o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 28 lutego 2009

Czasem kiedy jestem chory, wstaję z łóżka w nocy. I przeprawiam się przez mój mały pokój, korytarz, kuchnię, łazienkę – cały świat. Lewitując załatwiam wszystkie niezbędniki takiej nocnej wyprawy i uciekam do łóżeczka z powrotem. Tam jest ciepło i ciemno i bezpiecznie. To rozgorączkowane łóżko staje się moją piekarnią snów – gdzie zawsze można się schować i wierzyć, że sen jest rejsem transatlantyckim okrętem pasażerskim. I że obudzimy się dopiero za wiele tygodni – przepływając obok Statuy Wolności – w docelowym porcie miasta wielkich wierz. W takie same noce – gorączkowych potyczek z gorączką – dopadam z zawiścią zasłonek w oknach, by rozeznać się w sytuacji światowej – cholerna zima dalej trzyma. Choć ostatnio – zaczyna sromotnie przegrywać, przez co moje samopoczucie momentalnie zaczyna zwyżkować. Chcę już wyjść z domu, zacząć chodzić na głowie, zacząć tańczyć na ulicach i powrócić do wszystkich surowych prawideł, mojego trybu życia. Muszę zgubić wyłapane gdzieś, sześć złych kilogramów, po prostu chcę być już aktywny. – Tak jak w zeszłym roku – kiedy nie było zimy. Jeździłem już w lutym rowerkiem, nawet w styczniu mi się w któryś weekend trafiło popędzić, choć był lód i w lesie ciemnym, musiałem ciągnąć rowerek za sobą jak psa, co boi się huków w dniach noworocznych eksplozji, rozpaczliwych powitań i pożegnań. Już mi niedobrze – nie oddałem głupich książek na czas, bo miałem oddać 26-go w czwartek, ale byłem chory – może te baby to zrozumieją – choć wątpię!

Któregoś razu, kiedy w nocy dopadłem do okna – zamiast na świat – spojrzałem na cztery kwiatki – mieszkające na parapecie obok głośnika! Dostrzegłem tam ciekawe zjawisko – oto między czterema kwiatkami, które mają bardzo dużo zielonych listków, wiło się kilkanaście małych pajączków – które plotły nieskończoną sieć między listkami, łodyżkami, doniczkami, oknem a głośnikiem. Poszedłem spać – błogosławiąc trud tych małych żyjątek. Rano kilkanaście uschłych listków wisiało już w tej misternej pajęczynie. Wyglądały tak, jakby nagle przestało działać prawo grawitacji – unosząc się nad ziemią – drgając w podmuchach wiatru. Pająki się obudziły i już snują swoje sieci – to dobitny znak – że nadchodzi pora wzrostu i narodzin. Postanowiłem poszukać kokonów, należących do dużych i starych pająków i ukraść im te puchate waciki, wypchane mini pisankami życia, do słoiczka. – Teraz będę roznosił je po domach, moich bliskich i przyjaciół – jak objawienie: oto rodzi się, rodzi się świat! I podrzucał do kątów, kieszeń i skarpetek. Stare pająki zostawiam sobie – podam im paluszek, by mogły go ugryźć lub przybić osiem swoich nóżek. Duże zawsze są poradniejsze w głaskaniu, niż takie malutkie – jeszcze w kokoniku. A przecież ostatecznie, kiedy zrobią się bardzo złośliwe i przez noc owijać mnie będą, swoją głodną siecią – będę mógł wtedy zjeść ich odwłoki – żeby samemu zacząć snuć – własną sieć kłamstw…

środa, 25 lutego 2009
„zaczynam. po co? po co zaczynać cokolwiek, czasem dręczy mnie to pytanie. nie pisałem nigdy bloga, a więc do czego przyda mi się pisanie czegoś takiego? nie wiem... blogerski prawiczek ;-) mam 22 lata i chyba gubię się ostatnio...”

Mam 23 lata od tamtych słów upływa już rok. Rok to tylko 365 dni, przecież to jest chwila. Zadziwiające, ale właśnie upłynął mi tu na tym blogu. Powyższy cytat i pytanie „po co?” pozostaje bez odpowiedzi. Czy jest to blog osobisty, wydaje mi się że chyba tak. Czy jest to blog, który postawił sobie na celu liźnięcie odrobiny kultury? - Dziś rocznicowo będę nieskromny i stwierdzam, że tak. Można by pytać o jeszcze inne kategorie blogów, blog mężczyzny, kobiety, smutny blog, blog muzyczny, blog bólu istnienia, tego bólu który towarzyszy mi na co dzień. I chyba pierwiastki wszystkich tych blogów można u mnie znaleźć. A z drugiej strony, kiedy patrzę na zapiski z lutego czy marca, z tych pierwszych kilku dni, to ciągle dopada mnie to pytanie. Czy ten blog nie był krzykiem albo płaczem, żądającym zrozumienia. Przecież te pierwsze notki były bez sensu, były nieopierzone i wystraszone, nie wiedziały, czego się spodziewać, jak wrzucone na głęboką wodę dziecko, które nie umie pływać. Grzecznie szukały aprobaty, z drugiej strony jeżyły się buntem, niechęcią i wrogością wobec otaczającego ich świata. Dopiero potem, kiedy udało mi się wyłączyć pewien proces myślowy, który zmuszał mnie nad zastanawianiem się nad pewną ideą – tego, co mam zawrzeć na tym blogu – to on ten dziennik, zaczął sam układać moją opowieść. Środowisko. Nie ukrywajmy zacząłem pisać też w ramach pewnego buntu, buntu przeciwko własnej tożsamości. Tożsamości którą jak wydawało mi się, już wtedy zaakceptowałem. A jednak, kiedy przyszło mi się zetknąć z pewnymi ludźmi, w pewnych miejscach, zacząłem patrzeć na siebie z odrazą i nienawiścią. Z chęcią ucieczki przed tym, kim jestem. Czytelnik był świadkiem tej walki, która podsycała czarną legendę tego bloga – tego nieustannego jęczenia – świadczącego o przewlekłej agonii. Te zapiski pozwoliły mi zobaczyć jednak, że jest inna droga, że poza niesmaczną sztampowością znajdują się ludzie i ich bogate charaktery. Ludzie przewyższający mój system wartości i imponujący mi, wobec których się nawet nie umywam. Przy których to ja powinienem się wstydzić swojego podejścia do życia. Generalnie pierwszą postacią, jaka mnie zobaczyła był chyba Cedro, za nim jak cień przybyła Maganuna, poczciwa Maganuna. Potem następni, Michał, OYO-Homunk, Kain i wielu innych. Może powinienem tu wymienić więcej osób, ale chodzi tu o postacie, które pojawiły się w tym pierwszym okresie, kiedy najgłośniej krzyczałem, obrażając innych, nadając się tylko do odstrzału, a paradoksalnie tych kilka osób nie bało się uciec, co dziwi mnie do dzisiaj. I oto trwam już rok czasu. Nie znalazłem odpowiedzi na większość dręczących mnie pytań, ale im częściej te pytania zadaję tym częściej zdaje mi się, że poszlaki odpowiedzi wiodą mnie do tej jednej. Dalej zasadniczo nie wiem po co? Po co piszę i po co zacząłem, może to był kaprys, może podświadoma potrzeba, a może gdzieś to było zapisane w moim przeznaczeniu? Czuję się dobrze mogąc dalej i dalej wypowiadać swoje zdanie, pokazywać życie, pozbywać się tego balastu który niesie. To daje dużo ulgi w szarej codzienności, jest jak przebiśnieg podczas wiecznej zimy. A zresztą czy to ważne? Dziś jestem szczęśliwym celebrytą moich pierwszych blogowych urodzin, dalej czuję się trochę jak blogowy prawiczek, ale w mojej głowie na przekór wszystkiego, rozbija się pewien refren zespołu, który opisywałem w listopadzie. Bo czyż nieprawdą jest „one year of love is better than a life time alone” I tak się chyba dzisiaj czuję. To moje Koffie Year One.


Notka została napisana dzięki wspaniałemu I.

W dniu dzisiejszym jestem w stanie agonalnym, z powodu trapiącego mnie od zeszłego piątku zapalenia oskrzeli. Dlatego też nie byłem w stanie napisać tej notki połamany bólem mięśni, dygocząc z zimna. Skryłem się więc w łożu i bełkotliwie, mamrocząc dyktowałem mu cały powyższy tekst. Wołając od czasu do czasu w przypływie energii „nie guzdraj się tak, szybciej, szybciej, bo mi pomysły uciekają”. 

I. dzięki za pomoc ;-) 

poniedziałek, 23 lutego 2009

„dziś noc oscarów - amerykańska ściema. obok hot-dogów, walentynek i coca-coli. wpycha się nam kolejny nałóg... a wszystko to powoli, powoli spłyca nas.” – Tak to już astronomiczny rok! Coś mi to przypomina. Przypomina mi mnie, kiedy wszystko zaczęło się od nocy Oscarów. Jakoś w tamtą niedzielę – tą super filmową w lutym zeszłego roku – około 22 godziny. Przyszedł mi pomysł – żeby sobie zrobić bloga. Na cholerę mi blog – pomyślałem? Ale dobra inni mają „Mambę” mam i ja! Siedziałem długo zamroczony oparami świetlistego ekranu monitora i pewnie sączyłem sobie kawkę. – Około 24 zapadła decyzja, że to będzie blox, a nie jakieś tam, wydawał się być prosty i przystępny. Blox miał być pewnie też dlatego, że najbardziej znienawidzony przeze mnie blog, był właśnie na tym portalu. Jakoś po 1 w nocy przeszedłem wszystkie formalności i zrozumiałem jak to działa. Oczywiście naturalny był już wtedy głód wypowiedzi – powiedzieć cokolwiek, cokolwiek byle by tylko palnąć i zobaczyć, co to jest i dlaczego tak jest. Potem chyba po 2 w trójce powiedzieli, że Wajda nie dostał nagrody. – Uff – pomyślałem, bo niby za co miał dostać? Nie pamiętam, kiedy pojawił się obecny szablon – ale to chyba też było między 1 a 4 w nocy, w owym pierwszym dniu. Po godzinie 4 się wszystko urodziło. Nie zastanawiałem się nigdy nad jakimś szczególnym konceptem – pisania tego bloga, on po prostu miał być pisany, on chciał być pisany, tworzył się samoistnie, tak pozostało w większości do dziś – rzadko chodzę z gotową, już ułożoną nową notką. – Raczej cały dzień dręczy mnie sfora luźnych przemyśleń, symptomów i impulsów – potem siadam i wszystko się komponuje. Światło zaczyna grać z cieniem – potem dokładam wszystkie inne składniki. Po prostu rzucam brudne i agresywne emocje na biały papier – a one same dobierają sobie całą scenografię, ja tylko im podpowiadam. Notkami zajmuje się zazwyczaj Koffie – to on zawiera w tych emocjach – namacalny ból istnienia – który go przeraża. Koffie chciałby wszystko pozmieniać – schować się przed życiem – zabudować swoją postać – nieprzeniknionym betonowym murem. James mimo iż wszystko spisuje oraz obsługuje całe zaplecze techniczne – to jednak jako nudziarz i marzyciel, totalnie osaczony przez Koffiego – nie ma siły by się jakkolwiek zbuntować! Zresztą on chyba nie ma czasu na bunty i nie leży to w jego naturze. James lubi posłuchać dobrej muzyki, zapalić papierosa i relaksować się dobrą czarną kawą. Jego pasją jest doglądanie swojej kolekcji komiksów (głównie europejskiego) – którym jest zafascynowany, dlatego nie zwraca uwagi na płaczliwego Koffiego, bo musi starannie zadbać o swoją 472 egzemplarzową kolekcję. James ma też swoje wady – czasem bezwolnie poddaje się życiu – wikłając w krzywdzące go układy społeczne. – Takie jak zależność od krzywdzącej go pracy, czy strach przed łamaniem pewnych konwenansów – przez które czasem musi znosić życiowe upokorzenia, ale to poczciwy i silny chłop. – Wszystko zniesie – jest jak czołg, każą to wykona. Koffie to tchórzliwy buntownik, mały krzykacz – który jednak sam nie potrafi nic zrobić… Ten blog to tak naprawdę w jakimś – metaforycznym sensie historia tych dwóch postaci, ich losy splatają się nieustannie, choć częstokroć różnice między nimi są diametralne – jak syjamscy bliźniacy – uwięzieni są w jednym ciele – choć może czasem lepsze było by bolesne rozdzielenie to jednak ta symbioza jest już zbyt silna – za bardzo zależni są od siebie. Poza tym znaleźli sobie w miarę wygodne i posłuszne ciało – które zawsze rzetelnie wystuka im na klawiaturze wszystko, czego zażądają – zawsze autoryzuje ich imionami każdy wpis. Powinni troszkę bardziej o to ciało dbać – ale pewnie na tą refleksję jest jeszcze u nich za wcześnie.

Czy naprawdę w tym celu powstał ten blog? Czy jest tworzony w taki sposób? Tego ja sam do końca nie wiem. Mniejsze znaczenie – a najczęściej żadne – mają dla mnie rocznice astronomiczne. Ale kiedy wczoraj wieczorem posłuchałem sobie wiadomości w radiu – i trąbili tylko o Amerykańskiej Gali – dopadło mnie coś – ta myśl – przecież to już rok. Niby taki szmat czasu, tyle miesięcy, tyle dni i wydarzeń – a jednak tylko głupi mały, króciutki roczek upłynął jak z bicza trzasnąć…  

„dziś noc Oscarów - amerykańska ściema. obok hot-dogów, walentynek i coca-coli wpycha się nam kolejny nałóg... a wszystko to powoli, powoli spłyca nas.” – ciągle mam wrażenie, że to w 100% prawdziwe słowa…

czwartek, 19 lutego 2009

Takie to jest życie. Czuję się dziś maksymalnie wypompowany. Niby to tylko chwila, kilka godzin od porannej pobudki. Od umycia ząbków i filiżanki mocnej, czarnej kawy. Od wyruszenia na godzinną wędrówkę, bo tramwaje utknęły w zaspach, to trzeba iść. Ze spokojem kroczyć – oddychając głęboko – jak przed wizytą u lekarza – do którego nie mamy ochoty wracać po wyniki. W naszej świadomości – to już jest wyrok. Będzie na pewno rak, a przynajmniej coś bardzo złego, coś śmiertelnego. Tak to było, w te dni oczekiwania na decyzję, były one swoistą męczarnią – kiedy nasza uparta świadomość – wysyła nam irracjonalne scenariusze. Dlatego rano – tak ciężko było się zebrać, bo wszystkim niepokojom – trzeba było stawić w końcu czoła.

I oto nagle stoję przed drzwiami – tłum ludzi – do różnych kierunków – moja głowa już odcięta od myślenia. – Będzie co będzie. – Najwyżej potem będę jęczał na blogu – albo go skasuję – tak skasuję go bez zapowiedzi i już…

Wchodzę, dopada mnie znudzone pytanie oto, czego oczekuję od jaśnie pani – siedzącej naprzeciw mnie. Tłumaczę o co chodzi – z pewną dozą mojego zwyczajowego pietyzmu – kiedy chodzi o tego typu sprawy. Na co pani mi odpowiada, że kim to ona niby jest, żeby pamiętać takie bzdury! No fakt – jest nikim. Szuka w stosiku podań… Zajmuje to chwilę, po czym pokazuje mi moje podane – obazgrane jakimiś podpisami i pieczątkami.

- Proszę niech pan napisze, że zapoznał się pan z dokumentem, nazwisko i data!

Sumiennie podpisuję.

- I co? – Pytam – jaka decyzja?

- No zgoda no!

Wszystko się nagle otwiera. Wychodzę.

16:43, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 16 lutego 2009

Słucham sobie Fragile Tension – nowego kawałka Depeche Mode – który to nie wiadomo czy jest wersją demo, czy już gotowym produktem. Usuwany ciągle z youtube’a przez administratorów pojawia się po godzinie pod inną nazwą, albo z przestawionym szykiem słów w tytule. Dziwny to utwór – kompletnie nie to, czego się spodziewałem po Sounds of the Uniwerse (SOTU) – albumie, który ma się ukazać 20 kwietnia tego roku. Z jednej strony FT banalny rytmicznie – monotematyczny jakby z taniego dicho z lat osiemdziesiątych, a jednak nawarstwiony pokropiony troszkę wybrudzoną gitarą i jej krótkimi jazgotami. Do tego całkowicie jakby oderwany od melodii i rytmu, melancholijnie zawodzący wokal – dziwne to wszystko.


O czym ma być dzisiejsza notka? Chyba o tym, że próbuję się jakoś oderwać od ciążących mi myśli. O tym że staję na głowie i robię różne wariactwa, aby nie zwariować. Czasem mi się to udaje. Muszę wytrzymać do czwartku, w piątek miałem pomyślny horoskop :) – tak, to jest wariactwo, sugerowanie się czymś takim, ale staram się szprycować różnymi bzdurami i jest lepiej. Dlatego też dzielę się spostrzeżeniami dotyczącymi kawałka DM, bo sprawił mi on radość. Ale może robię coś więcej? Piszę notkę, i to mi bardzo poprawia humor. Potrzebuję napisać notkę dla siebie – pozbyć się za dużej ilości myśli. Oto jest też odpowiedź na pytanie, do czego służą blogi, zadanego przez pradawnego Ponurego Bębniarza przepoczwarzonego w Nikitę Kosmitę – odpowiedzi nie ma jednoznacznej – ale są te, które pojawiają się w międzyczasie – dziś służy mi do poprawy nastroju...


A wracając do oczekiwania na nowy album DM – podobnie jak przy poprzednim w 2005 roku – szukam po sieci (tyle że tym razem u siebie, a nie po znajomych łączach) czegokolwiek, jakiegokolwiek dźwięku czy informacji. Takim to sposobem doszukałem się wieści o tym, iż na początku stycznia wyciekł w niewyjaśnionych okolicznościach pilnie strzeżony, pierwszy singiel promujący nowy album. – Wrong. – Cały w skowronkach szukam Wrong i oto co znalazłem. Najpierw odliczanie a potem śmiech… bo przeszło to moje najśmielsze oczekiwania.

Depeche Mode Wrong single 2009 - opis z YT
Oczywiście żadnego przecieku nie było poza tym teraz z "Fragile Tension". Ale różnych dziwactw podszywających się pod pierwszy utwór promujący dwunasty album Depechów SOTU, było oczywiście znacznie więcej, ale nic nie przebiło Zlada! Na youtube’ie krąży jeszcze drugi jego ciekawy kawałek zatytułowany "I Am The Anti-Pope"– ale już znacznie gorszy od Elektronik.
15:11, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (9) »
sobota, 14 lutego 2009

Walentynki. Serduszka i czerwony aksamit pokrył większość drobnych kafejek i restauracyjek w mieście. Nadmuchane czerwone baloniki widnieją w szybach księgarń. Centra handlowe zalane czerwonymi płatkami. Nawet w palmiarni, można zrobić sobie upojną randkę w dziczy do samej północy. Jak mocno przesyciła nas już durna amerykańska kultura (???), za mocno. Zdecydowanie za mocno i niepotrzebnie. Ponieważ taki dzień jak ten, nie wnosi zasadniczo nic w nasze szare życia, a zmusza nas do tego by opróżnić zawartość portfela. Święto miłości na świecie bez miłości jest hipokryzją. Najbardziej krystaliczną, jaką można zauważyć. Kiedy tysiące dzieciaków w Afryce umiera z głodu – my się w najlepsze bawimy, na imprezach z czerwonym serduszkiem – mówiąc po tysiąckroć puste frazesy: kocham, kocham, kocham… Przykro mi, ale co za dużo to i psy nie zjedzą. Takie okazje pokazują, jak bardzo podatni jesteśmy na masówkę i komercję, jakby wymyślili święto rytualnego palenia czarownicy na stosie, to pewnie też by wszyscy kupowali kukiełki i palili je na ołtarzykach – bo powiedzmy przynosiłoby to szczęście i radość w nowym roku. Takie podejście do sprawy pokazuje jak bardzo ludzie w masie – zaczynają tracić swoją indywidualność, i jak prosto było by nimi sterować. Wystarczy tylko dobrą kampanią promocyjną – trafiającą do podświadomości, przekonać ich do czegoś – a oni to uczynią bez mrugnięcia okiem. To smutne. Gubienie indywidualności – to cofanie się w czasie, od oświeconego intelektualisty do średniowiecznej pustej gawiedzi – cieszącej się z ulicznego jarmarku.


Patrząc na dzień Walentynek, jako na datę graniczną, szczerze muszę przyznać że przez ten rok moje życie zmieniło się zasadniczo na lepsze. W zeszłym roku 14go szedłem powiedzmy z X. do kina na Lejdis – tą okropną antykomedię. Ale chyba towarzystwo X. było gorsze niż film. Może byłem wtedy otumaniony jakąś iluzją – więc nie mogłem tego dostrzec. Dziś wiem, że dobrze iż tamto się szybko skończyło. Ponieważ niektórzy ludzie próbują widzieć w innych wyniesione z domu ideały, które w starciu z każdą indywidualnością – powodują negację. Próbują kogoś naprawiać – dopasowywać pod siebie. Jakaż to bzdura, aby zabijać człowieka bo postępuje inaczej wobec oczywistych problemów… Biedny mały powiedzmy że X., dalej tkwi w tym samym punkcie co 14go zeszłego roku. Kiedy go spotykam od czasu do czasu, to ciągle staram się być życzliwy, wspierać go, mówić co myślę – być szczery… A tu nic, on dalej trwa w swoich imaginacjach – dalej smutny i coraz bardziej żałosny… To chyba niestety jest cecha nas wszystkich – to specyficzne zadufanie w sobie…
czwartek, 12 lutego 2009

Tak się zbieram i zbieram z napisaniem czegokolwiek. Ale o czym tu pisać? O życiowym zastoju? Trwam, dzień i noc. Trapi mnie jakaś chandra, toczy moje ciało rak marazmu. Wszystko się zatrzymało. Przyjaciele odlecieli na wyspy, w domu raczej ciche dni, które wyciszają ostatnie niepokoje spadające na mój dom, jak burza z gradobiciem. W mojej głowie zakręciły się zawory z myślami. Pustynia, pustynia, pustynia. Tempo patrzę się w ekran monitora, i nie umiem wydusić nic konkretnego. Dalej oczekuję, kładąc się spać rozmyślam nad scenariuszami, które mogą się zdarzyć. Nie chce mi się! Po prostu mam wrażenie, że mi się już nie chce. Niczego mi się nie chce. Jestem wypalony i pusty, zaniedbałem się w sferze walki o przyzwoity wygląd fizyczny, to chyba oznaka niepokoju, albo stanów depresyjnych – nie pomagają mi papierosy, muszę zabijać niepokój poprzez konsumpcję. Cholerna zima, w zeszłym roku w lutym śmigałem już rowerkiem – a teraz nic mi się nie chce, nie mogę spać, budzę się jakby wystraszony, czymś co nadchodzi, nie mogę czytać – nie mogę skupić myśli. Dopadają mnie albo refleksje nad wszystkim, albo widzę przed oczami beton. Kiedyś uspokajało mnie myślenie o spokojnym morzu, a teraz wydaje mi się że tonę, że nie mogę zaczerpnąć powietrza. Przypomina mi się pewne zdarzenie z mojego życia, kiedy jak byłem mały – miałem z siedem latek – byłem gdzieś u rodziny na wsi – i chłopaki pływali w wielkim stawie, a ja ich okłamałem, że umiem pływać i zacząłem się w tym stawie topić… Więc teraz jak myślę o morzu, aby się uspokoić – czuję jakbym tonął, jak wtedy nie mogąc znaleźć gruntu, nie mogę go znaleźć wcale – teraz w życiu.

01:38, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (15) »
niedziela, 08 lutego 2009

Wszystko wróciło do normy. Niby wróciło! Bo wcale tak nie jest. I nie mam siły. Kompletnie nie mam siły. Od trzynastu dni zapuszczam się potwornie. Zgubiłem gdzieś motywację. Najpierw znajomi z Anglii przylatują, potem kończę sesję, potem najbliższa mi osoba trafia do szpitala. W trakcie jej pobytu składam indeks w dziekanacie, wraz z TYM pismem. Wraca do domu ze szpitala najbliższa mi osoba. A ja jestem już pod ścianą – czas oczekiwania jest bez płatny – nie, nie w tym przypadku. Oczekuję na decyzję w mojej sprawie do 19 lutego. To oczekiwanie paraliżuje mnie – wrzuca mi do mózgu wszelkie myśli, złe i dobre, wszelkie scenariusze. Jedne są pozytywne i pełne nadziei na zmiany, drugie są negatywne – bo wtedy muszę zarzucić kompletnie to życie, które mam teraz – kompletnie pozmieniać wszystko. Od kilku dni nie mogę zebrać myśli, nie mam motywacji by chodzić do pracy, do niczego nie mam motywacji. Zapominam by przeczytać ostatnie notki na blogach które czytam, nie potrafię układać zdań na swoich. Choć niby chciałoby się tyle powiedzieć – ostatecznie nie potrafię, wysłowić nawet najprostszych myśli. Jestem w oczekiwaniu, każdy dzień jest małą drogą krzyżową dla umysłu – dziś stacja pierwsza jutro stacja druga…

czwartek, 05 lutego 2009

Zawsze się zastanawiałem gdzie są pewne granice! Granice kulturowe, dobrego smaku, zachowania, wypowiedzi, tolerancji. A także, co można, kiedy i w którym miejscu, oraz czego już nie można – określić mianem sztuki. Oto poniżej jest kawałek – utwór, węgierski rap. Muzyka to najwspanialsza ze sztuk – jeśli by wliczyć w nią dźwięki całego otaczającego nas świata, to towarzyszy nam częściej niż inne doznania kulturotwórcze. Ale czy tą dwu minutową piosenkę można nazwać sztuką? Czy jeśli jej przekaz niesie za sobą kompletnie bezmyślny tekst – obrażający wielu ludzi – to czy artysta miał prawo do tak taniego chwytu, jak gra na dyskryminacji mniejszości seksualnych? A może to tylko taki żart? Posłuchajcie sami – i oceńcie po zapoznaniu się z tekstem Węgierskim i Polskim.


Sickratman - Buzi-e vagy?

Tekst po węgiersku: 

Pöttyös az inged? Buzi-e vagy?
Fested a hajad? Buzi-e vagy?
Piros a cipőd? Buzi-e vagy?
Mit eszel? Mignont? Buzi-e vagy?
Füvet szívsz bazze'? Buzi-e vagy?
Kefíret iszol? Buzi-e vagy?
Ilyen törpe, szar a kutyád? Buzi-e vagy?
Szemüveges vagy? Buzi-e vagy?
Nem eszel húst? Buzi-e vagy?
Te hegedülsz bazze'? Buzi-e vagy?

Mi a faszt csinálsz? Buzi-e vagy?
Mi a faszt nézel? Buzi-e vagy?
Mi a faszt gondolsz? Buzi-e vagy?
Mi a faszt érzel? Buzi-e vagy?
Mi a faszt hordasz? Buzi-e vagy?
Mi a faszt sértel? Buzi-e vagy?
Mi a faszt mondasz? Buzi-e vagy?
Mi a faszt vérzel? Buzi-e vagy?
Mi a faszt csinálsz? Mi a faszt nézel? Mi a faszt gondolsz? Mi a faszt érzel? Mi a faszt hordasz? Mi a faszt sértel? Mi a faszt mondasz? Mi a faszt vérzel?
[Mi a faszt… x 8]
Mit csinálsz, mosogatsz?
Buzi-e vagy?
Te nem ütsz vissza? Buzi-e vagy?
Tetszik ez a szám? Buzi-e vagy?
Nem voltál katona? Buzi-e vagy?
Az anyáddal laksz? Buzi-e vagy?
Ülve hugyozol? Buzi-e vagy?
Megmosod a segged szarás után?
Te tudsz angolul? Buzi-e vagy?
Szóbaállsz a buzikkal? Buzi-e vagy?
Néger a csajod? Buzi-e vagy?
Zöld teát iszol? Buzi-e vagy?
Mivel jársz, bicajjal? Buzi-e vagy?
Nincsen mobilod? Buzi-e vagy?
Te nem nézel tévét? Buzi-e vagy?
Mit ölelgetsz, hallod? Buzi-e vagy?
Te zsidó vagy bazzeg'? Buzi-e vagy?
Kávéba tejszínhab? Buzi-e vagy?
Te grafitizol öreg? Buzi-e vagy?
Színházba jársz? Buzi-e vagy?
Halbiológus vagy? Buzi-e vagy?

Mi a faszt csinálsz? Buzi-e vagy?
Mi a fasz nézel? Buzi-e vagy?
Mi a faszt gondolsz? Buzi-e vagy?
Mi a faszt érzel? Buzi-e vagy?
Mi a faszt hordasz?
Buzi-e vagy?
Mi a faszt sértel? Buzi-e vagy?
Mi a faszt mondasz? Buzi-e vagy?
Mi a faszt vérzel? Buzi-e vagy?
Mi a faszt csinálsz? Mi a fasz nézel? Mi a faszt gondolsz? Mi a faszt érzel? Mi a faszt hordasz? Mi a faszt sértel? Mi a faszt mondasz? Mi a faszt vérzel?
[Mi a faszt… x 8]


Tekst po polsku:

Masz koszulę w grochy? Co ty, pedałem jesteś?
Farbujesz włosy? Co ty, pedałem jesteś?
Masz czerwone buty? Co ty, pedałem jesteś?
Jesz ciasteczka? Co ty, pedałem jesteś?
Palisz trawę? Co ty, pedałem jesteś?
Pijesz kefir? Co ty, pedałem jesteś?
Masz psa buldoga? Co ty, pedałem jesteś?
Trzymasz kota? Co ty, pedałem jesteś?
NIe jesz mięsa? Co ty, pedałem jesteś?
Ty grasz na skrzypcach? Co ty, pedałem jesteś?

Co ty kurwa robisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co się kurwa patrzysz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa myślisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa sobie wyobrażasz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa nosisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa czujesz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa mówisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa krwawisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa robisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co sie kurwa patrzysz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa obrażasz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa nosisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa czujesz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa mówisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa krwawisz? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa? (7x)
Co ty? (8x)
Co? (16x)

No co ty, zmywasz naczynia? Co ty, pedałem jesteś?
Czytasz Dostojewskiego? Co ty, pedałem jesteś?
Nie byłeś żołnierzem? Co ty, pedałem jesteś?
Mieszkasz z matką? Co ty, pedałem jesteś?
Nie oddajesz ciosów? Co ty, pedałem jesteś?
Sikasz na siedząco? Co ty, pedałem jesteś?
Myjesz tyłek po sraniu? Co ty, pedałem jesteś?
Mówisz po angielsku? Co ty, pedałem jesteś?
Rozmawiasz z pedałami? Co ty, pedałem jesteś?
Masz czarną dziewczynę? Co ty, pedałem jesteś?
Słuchasz Tilos, słyszysz? Co ty, pedałem jesteś?
Jeździsz rowerem? Co ty, pedałem jesteś?
Nie masz komórki? Co ty, pedałem jesteś?
Nie oglądasz telewizji? Co ty, pedałem jesteś?
Co ty kurwa Żyd jesteś? Co ty, pedałem jesteś?
Boisz sie pajaków? Co ty, pedałem jesteś?
Kawę z bitą śmietaną? Co ty, pedałem jesteś?
Co mnie obejmujesz? Co ty, pedałem jesteś?
Chodzisz do teatru? Co ty, pedałem jesteś?
Jesteś nudystą? Co ty, pedałem jesteś?

Co ty kurwa robisz?... ect.

Miałem jeszcze napisać słowo komentarza – ale to chyba jest bez sensu, tu nie potrzeba komentarza…

środa, 04 lutego 2009

Znów jestem sam od 3 w nocy. Znów najbliższa mi osoba trafiła do szpitala, nocne pogotowie zabrało Ją cicho… Znów to samo – kryza. Znów w lutym jak przed rokiem. Potem lipiec i październik kolejne wyjazdy… Za chwilę jadę do szpitala – … Wszystko się pierdoli zawsze wtedy, kiedy mam na głowie tyle spraw! Kiedy muszę podjąć wszystkie te ważne decyzje – to chyba jest forma hartowania stali – którą nazywam moim życiem.

Ale mówię sobie spokojnie – wczoraj wszedłem na death clock i sprawdziłem, kiedy umrę :) – zapraszam wszystkich na 9 sierpnia 2022 roku. To już za 13 lat…

 
1 , 2