach politycznych, czas na życiowe. Wczoraj czyli we wtorek 23 lutego się zaczęło! Rok laby, ucieczki, emigracji umysłowej, leserowania, uniku dobiegł końca. To aż niemożliwe, że od lutego 2009 upłynęło już 365 dni! Po prostu nie mieści mi się w głowie, że to się już stało! Że to już koniec!

Właśnie wczoraj rozpocząłem ostatni semestr moich studiów! Ostatni rok – mimo obiecanek – przeleciał mi, na totalnym naukowym opierdalaniu się! Za kilka miesięcy, znajdę się w sytuacji moich byłych współseminarzystów z mojego rocznika, którzy budzili się w czerwcu z ręką w nocniku! Ja chyba już zdaję sobie sprawę, że nocnik w moim przypadku to mało powiedziane – że raczej już taplam się w szambie. I wiem to już od dawna!

O mały włos, już bym czytał za tydzień na zajęciach – ale się wymigałem i mam termin na sklecenie kolejnego fragmentu, na za trzy tygodnie! A mój obecny stan umysłu to totalna pustynia – trawiona przez zjawiska chorobowe i leki otumaniające – które biorę by sobie pomóc, chociaż dolegliwości nie chcą sobie pójść. A wszystko to wina tego cholernego mroźnego ślubu i anginy – która przeszła w zapalenie pęcherza albo, co tam jeszcze, wina Depeche Mode że zmusili mnie do darcia chorego ryja, aż utraciłem głos… Ale skąd ja mogłem wiedzieć, że tak będzie!?!

Wreszcie – zaczyna się wiosna – gdyby nie zdrowotność, to bym pewnie się cieszył! Mąż chory, ja chory, najukochańsza chora… To też ich wina, bo jak mi już było lepiej, to mnie napadli swoimi wirusami i bakteriami – znów dobili.

Czy jestem porażony tym, co nadchodzi – o dziwo nie. Marnowanie czasu, sobie jest – spokojnie mówi moje wewnętrzne ja! Najważniejsze abyś żył zgodnie z naturą! Abyś realizował plan krok po kroku! Na co ci praca magisterska w obliczu wszechświata – to i tak nic nie znaczy! Ale moje ja paniczne – atakuje mnie milionem myśli i mobilizuje: szykuj się pracuj, pisz, czytaj, zrzynaj – to tylko magisterka odwal te 80 do 150 stron, zdaj i zapomnij…

A kiedy już w magiczny sposób przenoszę się do pewnej – optymalnej przyszłości – zakładając że będę jeszcze żył, widzę się oto jako wspaniałego magistra, zakutego w kajdany i łańcuchy – stojącego grzecznie w kolejce do urzędu pracy, w szarej masie… Potem szczęśliwego posiadacza ubezpieczenia zdrowotnego. A ostatecznie wyrok pani z okienka tego urzędu: „Śruboskręcaczgwoździewybijacz – od poniedziałku do piątku od 5:30 do 13:30, w soboty od 7:30 do 13:30. Niedziele, święta i wybrane poniedziałki oraz soboty – wolne według grafiku, dojazd od centrum około 45 minut komunikacją miejską. To jest praca na lata, nigdy już do nas (robolu) nie wracajjj...”

niedziela, 21 lutego 2010

Nasz Kraj nowością polityczną żyje. Już miało być o tym dwie notki temu, ale mię* emocje zabiły i musiałem zmałpować dwa teksty polityko-larne, albo kultu-tyczne** na temat festiwali naszych itp. Ale do sprawy, od czego się zaczęły sprawy w naszym Kraju kićkać i kitłasić?

Ano ferment politykierski nastąpił dnia 17go stycznia roku pańskiego 2010. Kiedy to lud pospolicie ruszył od urn wyborczych i odwołał nam miłościwie panującego, od 2002 roku Jerzego Despotycznego. A w jego miejsce – wielki premier narodowy; T, miał powołać męża stanu POskiego, co by kraj nasz wyprowadził z ruiny! I co się stało…!??! Ano nic. Upłynęły bodaj dwa tygodnie i nic. Podobno urzędnicy i upadła władza, czasu aż nieprzyzwoicie miała dużo, na niszczenie wszelkich po sobie śladów – maszyny niszczące chodziły, aż się pociły z przepracowania. Strach blady padł na wszelkie rady nadzorcze i najgorętsze stanowiska, oraz a jakże na urzędników wszelkich z nadania politycznego. A tu nic władzy nie ma… Anarchia. Wielki premier narodowy, pewnie z kolegami z ławki w nogę pykał, i czas sobie zostawił na decyzję na ostateczny termin, jaki mu daje prawodawstwo narodu naszego – co świadczy o tym, że pojęcia nie miał co z tym burdelem zrobić! A to mu na 8 lat premierowania***, nie wróży.

Ano i wybrał w końcu 33 – letniego Tomasza Sadzyńskiego. – Który jak się dowiedział – o namaszczeniu zacnym, to uciekał przed dziennikarzami jak mysz przed kotem, z dobrych kilka dni! Tomasz wykazał się w swej pracy jako radny tym, iż przez cztery lata nie zabrał głosu – dosłownie ani pisnął, a potem go przerzucono na wyrobnika, do urzędu marszałkowskiego. A tam już inicjatywy wszelkiej, tym bardziej głosu zabierać publicznie nie trzeba było. Tomasz przez pierwszy tydzień szoku, nie spotykał się z prasą – a na wszelkie pytania o plany polityczne odpowiadał, iż z kolegami z komitetu musi to omówić. Tak – tak marionetkowy król – wołały media. Sterowany przez tuzy z PO, by odwalił całą brudną robotę i wymościł fotel do listopadowych wyborów – aby kandydat z PO mógł w białych rękawiczkach, przejąć stery władzy w mieście.

Kolejną sprawą, którą od razu wyrzuciły media – nowemu orędownikowi naszemu, to jego staż uniwersytecki, albowiem zamiast 5iu lat jak przystało na prawdziwego studenta – Tomasz uczył się sporo dłużej – 7 albo 8 lat, kończąc jeden kierunek.

W mieście decyzja premiera narodowego T, wywołała wrzawę i głosy pogardy dla PO i nowej władzy. Patrząc z perspektywy lutego 2010, platforma strzeliła sobie w stopę. Obawiam się, iż strzeli sobie jeszcze w kolano – jeśli polityka czystek i sztucznego zawyżania wizerunku nowej władzy, jaką stosuje Sadzyński. – Przełoży się na spory o kandydata na prezydenta – albowiem nie możliwe jest to, aby PO – Tomasza zamierzała wystawić do takiego urzędu – bo pionków się nie wynosi za nic, na stanowiska – a PO zbyt głodna władzy jest, aby jej przysiwiałe**** ogiery, miały oddać pole młodym źrebakom.

Tomasz powołał swój nowy rząd. Z jednym miejscem dla pomysłodawców całej akcji zmiany władzy czyli SLD. Z ramienia SLD wiceprezydentem został Dariusz Joński. Młody, ledwo 31 letni działacz, kreujący się na największego miejskiego patriotę. Który tuż przed objęciem stanowiska we władzach miasta – pokonał rywali wewnątrz partii i został jej przewodniczącym. Darek jest bankowym kandydatem na prezydenta – utworzył już własną superwylansowaną (bardziej od naszej klasy i fejsbóka) stronkę internetową. Do tego od lat działa, związany między innymi z Centrum Pomocy Społecznej, zjawiał się zawsze między ludem na wszelkich imprezach społecznikowskich. Podczas panowania Jerzego – zajmował się również, bardzo mądrą krytyką jego władzy – kreując się na męża stanu! Zawsze bardzo aktywny i otwarty na wyborcę – prawdziwy rasowy polityk, acz karierowicz. Darek już zaczął kampanię – tak medialnie jak i społecznie. Już się spotyka z mieszkańcami, już zmienia władze w spółkach i radach nadzorczych – a podobno wakaty w owych spółkach, zajmują byli posłowie SLD z sejmu narodowego, co się ponownie nie załapali – bo Darek wie, że wsparcie starszych kolegów, może mu pomóc w walce ze skłóconą platformą.

Licho nie śpi, i również ledwo co odwołany wiceprezydent, z rządu Jerzego – Włodzimierz Tomaszewski już szykuje się do walki. – Choć nie jest z PiS-u, to i tak PiS nie będzie miał tu własnego kandydata. Pewnie więc tak jak ongiś Jerzego, (też nie z tej partii) wskaże Włodzimierza do tronu. A prawdą jest, iż to on władał miastem od lat, bo Jerzy był podróżnikiem przecież, i świat zwiedzał.

Tak więc robi się bardzo ciekawie w mieście naszym i Kraju naszym, a każdy nius prasowy – dokłada tylko do tego pieca – tych słodkich napięć i umizgów – wszystkich u władzy oraz tych, co by chcieli – a nie mają…

 

*zabieg celowy

**z.c.

***z.c.

****z.c.

i inne!

23:30, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 lutego 2010

Czy będziemy mieli w mieście naszym nową wielką aferę?
Otóż nowe władze, wzięły się za wyciągnie trupów z szafy swych poprzedników i okazuje się, że ośmioletni okres byłego prezydenta przynosi nam gro afer – od spółek miejskich po kulturę włącznie!  I właśnie to na kulturze znów chciałbym się zatrzymać! Po raz drugi Marek Żydowicz i jego dziwne działania! Ale żeby nie oskarżono mnie, o zniesławienie posłużę się szerszymi cytatami prasowymi!
O znów chodzi? Ano o to, że przez lata Żydowicz był chroniony pod parasolem miejskich władz i poza organizacją festiwalu, zajmował się też robieniem w mieście własnych interesów. Takim interesem życia miało być nowe centrum miasta – z zrewitalizowanymi budynkami starej Elektro-Ciepłowni numer 1, gdzie powstać miało studio Davida Lyncha, multimedialna biblioteka, nowe centrum sztuki nowoczesnej, oraz w osobnym budynku Camerimage Łódź Center.
„ Kiedy cztery lata temu powstawała Fundacja Sztuk Świata, założyciele: amerykański reżyser David Lynch, architekt i biznesmen Andrzej Walczak z Grupy Atlas oraz Marek Żydowicz, szef festiwalu Camerimage, złożyli publicznie deklarację, że - jeśli miasto da im zabytkową EC1 - zrobią z niej perełkę w centrum Łodzi. Obiecali, że w zrewitalizowanym budynku, rzadkim przykładzie secesji przemysłowej, powstanie centrum rozmaitych sztuk. Uchwała Rady Miejskiej precyzowała: bonifikata wynosi 99,9 proc. od 3 mln 982 tys. zł, czyli ceny sprzedaży nieruchomości. Warunek: ma być wykorzystana na cele kulturalne, nie związane z działalnością zarobkową. Triumwirat zapowiadał się atrakcyjnie i nietuzinkowo, każdy z fundatorów miał na koncie oryginalne przedsięwzięcia odnoszące sukcesy. Zaczęły się marzenia, że Lynch założy w Łodzi studio... Ale wartość, jaką miały zapewnić trzy twórcze osobowości, nie powstanie bo - jak w Łodzi powszechnie wiadomo - założyciele fundacji, mówiąc oględnie, nie są już przyjaciółmi. Ich drogi się rozeszły, Żydowicz powołując się na list Lyncha zdobył w fundacji decydujący głos, Walczak, po zapłaceniu fundacji miliona złotych za projekt przebudowy EC1, wycofał się. W ten sposób Marek Żydowicz oprócz swojej Fundacji Tumult organizującej Camerimage został jedynym decydującym w Fundacji Sztuk Świata.

Mimo zastrzeżeń do projektu przebudowy EC1 przygotowanego przez Home of Houses z Poznania, miasto wydało pozwolenie na budowę. Kiedy rok temu na konferencji prasowej Marek Żydowicz prezentował projekt, powiedział, że nie wszystkim musi się on podobać, ale na zamówienie u Normana Forstera można sobie pozwolić, gdy się ma pieniądze. Gdy ich nie ma, trzeba się zadowolić tym, na co nas stać. Chodziło o pieniądze jego fundacji. Co innego, gdy dyskusja dotyczy pieniędzy z miasta, województwa czy ministerstwa na Camerimage Łódź Center - wtedy forsował projekt od najdroższego architekta świata Franka Gehry'ego.

Kiedy miasto za symboliczną sumę oddawało budynek EC1 fundacji, ta wzięła na siebie odpowiedzialność. W grudniu 2007 r. Kazimierz Suwała, prezes fundacji i bliski współpracownik Żydowicza, podpisał z miastem umowę o współdziałaniu przy rewitalizacji EC1, w której fundacja zobowiązała się do opracowania programu funkcjonalno-użytkowego. Półtora roku później ten sam prezes Suwała podpisał umowę z instytucją miejską EC1 Łódź Miasto Kultury, na podstawie której z miejskiej kasy fundacja dostała 54 tys.zł na opracowanie tegoż programu funkcjonalno-użytkowego. Na tym nie koniec. W lutym 2008 r. ten sam Kazimierz Suwała podpisał umowę zobowiązującą fundację do sfinansowania nadzoru autorskiego dla wykonawcy projektu budowlanego. A we wrześniu 2009 r. za ten sam nadzór autorski dla Home of Houses przeznaczono 300 tys. zł z miejskiej kasy. W imieniu EC1 Łódź Miasto Kultury umowę podpisał szef tej miejskiej instytucji Adam Komorowski. Skoro więc miasto płaci za wszystko, niech weźmie EC1 z powrotem pod swoje skrzydła. Na dobry początek.”


Wzrasta powoli zagrożenie, iż nowe miejskie władze z ramienia PO zamiast rozmawiać z szefem Camerimage, o kolejnej edycji festiwalu. – Zaczną pytać, na co poszły tysiące złotych, które miasto musiało wykładać samo za fundację, która się zobowiązała współfinansować projekty?
Sprawa zaczyna pachnieć prokuratorem i sądem!

 

ps. nie staram się być na bieżąco :) nie ma jak!

23:24, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »

Co się dzieje w kraju naszym?!? – Jak do tej pory, zwykle sporadycznie politykowałem. Ale chyba od 2010 roku, częściej mi się to zdarzy!

Zacznę od punktu, który powinien być jako drugi – mniej ważny – no, ale emocje mi nie pozwalają (znaczy, że będzie jeszcze kolejna polityczna notka wkrótce). Chodzi o festiwal Camerimage, oraz o idiotyczną kampanię ludków z Wrocławia, Poznania, Gdyni a chyba i Krakowa już również. A mianowicie o akcję na fejsbuku „Przenieśmy Festiwal Camerimage Do ……. – któregoś z miast wymienionych wcześniej!

Ale niestety nikt, nie zastanowił się na czym polega problem, z tym jakże zacnym festiwalem!

Jego pomysłodawca i założyciel; Marek Żydowicz – jest postacią trudną w społecznym współżyciu, zapomina iż z kulturą powinien się wiązać mecenat, opieka i zabieganie, a nie wojna i zamachy stanu! W roku 1999 opuścił Toruń gdzie Camerimage się narodził! Dlaczego opuścił macierzyste miasto? Albowiem od pierwszej edycji festiwalu w roku 1993 jego szef, żądał więcej i więcej od rady miasta! W końcu miasto nie wytrzymało i Marka wygnało. W 2000 roku festiwal znalazł nową lokalizację w mieście Łodzi. Ale i tu średnio co dwa lata, następowały groźby Żydowicza, że festiwal opuści miasto, jeśli nie będą spełniane warunki, na jakich on widzi możliwość istnienia Camerimage itd! Od 2002 roku, ściśle z festiwalem związał się przyjaciel Żydowicza – ówczesny prezydent miasta naszego; Jerzy Kropiwnicki. I to on wziął pod skrzydła festiwal i jego twórcę. Walczył jak lew, z radą miejską i generalnie zawsze stawiał na swoim – a jak nie mógł, to Marek zawsze był zdolny potupać nogą na radnych i oni spełniali jego wolę. Inną sprawą było to, że festiwal gromadził wokół siebie rzeszę młodych – oraz różne, bardzo ciekawe artystycznie projekty – które pomagały nie tylko przy Camerimage, ale też przy innych interesujących projektach festiwalowych.

Ale do rzeczy! W roku 2009, została podpisana umowa między miastem a fundacją Tumult – Marka Żydowicza – na organizację festiwalu, przez kolejnych 19 lat! W sierpniu, kiedy zaczęło wisieć na Kropiwnickim fatum referendum, podpisano aneks do umowy – że Tumult może się wycofać z organizowania festiwalu, jeśli do roku 2012 nie rozpocznie się budowa Centrum Festiwalowego (CŁC). Mamy rok 2010!!! Faktem jest, iż radni nie przyznali Żydowiczowi 500mln złotych, na budowę CŁC! Dlaczego? Albowiem nie przedstawiono żadnych planów finansowych, ani kosztorysu, wnioskodawca też nie nakreślił, jak by miało wyglądać dofinansowanie z ministerstwa, czy też funduszy unijnych! Żydowicz brzydko mówiąc chciał dostać na gębę pół miliarda!

Wobec umów i całej awantury, dziś fundacja Tumult nie ma podstawy prawnej do tego, aby z Łodzi się wycofać! Takie wycofanie oczywiście grozi procesem, oraz dotkliwym odszkodowaniem na rzecz miasta. Które to sobie zapewne fundacja, by zrekompensowała na nowym organizmie miejskim. Tak więc do 2012 będzie z festiwalem ciężko.

Nowe władze Łodzi, o których będzie wkrótce, zamiast się układać z szefem festiwalu, poleciały już do swoich zwierzchników z PO, w Warszawie. I oto minister Zdrojewski, wezwał już do siebie Żydowicza i zapowiedział mu, iż w roku 2010 o jakiejkolwiek przeprowadzce, mowy być nie może, i on zgody nie wyrazi. Zapraszamy więc w grudniu na kolejną edycję festiwalu!!!

Nowy komisarz zaś spotka się z Markiem Żydowiczem, dopiero w przyszłym tygodniu!

Z czterech miast zaś, które się już przedwcześnie ubiegają o festiwal – rozpoczął całą propagandową akcję Poznań. Znaczy jeden z wiceprezydentów tego miasta – który jest kumplem pana Marka. Pewnie bogaczy z Poznania stać, by dać pół miliarda na projekt centrum bez biznes planu ba, jakie pół miliarda, najlepiej miliard!

A co do projektu samego CŁC, to nie wolno go nigdzie indziej poza Łodzią wykonać, do czasu aż nie spłaci się miasta, za wyłożenie bodaj 40mln złotych na sam projekt! Poza tym główni sponsorzy festiwalu zganili Żydowicza za to, iż wprowadza popłoch i zamieszanie. Śmieszną sprawą zresztą, jest też to że – o festiwal ubiega się miasto kompletnie bez filmowych tradycji – Poznań!

Ale nie bądźmy gołosłowni – oto fragment pewnego blogaska Pznańskiego:

„Na ten pomysł wpadł Sławomir Hinc, zastępca Prezydenta Poznania odpowiedzialny za oświatę i kulturę. Grupa na facebooku ma już ponad 650 fanów (w tym niestety wielu moich znajomych), można znaleźć jednak też głosy krytyczne, ktoś w zalinkowanym na facebooku artykule pisze pisze tak: Sławomir Hinc słysząc o problemach festiwalu zadzwonił do jego dyrektora Marka Żydowicza i zaproponował mu przeniesienie Camerimage do Poznania. Po co? I gdzie? Czy w Poznaniu mamy jakiekolwiek zaplecze filmowe? Szkołę filmową? Czy u nas codziennie kręci się zdjęcia do filmu? Czy mamy jakiekolwiek miejsce do tego, żeby przyjąć tak wielki festiwal w Poznaniu, bo chyba nie w sali kinowej Centrum Kultury Zamek?.

No właśnie, do tej sprawy należałoby dodać kilka kontekstów. Niedawno zamknięto w Poznaniu świetne kino studyjne Amarant, powodem był brak funduszy na utrzymania kina. Zamknięcie grozi również innym małym kinom, takim jak Malta na Śródce. Jak pisze w lokalnej "Wyborczej" Sylwia Wilczak: Z blisko 20 kin studyjnych, które działały na początku lat 90., zostały trzy: Rialto, Muza i Apollo. Czasami seanse odbywają się także w kinie Pałacowym, które czeka generalny remont. Najgłośniej zamykano w lipcu 2002 r. kino Bałtyk przy Roosevelta. Budynek został zburzony, a w jego miejscu powstał hotel Sheraton.

Zastanawiam się, jak to możliwe, że nie można wspomóc finansowo małych kin studyjnych, ale mają znaleźć się pieniądze na Camerimage. A przecież właśnie przez kwestie finansowe inicjatywa Camerimage opuściła Łódź. Mimo, że nie obyło się bez dramatycznych gestów, takich jak strajk, radni Łodzi nie ugięli się przed szantażem, który opisała na łamach „Krytyki Politycznej” Hanna Gil-Piatek w tekście „Nie płakałam po Żydowiczu””

01:00, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 lutego 2010

Tak, to znów ten dzień, gorszy niż święto duchów zmarłych i bożych narodzeń lub zgonów. To święto obłudy i robienia kasy – szczególnie na tym, co powinno zostać zasłonięte odrobiną tajemnicy. Albowiem miłość, już od dawna jest naga i wytykana – jak cudzołożnica – obśmiewana i podglądana. A jest tajemnicą, potrzeba bycia z drugim człowiekiem – poczucie spełnienia i radości, płynące z wzajemności. Tajemnicą – mimo licznych brudnych aktów – wciąż niezbadaną. Dlaczego tak się dzieje? Wbrew wszystkim oporom, że ludzie potrafią być razem przez lata?

Miłość – nie żąda żadnych świąt, ani maskotek, dmuchanych baloników, a także masek sztucznej uprzejmości. Miłość wymaga – wzajemności, dzień po dniu. Wymaga szczerości, o każdej porze. Wymaga wsparcia – kiedy jedno się chwieje… Wymaga zwykłej – totalnie nudnej czasami, codzienności…

Jak dobrze, że jestem jeszcze na zwolnieniu lekarskim, bo nie musiałem oglądać w tym tygodniu (ani w tym roku) – durnie upstrzonego na czerwono miasta. Jak dobrze, że to święto wypadło w niedzielę. – Dzięki temu zaoszczędzono mi widoku tłumów, czerwonych serduszek pluszowych na ulicach… Uff oby do wiosny!

 

czwartek, 11 lutego 2010

Było Zajebiście!!!! Po prostu zajebiście! Straciłem głos, angina zaatakowała z podwójną mocą – nie dziwota, skoro darłem się przez ponad dwie godziny koncertu!

Wczoraj przedpołudniem przeleciała do nas Maganuna, by pomalować nam paznokcie czarnym lakierem – abyśmy z I’ stali się bardziej Depeche! Pomalowała bardzo ładnie – przy okazji pogadaliśmy troszkę o sprawach Świata. Daliśmy jej kawę – która jej smakowała – w ramach zapłaty za usługę. A na koniec z racji tego, iż I’ musiał jechać pierwszy, by zająć dobre miejsce w kolejce, do wejścia na halę – pomogła mu Maganuna w zakładaniu skarpetek!!! Bo mężowi i mnie, obsychały pazury i byśmy sobie rozmazali jeszcze!

W końcu mąż pojechał i był pod halą już o 13:30! Było tam już ponad sto ludzików i gromadzili się wciąż… Więc wystraszony tymi wieściami, popędziłem też na miejsce koncertu, szybciej niż miałem to w planach! I tak o 15:39 pojawiłem się i ja! Potem nastąpiła integracja, w uścisku barierek ze współfanami – pingwinie ogrzewanie się, jeden od drugiego oraz inne rozrywki tłumne… Takie oczekiwanie trwało, aż do godziny 18.00 – kiedy otwierali wejścia na halę. Mąż więc stał 4,5 godziny na mrozie, a ja troszkę ponad 2-ie. Tuż po 18.00 nastąpił największy kryzys, bowiem lud rzucił się na wejścia – a niestety wadą organizacji okazały się, elektroniczne czytniki biletów, które nie chciały wszystkiego czytać! I robiły się zatory i ścisk pod naporem tłumu! Potem galop do płatnej szatni i żeby coś przekąsić, bo tylko śniadanie jedliśmy – i moglibyśmy z głodu paść na płycie! A no i najważniejsze, pęd na ową płytę! Znaleźliśmy się w piątym rzędzie od sceny, czyli dosłownie kilka metrów, więc widzieliśmy wszystko doskonale. Ścisk zrobił się ogromny. I w tym gorącym tłumie, staliśmy pod sceną od 18:19 do 19:46, kiedy zaczął swój 45-cio minutowy występ support Nitzer Ebb. Dzięki temu, że cokolwiek się zaczęło dziać, pod sceną rozluźniło się odrobinę w tłumie. Jeszcze przed rozpoczęciem się supportu, sektory na hali nie były wypełnione do końca, ale kiedy rozgrzewacze się zakończyły – i spojrzeliśmy z mężem na sektory, na całej hali dookoła sceny – nie było wolnego miejsca – 13 tysięcy ludzi, po same brzegi najwyższych rzędów w sektorach….

Od 20:50 zaczęły się śpiewy, wywołujące gwiazdę wieczoru na scenę i rozświetlił się wielki ekran wraz z kulą wisząca nad sceną… Chwilę po 21.00 zaczęło się intro do „In Chains” a tym samym, dwugodzinny koncert Depeche Mode! Wspaniały, rewelacyjny, powalający… Na pewno strasznie emocjonalny, dla mnie i ludzi z naszej części płyty (lewa pod sceną) – ryczeliśmy na całe gardło każdą piosenkę, nie słysząc tym samym często wokalistów… Ale było warto – i choć w końcówce swojej ponad 9 miesięcznej trasy, DM gra już nieco skrócony set – to i tak było to coś niesamowitego. – A zespół w niezwykle dobrej formie! – Choć widać już na tych 48-latkach, potworne zmęczenie – tak długą trasą promocyjną!

A dziś – choć już nie dla mnie – ale i tak; powtórka z rozrywki, czyli drugi koncert na 13 tysięcy osób!

Najgorzej wszystko zniósł mąż, który w sumie stał – 9,5 godziny!!! A on nie może aż tyle, ze względu na chore stawy… Ale też był zadowolony. Było super!

wtorek, 09 lutego 2010

To już jutro! Pierwszy z dwóch mega koncertów Depeche Mode, prawie że u mnie domu! Ale rzut kamieniem! Czekaliśmy na ten koncert z mężem od sierpnia 2009 roku. Kiedy Maganuna podczas naszych wakacji, zakupiła nam dwa bilety na płytę! Dziękujemy za to!

W sierpniu – luty 2010 roku wydawał się tak odległą datą – że rozmyślania na temat koncertu można było wsadzić między bajki. Ale o dziwo czas pędzi przed siebie – niby wolno niby szybko – w jednak niepostrzeżenie to już jutro!

Pół roku strzeliło jak z bicza strzelił, a my planujemy już, co będziemy rozbić za kolejne pół! I wszystko będzie już inaczej, wszystko na innym etapie!

Z albumem „Sounds of the Universe” zespołu Depeche Mode, zaczęło się jakoś równo rok temu. Wtedy to pojawiły się dwa pierwsze kawałki, jeden promocyjny, drugi jako wyciek. Potem marzec i cały album wyciekł do sieci, a 17 kwietnia – pojawił się w sklepach. Pamiętam jaka była obława, na wydanie specjalne tak zwanego boxa w sklepie MM. A potem o dziwo, na szczęście odwołany koncert w Warszawie, dzięki któremu pojawiła się nadzieja na koncerty zimą. No i niespodzianka największa; dwa koncerty i to jeszcze TU u nas!

Oczywiście, nie jestem już tak rozentuzjazmowany jak sześć miesięcy temu – bo czas sprawia, iż obecnie słucham troszkę cięższych klimatów – ale to głównie z winy licznych problemów codzienności, i potrzeby wykrzyczenia się! Ale spokojnie, ja po prostu mam okresy na różną muzykę, i wierzę że koncert jutrzejszy, pozwoli mi się dostatecznie zrelaksować i pożegnać marazm zimy. Wierzę w dodatni ładunek energetyczny, potrzebuję go, żeby się za to wszystko zabrać!

A co do Depeche Mode to pewnie koniec szału z SOTU i uspokojenie aż do 2013 roku, kiedy to według tradycji, powinien ukazać się kolejny album tego zespołu!

poniedziałek, 08 lutego 2010

W sobotę byliśmy z I’ na ślubie mojej koleżanki ze studiów. Do tej pory niektóre ceremonie kościelne wydawały mi się nawet znośne. Bardzo lubiłem zawsze pogrzeby i ostatni kontakt z nieboszczykiem…

Ale mówiąc serio, wszystkie ostatnio imprezy kościelne, na których byłem naprawdę wyglądają jak jeden wielki pogrzeb! Czy to ślub, czy to chrzciny, czy to komunia, czy to pogrzeb. Wszystkie wyglądają jak pogrzeb! To smutne, jak bardzo – ludzie podporządkowują swoje życie rytuałowi kościelnemu. – Najgorsze jest to wtedy, kiedy takowi – głośno krzyczą, iż są niewierzący, lub niepraktykujący – ale ze względu na rodzinę, lub pod jej presją – godzą się na wszystko i smarują łapy klechom, za najdrobniejsze nawet skinienie palcem! Bo tradycja u nas taka, że robi się hucznie wszystkie okolicznościowe kościelne obrządki – od chrztu po stypę, poprzedzoną godnym pochówkiem.

Ostatni ślub o tyle był straszny, że w kościele panował morderczy chłód. Taki że w zapiętych, ciepłych kurtkach i szalikach – myśleliśmy z mężem, że dupy nam odpadną. – Oczywiście jeszcze sama uroczystość – na której jak zwykle gimnastyka – raz baczność, raz spocznij a na końcu jeszcze na kolana – na kolana chamy.

Chłód sprawiał wrażenie, iż to impreza w kostnicy a przynajmniej w wiekach średnich się odbywa, gdzie nie znają jeszcze centralnego, do tego jeszcze mrok panujący w domu świątynnym. – Przez co początkowo przypominało wszystko to kryptę – bo się reflektor długo rozpalał. Normalnie naszło mnie skojarzenie z komiksową sagą „Le Prince de la nuit” - Yves Swolfs’a, opowiadającą o rodzinie łowców wampirów. I szczególnie z jedną sceną z krypty z pierwszego albumu – kiedy pokazana jest młoda dziewczyna, ubrana w białą suknię panny młodej – zamieniona już w wampira – budzi się i wyrusza na łowy. Centralnie kościół ów, przypomniał mi tą historyjkę z przed lat! A do tego nabawiłem się złośliwej anginy! Ale spokojnie – biorę wszystko co się da! I 10 lutego, żywy czy martwy, zawitam na koncercie Depeche Mode tuż pod sceną!!!

 
1 , 2