o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
wtorek, 31 stycznia 2017

jw       

Dziś, po długiej walce z nowotworem zmarł jeden z najpiękniejszych głosów, jakie wydała Brytania w XX wieku – John Wetton. Jego biografia i aktywność muzyczna jest tak duża, że kilka notek by mi nie wystarczyło aby całą spisać, debiutował bowiem już w 1965 roku i przez blisko kolejnych 50 lat nie odkładał gitary. Ale też nie będąc mega fanem Wettona, nie zamierzam udawać eksperta, choć spotkałem go na kilku etapach moich muzycznych poszukiwań i powiem szczerze, że zawsze czułem się pozytywnie zaskoczony. John Wetton to muzyk pełną gębą pisał, grał na basie i gitarze oraz magnetycznie śpiewał. I chyba ten śpiew mnie do niego tak przywiązał, wokal Wettona to niezwykle ciepła barwa, która stanowiła dla młodego adepta progresywnych nut prawdziwą rozkosz.  

Moje pierwsze spotkanie i zachwyt nad twórczością Johna Wettona to King Crimson, w którym udzielał się w latach 1972-1974. W KC był czwartym z kolei wokalistą, ale pierwszym, który miał tak duży wpływ na Roberta Frippa i tym samym twórczość zespołu. John na wybitnych albumach KC: Larks’ Tongues In Aspic, Starless And Bible Black oraz Red – brał czynny współudział w stanowieniu legendy Karmazynowego Króla. Nagrane wówczas albumy stanowią już dziś świadectwo niedoścignionego muzycznego geniuszu.

Fripp w 1974 roku postanowił zespół zamknąć, a Wetton wylądował na bezrobociu. W zasadzie jednak wrócił do tego co robił już wcześniej, przed King Crimson, pracował jako muzyk sesyjny. I tak w swojej karierze nagrywał z Mogul Thrash, Gordonem Haskellem, Family, Larrym Normanem, Malcolm And Alwyn, Peterem Banksem, Brianem Eno, Peterem Sinfieldem, Bryanem Ferry, Uriah Heep, Roxy Music, Philem Manzanerą, Atoll, Wishbone Ash, Rogerem Chapmanem czy Stevem Hackettem i to nie jest koniec listy artystów i zespołów dla których grał Wetton.

Jego dwie największe miłości muzyczne pojawiły się pod koniec lat 70-tych, kiedy wraz z Eddiem Jobsonem i Billem Brufordem stworzyli supergrupę UK, a następnie w 1981 roku, kiedy wraz z gitarzystą Yes Stevem Howem, klawiszowcem Yes Geoffem Downesem oraz perkusistą z Emerson, Lake & Palmer Carlem Palmerem – powołali do życia supergrupę Asia. O ile UK, przetrwało ledwo trzy lata wydając dwa wydawnictwa, o tyle Asia grała aż do dziś, choć nie zawsze z Johnem Wettonem. Wetton poświęcał czas również na własną karierę oraz na walkę z nałogami, co często kolidowało z karierą w Asia. Niemniej pojawił się na ośmiu z czternastu albumów tej grupy. W tym na ostatnim wydanym w 2014 roku. W którymkolwiek z tych zespołów – w całej swojej karierze Wetton, jeśli tylko pozwolono mu śpiewać pozostawiał po sobie charakterystyczny ślad, cudowny wokal.

Spoczywaj w pokoju Johnie Wetton!    

1 Wetton: Book Of Saturday

2 Wetton/Jobson: Starless

3 Wetton/Jobson: In The Dead Of Night

4 Wetton/Jobson: Fallen Angel

Depeche Mode w roku 2013 postanowili wykorzystać całe spektrum kanałów informacyjnych do promocji trzynastego krążka. Zatem wylądowali u Lettermana, oraz nagrali specjalne studyjne wersje kilku utworów – które w trakcie promocji wypuszczali do sieci, jako alternatywne do nagrań z albumu. Tym sposobem udostępnili ponad połowę zawartości płyty, nie wspominając już o tym, że ostatnie 30 dni przed premierą stworzyli (podobnie jak David Bowie do singla Lazarus) specjalną stronę z zegarem odliczającym czas do godziny zero. Delta Machine przez pierwsze pięć dni od daty premiery był dostępny w całkowicie darmowym streamingu.

Obecnie promocja nadchodzącego wydawnictwa polega na całkowitym milczeniu i planowanym zaskoczeniu słuchaczy niezapowiedzianym wypuszczeniem singla, a po nim – w okresie nadchodzącej wiosny – nowego albumu.

 

sobota, 28 stycznia 2017

Część z was zapewne wie, jak wielką czcią otaczamy w naszej redakcji zespół Depeche Mode. W 2009 roku poświęciliśmy mu całe wydanie K MAG-a, a przed konferencją w październiku 2016 wyłączyliśmy telefony żeby na spokojnie móc obejrzeć transmisję. Cztery lata po „Delta Machine” Brytyjczycy wracają z nowym materiałem.

W atmosferze napięcia i niepewności grupa szykuje się do premiery nowego krążka. „Spirit” zostanie udostępniony nagle i bez zapowiedzi. Fani snują domysły na temat daty udostępnienia singla, w sieci podobno już krąży tekst nowej piosenki. Jedno jest pewne – płyta jest już gotowa i szczęśliwi pracownicy m.in. polskiego oddziału Sony Music wiedzą, co znajduje się na albumie. Po podpisaniu własną krwią klauzuli tajności i zamknięciu wszystkich urządzeń nagrywających w sejfie wydawnictwa, my również otrzymaliśmy możliwość posłuchania nowego materiału.

Nadchodzący kawałek Depeche Mode to powrót do korzeni zespołu, ale w fantastycznej i nowoczesnej oprawie. Silnie uzależnia, mocno wpada w ucho i ma typowe, zmysłowe brzmienie Depeszy.  Tekst piosenki jest bardzo aktualny, z łatwością odnajduje się w obecnej światowej sytuacji politycznej.

Nie możemy zdradzić, czy jest bardziej elektroniczny czy gitarowy, ale jedno jest pewne – to zupełnie coś innego niż „Heaven”, który w 2013 roku był pierwszą zapowiedzią „Delta Machine”.

Dokładnej daty premiery singla nie możemy wam podać. Nie możemy wam też zdradzić jak wygląda klip (który rownież jest już gotowy). Możemy zdradzić jedynie, że… A nie, też nie możemy.

Jeżeli irytuje was fakt, że za bardzo się chwalimy, to można zadać sobie pytanie co jest gorsze – nie słyszeć i czekać, czy słyszeć i nie móc odsłuchać ponownie?

Za K-MAG MAGAZYN.PL

Czy to nie jest podgrzewanie atmosfery? Nic nie wiadomo, żadnych dat. Przyjdzie to będzie! To zupełnie nowy - przynajmniej od 2009 roku, kiedy sam po raz pierwszy w wirtualnym świecie oczekiwałem nowego wydawnictwa DM - sposób promocji. Wstyd przyznać, ale jeszcze w 2005 roku nasłuchiwałem DM (wszelkich muzycznych premier) z radia i prasy muzycznej. Ale Świat się zmienił w jednej chwili totalnie. Premiery nowych albumów Depeche Mode w 2009 i 2013 roku to był popis kontrolowanego przecieku. Wypływały utwory, niby skradzione przez złych hakerów, a to zespół robił mini vlogi ze studia, lub puszczał niby surowe wersje utworów, które następnie okazywały się być profesjonalnym materiałem. Następnie jakieś próby i numery nagrane w studiu, albo w znanych programach u wieczorowych wodzirejów Ameryki. Tak, było tego naprawdę dużo. A teraz tajemnica zupełna. A to forma promocji, która winduje ciekawość bardziej niż puszczanie pod stołem fragmentów układanki. Kiedy czytam rozgorączkowane fora to samemu zaczynem się zapalać, tak jak kiedyś jeszcze sprzed ery internetów…

A jak DM promowało się w 2013 roku? Zobaczcie sami 3 single i ich wideoklipy. Dave Gahan w trzecim klipie śpiewa rzeczywiście live. DM od dobrych kilku lat świadomie zrezygnowało z playbacków, idąc w naturalizm wokalny. To duża odwaga, pośród wykreowanych i podrasowanych pop gwiazd. Ale za to brzmi to szczerze i chyba ma jakąś artystyczną wagę?   

 

czwartek, 26 stycznia 2017

Człowiek Wolności pewnego tygodnika Jarosław polskęzbaw Kaczyński, wydalił dziś z siebie - pośród rozkosznych szlochów i pierdnięć zachwytów - mowę, w ramach dziękczynienia za uhonorowanie go - tym wielce szanownym tytułem.

Tuż po tym, oczywiście, jak zawiesił kotarę w Sejmie RP, aby nie widziano go jak wpełza do gabinetu swojego naczelnego pachołka, dzięki któremu może wszystkim narzucać, własny tryb procedowania ustaw itd.

Tuż po tym jak w Radiu Łódź, wypalił na pytanie redaktor prowadzącej - odnośnie protestów skierowanych przeciwko niemu: w najmniejszym stopniu się tym nie przejmuje. Tym bardziej, że patrząc na twarze tych osób, to po pierwsze - to jest tylko domysł, ale obawiam się, że niektórzy z nich byli pracownikami dawnych organów bezpieczeństwa, z kolei też wydaje mi się, że widać tam troszkę twarzy osób specjalnej troski. Nie wygląda to groźnie.

(Zabawne bo myśleliśmy z I' przez ułamek sekundy, aby być na tym proteście, ale wyszły inne sprawy).

Tuż po tym jak w kolejnym radiu albo i tym samym, stwierdził, że nawet jak TK się nie zgodzi, to i tak wprowadzą sprzeczną z konstytucją reformę ordynacji wyborczej, a z pewnością od razu zmienią okręgi wyborcze, by nie były ustawione pod opozycję.

Człowiek kurwa wolności!!!

Zatem dziś wydalił co następuje:

Nie ma nic ważniejszego i nic bardziej polskiego niż wolność. Jesteśmy świadkami tego, co wolności się przeciwstawia. Spójrzmy chociażby na wschód. Wolności trzeba bronić.

Nawet ta wolność najbardziej podstawowa, wolność słowa, wolność sumienia, jest dzisiaj zagrożona. Z bólem trzeba powiedzieć, że wolność w Europie, szczególnie na zachód od naszych granic, jest w odwrocie. Poprawność polityczna stosowała tak zwaną represję rozproszoną, ale od dobrych paru lat przeszła do stosowania represji twardej, represji państwowej.

Można odpowiadać karnie, a także administracyjne za to, że złamie się różne narzucane reguły. I była taka próba, żeby tego rodzaju ograniczenia wprowadzać także w naszym kraju. To była próba podjęta niedawno, w drugiej części rządów PO. Ta próba się nie udała, ale trzeba o niej pamiętać, jako o ostrzeżeniu, że to może przyjść także do nas.

Polska może zostać niedługo „wyspą wolności". Nie ma wolności bez silnego państwa.

Strefę wolności może stworzyć wyłącznie państwo narodowe. Nie może być demokracji bez państwa narodowego.

I stąd potrzeba odrzucenia tego, co można spotkać także w naszej ojczyźnie: postawy antypaństwowej, która znajduje uzasadnienie w odwoływaniu się do wolności. To nie jest tak, że wolność to anarchia. W dobrze rządzonym, demokratycznym państwie wolności może być bardzo dużo.

Ludzie, którzy nie mają skłonności do jakichś gwałtownych zachowań, czy zgoła zachowań patologicznych, mogą się czuć w takim państwie ludźmi wolnymi, we wszystkich dziedzinach.

Nasz naród, Polacy, jest szczególnie predystynowany, żeby takie państwo stworzyć i żeby w tym państwie doprowadzić do wielkiego wybuchu, w sferze kultury, ekonomii, we wszystkich ważnych sferach społecznych. Wierzymy, że przyjdzie taki czas. Dziękuję.

JarKacz himself. 

Natomiast Ja, zacząłem słuchać Perfect, i rozumiem już chyba o czym tam Markowski śpiewa! Ale w koło jest... 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

    ohRene

Dziś w wieku 75 lat zmarł Gorden Kaye znany przede wszystkim ze swojej znakomitej interpretacji francuskiego gburowatego wieśniaka i dziwkarza René Artois z brytyjskiego serialu komediowego 'Allo 'Allo! (1982-1992). Scenarzyści Jeremy Lloyd i David Croft nie dość, że obśmiali w serialu drugą Wojnę Światową to jeszcze nacje w niej walczące, nie tylko złych Niemców, durnowatych Francuzów, ale również totalnie głupkowatych Brytyjczyków. I choć dostało się wszystkim, nikt nie został poniżony. Ten jakże brytyjski typ humoru, obalający wielkie dziejowe nadęcie, przyjął się nad Wisłą, z powodu podziwu i zazdrości, że sami nie potrafimy – zadrwić sami z siebie.

Oglądałem ten serial od wczesnych lat 90-tych na dwójce, potem liczne powtórki, aż wreszcie razem z I’ – chyba jeszcze ze dwa razy oglądaliśmy na DVD, za każdym razem doszukując się innych aluzji.

Szczególnie ciekawym było oglądanie, kiedy wiedzieliśmy już, że Gorden Kaye w 1988 roku pod presją mediów publicznie ogłosił, że jest gejem. Dla wielu polskich fanów ta informacja musiała być piorunująca. Oto ich ulubiony bohater, pełen wigoru René, który oprócz żony, obraca jeszcze dwie kelnereczki, dziewczyny z komunistycznego ruchu oporu i nie tylko – jest ciotą. A rola Kaye’a była tak przekonująca, że i tak większość widzów nie chciała wierzyć. To jego sukces!

Jeszcze w trakcie kręcenia serialu aktor podupadł zdrowotnie, w wyniku wypadku z 1990 roku, w którym drewniana belka wbiła mu się w czaszkę. Serial przerwano na rok, aby pozwolić Gordenowi na rekonwalescencję. Po zakończeniu nagrywania serialu Kaye powracał na deski teatrów i kabaretów, jako René aż do 2007 roku, gdzie odgrywano skecze z serialu, a nawet nagrano specjalny odcinek i film dokumentalny Powrót 'Allo 'Allo!

René ooooh René spoczywaj w pokoju, dzięki tobie miałem zawsze udany dzień!!! [']

środa, 18 stycznia 2017

To niesamowite, stajemy dziś naprzeciw nowych czasów. Za kilka godzin władzę w Białym Domu obejmie postać, za której rządów Świat może zatrząść się w swych posadach. Wystarczy kilka wpisów tego człowieka na portalach społecznościowych, w których zdradza tajemnice wywiadu swojego mocarstwa. Zaraz za objęciem tronu nadchodzą nowe iwenty, takie jak wybory we Francji i Niemczech, wreszcie zapowiedziany przez premier May twardy Brexit, po którym w kwietniu 2019 roku, obudzimy się w innej Europie na pewno. Ale może to będzie szala goryczy, która rozwali rząd PiS?

Tymczasem nasz lider, szeregowy poseł, szykuje wojnę o samorządy. Na początku zmieni ordynacje aby dopasować ją pod swoich wasali – czyli zmniejszy lub powiększy okręgi wyborcze, tak by z sumy głosów PiSowcy mogli zbierać więcej głosów do rad i sołectw. Drugim krokiem reformy będzie skrócenie kadencji prezydentów miast, wójtów i burmistrzów do maksymalnie dwóch kadencji po 4 lata. Szeregowy chce sprytnie, aby ta zasada zadziałał również (wbrew światowym zasadom prawa) wstecz. Zatem koniec prezydent Łodzi – Zdanowskiej bliski. Koniec dynastii prezydenta Krakowa, Warszawy, Gdańska, Gdyni, Sopotu, Lublina czy Wrocławia. Niby to takie demokratyczne, a jednak, kiedy demokracje zaprowadza reżim... to śmierdzi na kilometr! Takie będą nowe prawa w Rzeczypospolitej: teraz kurwa MY! Nie mam pewności czy reforma kadencji obejmie również radnych, ale wtedy ktoś by mógł zaproponować dwukadencyjność posłów na Sejm RP. To byłaby tragedia!!!

Mąż opatrzności i najbardziej niezależny z prezydentów Polski – Duda, mimo wielkich wewnętrznych starć – światopoglądowych w kwestii reformy edukacyjnej, przywracającej PRL-owski system 8+4, opowiedział się ZA. Likwidujemy od września, drodzy państwo, gimnazja. Wraca sowiecka szkoła, i może nie byłoby w tym tyle strachu, gdyby nie nowy program. Program pisany z punktu widzenia nacjonalistycznego państwa wyznaniowego – gdzie obok Mickiewicza wieszczem będzie Rymkiewicz, a antykoncepcję zastąpi zbawienny wpływ spermy na zdrowie kobiety.

Ale czego spodziewać się po PAD, który w wywiadzie dla RMF FM mówi: „Notariusz dobrej zmiany" nie jest określeniem, które mnie obraża. To, co go obraża???

 

 

23:58, koffiejames , koffie mix
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 stycznia 2017

dbl

Zarażony trochę myślą pewnego znajomego blogera, wypisałem sobie okrągłe rocznice bliskich mi muzycznie artystów i ich rocznicowych wydawnictw i ciut tego wyszło.

Dziś, dokładnie 40 lat temu ukazał się 11-ty studyjny album Davida Bowiego – Low. Zapowiedziany przez poprzedzający, nowy album okazał się całkowicie innowacyjny. Low to art rock, eksperymentalny rock, krautrock, ambientowy i elektroniczny album razem wzięte. To awangarda muzyki lat 70-tych i końcówki XX wieku.

Do współpracy Bowie zaprosił innego geniusza i pioniera muzyki eksperymentalnej Briana Eno. Wtedy w Berlinie, obaj panowie zapoczątkowali najbardziej kreatywny i twórczy okres w karierze. Z ich współpracy zrodziła się Trylogia Berlińska (1977-79), a jej kolejnymi etapami były albumy Heroes i Lodger, na które David Bowie zaprosił kolejnych wielkich muzyków końcówki lat 70-tych.

Krytyka przyjęła Low z mieszanymi uczuciami – od zachwytu po totalną krytykę. Zarzucano Bowiemu, że próbuje pozować na prawdziwego artystę, a jest przecież tylko piosenkarzem estradowym. Widziano być może wtedy Bowiego właśnie bardziej, jako vision niż sound. Zatem zarzut o to, że część eksperymentalna albumu jest banalna dziś cokolwiek dziwi. A jednak David postawił na swoim, idąc za ciosem dalej w art rock udowodnił, że ma prawdziwy talent muzyczny, a jego całokształt artystyczny to nie tylko gra wizerunkiem i przystępnym w odbiorze gatunkiem.

Low jest też chyba jednym albumem Davida Bowie, w którym pojawia się wątek polski. Ale to już historia na osobny wpis…  

1. Be My Wife

2. Sound And Vision

3. Subterraneans - miało być coś innego myślicie? Nie. 

wtorek, 10 stycznia 2017

 

W poniedziałek 11-go stycznia 2016 miałem wolne, spałem więc dobrze do dwadzieścia po dziewiątej rano. Po rozbudzeniu, w pokoju panował szary mrok, dzień był strasznie ponury. Złapałem za telefon żeby zobaczyć, która godzina i odczytałem wiadomość od I’. David Bowie nie żyje, zobacz media.

David Bowie nie żyje – pomyślałem – jak to? Ledwo się nacieszyłem tym nowym albumem, a tu nagle śmierć? Nie do wiary! To się nie dzieje! Pobiegłem do telewizora i na wszystkich stacjach informacyjnych mówili to samo. Nie żyje ikona, nie żyje twórca popkultury drugiej połowy XX wieku, starman, biały książę, nie żyje…

Jak zupełnie inaczej zaczęła wyglądać dla mnie ta płyta, to przesłanie, te piosenki i teksty… Nie mogę uwierzyć w to również dziś. Wokół albumu Blackstar nie tylko ja, a również rzesza fanów stworzyła specjalny nimb pożegnania śmiertelnie chorego artysty ze światem. Łabędzi śpiew wielkiej ikony i kreatora.

Wraz z pierwszą rocznicą śmierci Davida BBC opublikowała dokument Last Five Years, który podsumowuje ostatnie lata aktywności artysty 2003/04 oraz 2013/16. Idąc za internetowym wydaniem The Guardian, które podsumowuje wypowiedzi bohaterów filmu jak Tony Visconti (wieloletni producent Bowiego), Johan Renck (reżyser klipów z albumu Blackstar) czy Theo van Hove (reżyser musicalu Lazarus) – obraz ostatnich miesięcy Davida Bowie i jego przekaz dla potomnych, wcale nie zakładał bolesnego przekazu ani pożegnania. Czyżby trochę tak wyszło?

Przede wszystkim David zakładał, że nie umrze! Diagnozę raka wątroby postawiono mu w połowie 2014 roku. Wtedy poddał się terapii, a w zasadzie terapeutycznym cyklom, które miały prowadzić do remisji nowotworu. Czuł się na tyle dobrze, że dość czynnie uczestniczył w życiu muzycznym Nowego Jorku. Wtedy trafił, włócząc się po jazzowych knajpkach, na muzyków, których zaprosił potem do sesji Blackstar. Z orkiestrą Marii Schneider nagrał i wydał jesienią 2014 roku singiel Sue (Or In A Seansom Of Crime). Od stycznia do maja 2015 roku pracował nad ostatnim albumem, a zaraz potem nad musicalem. Wizje z klipu Blackstar i Lazarus są tylko częściowo autorskie. Bowie tworzył rysunki oraz mówił, co by chciał osiągnąć w warstwie wizualnej. Wymyślił opaskę na oczy z guzikami i drgający taniec, a jednak wizja łazarza w łożu śmierci była swobodnym potraktowaniem biblijnej przypowieści przez Joahna Rencka. Wtedy, kiedy kręcono klip na początku października 2015, Bowie żył ciągle nadzieją na wyzdrowienie. Pod koniec tygodnia zdjęciowego przyszły dopiero wyniki mówiące, że terapia zawiodła, a choroba weszła w stan terminalny. Ale nawet ta wiadomość nie złamała w Davidzie woli życia. Dwa miesiące później, po owacjach na stojąco po premierze Lazarusa, za kulisami teatru Bowie miał podejść do Theo van Hove i zaproponować mu zrobienie kolejnego musicalu, coś w stylu Lazarus 2. Czy kiedy terapie standardowe zawiodły, Bowie, który jak wspomina jego żona w ostatnich latach zaczął poszukiwać głębszej (lub jakiejś) duchowości – poszedł w kierunku alternatywnych terapii? Tego dowiemy się tak czy siak dopiero po latach. Faktem jest, że jeszcze na początku 2016 roku kontaktował się David z Viscontim i relacjonował, że nagrał 5 nowych demówek do kolejnych utworów. Był w ciągłym szale pisania. I to nie są bynajmniej kawałki, które ukazały się dwa dni temu, gdyż to materiał jeszcze z sesji Blackstar. Zatem Bowie umiera nagle, śmierć – jak się zdaje – sama jest zaskoczeniem dla artysty…

Ale co jest prawdą naprawdę?

niedziela, 08 stycznia 2017

Co napisać? Co napisać? Gdyby żył? Wypierając śmierć - wciąż zdaje mi się, że on żyje. Że dziś w swoim mieszkaniu na Manhattanie zdmuchuje świeczki z cyferkami 70. A ja mam ochotę zawołać wszystkiego najlepszego! I że czekam na kolejne nagrania, na kolejne nowe płyty, nowe klipy, zaskoczenia i emocje. 

Ale to wszystko jest gdzieś coraz dalej za mgłą nieprawdopodobieństwa, ostre zdjęcia rozmazują się i zaczynam nie wiedzieć gdzie się tak naprawdę znajduję - co jest prawdą, a co jest tylko mrzonką i czy ktokolwiek zdmuchuje te świeczki? 

Niepewność roznieca jeszcze to wydawnictwo, które się dziś ukazuje, dokładnie dziś w te urodziny. EP No Plan, która ukazała się jako bonus do październikowego wydania albumu Lazarus Cast Album, oficjalnie dzisiaj wychodzi jako pierwsze samodzielne wydawnictwo po śmierci Davida Bowie. Po jakiej śmierci? 

Nie wiem panie Bowie - co tu jest grane - w każdym razie sto lat!!!    

piątek, 06 stycznia 2017

Tytuł notki jest zupełnie nie przypadkowy.

Oto w pierwszej połowie października 2016 roku na zwołanej w Mediolanie konferencji prasowej zespół Depeche Mode zapowiedział na wiosnę 2017 roku wydanie swojej najnowszej – 14-ej studyjnej płyty zatytułowanej Spirit. Do pracy nad albumem DM zaprosił nowego producenta, pracującego między innymi z Arctic Monkeys – Jamesa Forda. Podczas konferencji grupa zaprezentowała półtora minutowy teaser, z którego specjalnie nic nie wynikało oraz zapowiedziała wielką trasę koncertową. Po konferencji, DM wycofał się z medialnego życia i po dziś dzień nie ma żadnego oficjalnego przecieku o nowym wydawnictwie. Fanom pozostał tylko zakup biletów na trasę koncertową. Inaczej niż za poprzedniego producenta Bena Hillera, nie pokazano ani pracy zespołu w studiu, ani dosłownie nic. Tajemnica ma napędzać zainteresowanie? Z wiekiem już jakoś mi przeszło, nie zawracam sobie bardzo głowy nadchodzącymi premierami książek czy płyt – te premiery po prostu przyjdą. Zatem żyłem sobie bez spiny aż do wczoraj. Ciekawość, albo bardziej nuda, pchnęły mnie do przejrzenia polskiego forum Depeche Mode.

Które informacje z owego forum są prawdą trudno powiedzieć?

Sypnęło ciekawostkami. Na przykład że DM nagrało 20 nowych piosenek, że Ford miał wizję, aby na właściwym krążku znalazło się tylko 10 kawałków, a reszta – no właśnie, tu forumowicze mieli rozbieżne wizje, albo jako bonusy do singli (jak w latach 90-tych), albo jako bonus dla bogatszych fanów (typu album deluxe), a może dwupłytowe wydawnictwo jak teraz jest w modzie? Jednak Depeche Mode postanowili wydać jako podstawowy album wersję zawierającą 12 utworów. Wreszcie fani ustalili nawet tytuły nowych numerów, posiłkując się zagranicznymi forami zespołu – na łamach których, pojawiły się różnego rodzaju wywiady z poszczególnymi muzykami, producentem czy (nie wiem) sprzątaczką ze studia. – Rozumiecie, fanatycy odpytają nawet karaluchy mieszkające po sąsiedzku ze studiem nagraniowym DM! Okazuje się, że jeden z utworów z albumu będzie nosił dziwnie znajomo brzmiący tytuł – Heroes. Heroes – zacząłem się zastanawiać – czy to jest możliwe? Zacząłem szukać głębiej na forum – i bardzo dużo wskazuje na to, że będzie to rzeczywiście cover Davida Bowie. Może to brzmieć dość szokująco, ale już tytuł albumu DM może świadczyć, że coś jest na rzeczy, poza tym rok 2017 mnoży ważne, związane z Davidem Bowie rocznice – 40-lecie wydania albumu i singla Heroes, oraz 70-te urodziny Człowieka z Gwiazd. Zatem chyba można przypuszczać z dużą dozą pewności, że DM wyda w podstawowej wersji swojego nowego albumu, autorską interpretację szlagieru wielkiego mistrza.

Szczerze boję się tego, co się urodziło w głowach synth-popowych Brytyjczyków i czy przyniesie im to uznanie, czy kompromitację? Przekonamy się wiosną. A może to tylko internetowy wkręt i mamy do czynienia tylko ze zbieżnością tytułów?

A może to będzie brzmiało jak ten poniższy cover w którym gościnnie wystąpił Dave Gahan?   

 

 

 

Cat People (Putting Out Fire) - Martyn LeNoble & Christian Eigner feat. Mark Lanegan & Dave Gahan

 
1 , 2